twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wiosną tego roku pewna sarkastycznie rzecz ujmując – firma, właściciel super nowoczesnego portalu rozpoczął zewnętrzną kampanię reklamową. W większych miastach w Polsce na bilbordach zawisły wielkoformatowe plakaty przedstawiające jedną kobietę przebraną w diabełka, a drugą w aniołka. Na pierwszy rzut oka, wydawało się, iż reklama zachęca do ciekawego serwisu poświęconego fantastyce, a nawet bajką. Szczególnie niektórym dzieciom przypadła do gustu. Panie na plakacie przypominały wróżki z bajek o Barbie. Zarówno więc treść, jak i same rozmiary niedające się nie zauważyć wręcz przykuwały uwagę młodego odbiorcy. Dziecko jadące samochodem, będące przechodniem jest tak samo odbiorcą informacji, co niestety jest często zapominane przez agencje reklamowe kreujące co rusz bardziej śmiałe reklamy.

Na wspomnianym bilbordzie między „lalkami” duże napisy adresu portalu. Dziecko umiejące czytać i pisać bez problemu zapamięta proste słowa, a dziecko już 8-letnie będzie próbowało zajrzeć na stronę podaną na ciekawym dużym plakacie. Zatem w dzisiejszych czasach mając do dyspozycji internet, który stał się głównym nośnikiem informacji i jest obecny niemalże w każdym gospodarstwie domowym, dziecko z ciekawości skorzysta z owego dostępnego połączenia z siecią, wrzuci adres strony i ajjjjjj…..ajjjjjj…..ajjjjjjj PORNOGRAFIA. Owszem pojawia się informacja, iż serwis poświęcony jest dla osób , które ukończyły 18 lat. Lecz cóż z tego, przecież dzieciaki mogą zostać tym bardziej skuszone. Zakazany owoc smakuje lepiej.

I właśnie gdyby to była zwykła lekka pornografia, pokazująca zdjęcia kochających się par heteroseksualnych, to jeszcze dziecku można wytłumaczyć, iż seks jest dla ludzi, iż seks jest miłością i takie tam. Może nawet dałoby nam to pole do obszerniejszego poruszenia tematu. Tymczasem po kliknięciu TAK WCHODZĘ, ukazują się filmiki z obnażającymi się ludźmi, wykonującymi śmiałe praktyki seksualne na polecenie osób im się przyglądających ze swoich komputerów w domach. Osoby te wydają polecenia, ponieważ wcześniej zapłaciły za to wysyłając specjalne smsy lub wykupując w tym serwisie specjalne żetony. Zatem wchodzą tu także korzyści majątkowe.

 

zdjęcie dzięki imageworld.pl

Przez chwilę badałam sprawę. Zajrzałam do kodeksu karnego.

Zgodnie z Art. 202.§: Kto publicznie prezentuje treści pornograficzne w taki sposób, że może to narzucić ich odbiór osobie, która tego sobie nie życzy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. § 2. Kto małoletniemu poniżej lat 15 prezentuje treści pornograficzne lub udostępnia mu przedmioty mające taki charakter albo rozpowszechnia treści pornograficzne w sposób umożliwiający takiemu małoletniemu zapoznanie się z nimi, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Biorąc pod uwagę i wizualizację plakatu zachęcającą dzieci, na nim napis adresu strony pornograficznej, bez żadnej zamieszczonej informacji o tym, iż jest to serwis tylko dla dorosłych, mogłabym zarzucić, iż w tym przypadku został naruszony art. 202 kk. Tymczasem okazuje, iż nie. Sam bilbord i to co przedstawia plakat nie jest treścią pornograficzną. Podobnie rzecz ma się z innymi reklamami pornograficznymi, chociażby w licznych gazetkach, w telewizji. Żadna z nich nie jest typową treścią pornograficzną. To tak jakbyśmy poszli z dzieckiem do kiosku kupić jedynie dziennik lub gumę do żucia i gdzieś z brzegu zauważylibyśmy okładkę pisma pornograficznego. I wówczas też, ni jak ma się art. 202 kk. Ni jak ma się? Może jednak ma się, tylko nie jest przestrzegany? Pytanie co jest treścią pornograficzną i jakie są drogi, techniki zachęcające do oglądania treści pornograficznych. Mamy zatem prawo, które jest prawem dowolnie interpretowanym? Lub też prawem nie chroniącym w dostateczny sposób naszych dzieci. Są nałożone restrykcje odnośnie reklam alkoholu i papierosów, ale jeśli chodzi o pornografię…. sądzę, że mamy lukę w prawie. Czyżby w przyszłości mielibyśmy mieć społeczeństwo wolne seksualnie? Już przecież „galerianki” i „świnki” są. I czy my dorośli za to nie odpowiadamy?

 

 

 

Agnieszka

 

Zbliża się wielkimi krokami lato a ja znowu zastanawiam się nad tym czy uda mi się pokazać w latko w krótkiej spódniczce. Na początku marca zaczęłam szukać zabiegów tzw. Wyszczuplająco – ujędrniających.

- Znalazłam !!! – pomyślałam.

Znalazłam w Internecie entomologię. Przeczytałam, że jest  to jedna z najskuteczniejszych metod kształtowania sylwetki. Zapewnia znakomite rezultaty w zwalczaniu cellulitu oraz nadwagi. Zapisałam się na 10 zabiegów.

Endermologia przy zakupie np. 10 zabiegów kosztuje około 80 – 100 zł za zabieg. Jest to dość przyjemny zabieg polegający na masażu całego ciała specjalną głowicą  wyposażoną w dwie ruchome rolki. Masowany fałd skóry jest uprzednio zassany przez podciśnienie wytwarzane w specjalnej komorze. Moc ssania można zmniejszyć lub zwiększyć w zależności od odczuwalnego bólu. Zabieg trwa ok 40 minut ( zakładamy specjalny kostium), w trakcie których wykonywany jest masaż limfatyczny ciała, ze szczególnym uwzględnieniem partii dotkniętych cellulitem bądź nadmiarem tkanki tłuszczowej.

Faktycznie jest to zabieg który poprawia jędrność i koloryt  naszego ciała jednak nie zauważyłam abym straciła choć centymetr w obwodzie lub mój celulitis znikł J. Celulitis nieco jest mniej zauważalny.

Reasumując – endermologia nie czyni cudów ale na pewno poczujemy się nieco lepiej w swoim ciele po serii takich zabiegów.

Spójrz na symbol na jajkach

21

Na półkach sklepowych znajdziemy wiele rodzajów jaj. Ich ceny wahają się od 4,50 zł do nawet około 15 zł. Zazwyczaj kupując jaja, patrzymy właśnie na ich cenę oraz na datę przydatności do spożycia. Lecz czy to wystarczy?

jaja z imageworld.pl

 

Na każdym jajku widnieje symbol. Jest to wymóg Unii Europejskiej. Symbol składa się z cyfr. Pierwsze cztery cyfry : 0, 1, 2, 3 oznaczają sposób hodowli kur. Kolejne cyfry to dane dotyczące zakładu produkującego jajka. Znajdziemy tam po dwie cyfry kodu województwa, powiatu, kodu firmy w tym powiecie oraz kodu zakresu działalności. Na uwagę jednak zasługują właśnie te pierwsze cyfry, czyli sposób hodowli.

