twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy w kategorii: Anegdoty dnia codziennego

Ryba podczas smażenia często zostawia nieprzyjemny zapach w całym domu i staje się mało chrupiąca. Aby tego uniknąć warto do panierki dodać odrobinę świeżo startego parmezanu.

Moja przygoda z ZUS-em, czyli jak państwo dba o kobiety na macierzyńskim

 

No nareszcie! – pomyślałam, kiedy usłyszałam o planach wprowadzenia rocznego urlopu macierzyńskiego. Byłam już wtedy w drugiej ciąży i od razu poczułam, że pierwszy raz dostanę od państwa taki piękny prezent i że być może nadchodzą nowe czasy, w których płacenie tych horrendalnie wysokich, ciężko wypracowanych składek, będzie się opłacać. Przy pierwszym dziecku, urodzonym sześć lat temu, należało mi się zaledwie 18 tygodni i razem z „uciułanym” zaległym urlopem wypoczynkowym udało mi się zostać w domu w sumie przez sześć miesięcy, choć ostatni miesiąc i tak już pracowałam z domu na pół etatu.

Teraz będzie inaczej – cieszyłam się. 20 tygodni macierzyńskiego plus sześć tygodni dodatkowego urlopu macierzyńskiego i 26 tygodni tak zwanego rodzicielskiego daje przecież okrągły rok i to płatny (100% przez pierwszą połowę i 60% przez drugą lub od razu 80% przez całość trwania tego okresu). W trakcie ciąży zamierzałam pracować praktycznie do końca, no może z wyjątkiem ostatnich tygodni, kiedy trzeba się nieco przygotować na nowego przybysza. Stało się jednak inaczej.

Od początku czułam się nie najlepiej, a jako kobieta po przejściach i trzech straconych ciążach, musiałam dmuchać na zimne. Początkowo brałam więc krótkie zwolnienia, a w miarę możliwości chodziłam do pracy lub pracowałam z domu. Od siódmego miesiąca mój lekarz powiedział jednak „dość” i kazał się oszczędzać, tym bardziej, że było już lato, a Warszawę nawiedziła fala upałów. No i zaczęły się schody, bowiem wkrótce ilość dni na zwolnieniu przekroczyła magiczną liczbę 33, co oznaczało, że od tej pory moją pensje będzie płacił ZUS (dzieje się tak w przypadku, kiedy firma zatrudnia poniżej 20 osób).

Oczywiście zostałam uprzedzona przez kadrową, że w płatnościach mogą zdarzyć się pewne opóźnienia, liczyłam jednak na to, że jeśli z naszej strony wszelkie formalności zostaną dopełnione odpowiednio szybko, takie opóźnienie nie przekroczy kilku dni. Kiedy jednak po wysłaniu niezbędnego wniosku oraz oryginału zwolnienia, płatność nie wpłynęła przez ponad dwa tygodnie, zaczęłam się nieco niepokoić. Księgowa uspokajała mnie, że wszystko jest w najlepszym porządku i że to pewnie tylko pierwsza płatność wpłynie z „poślizgiem”, reszta powinna być płacona regularnie. Na własną rękę szukałam więc informacji o przepisach, do których ZUS musi się stosować – na poszczególnych portalach te informacje były nieco różne. Jedna wersja głosiła, że ZUS ma 30 dni od daty dostarczenia zwolnienia. Nigdzie jednak nie było określone, co dokładnie oznacza „data dostarczenia” – czy jest to dzień, w którym pani w ZUSie przybije pieczątkę „wpłynęło”, czy też liczy się data stempla pocztowego? Druga wersja była jeszcze lepsza, bo mówiła o 30 dniach od końcowej daty zwolnienia (!). Co to oznacza w praktyce? Ano to, że jeśli przykładowo, mam zwolnienie od 1 do 20 czerwca, które dostarczam do ZUSu w przeciągu 7 dni od jego otrzymania (bo tak mówią przepisy i nie daj Boże je złamać!) to i tak pieniądze otrzymam dopiero… około 20 lipca.

Tak też się stało. Ponad półtora miesiąca zajęło ZUSowi wygenerowanie dla mnie pierwszej płatności, kolejne też przychodziły z opóźnieniem, mniejszym co prawda, ale zawsze było to minimum trzy tygodnie. Ponownie zaniepokoiłam się na początku września, kiedy wciąż nie wpływało wynagrodzenie z przedostatniego zwolnienia, a mnie nieuchronnie zbliżał się termin porodu. Wkrótce sprawa się wyjaśniła – przyszło pismo z ZUSu, zapełniające całą stronę A4, wymieniające kilka paragrafów, według których popełniłam straszną zbrodnię, gdyż spóźniłam się z dostarczeniem zwolnienia jeden dzień. W związku z tym ZUS postanowił potrącić mi 25% za tenże jeden dzień i, co gorsze, oznaczało to także przesunięcie wypłaty o jakieś kilka tygodni. Byłam jednak pewna, że zwolnienie dostarczyłam na czas, przekazałam je bowiem mojemu pracodawcy na następny dzień po wizycie u lekarza. Zaczęłam więc drążyć temat. I co? I okazało się, że mam rację – w świetle przepisów miałam 7 dni na przekazanie zwolnienia do swojego, jak to się ładnie mówi „zakładu pracy”, a ten powinien przekazać zwolnienie do ZUSu niezwłocznie. Tak też się stało, ale dokument fizycznie wylądował na biurku jakiejś pani Kasi, Zosi, czy Basi ósmego dnia. A pani ta uznała więc, że wypłata 100% się nie należy i bach, wysłała pisemko. Po moim śledztwie oraz interwencji księgowej, pani Kasia/Zosia/Basia przyznała, że potrącanie 25% jest bezzasadne i ZUS wypłaci całość. Opóźnienie w wypłacie jednak pozostało… pieniądze wpłynęły po kolejnych trzech tygodniach.

No nic, pomyślałam, może przynajmniej na macierzyńskim sytuacja się poprawi. Żeby być całkowicie w porządku, przygotowałam sobie wcześniej wymagane wnioski o urlop macierzyński i wysłałam do pracodawcy, umawiając się z księgową, że po porodzie uzupełnimy je tylko o konkretną datę.

Córka przyszła na świat 16 września, po dwóch dniach wyszłam ze szpitala, po czterech zdołałam się na tyle ogarnąć, żeby zabrać się za niezbędne formalności. Skontaktowałam się więc z księgową, uzupełniłyśmy wnioski, a ja przygotowałam ich oryginały, które dodatkowo wysłałam pocztą. Zadowolona ze swojej świetnej organizacji czekałam na wypłatę.