 

imageworld.pl

 

Pierwsza cyfra 0 – oznacza chów ekologiczny. Mogą to być przysłowiowe „jaja od chłopa” lub większej ekologicznej farmy. Kury hodowane są na wolnym wybiegu na powietrzu. Karmione są świeżą, ekologiczną karmą, a niekiedy nawet roślinami i owadami. Mają zaspokajane wszystkie swoje potrzeby. Dodatkowo jaja od takich kur są zdrowsze i mają więcej składników odżywczych. Jaja z 0 nie są tanie. Na utrzymanie takiej farmy, hodowcy wydają duże pieniądze.

Pierwsza cyfra 1 – oznacza chów w wolnym wybiegu. W tym przypadku kury częściowo przebywają na wolnym wybiegu. Czasami są zamykane. Jednakże ten sposób hodowli także zaspokaja potrzeby zwierząt. Są odpowiednio karmione, przebywają na powietrzu, mają przestrzeń. Ich jaja także są pełne wartościowych składników odżywczych.

Pierwsza cyfra 2 – oznacza chów ściółkowy. Kura przebywa w kurniku, w którym może się swobodnie poruszać, ale nie ma dostępu do świeżego powietrza. Tylko kurnik to zazwyczaj ogromna hala wyłożona słomą. Kury mają w niej własną grzędę i gniazdo do znoszenia jaj.

Pierwsza cyfra 3 – oznacza chów klatkowy. Kura całe życie spędza zamknięta w klatce. Generalnie jest tak, iż w małej klatce jest ich bardzo dużo. Kury często nie mają żadnej możliwości ruchu, dlatego też często obcinane są im pazurki i dzioby, by nawzajem się nie kaleczyły. By móc pokazać to inaczej, skorzystałam ze zdjęcia ujętego tak jakby okiem samej kury. Zdjęcie pobrałam ze strony www.treehugger.com, na której przeczytałam artykuł o trzymaniu zwierząt w klatkach.


http://www.treehugger.com/green-food/animal-visuals-gives-birds-eye-view-of-factory-farm-cage.html

Kury w takich klatkach często ogłupiałe przez panującą atmosferę, karmione sondą, praktycznie bez możliwości poruszania się, rozwinięcia skrzydeł, bez możliwości rozgrzebania ściółki, której często w klatkach nie ma, bez dziobów i pazurów, znoszą jaja. Jaj z trójką na początku jest najwięcej. Są najtańsze i można je dostać niemalże w każdym sklepie. Producenci tychże jaj są nastawieni na masową i przemysłową sprzedaż. Takie jaja nie trafiają jedynie na półki sklepowe, ale także jako półprodukty do innych fabryk. Pytanie moje brzmi : Czy biedne kury hodowane w tak niehumanitarny sposób mogą znosić zdrowe jaja?

Również ciekawą informację znalazłam na portalu ulicaekologiczna.pl. W artykule z 2011 r „Jaja z chowu klatkowego wkrótce zakazane” czytamy, iż John Dalli, komisarz ds. konsumenckich Unii Europejskiej poinformował, że od od 2012 r roku obowiązywać będzie zakaz sprzedaży jaj pochodzących z chowu klatkowego. I??? Mamy 2013 r, a u nas w Polsce dalej istniej możliwość takiego chowu. Jedynie został zmodyfikowany. Klatki dla kur od stycznia 2012 r powinny być wyposażone m.in. w grzędy, gniazda i ściółkę, w których na nioskę będzie przypadać 750 cm2 powierzchni. Czy tak jest? By się o tym przekonać należałoby się osobiście wybrać do jednej z takich farm kurzych. Może wkrótce…

Bądźmy mądre i nie sugerujmy się napisami na opakowaniach typu: wiejskie, od zdrowej kury itd., otwórzmy opakowanie i sami sprawdźmy symbol na skorupce. Wybierzmy takie, które zaspokajają potrzeby zwierząt, które znoszą nam zdrowe jajka.

 

Kilka prawd o kolkach u niemowląt

31

 

Kolka – każdy, kto ma lub miał w domu krzyczącego wniebogłosy niemowlaka, wie, o czym mówię. Bolący i wzdęty brzuszek u małego dziecka przyprawił o siwe włosy niejednego rodzica. Czy na kolki niemowlęce naprawdę nie ma skutecznego rozwiązania i trzeba przeczekać te kryzysowe trzy miesiące, a potem będzie już tylko lepiej? I tak i nie. Poniżej przedstawiamy kilka sposobów, sprawdzonych i przetestowanych, jak sobie radzić z kolką.

Po pierwsze – potrzebna jest cierpliwość. Faktycznie większość dzieci po przysłowiowych trzech miesiącach przestaje uciążliwie krzyczeć i nieco się uspokaja. Jeśli przyjmiemy takie nastawienie, łatwiej będzie nam znieść i przeczekać ten przejściowy okres. Terefere, powiecie, ale jak wytrzymać aż trzy miesiące, czyli przynajmniej 12 tygodni, a więc 84 dni po 24 godziny, co daje razem 2016 godzin? Hm, obawiam się, że trzeba zacisnąć zęby…

Po drugie – możemy przynieść ulgę cierpiącemu maluchowi stosując stare sposoby naszych babć i mam. Dobre są masaże (zgodnie z ruchem wskazówek zegara) oraz ciepłe okłady na brzuszek, najlepiej ze świeżo uprasowanej pieluchy tetrowej lub specjalnie przeznaczonego na ten cel okładu żelowego. Ostrożnie z termoforami! Zdarza się, że pękają i wtedy łatwo o nieszczęście i poparzenie delikatnej skóry dziecka. Natomiast ciepła pielucha i mocne przytulanie malucha potrafią zdziałać cuda. Można też niemowlaka położyć na brzuszku na takim ciepłym okładzie lub jeszcze lepiej – na okładzie i na piłce do ćwiczeń, jeśli taką mamy, bo bujając go, zrobimy mu dodatkowy masaż. Niektórym dzieciom pomaga też delikatne, ciepłe powietrze z suszarki, skierowane prosto na brzuszek z odpowiedniej odległości (tu też uwaga z temperaturą nawiewu!), a szum tego urządzenia dodatkowo je uspokaja.