Kiedy jednak w połowie października moje konto bankowe nadal świeciło pustkami, znów zaczęłam się niepokoić, że ZUS o mnie zapomniał. Niepotrzebnie! Dwa dni później przyszło kolejne, wspaniałe i fachowe pismo. O co chodziło tym razem? Ano zakład ubezpieczeń domagał się ode mnie natychmiastowego dostarczenia aktu urodzenia dziecka i to w oryginale (żaden tam odpis!), bo tylko ten dokument mógł być dostatecznym dowodem na to, że zasiłek macierzyński mi się należy. Nieważne, że wcześniej wysłane zostały wnioski o urlop macierzyński, firma wypełniła druk wymagany przez ZUS oraz dodatkowo wysłała podanie, że rzeczywiście zgadza się na mój urlop macierzyński, nieważne, że przekazałam też oryginał zaświadczenia ze szpitala, że faktycznie urodziłam dziecko. Tylko akt urodzenia mógł pomóc mi otrzymać należne pieniądze…

Cóż miałam robić? Czym prędzej pognałam na pocztę i poleconym priorytetem wysłałam żądany dokument. Było to pod koniec października, zakładałam więc, że początek listopada być może przyniesie jakieś dobre wieści. Codzienne sprawdzanie konta weszło mi już w nawyk, ale w końcu 10 listopada stwierdziłam, że dosyć tego. Poprosiłam księgową o ponowny kontakt ze znaną jej już panią Kasią/Zosią/Basią i owa pani powiedziała, że owszem ma jakąś korespondencję ode mnie z 4 listopada (rany! ale długo musiał trwać jej obieg w ZUSie), ale na biurku ma taki zaległy stos kopert, że jeszcze nie dotarła do tego, co tam jest. Od tej pory zaczęło się bombardowanie ZUSu telefonami codziennie, z nadzieją na otwarcie koperty przez właściwą osobę i jakiekolwiek przyspieszenie mojej sprawy. I wreszcie – tak! 16 listopada pani Kasia/Zosia/Basia potwierdziła, że otrzymała akt urodzenia dziecka i przygotowuje przelew dla mnie JUŻ na 21 listopada, JEŚLI jej szefowa go podpisze…

Czekałam tyle czasu, że przez te parę dni postanowiłam uzbroić się w cierpliwość i nie otwierać konta aż do 22 listopada. Moja cierpliwość została nagrodzona – tegoż dnia pojawił się w banku cieplutki, świeżutki, całkiem pokaźny (bo zaległy) przelew z ZUSu. O mało nie popłakałam się z radości. Gdybym mogła, poszłabym się upić…

I tak – po dwóch miesiącach i sześciu dniach od porodu – zakończyła się moja walka z ZUSem, przynajmniej na razie, bo kolejną wypłatę otrzymałam już o czasie. Nie wiem, co będzie dalej, ale mimo przejść, chcę pozostać optymistką i wierzyć, że będę dostawać pieniądze regularnie. Pewnie do czasu, kiedy złożę kolejny wniosek o urlop rodzicielski tym razem…

Sęk w tym, że przez te ponad dwa miesiące (a w zasadzie i wcześniej, kiedy nie płacono mi także za zwolnienia) codziennie zadawałam sobie pytanie, co bym zrobiła, gdybym była samotną matką? Albo nawet nie, ale gdyby na przykład moja sytuacja finansowa była taka, że ledwie wiążemy koniec z końcem i starcza nam od pierwszego do pierwszego? Albo gdyby mój mąż stracił pracę? Ząbki na półkę i głodujemy? Tylko, co powiedzieć dzieciom?

Czuję się szczęśliwa, bo z pensji męża starczało na pieluchy i jedzenie dla wszystkich. Starsze dziecko poszło do szkoły – książki też było za co kupić. Ale co mają zrobić rzesze kobiet, które nie są w tak dobrej sytuacji? A przypuszczam, że jest ich mnóstwo i nie sądzę, żeby ZUS traktował je w sposób szczególny i wypłacał im pieniądze szybciej. Jakie rozwiązanie proponuje państwo dla tych matek, którym pieniądze się należą, bo tak jak ja przez wiele lat ciężko na to pracowały, a mimo to nie mają za co wyposażyć nowo narodzonego dziecka? Przecież to jest czas, kiedy nie tylko potrzebujemy opłacić standardowe rachunki, ale mamy jeszcze mnóstwo dodatkowych wydatków! Czy wtedy jest miejsce na radość z narodzin, czy tylko strach o to, jak dam sobie radę?

Życzę wszystkim paniom Kasiom/Zosiom i Basiom, żeby czasem pochyliły się nad konkretnym przypadkiem i były na tyle mądre, żeby umieć potraktować go zgodnie procedurami, ale też wykazać chociaż odrobinę dobrej woli i empatii, żeby niczego nie odkładać, nie przedłużać, nie opóźniać. Może komuś to uratuje życie…

Olga.

Sposób na kaca

0

Niejeden / niejedna z nas ma z tym problem gdy wieczór się przedłuża a ilość alkoholu coraz większa. Poranek jest okropny ale pomaga szklanka wody zmieszana z sokiem z cytryny i łyżeczką sody oczyszczonej. Pomaga też kawa z sokiem z cytryny.

Moje heurystyki oceniania – anegdota

39

„(… )nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże.”

„ Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche mama.”

To było ciepłe niedzielne popołudnie. Wiosna już w pełnej krasie, powiew zielonych pęków, drzew i ta świeżość, otaczająca atmosferę. Idealna pora na spacer. Wydeptaną ścieżką prowadzącą z ulicy Sikorskiego w Warszawie, aż do Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie zobaczysz matki pchające wózek z dzieckiem, biegające dwulatki z opiekunką lub babcią, starców mieszkających nieopodal, a nawet kury wybiegające zza płotu małej działki jeszcze pamiętającej lata 70’ ubiegłego wieku. To taki inny świat, a odległy zaledwie kilkadziesiąt metrów od jednej z ważniejszych ulic w tym rejonie Warszawy. Część owej ścieżki, mniej więcej na tyłach kampusu wyższej uczelni, przechodzi przez kawałek lasu. Pamiętam jeszcze, że jak byliśmy dziećmi biegaliśmy tam bawiąc się w rowerowe podchody. Często podzieleni w dwie grupki zastawialiśmy się przeszkodami, nawzajem wyznaczaliśmy sobie zadania. Wyprawa do lasu usłana wręcz była tajemniczością, a celem nierzadko znalezienie skarbu. Mając dziesięć lat i zgraną paczkę podwórkową, osiedle i najbliższa okolica stają się siatką, planem na mapie jeszcze nieodkrytych terytoriów, w które można zapuszczać się dalej i jeszcze dalej. I podczas jednej z takich wypraw, mając bagaż przytwierdzony z tyłu do mojego „Pelikana”, wyruszyliśmy na podbój jaszczurkom. Nasza ekipa, tuż za rozłożystymi krzakami, w odległości około stu metrów od ścieżki, rozbiła swoją bazę, a następnie szperała w ściółce, liściach, korach drzew, by znaleźć choć jednego gada, gdy nagle usłyszeliśmy warkot silników. Zauważyliśmy, że w naszą stronę zbliża się około dziesięciu motocyklistów. Poczuliśmy strach. Z naszej kryjówki obserwowaliśmy: jak się zatrzymali, krzyczeli, przeklinali. Byli młodzi, ubrani zupełnie na czarno, w skórzane kurtki z jakimiś srebrnymi szpikulcami, a na szyjach u niektórych widoczna była dziwnie zaciśnięta obręcz. Ich niecodzienny strój i zachowanie, wprawiały nas w narastający niepokój, który apogeum osiągnął, kiedy owi młodzi ustawili się w krąg i zaczęli mówić jakimś dziwnym językiem. Później, gdy tylko usłyszeliśmy satan, nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże. Nigdy później nie pedałowałam tak szybko jak tego dnia. Sataniści próbowali nas przegonić, z tyłu słyszałam, jak krzyczeli, że nie wolno nam się samym pałętać po lesie. I coś jeszcze, że im przeszkodziliśmy w jakimś obrzędzie.