Po trzecie – środki farmakologiczne. Jest ich cała masa: Espumisan, Delicol, Infacol i inne, podobne. U mnie osobiście najlepiej sprawdza się Infacol (lub inny środek zawierający symeticon), który podany przed każdym posiłkiem sprawia, że dziecko nawet w trakcie jedzenia prawidłowo odprowadza gazy. Trzeba jednak pamiętać, że większość tych preparatów przeznaczona jest dla dzieci, które ukończyły co najmniej pierwszy miesiąc życia, a więc nie można ich stosować u noworodków. Od pierwszych dni można natomiast podawać probiotyki w kroplach (Dicoflor, BioGaia), które też powinny nieco pomóc, lecz aby były skuteczne, muszą być stosowane regularnie przez pewien okres (minimum około dwóch tygodni). Czy te lekarstwa przyniosą stuprocentową ulgę? Ano tego obiecać nie mogę, ale częściowo na pewno mogą pomóc.

Po czwarte – nazwijmy od razu rzecz po imieniu, bez owijania w bawełnę – środki doodbytnicze. Pewna szwedzka firma wypuściła na rynek (o czym naprawdę niewielu rodziców wie) genialny, według mnie, wynalazek. WINDI, czyli małe rurki, zakończone cieniutką końcówką, przystosowaną specjalnie do małej pupy niemowlaka. Ową cienką końcówkę wkłada się po prostu w odbyt dziecka, po uprzednim masażu brzuszka, i spuszcza nagromadzone tam nadmiernie gazy. Brzmi brutalnie? Być może, ale wierzcie mi, wcale takie nie jest! Dziecku absolutnie nie dzieje się krzywda, wręcz przeciwnie, po takim zabiegu natychmiast się uspokaja. Sposób ten jest też polecany przez dobrych pediatrów za pomocą prostszego urządzenia – kanki doodbytniczej (cienka, gumowa rurka o najmniejszej średnicy, stosowana na oddziałach noworodkowych), działającej na tej samej zasadzie. O ile jednak taka kanka jest praktycznie nie do kupienia (chyba że dostaniecie ją w prezencie od waszego lekarza), o tyle rurki WINDI można bez problemu nabyć w aptece.

Jeśli oprócz nadmiernego gromadzenia gazów, dziecko ma także problemy z wypróżnieniem (czyli tak zwaną dyschezję niemowlęcą, spowodowaną zbyt słabymi mięśniami brzuszka i nieumiejętnością zrobienia kupki), dobrze jest mu pomóc stosując czopki glicerynowe. Zastosowanie czopka i położenie dziecka na brzuchu przynosi na ogół natychmiastowy efekt.

A na koniec jeszcze jedna rada, wynikająca trochę z własnej obserwacji, a trochę z literatury fachowej. Zanim zaczniecie stosować powyższe środki, przypatrzcie się dobrze, czy Wasze dziecko na pewno danego dnia ma kolkę. Dzieci krzyczą bowiem nie tylko z tego powodu. Często ten krzyk, zwłaszcza jeśli pojawia się w godzinach późno popołudniowych lub wieczornych, oznacza że dziecko w ten sposób radzi sobie z nadmiarem bodźców, z którymi ma do czynienia. Autorzy książki „Każde dziecko może nauczyć się spać”, Annette Kast-Zahn i Hartmut Morgenroth, sugerują nawet, że długotrwałe krzyki z powodu kolek to mit i że część niemowląt po prostu radzi sobie z otaczającym je światem płacząc, wyładowując napięcie, które gromadzi się w nich przez cały dzień. Myślę, że coś w tym jest i czasem pewnie warto odpuścić, nie stresować się zbytnio tym, że dziecko często płacze, a być może rozwiązanie nadejdzie kiedyś samo.

Czego wszystkim „kolkowcom” życzę jak najszybciej!

 

Olga.

 

 

 

 

 

 

Choroba zakaźna – czerwonka bakteryjna

Czerwonka bakteryjna to choroba zakaźna. Jest to choroba „brudnych rąk” a także zakażonych pokarmów i wody np. mogą przenosić ją muchy siadające na naszym posiłku.

Bakterie w postaci pałeczki wytwarzają jad działający na jelito grube, wywołując stan zapalny i owrzodzenia. Po 2 do 7 dni od zakażenia pojawia się gorączka, bóle głowy, nudności, bóle brzucha. W śród tych objawów występuje biegunka z domieszką śluzu i krwi. W ciężkim zatruciu oddawany jest stolec paręnaście razy dziennie i towarzyszą mu bolesne parcia.

Przy czerwonce nie ma konieczności hospitalizacji. W pierwszych dwóch dniach podaje się sulfaguanidynę i dużo płynów do picia oraz ścisła dieta.

Ból głowy

0

Ból głowy – napięciowy ból głowy

Ból głowy to choroba przybierająca rozmiary niemal choroby cywilizacyjnej. Często wywołany jest napięciem mięśni karku i prowadzący często również do podrażnienia korzeni nerwowych w odcinku szyjnym. Przyczyną takiego bólu jest trzymanie głowy w niewłaściwym ułożeniu ( jazda samochodem, praca przy komputerze, czytanie czy sen w nieodpowiedniej pozycji)

Objawem wiodącym napięciowego bólu głowy jest ból karku i głowy w części potylicznej. Poza bólem karku chorzy skarżą się na uciska w barkach i między łopatkami, mrowienie, osłabienie i niemożność trzymania czegoś w jednej ręce. Część chorych narzeka też na zawroty głowy, błyski w oczach i zaburzenia równowagi.

W życiu codziennym powinniśmy zmieniać postawę , szczególnie przy nierównomiernym obciążeniu

Bajki dla dzieci naszego autorstwa

0

 

Kilka ładnych lat temu napisałam bajkę dla dzieci. Czytałam im ją dość często, zazwyczaj wieczorami, kiedy wykąpane leżały już w swoich łóżeczkach. Lubiły jej słuchać. Nawet dziś poprosiłam dzieciaki, by namalowały mi jakieś rysuneczki do tej bajki. Córka namalowała, a syn przyniósł ptaszka, którego wcześniej zrobił w przedszkolu. Tymczasem zachęcam Was drogie czytelniczki do lektury. Proponuję byście najpierw same przeczytały i spróbowały pobawić się głosem. Im bardziej nasze czytanie na głos wyraża ekspresje i nie jest monotonne, tym bardziej dzieci wkręcają się w opowieść i chcą więcej i więcej.

Ta bajka jest dla dzieci starszych między piątym, a jedenastym rokiem życia. Czytając tym mniejszym, proszę róbcie więcej przerw. Jeśli wasze pociechy zechcą zrobić własne rysunki do tej bajki, to chętnie umieszczę je tutaj na tej stronie.

Miłej lektury :-)

Pucek, Szczotka i Przyjaciele

Daleko za miastem, gdzie nie ma żadnych ludzi, a jedynie żyją zwierzęta , w pewnej norce na łące mieszka rodzinka Pucków : Mama Pucek, Tata Pucek i mały synek Pucek. Są to myszki, szare polne myszki, z długimi ogonkami, które mają wygodny domek tuż pod powierzchnią ziemi. Tata Pucek, ciężko pracując zbudował tam długie korytarze, dzięki którym udawało im się przedostawał na plantację kukurydzy. I jak sami wiecie, kukurydza jest przepyszna ! Dlatego na śniadanko i na obiad myszki biegły korytarzem, by schrupał smaczną, żółtą kukurydzę. Na kolacje zaś, pozostawiały sobie owoce leśne. Bowiem, gdy słonce już zachodziło i na dworze robiło się już ciemno, cała rodzinka wychodziła z norki. Najpierw Tata Pucek, potem Mama Pucek i na końcu mały Synek Pucek. Wszyscy maszerowali prosto do pobliskiego lasu, gdzie czekały jagody, maliny, borówki, jeżyny – larytas dla podniebienia małych polnych myszek.
I tak w dostatku mijały dni, tygodnie i miesiące… Mały Pucek w tym czasie dorósł, a Mama i Tata Puckowie zestarzeli się i nie mieli już tyle siły biegać. Nie byli już tak zwinni i szybcy. Woleli przesiadywał w swoim domku, niż chadzad na wycieczki. Mama Puckowa często już zajmowała się tylko domem, a Tata Pucek znajdował zajęcia przy naprawie domku, w którym cały czas coś stukało lub coś odpadało. I nie ma się czemu dziwid, bo i na dworze robiło się coraz to chłodniej, wiatry z dnia na dzieo były większe, woda z nieba kapała. Robiły się wielkie kałuże, które zalewały norkę myszek.
Na plantację po kukurydzę biegał już sam młodzieniec , Synek Pucek , ale do czasu. Wkrótce pokazały się pierwsze przymrozki, a na polu, na którym jeszcze można było znaleźć choćby kilka ziaren , spadł śnieg. I już wtedy, nawet mały Pucek, nie potrafił nazbierał wystarczającej ilości jedzonka. Bardzo się martwił.
Pewnego dnia postanowił udał się do lasu – cóż może tam coś do jedzenia będzie – powiedział Mamie
- oj synku, kochany ty mój, może zostało; a jak jakiś ptak cię porwie !!! I zje!!!
- mamo, jestem zwinny jak wiewiórka, szybki jak ZIG ZAG i cwany jak lis, dam sobie radę – pochwalił się mały Pucek
- Młody jeszcze jesteś, życie przed tobą, a tam, na zewnątrz, sam zagrożenia czyhają na Ciebie – dodał od siebie Tata
-Tato, Mamo, ale jeśli nie znajdę pożywienia, to jak przeżyjemy do wiosny? – słusznie zauważył Pucek
I tak, tego samego jeszcze dnia, po zachodzie słońca, Synek Pucek wziął ze sobą mały plecak i … zdążył się jedynie wychylić z norki, kiedy nagle wielka śnieżyca zawiała i porwała myszkę gdzieś daleko. Leciał tak wysoko pomiędzy konarami drzew, niczym kulka śniegu. Skulony, mocno trzymając plecak, drżącym głosem mówił do siebie – nie bój się Pucek, jesteś wielki jak lew …no może przesadzam z tym lwem, ale na pewno, jestem zwinny jak wiewiórka… i jeszcze do tego latam, o latam, ja latam , wszystko będzie dobrze, będzie dobrze.
I tak, unoszony z wiatrem ponad ziemię, frunął jeszcze dobrych kilka chwil… , aż w końcu spadł na kopę śniegu tuż obok małej Szczotki.
*
Pucek, jak tylko poczuł, że być może już nie lata, że nic się nie unosi, a raczej, że on sam się nie unosi w górę, otrzepał się ze śniegu, odkasłał, przetarł oczy i co…? Wrzasnął AAAAAA Przed Puckiem pokazała się dziwna postać, przypominająca mysz, jednak z krótkim ogonem, takimi samymi krótkimi uszami, jakie on sam miał, z większą mordką, jakby wypchaną czymś po bokach i o wiele dłuższą sierścią na grzbiecie.
- Co tak się drzesz – powiedziała ta dziwna mysz, jednocześnie chrupiąc jakiegoś gryzaka, trzymanego w łapkach.
- aaa, przepraszam najmocniej – odezwał się Pucek – nie spodziewałem się tutaj nikogo
- hmm, raczej, ja nie sądziłam, że jak wyjdę na taras, to z nieba spadnie coś zaraz
- ale, jaki taras, że że niby co, ja spadłem na Pani taras?
- a co ja?
- no tak, jeszcze raz najmocniej przepraszam, ale nie chciałem spaść Pani na taras, nie wiedziałem gdzie spadnę
- przestać z tą Panią ! Wyglądam na staruchę? Popatrz no, tylko – okręciła się niczym modelka na wybiegu
- ależ oczywiście, że nie – Pucek tak naprawdę nie wiedział, kim jest ta dziwna mysz i szybko postanowił się dowiedzieć – Może pozwolisz, że się przedstawię
- a, no… pozwolę – odpowiedziała
- Jestem Mały Pucek, z rodziny z dziada i pradziada Pucków. Jesteśmy szlachetnie urodzonymi myszami polnymi. A ty z jakiej rodziny mysz jesteś?
- hahahaha, hihihihi – zaczęła się potwornie śmiać Szczotka, gryzaka puszczając na podłogę. Brzuszek miała napełniony, co szybko zauważył głodny Pucek, gdy ta się przewróciła ze śmiechu. – czy ja wyglądam na mysz? Hahahaha
- no, no … nie wiem , trochę do mnie podobna jesteś, tylko ogon masz jakby przykrótki i na grzbiecie więcej sierści
Szczotka szybko się oburzyła i przerwała
- ej, nie pozwalaj sobie za wiele, to są moje piękne włosy, szczotkuję je i dbam o nie co chwilę, dlatego nazywają mnie Szczotka. I nie jestem żadną myszą, a tym bardziej polną. Jestem chomikiem syryjskim. I mieszkałam z taką jedną dziewczynką …Mają, ale któregoś dnia, myśląc że będę się dobrze bawić, wybiegłam z klatki i uciekłam do ogrodu. Kiedy chciałam wrócić, nagle podleciała straszna jaskółka i porwała mnie. Wypuściła mnie dopiero w lesie, a stamtąd na szczęście udało mi się uciec. I tak znalazłam się tutaj, gdzie zbudowałam ten maleńki domek, z tym oto tarasem, który właśnie zniszczyłeś.
-ojej, to też nie miałaś lekko – powiedział Pucek i też wyjaśnił, dlaczego i jakim sposobem znalazł się daleko od domu.
Szczotka okazała się być życzliwym chomikiem, zabawnym nad to uprzejmym. Dużo mówiła, o Majce, za która bardzo tęskniła, o swoim kołowrotku, w którym się wiecznie kręciła, o rekordach, jakie na nim pobijała, o tym jak skubała marchewkę i się nią omal nie zadławiła. Szczotka była też niezwykłą czyścioszką, wiecznie się myła, nawet wówczas gdy jeszcze nie zdążyła się zabrudzić. Szczególnie dbała o swoje futerko, czesała je co chwilę. Szczotka też zauważyła, że Pucek jest wychudzony, wobec tego ze swojej buźki wyjęła pyszne pestki słonecznika i podarowała myszce.
- Ale ja tak, nie mogę z twojego brzucha jeść – oznajmił Pucek
- Mały wariacie, to nie z brzucha, tylko z moich worków
- Jakich worków, gdzie je trzymasz, nie widzę
- Tutaj- pokazała Szczotka , rozdziewając swoją mordkę i wskazując palcem na wewnętrzną stronę swoich policzków – ooo, widzisz
- jacie , jakie fajne – najwyraźniej spodobało się Puckowi – szkoda, że ja takich nie mam – pożałował przez chwilę i zabrał się za pałaszowanie pestek słonecznika
- Pucek, a może byśmy tak, no wiesz..razem….
- co razem? – zapytał pełną buzią pestek
- no wiesz, poszlibyśmy do mojego prawdziwego domu, do Mai. Tam jest bardzo dużo jedzenia. Mógłbyś je wziąć ze sobą , dla siebie i rodziców.
- To całkiem niegłupi pomysł –oznajmił Pucek