Później, już ze swoim dzieckiem, ilekroć przechodziłam tą drogą, uciekałam się do retrospekcji. Słyszałam w sobie ciche „uważaj”. I mimo, że tak naprawdę nigdy mi nic nie groziło, nawet ze strony tamtych motocyklistów, bo przecież tylko krzyczeli; a krzyczała także często i sąsiadka Malicka, to jednak emocje, które powstały tego dnia, w tym lesie, wiele lat temu, głęboko zakorzeniły się w mojej świadomości. Bo do owego wiosennego niedzielnego popołudnia, zagrożenia- jeśli już miałam upatrywać się w ludziach, to tylko w tych odbiegających od norm społecznych. Jakkolwiek inaczej ubrana postać, niezwyczajne zachowanie, inny wyraz twarzy, glany i skóra, podbite oko ; chwytałam mocniej córkę by ustrzec ją przed ewentualnym niebezpieczeństwem. I sama z uwagą, ostrożnością przechodziłam obok tych „dziwnych”.

Heurystyka jest to reguła myślenia, uproszczona i często służąca do rozwiązywania jakiegoś problemu. Na przykład: jeśli kupię produkt w sklepie ze zdrową żywnością, wówczas z pewnością będzie on dobry dla mnie. Jeśli widzę schludnie ubranych,spokojnych ludzi, jestem przekonana, że nic mi nie grozi w ich towarzystwie.

I właśnie ścieżką mych doświadczeń lat dzieciństwa, tego wiosennego dnia, z 4-letnią córką i małym szczeniakiem rasy seter irlandzki, wracałyśmy do domu. Dookoła, nie widziałam żadnego zagrożenia, żadnych niezwyczajnych postaci. Ba, więcej…dało się usłyszeć z pobliskiego kościoła dzwon bijący na koniec mszy. To od razu wzbudziło we mnie jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa; mogłam więc beztrosko poddać się niedzielnej aurze, wtopić się w tłum tych zwyczajnych i nie myśleć o żadnym zagrożeniu. Po drodze śpiewałyśmy piosenki, zbierałyśmy bazie, prowadziłyśmy naszego szczeniaka na smyczy, mijałyśmy innych: również z pieskami, rodziny z dziećmi, pary starsze i młodsze, wnuków z dziadkami.

Jak widać z moich dwóch historii, wierząc swoim utartym przekonaniom, w życiu można się bardzo zdziwić.

W którymś momencie zauważyłam wyłaniającą się zza horyzontu, podążającą z na przeciwka starszą, bo mniej więcej po sześćdziesiątce parę. Oboje poruszali się wolnym i spokojnym spacerowym krokiem. Kobieta w strojnym kapeluszu i eleganckim płaszczu oraz mężczyzna siwy, szczupły o pociągłej twarzy, dobrze wyglądający, również dostojnie ubrany. Szli blisko siebie, kobieta pod rękę trzymała mężczyznę. Pamiętam, iż patrząc na nich z daleka, pomyślałam, że z pewnością są małżeństwem z długim stażem i najprawdopodobniej wyszli właśnie z kościoła. Z córką śpiewałyśmy wtedy „Stokrotka rosła polna…” i byłyśmy rozkosznie zabawne, całkowicie nie spodziewałyśmy się żadnego zagrożenia, które miało zajść za niecałą minutę. Wcale nie złapałam swojej córki mocno za rękę, by ją wcześniej ustrzec, wcale nie byłam czujna, w głowie nie brzęczało mi ciche „uważaj”, bo dookoła najzwyczajniej nie widziałam żadnego niebezpieczeństwa. Dopiero wtedy, gdy się mijaliśmy…mężczyzna bardzo władczo i stanowczo powiedział –Zabieraj tego psa. – Nie wiedziałam o jakiego psa mu chodzi, o tego mojego małego Artesa, idącego grzecznie na smyczy? Nie ważne, i tak nie miałam nawet chwili do namysłu, bo mężczyzna wyjął nagle coś z kieszeni i zaczął pryskać. Opryskał mnie, córkę i psa. Od razu upadłyśmy, obie.Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche „mama”. Po paru sekundach uświadomiłam sobie, że facet, bo mężczyzną nazwać go nie można, dosłownie potraktował nas gazem obezwładniającym. Ile sił mogłam, chwyciłam córkę na ręce i z trudem, naprawdę z trudem wygrzebałam się z tego miejsca. Chciałam byśmy oddaliły się od tego punktu, gdzie został puszczony gaz. I gdy tylko to zrobiłyśmy, kazałam córce wdychać głęboko czyste powietrze. Obie byłyśmy bardzo roztrzęsione. Nasz Artes schował się w krzakach i ledwo dyszał. Odciągnęłam go również. I wtedy spojrzałam przed siebie, ci ludzie, wolnym krokiem szli dalej, jakby nigdy nic. Nie mogłam w to uwierzyć. To był normalny atak z ich strony, widzieli, że obie przez chwilę leżałyśmy, a oni nic….dalej szli swoim wolnym krokiem. Jedynie z całych sił wykrzyczałam „wy skur……..”. Nie myślałam o wzywaniu policji, a o nas. By jak najszybciej dotrzeć do domu, zdjąć ubrania, porządnie zmyć z siebie opary i umyć psa, który ledwo dyszał mając w sierści szkodliwą substancję.

Jak widać czasem heurystyka oceniania potrafi bardzo zmylić

 

 

Agnieszka

 

 

Jechałam wtedy samochodem, byłam gdzieś w okolicach podwarszawskiej Magdalenki. Wracałam do domu z Walendowa, kiedy zadzwoniła Agata. Powiedziała – Marta nie żyje. Pogrzeb w przyszłym tygodniu, w środę. – To za niecały tydzień – pomyślałam. – Co ja będę robiła w środę? Czy mam jakieś plany? – Szybko kalkulowałam w głowie, wszystkie spotkania na następny tydzień, zastanawiałam się co włożyć na siebie, kto będzie na pogrzebie? Czy będzie cała nasza szkoła? Tych ludzi nie widziałam całe wieki, czy ja chcę się im pokazywać? W mętliku i pośpiechu myśli, nie zauważyłam auta jadącego z naprzeciwka, który wyprzedzał. W ostatniej sekundzie zjechałam na pobocze. – skurczybyk ! – krzyknęłam. Wyłączyłam silnik. Wyszłam z auta. Z daleka widziałam, stojące i uśmiechnięte tirówki. –Nawet te ku… się tu pałętają – powiedziałam do siebie. Obeszłam swoje Volvo ze trzy razy, aż w końcu uderzyłam mocno o karoserię. Wsiadłam, trzasnęłam drzwiami i odjechałam.

Nie parzyłam kawy, jak zwykle. Tylko usiadłam i włączyłam Madame Butterfly w wykonaniu Marii Callas. Nalałam sobie jaśka. Wróciłam do przeszłości.