*
I tak, o świcie wyruszyli w drogę. Na dworze wcale nie było przyjemnie. Choć zamieci już nie było, jak zeszłego wieczoru, to jednak nasypało tyle śniegu, ile jeszcze tej zimy nigdzie nie było. Pucek sprytnie pomyślał i namówił Szczotkę by oboje drążyli tunel w śniegu. – W ten sposób jakoś się przedostaniemy – wyjaśnił – Zgadzam się, tylko, powiedz mi spryciarzu, skąd będziemy wiedzieli gdzie jesteśmy, skoro w śniegu będziemy buszować, ha ? – zirytowała się chomiczka – Szczotka, zrobimy z ciebie peryskop – odpowiedział Pucuś
- Jaki znowu peryskop? Skąd ty takie słowa znasz?
- a znam, uczyłem się w mysiej szkole przetrwania…. ale było fajnie tam, mówię ci Szczotka, czasem musieliśmy nawet wspinać się wysoko na jakiś rurkach, robić z liści materace, z szyszek szałasy…
- dobra, dobra, już się nie chwal swoimi umiejętnościami, powiedz lepiej co to ten peryskop – domagała się chomiczka
- łódź podwodna, by móc zlokalizować, co jest nad powierzchnią ziemi, wysuwa właśnie taką jakby lupę , czyli peryskop
- a, przepraszam, to jak ty chcesz mnie wysunąć???!!!- zdziwiła się Szczotka
- Ty wskoczysz na mnie, staniesz na dwóch tylnich łapach i wynurzysz swój poczciwy pyszczek zza śniegu i zobaczysz gdzie jesteśmy. – wytłumaczył Pucek
- aaa, no może i tak. Tak, a propos szyszek, wiesz nadają się do czesania, mają takie fajne grzebienie, ładnie później ….
- Szczotka, obiecuje ci znaleźć taką szyszkę, … ale teraz to najmniej ważne, już przestań…. Wskakuj na mnie
Chomiczka, więc wtarabaniła się na Myszkę. Szczotka była tak ciężka, że nie tylko Pucka rozbolały plecy, co i dla niej samej, było wręcz niemożliwością stanąć na dwóch tylnych łapach.
- no Szczotka, dasz radę – dopingował Pucek – musisz tylko się podbić i stanąć
- ok., ok., poczekaj , może się uda
Szczotka wyczyniała istne wygibasy na grzbiecie biednego Pucka. Kręciła się niemiłosiernie, to w prawo, to w lewo. Swoim niemałym kuferkiem tylnim przygniatała głowę Pucka. Raz próbowała odbić się od tylnych łapek, innym razem od przednich. Próbowała także jakiś pozycji z jogi , myśląc, że może i to pomoże. Jednak dla małej myszki polnej, to już był za duży ciężar.
- Szczotka, daruj już sobie. Zejdź proszę. Ja wejdę na Ciebie.
- Najpierw karzesz mi się tu wtarabaniać, potem wyczyniać figury niczym z cyrku, a potem złazić. I z tego wszystkiego zobacz jak wyglądam. Ojej, moje futerko – lamentowała Szczotka, przewrażliwiona na punkcie czystości.
Pucek jednak zwinnie niczym wiewiórka wskoczył na Chomiczkę, stanął na łapkach i wynurzył się zza śniegu. Dokładnie opisał Szczotce lokalizację, w której się znajdują. I dzięki temu, chomiczka wiedziała, którędy mają iść do Mai.
Droga wcale nie była męcząca. Tylko rzeczywiście , oboje ciężko pracując drążyli tunel, a Pucek co jakiś czas sprawdzał, czy podążają w dobrym kierunku. Szli lasem i polem. Przechodzili także przez zamarznięte kałuże. Niekiedy zatrzymywali się by coś przekąsid. Wtedy chomiczka ze swojej mordki wyjmowała drobiny suchej marchwi lub pestki dyni. A gdy poczuli się zmęczeni,
wtulali się w siebie nawzajem i zasypiali pod śniegiem. I tak minęły trzy dni wędrówki, aż w końcu dotarli do pewnej rzeczki.
*
Pucek robiąc z siebie peryskop oznajmił – Hm, Szczotka … przez rzeczkę to my raczej nie przejdziemy pod śniegiem.
- no jak to nie, przecież zamarznięta jest pewnie – uznała zdziwiona chomiczka
- Szczotka, rzeczka zimą nie zamarza. Jeziora, stawy i inne zbiorniki wodne, w których woda stoi to tak, ale nie rzeka. Rzeka cały czas płynie. – wytłumaczył uczony Pucek
- Ty , a w tej swojej szkole przetrwania to uczyłeś się może jak się przedostać przez wielką rzekę, He ?
- No nie bardzo. Muszę pomyśleć.
Pucek myślał i myślał, a w tym czasie Szczotka jak zwykle myła się i szczotkowała. Trwało to jakiś czas.
- I co wymyśliłeś? – spytała w końcu, gdy uporała się ze swoimi czynnościami pielęgnacyjnymi. – Bo ja już skończyłam. Wyglądam tak pięknie, że normalnie mogłabym startować w wyrobach miss chomiczek – ciągnęła dalej
- Hmm, musimy znaleźć patyk i przejść po nim. Tylko to musi by wielki patyk – olśniło Pucka
- Cudownie ! – sarkastycznie wykrzyczała Szczotka – świetny pomysł. Ja czegoś takiego w życiu bym nie wymyśliła.
-Nie marudź – oburzył się Pucek – tylko zacznijmy poszukiwania. Idziemy. Musimy wyjśd z tego śniegu. Za mną ! – niczym dowódca armii wydał rozkaz
Rozglądali się dookoła, lecz żadnego patyka nie znaleźli. Bardzo się martwili. Rzeka którą Wy moglibyście przejść czyniąc jedynie około 5 kroków, i mocząc nóżki jedynie po stópki, dla małych zwierzątek myszki i chomika była ogromnym zbiornikiem wodnym, po którym raczej łatwiej byłoby pływać. Dlatego tym razem, to Szczotka wpadła na genialny pomysł. Zauważyła bowiem, duży dębowy liść, który jeszcze na szczęście pod śniegiem się uchował.
Dojrzała także kilka małych patyczków. I przyciągnęła znaleziska do brzegu rzeki. Z dumą oznajmiła – Przepłyniemy na tratwie. – I tak oboje wpakowali się na duży liść i odpychali się patyczkami. I wszystko poszłoby jak z płatka, gdyby nie wielki krokodyl. Tak, tak krokodyl, który nie wiadomo skąd i jak znalazł się w tej rzece. Pucek i Szczotka podśpiewując sobie marynarskie piosenki, nagle poczuli chlust wody. Gdy się odwrócili, by zobaczyć, co takiego ich oblało, zdrętwieli z przerażenia. Oboje się bardzo wystraszyli.
- czyyyyczyyy tttyy wiiidziiiszsz ttto ccco jjjja? – spytała Szczoteczka
- tttooo mmma zzzęeeebyyy, wwwilekie zęby – odpowiedział Pucek
- iii, cc cały jest wielki, ma ogon – zauważyła chomiczka
Krokodyl zbliżał się.
- ojej, on tu płynie, Szczotka wiosłuj, uciekamy
- on nas zje, zje. A ja nie chciałam być zjedzona. Już nie zobaczę Mai i swojej klatki – z przerażeniem krzyczała chomiczka, której łzy lały się już po całym futerku.
Nie mogli uciec daleko, wystarczyło, iż krokodyl raz się zamachał i już był blisko nich. W końcu, podpłynął tak blisko, że aż dotykał końcem swojej mordki ich tratwę, co wcale nie było przyjemne dla zwierzątek, które już chciały wskoczył do wody, gdyby nie to, że krokodyl nagle przemówił :
- Jestem Dzik. Szukam pomocy. – powiedział, bardzo niewyraźnie.
- Ja Pucek
- a ja Szczotka, a czy dobrze usłyszałam Dzik?
- tak, tak – potwierdził krokodyl –
- głodny jesteś i chcesz nas zjeść ? – wyskoczyła z pytaniem chomiczka
- Tak, jestem głodny, ale nie mogę jeść
- Pucek, dawaj uciekamy, on szuka pożywienia, tak jak ty. Zje nas zaraz – łkała Szczoteczka
- Nie nie, ja nie jem zwierząt. Jestem wegetarianinem. Nie mogę tylko skubać tych kasztanów, które nazbierałem jesienią. Bardzo boli mnie ząbek. O tutaj – nasz długi zielony bohater otworzył swoją wielką uzębioną paszczę.
- Uuuu, paskudny stan zapalny – zauważył Pucek – trzeba wyrwać
- chyba żartujesz, Pucek, masz zamiar wyrywać zęba temu, wielkiemu potworowi? – wrzeszczała chomiczka