Marta była jedną z najładniejszych dziewczyn w szkole. W wieku kilkunastu lat regularnie odwiedzała solarium, kosmetyczki, manikiurzystki. Jej rodzice fundowali najlepsze ciuchy, w które wpasowywała swoje krągłe biodra, wydatne piersi, zgrabne i długie nogi. Dbali, by córka zawsze miała ułożone włosy, dobrany makijaż. Błyszczała. Była popularna. Flirtowała, uwodziła. Owszem, była koleżeńska. Chętnie opowiadała o chłopcach, kosmetykach. I jak tak mówię o niej, to od razu wydaje się być taką szkolną blondynką. Nie, nie była nią. W naszej szkole inna pełniła tę funkcję, taka Ewka. Marta była cwana, idealnie torowała sobie drogę do celu. Pewnego razu spodobał jej się Marcin, chłopak z ostatniej klasy liceum. I wymyśliła. Kupiła mi bilet do teatru, … pamiętam to były „Siostry” w Powszechnym, sztukę polecam. Poszłyśmy razem. Było mi bardzo miło, naprawdę. Chwaliła mnie, mówiła, że inni mnie lubią, że dziwią się, czemu ja się trzymam od nich z dala. Wtedy, nawet nie wiedziałam, że trzymam się z dala. Wiedziałam, że nie chcę trzymać się tak blisko. Ci ludzie i tak mnie przecież nie zrozumieją. W każdym razie, po spektaklu zaproponowała bym u niej została na noc. Oczywiście pojechałam do niej, ale na noc nie zostałam. Przez następne dni, była przemiła, wydzwaniała do mnie, starała się trzymać blisko. I w końcu, kiedy rozmawiałam z Marcinem, którego już dawno zdążyłam poznać, a nawet bywać z nim na różnych imprezach towarzyskich, Marta podbiegła do mnie, głupio się uśmiechając i udając wspaniałą przyjaciółkę. Od razu nawiązała do sztuki teatralnej. W ten sposób zyskała znajomość, a nawet i więcej. Ja straciłam znajomość.

Innym razem, kiedy siedziałam w domu i nie miałam z kim wyjść do klubu, nagle zadzwoniła do mnie i powiedziała, że wpadnie mnie odwiedzić. Przyjechała o dziewiątej wieczorem, moi rodzice, a szczególnie tata nie był zadowolony. Według niego, goście nie powinni zjawiać się o tak późnej porze. Pamiętam, że zebrałam wtedy niezły opierdziel. Myślałam tylko, że będzie mi weselej w piątkowy wieczór, kiedy ona się zjawi. Myliłam się. – Hej Aga, To Madzia, pamiętasz ją. Wpadłyśmy, bo wiesz chciałabym pożyczyć od ciebie ten długi płaszcz. – powiedziała, niestety po tym jak już przekroczyła próg mego domu. Płaszcz był rzeczywiście świetny, w tamtych czasach nie było takich centrów handlowych jak teraz, ciuchy były o wiele gorsze. To też, dziewczyny często wymieniały się ubraniami. Cholera, pożyczyłam jej. Dlaczego? Ofiara losu ze mnie. Pojechały do klubu, ale beze mnie.

Dzwoniła do mnie z Grecji, kiedy była z Marcinem na Rodos. On pływał na desce, ona się opalała. Ich pobyt okazał się klapą. Dzwoniła do mnie, skarżyła się. Opowiadała, jaki to Marcin jest bezduszny i nie zwraca na nią uwagi. Słuchałam jej. Prosiła bym skontaktowała się z nim i dowiedziała się, dlaczego on ją tak źle traktuje. W zasadzie usłyszałam od niego : Marta jest głupia. Tego jej nie powtórzyłam.

Był spektakl w szkole. Zawsze marzyłam o tym by grać. Udawać kogoś innego. Chciałam zagrać sprzątaczkę, taką trzecio-planową rolę. Nie wiem, jak to się stało, ale Marta po rozmowie z nauczycielem dostała tę rolę. Mnie obiecano inną, ponoć taką, w której jest więcej dialogu. I nawet się ucieszyłam. Lecz roli nie dostałam. To była rola chłopięca.

Ku…, a teraz nie żyje. I kto by pomyślał – powiedziałam znowu do siebie.

Nie była wcale taka zła. Nie tłumaczę jej. Manipulowała. Tak, nie bójmy się tych słów – ona manipulowała ludźmi. Pamiętam to jak dziś. Któregoś dnia jechałam do domu, byłam już mężatką. Dzwonię do Pawła , mówiąc mu, że za jakąś godzinę będę w domu, a on … że Marta przyjechała. Jak to przyjechała Marta? Gdzie? – pytałam rozdrażniona. – Do domu, do nas, siedzimy i przyrządzamy pesto. Marta przywiozła wszystkie produkty do pesto. Myślała, że będziesz w domu. – odpowiedział. Cholera, ale mnie nie ma w domu – wykrzyczałam. – No dobra, nie przeżywaj, ona poczeka na Ciebie- zirytował się wiecznie wyluzowany Paweł. Gdy przyjechałam ,jej nie było. Chryste Panie, ona nawet nie zadzwoniła, nie uprzedziła. Wpadła do mojego domu, mojego terytorium. Siedziała z moim mężem. Czy coś się wydarzyło w tym czasie? Nie wiem. I tak po dwóch latach się rozwiodłam.

I ja mam jej żałować? Żałować jej życia? Bo przez ostatnie lata ponoć się zmieniła? Tylko co się zmieniło? Co ją zmieniło? No dobrze, wiem. Chorowała ciężko. Kilka lat temu, po tym jak już się rozwiodłam i zapomniałam o tym całym incydencie, skontaktowałam się z nią. Miałam wtedy złe dni, leczyłam się ze swoich jakiś tam lęków. Zadzwoniłam do niej, gdyż koleżanka wystawiła mnie do wiatru i pomyślałam, że w sumie z Martą mogłabym się zobaczyć. Co jak co, ale imprezowała zawsze nieźle. A mnie wtedy potrzebna była jakaś mocna odskocznia. W słuchawce telefonu jednak usłyszałam – Jestem chora, właśnie czekam na operację. Wytną mi pierś. Mam raka. – westchnęłam i odparłam – Gdybyś czegoś potrzebowała, mogłabym Cię odwiedzić, pomóc Ci.

W pierwszej sekundzie, pomyślałam, że to jakieś jaja. Że kolejny raz robi sobie ze mnie jaja. Zadzwoniłam szybko do naszych wspólnych znajomych. Upewniłam się, to była prawda. Nic nie myślałam, zaczęłam się wtedy trząść. Nie wiem, czy to z powodu tych moich lęków, czy też z jej powodu. Owszem zrobiło mi się dziwnie. Przecież nie była mi obca, a z kolei żadna bliska mi osoba nigdy nie chorowała na raka.

I poprosiła o pomoc. Chciała bym porozmawiała z jej chłopakiem, którego również dobrze znałam i dowiedziała się o ich relacje, które podobno już wtedy nie były najlepsze. Czy ja miałam wtedy siły na takie zagrywki? Przypomniał mi się od razu Marcin i ta sytuacja. Nie zadzwoniłam do jej chłopaka, nie odwiedziłam jej ; więcej, nawet przestałam odbierać jej telefony. Pewnie pomyślała sobie o mnie najgorsze rzeczy. Ja i tak się tym nie przejęłam.