- Ale ja nie jestem wcale potworem – obraził się krokodyl. – Boli mnie ząbek. Pomóżcie mi.
- Przecież nie zostawimy go tutaj tak – Puckowi przykro się zrobiło, z powodu krokodyla. Gdybyśmy go tutaj zostawili i nie pomogli, wówczas bez jedzenia kasztanów, gad mógłby rzeczywiście umrzeć z głodu.
- W porządku, to jak masz zamiar bawić się w dentystę? – zapytała Szczotka
Pucek, sprytny Pucek ze swojego plecaka wyciągnął linę. Wskoczył na zielonego gada. Przywiązał jeden koniec liny do ząbka Krokodylka. Następnie poprosił by Dzik uniósł swój ogonek i trzymał go mocno w górze. Wtedy Pucek wspiął się na czubek zielonego dużego ogona i ciasno przywiązał na nim drugi koniec liny. Na polecenie Pucka, krokodyl szybko zamachał ogonem tak, że sam wyrwał sobie ząbka. Akcja ratunkowa się powiodła, wszyscy odetchnęli z ulga i zaczęli się bardzo cieszyć.
- dziękuję, bardzo dziękuję Wam. Pucek jesteś prawdziwym bohaterem. – oznajmił Dzik, który następnie wyjął kasztany i podzielił się nimi z nowymi przyjaciółmi. Dzik opowiedział swoją historię, o tym jak mieszkał w pewnym terarium, ale nie spodobał się właścicielowi. Ten właściciel chcąc się pozbyć krokodylka, wrzucił go do rzeki. Później prąd rzeki niósł krokodyla bardzo długo, aż w końcu, pozostawił go na tym brzegu. Dzik opowiadał, jak tu poznał Czaplę, która naniosła mu jedzenia i zaopiekowała się nim, do czasu, kiedy ponownie zyskał siły. To właśnie Czapla nazwała go Dzikiem. Bo jest dziki wśród lisów, wiewiórek, łosi, jaskółek, wróbelków i wielu innych zwierzątek. Czapla i Dzik to prawdziwi przyjaciele.
To też, jak do grona zwierzątek pałaszujących kasztany, dołączyła Czapla, która przyleciała zziajana i najbardziej zasmucona, jak tylko może być zasmucony
ptaszek, informując iż niestety nie znalazła żadnego dentysty, który byłby godzien wyrwać ząbka, Dzik uśmiechnął się najszerzej jak tylko mógł ciesząc się, iż widzi ptaszka. I Czapla zauważywszy , iż krokodylek już nie ma chorego ząbka, jej smutna minka szybko zmieniła się w radosnego dzioba. I zakwiczała – Hoooo, Hoooo, Hoooo. Heeee,heee, heee, hi iii, hi iii, hi iii………………………………………….. I ćwierkała dalej, gdy Szczotka zapytała
- A, ona, to tak długo jeszcze może
- Ojjj, może, może … będzie jeszcze heee, huuu, hyyy, haaa długo jeszcze -odpowiedział krokodylek, który i tak machał ogonem, wtórując czapli i tym samym dodając rytmu i basu jej ćwierkaniu.
- Mają swoją piosenkę – słusznie zauważył Pucek.
Czapla była bardzo mądrym ptaszkiem i szybko zorientowała się, że Pucek i Szczotka mają zamiar iść do miasta. Czapla często fruwa nad miastem i wie, że spacer po mieście małej chomiczki i jeszcze mniejszej myszki może źle się skończyć. Wystarczy ruch na ulicach i tłum przechodniów, by mogłaby stad się krzywda małym zwierzątkom. Dlatego Czapla, zaproponowała pomoc. Ptaszek, chętnie weźmie do swojego dzioba zwierzątka i razem z nimi pofrunie do domu Mai.
- świetny pomysł – powiedział Pucek
- Pucek, jakoś ostatnio chętnie nas wszyscy do swoich paszczy zapraszają, albo w dzioby biorą …no, ale w sumie… chętnie się przelecę. Ostatnio jak z tą jaskółką leciałam, to nic nie widziałam. Wtedy oczy zamknęłam i tak się trzęsłam. No, a teraz …to zupełnie co innego. Tylko rezerwuję lot pierwszą klasą, z pełnym wypasem – zażądała chomiczka
Czapla niczym konkordat zabrała zwierzaczki na pokład i poszybowała daleko do miasta, a wylądowała tuż przy drzwiach do ogrodu Mai, dokładnie tych samych, którymi po raz ostatni Szczotka wychodziła.
-ojej .. mój dom – powiedziała chomiczka, najwyraźniej bardzo wzruszona.
- Hmmm, tylko nikogo chyba nie ma – powiedział Pucuś – jak masz zamiar tam wejść?
- tak jak weszłam, przez tę szparkę o tu…widzisz – Szczotka wskazała małą dziurkę pomiędzy oknem, a ścianą. Zadowolona podeszła do niej bliżej i zaczęła
się wpychać. No właśnie zaczęła, bo dalej już nie poszła. Jedynie głowa szczotki weszła do środka, reszta została. Chomiczka okazała się szersza niż ta dziurka.
- Szczotka, a ile ty tych pestek słonecznika jadałaś przez ten czas, jak Ciebie tu nie było?
- Pucek, to nie jest śmieszne. Ja naprawdę się mieściłam!
- Daj, ja wejdę i jakoś otworzę te drzwi dla żarłocznej chomiczki.- żartował Pucek
Pucek zwinnie, przedostał się do domu. I był oczarowany tym miejscem. Nagle zrobiło mu się tak ciepło, tak przytulnie, zapachniało pysznym pieczonym serem, a na podłodze pod łapkami czuł miękki dywan. Było wręcz wspaniale. Przypomniał sobie swój domek, rodziców. Zapach obiadów Puckowej mamy, parzonej kawy taty. Przypomniał sobie swój pokój, oj…jak bardzo chciałaby teraz się znaleźć….. a to co? Pucek usłyszał stukanie. Ach tak, to Szczotka ośnieżona i trzęsąca się chomiczka za oknem upominała się, by Pucek wreszcie wpuścił ją do środka. Czapli już nie było, poleciała pozałatwiać swoje sprawunki i obiecała, że jak będzie wracać to zabierze z powrotem ze sobą Pucka.
- Myślałam,że zaraz zaśniesz, a ja tu będę dalej marzła. Oczy ci się zamykały – powiedziała Szczotka, otrzepując się ze śniegu po tym, jak już weszła do domku. Chomiczka zaraz pobiegła do swojej klatki. Wydobyła z niej cały grom jedzenia, które zapakowała w kilka plecaków dla Pucka i jego rodziny. Następnie oboje uradowani zaczęli biegać w kołowrotu niczym zawodowcy, skakali po przeszkodach, biegali w specjalnych rurkach dla gryzoni, zjeżdżali ze zjeżdżalni. Trwałoby to bardzo długo, gdyby nie Czapla, którą w końcu usłyszeli zza oknem, stukającą dziobem w okno.
- Czas się pożegnani – powiedział Pucek
- Możesz tu ze mną zostać – oznajmiła chomiczka
- Bardzo chętnie, jest tutaj bardzo miło, ale nie mogę…muszę wracał do rodziców, obiecałem im. I tęsknię za nimi.
- ja będę tęsknił za Tobą. To była najwspanialsza przygoda w życiu.- wyznała Szczotka
- I dla mnie też. Lepsze od mysiej szkoły przetrwania hehe . Szczotka, poproszę Czaplę i przylecę do ciebie na wiosnę.
- świetnie, pokażę Ci wtedy ogród. Wiesz mamy taką małą fontannę i
- dobrze, dobrze na wiosnę mi pokażesz. I dziękuję Ci bardzo za pożywienie.
Oboje się uściskali na pożegnanie.
Czapla zabrała Pucka, jego plecaki i odfrunęła.
Pucek przespał całą drogę, lecz gdy się obudził, ptaszek właśnie wylądował tuż przy wejściu do norki myszek.
- Czapla, jak ja się cieszę, jestem w końcu w domu. Bardzo ci dziękuję za pomoc. Jesteś wspaniałym przyjacielem.
- Możesz na mnie liczyć
Ptaszek swoim pazurkiem dotknął łapki myszki na pożegnanie i odleciał.
Nie trzeba mówić, jaką wielką radością wszyscy cieszyli się w domu Pucka. Rodzice płakali ze szczęścia i byli bardzo dumni ze swoje synka, który przez kolejne tygodnie opowiadał o swoich niebywałych przygodach i nowych przyjaciołach. Pucek, Szczotka, Dzik i Czapla są przyjaciółmi do dziś i może jeszcze nie jeden raz o nich usłyszymy.