Później tylko dowiadywałam się o niej i o jej stanie. Rak atakował. Martę kawałek po kawałku wycinali od wewnątrz. Było tak, że raz wychodziła na prostą. Wtedy pracowała, udzielała się towarzysko, choć już w o wiele mniejszym stopniu. I już nie błyszczała. Nie miała ku temu walorów i siły. Widywałam ją czasem w sklepie, czy na poczcie. Przytyła, nie wyróżniała się już.

Ku…, jak to możliwe? Gdy słyszysz o tym, jak choroba zmienia człowieka, to owszem dociera do ciebie, ale puszczasz to dalej, nie obcujesz z tym. Gdy jednak widzisz to na własne oczy, nagle stajesz i nie możesz zrozumieć. Pytałam siebie : dlaczego? Dlaczego ta Marta zupełnie nie przypomina tamtej Marty? Boże , co tu jest grane – krzyczałam w duchu. Miałam do niej podejść. Nie zrobiłam tego. Niby co, miałam jej powiedzieć? Tłumaczyć się, dlaczego nie dzwoniłam kilka lat temu? Zresztą wyglądałam ładnie, nie tak jak w szkole. Jako kobieta, stałam się atrakcyjna, nosiłam się gustownie i potrafiłam zadbać o makijaż. Gdyby mnie zobaczyła? Czy nie zrobiłoby się jej przykro?

Gdy tak siedziałyśmy na szkolnym korytarzu, nigdy w życiu nie pomyślałabym, że to właśnie ona z nas wszystkich pierwsza odejdzie. Marta naprawdę miała ikrę, potrafiła walczyć o siebie, o swój wizerunek, reputację. Umiejętnie dążyła do wyznaczonego celu. Żyła. Była lubiana, znana. I co? Jej życie w sumie skończyło się w trzy lata po zakończeniu szkoły. Później już tylko chorowała. Podczas, gdy ja zdążyłam już dawno mieć suknię z welonem, urodzić dziecko, patrzeć jak rośnie, założyć i zamknąć firmę, rozwieść się, wejść w drugi związek, zaznawać rozkoszy seksualnych, zwiedzić świat, smakować wykwintnych dań, bywać w operze, ona była wycinana. Ja pier…., jak to brzmi : była wycinana.

Umarła. Już jej nie ma.

To właśnie, tak miało być? I dlatego w liceum doznała, tych rzeczy, do których mi wtedy było daleko? Dlatego, że ktoś tam na górze dał jej tylko 30 lat życia? I miała jego namiastkę podczas tych kilu lat w liceum? Do jasnej cholery, czy mamy przyjść na ten świat, odwalić już z góry zaplanowaną robotę i odejść? Czy też może mamy sobie zasłużyć na to odejście…, jeśli tak, to czym Marta sobie zasłużyła?

Gdyby nie zachorowała? Jaką osobą byłaby? Czy po trupach dążyłaby do wygodnego życia? Czy może wykazałby się pracowitością i dobrocią, zrozumiałaby, że wcześniej potrafiła krzywdzić innych. Wiem, że nie tylko mnie krzywdziła. Kilka osób przyznało się, że również byli podobnie traktowani, jednak kwitowali to słowami „ wiesz, jaka była Marta” . Wiem, dobrze wiem.

Zadzwoniłam do Agaty.

- Hej, wiesz, nie będę myśleć o pogrzebie.

- Bo ?- spytała

- Bo nie pójdę na niego

- Ja też się nie wybieram – wyznała Agata.

 

Agnieszka

 

Opowiadanie to napisałam dwa lata temu, kiedy dowiedziałam się o chorobie Aldony, mojej niedoszłej przyjaciółki obok której mieszkałam kilka lat. Z wielką siłą i wolą walki powiedziała mi o swoim nowotworze. Umierała rok. Marta i narratorka w opowiadaniu są odbiciem sprzecznych emocji, lustrem przejaskrawionym, pokazującym złość, żal, smutek. Marta powstała na skutek trzech zupełnie niezależnych historii, ale inspiracją były słowa, przede wszystkim złość na tę wstrętną chorobę poszerzającą swoje kręgi.

Kolorowe kredki i rzecz o mym komuniźmie

0

 

Kolejki ciągnęły się po kilkadziesiąt metrów, a każda z nas stała tam mniej więcej po dwie godziny. Każda, bo na jedną osobę przypadała paczka kawy i cukru. Mama ustawiała nas niczym klocki, tylko po to by móc zaopatrzyć się na kilka następnych nie – wiadomo jak długich tygodni…niekiedy miesięcy. Nie pamiętam byśmy w tamtych czasach nadmiernie marudziły lub narzekały, raczej grałyśmy swoje role i potulnie stałyśmy wśród reszty szaroburych klocków. To było nasze życie. Ta wszechogarniająca szarość, jedynie czasem ożywiona nocą po przez neony SUPERSAM, KINO MOSKWA, DOMY TOWAROWE, PEWEX oraz sygnalizację świetlną mieniącą się kolorami zieleni, pomarańczy i czerwieni. Owe zmieniające się światła dużo gęściej i częściej oznaczały, iż jesteśmy w samym sercu Warszawy, wtedy jeszcze dalekie od Ursynowa –osiedli mieszkaniowych położonych w polach. Na kilkanaście takich bloków mieszkaniowych przypadał jeden warzywniak, w którym kupowałyśmy pyszną oranżadę w butelce i lizaki. I tylko ten jeden o zaledwie dwudziestu metrach kwadratowych powierzchni sklepik pamiętam zaopatrzonego w towar świeżych warzyw wprost ze wsi. Kilka lat później jeszcze przyszła moda na hubbę bubbę i gumy z Kaczorem Donaldem. Dlatego jeszcze chętniej latałyśmy do warzywniaka. I także później poznałam smak banana, tak miękki na podniebieniu, nie słodki i nie gorzki. I tylko wtedy mogłam cieszyć się jego wyjątkowością, bo później aż do dziś nie poczułam go już nigdy więcej. Soczyste pomarańcze i rozpływająca się w ustach czekolada przesyłana z USA najczęściej na Boże Narodzenie była namiastką późniejszego mego życia, o czym miałam się przekonać dziesięć lat później. Sięgając jeszcze wcześniej i patrząc oczami trzy, cztero- latka widzę pełno żołnierzy poustawianych niczym mumie na ulicach. Podchodziłam do nich i za ręce lub nogi łapałam, pragnęłam tylko sprowokować, być choć okiem mrugnęli, poruszyli swoimi karabinami, by wreszcie coś z siebie wydusili. Lecz mumie stały nieruchomo, mimo mojego pokaźnego języka.

Szarość nabierała barw majem, kilkanaście przeplatających się odcieni zieleni, żółty, fiolet i czerwień. Zapach był inny, taki orzeźwiający, naturalny. Mlecze połyskiwały przy warszawskich ulicach. Bzy świeciły swoim jasnym blaskiem odbijając świetliste promienie słoneczne.