 

KONIEC

 

Agnieszka

Kalmary na guacamole – przepis

1

Składniki:

  • Kalmary ( mogąś być całe lub pokrojone)
  • 2 x awokado bardzo miękkie
  • i kolendra

  • Cebulka czerwona
  • Cytryna
  • Oliwa
  • Sól, pieprz
  • Pomidor
  • Papryczka ostra

A teraz gotujemy:

Ja najpierw przygotowuję sobie guacamole. Przekrajam awokado i wyjmuję łyżeczką środek do miseczki, do tego wkrajam drobno posiekaną czerwoną cebulkę, odrobinę papryczki oraz pokrojonego w kostkę pomidora. Całość solę i pieprzę i dokładnie mieszam. Układam na talerzu.

Kalmara, jeśli jest cały, przecinam wzdłuż i nacinam go delikatnie „w kratkę” . Podczas smażenia taki kalmar zwija się w rulonik i wygląda efektownie na talerzu. Kalmary już pokrojone tylko podsmażam. Podsmażone kalmary wykładam na miseczkę, solę, pieprzę, skrapiam oliwą i sokiem z cytryny. Na koniec kładę go na guacamole.

To danie również jest szybkie i łatwe do przyrządzenia a przy tym bardzo smaczne.

 

Życzę smacznego

Kiedy nasz syn skończył sześć lat, uświadomiliśmy sobie z mężem, że obydwoje w jego wieku potrafiliśmy już sami czytać. Tymczasem on nie przejawiał w tym kierunku żadnego zainteresowania. Co więcej, każda próba zmobilizowania go do poznawania liter kończyła się fiaskiem, bo zawsze miał ciekawsze rzeczy do roboty.