Był rok 1987 mój tata po raz pierwszy przyjechał zagranicznym samochodem, marki Nissan także w odcieniach szarości, tak jakby sam samochód nie mógłby być soczystej czerwieni lub wiśni. Skoro był zagraniczny, musiał być szary? Oczywiście według mojego taty, to wcale nie był szary kolor, ale grafit. I tak należało mówić : Nissan jest w kolorze grafitu. Tata swój nowy nabytek parkował pod blokiem i był bardzo zdruzgotany, kiedy z szóstego piętra nijaki Godlewski zrzucał jajka. Rozbijały się na masce i w szczególny sposób rysowały karoserię. W następstwie w szarości połyskiwały srebrzyste wiązki nitek na widok, których mój tata dostawał barwnego szału. Było to w odległości kilkuset metrów, jedyne takie auto i oczywiście według niektórych sąsiadów nie mogło błyszczeć swoim jednolitym grafitem. Dziś oglądając te stare filmy, śmieję się widząc jak wszyscy z podwórka podbiegają zobaczyć nowy zagraniczny samochód. Do dziś ten obraz mam w głowie i pewnie pozostanie do końca mych dni.

I tym samym posrebrzonym Nissanem wyjechaliśmy w pierwszą daleką podróż. Wtedy też miałam przekonać się, iż na mapie świata nie istnieje tylko Polska i „zagranica”, ale Polska i cała masa innych kolorowych flag, kultur, tradycji oraz powyginanych języków. W tę podróż ciągnąc za sobą małą białą przyczepkę wybraliśmy się całą rodziną. My z siostrą na tylnej kanapie, mama prawie zawsze dobrze pilotująca i tata świetny kierowca swojego wspaniałego samochodu, który jak się później okazało, w obliczu innych szalonych barw wyglądał dość smutno w swym graficie. Sama „zagranica”, tuż za granicą nie miała innych drzew i innych ludzi, więc nie wtedy dowiedziałam się o tym drugim świecie. Było to w pierwszym większym mieście w Austrii , w którym zatrzymaliśmy się na przysłowiowe lody. Moje oczy nigdy nie widziały tylu smaków kulek: cytrynowe, bananowe, malinowe, wiśniowe, pistacjowe, orzechowe i inne. Ślinka ciekła z kącików ust . Lody były tak piękne i jednocześnie dostępne, że szkoda było wybrać jedynie trzy kulki i pozostawić resztę nie spróbowawszy ich nawet. Każdy z nas zatem wybrał inną kulkę. Próbując nawzajem tych wszystkich smakowych larytasów, podniecając się nowymi odczuciami na podniebieniu, nie dało się nie zauważyć lekko kolorowo ubranych ludzi i piękne witryny sklepowe. Wypełnione po brzegi różnościami, jakich nawet nigdy nie widziałam. Aż do tej pory były mi znane tylko trzy rodzaje kubków i talerzy. Na przykład u jednej ciotki był ten pierwszy rodzaj, u dziadków ten drugi, u nas znowu ten pierwszy, a u wujka ten trzeci i tak dalej. Tymczasem tego dnia dostałam oczopląsu, widząc tylko zza witryny na raz kilka zestawów zastawy stołowej. W następnych witrynach : ręczniki, skórzane portfele, zegarki i antyki, jeszcze dalej pończochy i inna bielizna, garnitury, maskotki i zabawki. Zabawki ! Szybko wyrwałam się swoim rodzicom i pobiegłam do sklepu. I dech stanął w mym sercu, gdy tylko przekroczyłam próg. Nigdy w życiu nie widziałam tylu kolorów na trzech ścianach, z góry na dół – podobnie jak witryny, a nawet bardziej – wypełnionymi czymś co wówczas było dla mnie jak dla mojego taty ten posrebrzany grafitowy Nissan. Stanęłam po środku i tylko głową kręciłam w każdą stronę. Potem jak zaczarowana szłam i delikatnie dotykałam owych zabawek, aż w końcu w moje ręce dostał się mały dzidziuś, który w dotyku był tak miękki, jak prawdziwe dziecko. Podeszłam do zdyszanego taty, który szukał mnie w tym czasie i w tej samej chwili wpadł cały roztrzęsiony. Spojrzałam na niego i zapytałam, czy może mi kupić tę lalę. Po wielu latach dowiedziałam się, iż kosztowała bardzo dużo, a moi rodzice wówczas mieli mocno ograniczony budżet, ze względu na poczynione inwestycje w nową firmę. Z wielkim żalem rozstałam się z lalą, której każdy centymetr pamiętam do dziś. To była lala mojego życia. Łzy ciekły mi po policzkach, a ja jedynie wydusiłam z siebie: Dlaczego u nas nie ma takich sklepów? Dlaczego u nas jest inny świat?

Po powrocie, mój brat cioteczny zapytał się mnie jaka jest „zagranica”. Powiedziałam, że u nas jest komunizm, a u nich jest demokracja. – A co to jest komunizm – pytał dalej – o jej … zobacz – energicznym ruchem wyrwałam kartki z bloku i dałam mu jedną z nich. – U mnie jest komuna, a u ciebie nie. A teraz będziemy rysować domek. Każdy z nas ma po cztery kredki brązową, zieloną, czarną i niebieską. Pozostałe kredki czerwone, błękitne, różowe, granatowe będą leżały tu, na oddzielnej kupce, widzisz?

- Tak – uważnie patrząc na mnie, przytaknął

- Tylko ja nie mogę z tej kupki brać więcej kredek , a ty możesz – szybko rzekłam

-Dlaczego? – obruszył się

- Nie wiem…bo tak jest i koniec. I teraz rysujemy domki tymi kredkami.

Nie wiadomo, czy wtedy mój brat cioteczny zrozumiał istotę naszego ówczesnego systemu, ale z pewnością poczuł jakiś smutek i niesprawiedliwość, kiedy ujrzał, że mój domek jest o wiele brzydszy od jego kolorowego. Wtedy już przez długi czas wyobrażał sobie Polskę, której podarowano więcej kredek.

 

Agnieszka

Metka – krótka anegdota

0

Powszechnie wzbudza podziw; mówi się, że jest szczególnym znakiem, symbolem luksusu, przynależności do tej innej grupy. Na ulicy„ noszący metkę” rozpoznają się wśród tego tłumu zwyklaków , bez żadnego emblematu. Choć jedna metka- obowiązkowo. I bynajmniej nie zastąpi ją auto za ponad 150 tyś złotych, bowiem koniecznością jest samo okrycie się choć jedną metką.

Tymczasem ona na półce w sklepie, w witrynach atelier woła i przyciąga niczym afrodyzjak. Wykręca się na różne sposoby, ubrana w wykwintne wzory i świecąca swym prestiżem. Pokazuje, że z nią jest się lepszym. I nie ważne, że portfel w kieszeni czy też w torebce, błaga o pomste do nieba, bo tylko przez chwilkę wahasz się, by w końcu wyjąć resztki z opłakanej prawie pustej sakiewki. Kupujesz metkę? Nie to ona kupuje Ciebie, kolejnego członka tej tajemniczej sektometki.