Nie chcieliśmy zmuszać go do czegoś, co nie sprawia mu przyjemności – w końcu od tego jest szkoła, żeby nauczyć dzieci czytać i pisać, a do pójścia do pierwszej klasy został mu jeszcze prawie rok. Wiedzieliśmy jednak, że gdyby udało nam się go w jakiś sposób przekonać do tego zajęcia, to miałby z niego nie lada frajdę, bowiem odkrywanie nowych rzeczy zazwyczaj przynosi mu radość. Szukaliśmy więc sposobu, żeby młody sam zapragnął nauczyć się czytać.

Najpierw była nauka prostych liter „drukowanych” i ćwiczenie umiejętności podpisywania się pod swoimi rysunkami. To syn opanował szybko. „Pierwsze koty za płoty”, cieszyłam się. Równie szybko jednak okazało się, że napisanie swojego imienia w zupełności mu wystarcza i nie widzi potrzeby pisania czegokolwiek innego. Podsuwałam mu więc proste wyrazy, np. w gazetkach dziecięcych, żeby pokazać, jakie korzyści mogą wyniknąć ze znajomości literek. „Popatrz” – mówiłam – „Mógłbyś sobie sam czytać niektóre rzeczy, gdybyśmy tylko poćwiczyli”. „Ale po co, mamo?” – odpowiadał mój rezolutny sześciolatek – „Przecież Ty zawsze chętnie mi czytasz, bo mówiłaś, że to lubisz”. No tak, mówiłam.

Kolejnym krokiem było więc sięgnięcie po specjalną grę „Zabawa w czytanie”, którą znalazłam w sklepie internetowym. Pełna dobrych chęci usiadłam z dzieckiem w weekendowe popołudnie, mając nadzieję, że stara zasada „nauka przez zabawę” na pewno zadziała. Początkowo szło nieźle – jak z każdą nową zabawką. Ale gra nie do końca spełniła moje oczekiwania. Po pierwsze jej podstawowym założeniem jest odczytywanie wyrazu jako pełnego zapisu graficznego, a nie nauka pojedynczych liter i składanie ich w słowa. Po drugie zastosowane w grze obrazki, mające pomóc w kojarzeniu wyrazów, od razu wydały się mojemu synowi zbyt dziecinne i szybko go znudziły. Faktycznie, muszę przyznać, że sama miałam co do nich wątpliwości – mogłyby wydać się interesujące dla trzylatka, a nie dla dziecka dwukrotnie starszego… po kilku niefortunnych próbach gra wylądowała więc na półce i zaczęła pięknie pokrywać się kurzem.

„Chyba nie pozostaje mi nic innego, jak się poddać” – myślałam – „Może faktycznie jest dla niego za wcześnie i sam powinien do tego dojrzeć?”. Z drugiej strony poczucie, że zbyt łatwo rezygnujemy, nie dawało mi spokoju.

Któregoś dnia mąż wrócił z pracy z informacją, że znajomy polecił mu serię specjalnych książeczek do nauki czytania dla dzieci w wieku naszego syna. Zaczęłam znowu przeszukiwać internet i trafiłam na książki z cyklu „Czytam sobie”. Okazało się, że jest ich bardzo dużo i zostały podzielone na trzy poziomy – początkujący, średnio zaawansowany i zaawansowany. Jak przeczytałam w notce wydawniczej, książki z pierwszego poziomu miały zawierać tylko łatwe wyrazy (złożone z 23 podstawowym głosek) i krótkie zdania, a do tego mnóstwo ilustracji na każdej stronie, tak aby jak najmniej zniechęcać, a jak najbardziej zachęcać. Ponieważ każda z książeczek była dosyć tania, zdecydowałam się zamówić dwa tytuły na próbę.

Bingo! To było to. Co prawda mój syn i do tego pomysłu podszedł sceptycznie i za każdym razem kiedy namawiałam go na wspólne czytanie był „zmęczony”, ale tym razem ja obiecałam sobie, że się nie poddam. Tym bardziej, że metoda opracowana w tych książeczkach wydała mi się naprawdę genialna. Zaczęliśmy od czytania pojedynczych wyrazów w ramkach, umieszczonych na każdej stronie. Syn czytał tylko to, poznając poszczególne litery, a ja czytałam mu resztę historii. Potem zaczynaliśmy od początku. Tym razem on próbował składać litery i wyrazy ze zdań znajdujących się pod obrazkami i tworzących fabułę książeczki. Codziennie miał do „przeczytania” trzy-cztery strony (staraliśmy się, aby nie było to za dużo na raz) i wkrótce zauważyłam, że metoda ta przynosi efekty.

„M-e-n, Men!” – wykrzykiwało dziecko, wchodząc do łazienki, dumnie odczytując napis na żelu pod prysznic dla mężczyzn. „H-o-n-d-a, Honda! A-p-t-e-k-a, Apteka! T-e-s-c-o, Tesco!” słyszeliśmy natomiast przy każdej okazji z tylnego siedzenia samochodu, bo nasz syn nareszcie odkrył radość z nowo nabytej umiejętności. Od tej pory zaczął czytać wszystko, co tylko miał w zasięgu wzroku. Nie zrażały go nawet długie, czy obco brzmiące słowa, sam zaczął dopytywać się o trudniejsze głoski. Kiedy zamówiłam kolejne tytuły z serii „Czytam sobie”, nie mógł się doczekać, aż będzie mógł zajrzeć do nowych książek. Teraz spogląda tęsknie w kierunku dwóch tytułów z drugiego poziomu, w których historia jest już dłuższa, a wyrazy i zdania bardziej skomplikowane i bardzo chciałby już sam umieć je przeczytać.

Nas oczywiście niezwykle cieszy jego ambitne podejście, ale jeszcze bardziej fakt, że to on ma największą satysfakcję z tego, że potrafi już czytać i jest z siebie bardzo dumny. Wystarczy bowiem odpowiednia zachęta, a dziecko samo znajdzie drogę do rozwoju nowych umiejętności. I co najważniejsze – robi to z przyjemnością.

Olga.

Składniki:

  • 2 łyżki żelatyny
  • Maliny około 250 g
  • Cukier
  • 400 gram serka waniliowego np. Danio
  • 150 g śmietanki 30%
  • Cukier puder
  • biszkopty

A teraz mieszamy:

  • Przygotowujemy szklanki lub salaterki a na dnie układamy biszkopty.
  • Ubijamy śmietanę na sztywno, pod koniec dodajemy cukier puder i znowu ubijamy. Dodajemy żelatynę ( 2 łyżki żelatyny mieszamy z gorącym mlekiem aż do całkowitego rozpuszczenia ). Potem dodajemy serek waniliowy i całość mieszamy do uzyskania jednolitej masy. Masę przekładamy do salaterek lub szklanek i wkładamy na dwie godziny do lodówki.
  • Przygotowujemy maliny: maliny przeglądamy czy nie ma robaczka, myjemy i miksujemy dodając cukru ( dajemy tyle cukru ile lubimy).
  • Po dwóch godzinach na wierzch polewamy malinami i deser gotowy.

Smacznego !!!!!

 

Magda