Zakładasz ją i czujesz się lepiej, bo teraz to ty jesteś ten lepszy. Nosisz na sobie emblemat i już należysz do „ nich”. Zdejmiesz emblemat, należysz do „tamtych”. Przykro mi. Uzależniasz się od „nich” i chcesz więcej metek. I im więcej ich masz, tym częściej jesteś wśród „nich”

I tu zaczyna się moja prosta na pozór historia i wątpliwości związane z niepasującym do mnie stylem bycia, a w rezultacie stylem życia. Bo ilekroć jestem wśród znajomych często słyszę nazwy metek ; tu jest cała litania tych już poznanych i druga litania, o których jeszcze nie słyszałam. Czy to wstyd? – pytam się. – Kto jak kto, ale ty powinnaś wiedzieć, co to za firma – odpowiadają. Tylko, ja nie wiem i tak naprawdę wcale nie chcę wiedzieć. Metki błyszczą i wypinają się jak tylko mogą, na wszystkich; a ja ich nie widzę. Straciłam wzrok? Mówią, mi że, że mają coś z najnowszej kolekcji tej jednej niebywałej metki, że posiadają karty VIP do tych ekskluzywnych salonów, że bywają na takich przyjęciach okraszonych emblematami spadającymi z nieba. Chyba bez konkretnego azymutu chwalą się swoją światowością, swoistym byciem i przynależnością do „nich”. Bo gdzie tu cel tych wszystkich opowieści, skoro już należą do sektometki? Zaraz, zaraz – a ja? Czy jestem „ich”?.

Dwa lata temu znajoma przywiozła ją z Paryża. Od razu bardzo mi się spodobała, w doskonałym kolorze i kroju. I na moje szczęście tak się złożyło, że ów znajoma stwierdziła, iż podobną torebkę ma już w swojej szafie, w związku z tym bez żalu zdecydowała się ją sprzedać. Następnego dnia, jako jej nowy właściciel z przyjemnością ją założyłam . Pasowała mi do wszystkiego, idealna i wygodna. Zauważyła to koleżanka mojej córki, po którą wtedy właśnie przyjechałam do szkoły. Z dużym entuzjazmem podbiegła do mnie. Podekscytowana zaczęła lekko dotykać moją torebkę i nazywać metkę po imieniu. Przez chwilę myślałam, że to jakiś gombrowiczowski absurd … ja dorosła baba, matka, a obok podekscytowana dziewięcioletnia dziewczynka o prawie trzydzieści centymetrów niższa ode mnie nazywa metki po imieniu, szasta znajomością modeli, dotyka skóry, ocenia czy prawdziwa. Patrzyłam na nią – nie wiedząc czy z podziwem, czy też z odrzuceniem. Zaczęła opowiadać o swojej mamie o i o jej metkach w szafie, rozmarzyła się snując plany o tym jakie ona sama w przyszłości będzie nosiła. Czy to ja stoję w miejscu i nie podążam za światem? Czy może świat idzie tak szybko, że ja nie potrafię go dogonić? – pytam się. Bo boję się, że wypadłam z tego biegu, że już za późno nauczyć się być wśród „nich”, chłonąć ten metkowy ideał. Stoję tak i wstyd mi, że ja nie wiem, nie znam prestiżu tej metki. Myślę sobie, ale to tylko torebka, moja torebka i bardzo mi się spodobała.

Po powrocie do domu postawiłam ją na komodzie, pośród znaczących dla mnie zdjęć, obrazów, figurek. Przez dłuższą chwilę patrzyłam się na nią… – aż w końcu przestała być tą zwykłą. Stała się czymś więcej. Skoro już małe dzieci wiedzą cóż oznaczają te wszystkie znaczki…….. Od tamtej pory moja torebka stała się moim emblematem. Zupełnie przypadkiem, bez pogoni za próżnością.

 

Agnieszka

 

On jest niezwykle czarujący i przystojny. Taki inteligent z klasą. Aktor wszechstronny. Gra zarówno na deskach teatru, jak i w filmie. I jeśli podejmuje się roli, to tylko w tych produkcjach, które to później odnoszą sukces i zostają na długo zapamiętane przez widza. Jego role budzą wiele sympatii, wciela się zarówno w amantów i nieszczęśliwych kochanków, po postacie historyczne, problematyczne, oraz te, w których możemy podziwiać jego zgryźliwość i upartość. Dziś nie tylko utalentowany aktor, ale również świetnie prosperujący przedsiębiorca. Mężczyzna już po czterdziestce, ojciec i mąż.

Ta krótka historia, którą tutaj przytoczę miała miejsce kilka lat temu. Wtedy to bohater owej anegdoty już wyganiany za namiętnościami, „spoliczkowany”, wytańczony w klubach, wybawiony singielskim życiem faceta tuż po trzydziestce, zapracowany, wylansowany zapragnął wreszcie miłości. Tej prawdziwej i szczerej. Szukał kobiety, która mogłaby stanąć u jego boku i dzielić z nim życie. Pragnął założyć rodzinę. I nie wiem z jakich przyczyn, ale najprawdopodobniej nie szukał tej jedynej wśród koleżanek po fachu. Bo gdyby tak było, prasa zaraz wówczas coś by wywęszyła i próbowała łączyć jego nazwisko z innymi kobietami. Tymczasem niczego takiego w eterze nie było.

Nasz bohater, więc skorzystał z porad pewnej kobiety znanej „wróżki”, która nie tyle co miała mu wywróżyć , co po prostu z czystej i zupełnie nieprzymuszonej woli sama zaproponować randkę w ciemno ze swoją klientką. Ową klientką zaś była piękna samotna kobieta, która od wielu lat nie mogła sobie ułożyć życia. Mądra, zadbana i obyta szukała także mężczyzny inteligentnego i ogarniętego. W związku z tym chętnie przystała na propozycję owej „wróżki”, która rzeczywiście wyobraziła sobie ich dwójkę jako parę zupełnie pasującą do siebie.

On miał przyjechać po nią do domu i wspólnie mieli wybrać się … na kolację, do kina, teatru, na spacer – nie wiem. I tak mogłoby się stać, gdyby nie czas, który płata figle lub gdyby nie pomyłka „wróżki”, albo wstydliwość pięknej damy.

Dzięki www.freepik.com

Przyczyn nie znam, wiem jednak, iż godzina spotkania musiała zostać pomylona o jedną. Naszego bohatera, kobieta oczekiwała zakładam o 20.00.Tymczasem On zjawił się przed drzwiami pięknej nieznajomej już o 19.00. Tylko, że o 19.00 kobieta szykując się, ubierając, malując, wyczekując na niesamowite spotkanie, przeżywając w środku burzę emocjonalną na myśl o randce z tym przystojnym aktorem… nagle usłyszała dzwonek. W pośpiechu myśląc, iż to sąsiadka znajoma czegoś potrzebuje, szeroko otworzyła drzwi stojąc w samej bieliźnie i pończochach. Ujrzała Jego, znanego aktora, celebrytę, który przybył by ją zabrać.

Nie wiem, co było dalej. Z opowieści wiem tylko, że Ona tego dnia już się z nim nie spotkała, być może uznała, że po takim falstarcie, cała magia spotkania gdzieś się ulotniła. On jednak podobno nalegał i bardzo chciał się z nią zobaczyć. Ona wręcz jeszcze bardziej go zaintrygowała. Zresztą jaki mężczyzna to musiałby być gdyby napięcie obrażony odwrócił się zobaczywszy po raz pierwszy piękną kobietę tak skąpo ubraną , z którą miałby zaraz iść na randkę? W moim skromnym mniemaniu – żaden. Czy to wina jego sławy? Czy to przed nią swoje ciało chciała skryć piękna kobieta? Czy też może chodziło o zwykłe zdenerwowanie? Nie wiem i nie wiem też, czy do dziś owa kobieta znalazła już swoją drugą połówkę, czy ma mężczyznę u boku? Czy nie żałuje czytając gazety, o tym jak X…. wziął ślub, o jego kolejnych sukcesach zawodowych, o tym że urodziło mu się dziecko? Czy nie żałuje piękna kobieta, iż nawet nie spróbowała?

 

Agnieszka

Kometa i inne zjawiska – anegdota

2

15 lutego 2013 roku o godzinie 18.30 wysiadałam właśnie z samochodu, kiedy chwiejnym krokiem podszedł do mnie starszy , nie ogolony, siwy, w jakimś zupełnie trudnym do zapamiętania szarym codziennym stroju mężczyzna, a w zasadzie jego cień. Kiedyś z pewnością był mężczyzną. Dziś trzymając w jednym ręku otwartą butelkę piwa, a w drugim powiewającą na wietrze białą reklamówkę zdążył zaledwie otworzyć usta, kiedy ja w obawie przed jego pijackim monologiem, napięcie odwróciłam się. Szybko jeszcze złapałam za klamkę, by sprawdzić czy rzeczywiście dobrze zamknęłam samochód i udałam się na zakupy. Był to taki mały przydrożny sklepik usytuowany w pobliżu mojej miejscowości. Taki z tych do których podjeżdżasz autem, parkujesz niemalże zaraz przy wejściu i kupujesz to, czego akurat zabrakło w domu. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu w sklepie nikogo nie było. Uwielbiam to. Sklepik ten jest mały, więc już sześciu klientów ma problem z przemieszczaniem się buszując po półkach. Nie znoszę przeciskania się, dźwięku obcierających się o siebie koszyków, wiecznej uwagi by swym ciałem nie zrzucić jakiś słoików czy też butelek. Tymczasem owego wieczoru miałam dla siebie cały sklep. Mogłam do woli cieszyć się wyborem różnorakich produktów. I byłabym o wiele bardziej ucieszona, gdyby nie fakt, iż w tle z radia słyszałam wiadomości, jeszcze raz wiadomości i specjalne wiadomości. Prawdę mówiąc wiecznie mówili o tym samym, a mianowicie o deszczu meteorytów, który spadł rankiem w okolicy Czelabińska. I gdyby nie to, że o godzinie 11.00 przed południem zadzwoniła do mnie koleżanka z doniesieniami o tym wydarzeniu, wówczas w tym sklepie usłyszałabym tę informację po raz pierwszy.

 

Agnieszka słyszałaś, to dziś…na sto procent dziś uderzy w nas ta kometa – Jaka kometa, o czym ty mówisz? – dziwiłam się – No jak to, to ty nic nie wiesz, wiadomości nie oglądasz? – Nie, nie oglądam – odpowiedziałam. – No to słuchaj, dziś po godzinie 20.00 ma przelecieć koło Ziemi kometa, ma być bardzo blisko ziemi i jest ryzyko, że może uderzyć. I co więcej, to ryzyko rośnie, bo dziś rano spadł ogon tej komety. Nad Uralem uderzył deszcz meteorytów. Setki osób rannych, w całym mieście powybijane szyby, sparaliżowany jest cały ruch i życie tamtejszych mieszkańców .

- Ok. Może i rzeczywiście zaraz coś w nas uderzy – spojrzałam szybko na zegarek, by upewnić, się, że do tej 20.00 zdążę zrobić jeszcze zakupy i wrócić do domu. W rezultacie, chodząc między rzędami półek zaczęłam wrzucać co chwilę do koszyka produkty na tzw. zapas. Już wyobrażałam sobie, że przy większej katastrofie odłączą prąd, więc kupiłam świece oraz zapalniczki. Obładowałam się także zgrzewką wody na wypadek , gdyby wodociągi przestały pracować. Oczywiście więcej papieru toaletowego, chusteczek, mleka, słoików i zupek chińskich, makaronu, ryżu, chleba, konserw i… mogłabym tutaj wymieniać. Cały czas myśli moje krążyły w około słów z Apokalipsy : „(…) i gwiazdy będą spadać z nieba” – Czy ta kometa, może w nas uderzyć? – z zawstydzeniem usłyszałam nagle swoje własne myśli.

- Pani kochana- odpowiedziała sprzedawczyni, najprawdopodobniej koło pięćdziesiątki. Wyraźnie dało się zauważyć jej ładnie ułożone włosy w kok, oraz zmęczoną twarz z ostatnimi śladami makijażu. Błyszczała jedynie jej biżuteria i krzyżyk zawieszony na łańcuszku. – O przepraszam – szybko odpowiedziałam

– Pani nie przeprasza – ciągnęła dalej, jednocześnie nabijając kasę i przekładając rzeczy. – Pani nie wierzy w żadne bzdury o meteorytach, nie ma takich rzeczy.

– O – pomyślałam – konkret babka, realistka.

– To Ruscy ! – wykrzyknęła nagle, a ja jednak szybko zwątpiłam w jej realizm. – Gadają takie bzdury, żebyśmy wierzyli, bo chcą ukryć to, że coś tam wystrzelili. Ja dobrze wiem, bo mojej siostry kuzyn bratanka jest wojskowym i nie może o tym mówić. Ale nam powiedział. – żwawo gestykulowała i opowiadała – To tylko mydlenie oczu, Pani nie wierzy w meteoryty – uniosła się

Słuchając tej ciężko zapracowanej kobiety, która ku schyłku swej jeszcze „dojrzałej młodości” próbowała wydobyć z siebie nie tylko odrobinę urody, ale i szacunku, usłyszałam otwierające się drzwi sklepu. Kobieta w tej samej chwili zamilkła, jak do środka wszedł ten sam Cień mężczyzny, przed którym zdążyłam uciec. Tym razem, nie tylko podszedł bardzo blisko, ale i przemówił do mnie.

- a Pani co, nie czeka na pieniądze? -

- Jakiś wariat – pomyślałam.  Cień powtórzył. Ja jednakże udając, iż nie zauważam jegomościa sterczącego nade mną, ponownie zwróciłam się do sprzedawczyni. – No ale co to mogłoby być, jakieś ich próby rakietowe? – próbowałam oderwać uwagę Cienia ode mnie, jednakże i zresztą ku mojemu zdziwieniu sprzedawczyni już się nie odezwała.

– I co? Ile Pani chce, tysiąc, dwa tysiące, czy więcej ?- męczył dalej Cień z piwem. – Tusk będzie rozdawał pieniądze! – wymachiwał rękoma, a ja tym samym zmuszona zostałam dać krok w tył by nie dostać po głowie ową butelką.

- O czym Pan mówi? – już się zdenerwowałam . Ja obładowana zakupami, babka za ladą mówi, że nasi wschodni sąsiedzi mają jakieś próby, w radio słyszę o deszczu meteorytów, za chwilę ma przelecieć jakaś kometa, a ten ledwo stojący na nogach gada o tym, że premier będzie rozdawał kasę. Trafiłam do Twin  Peaks, czy co? Albo może jestem w Krainie Chichów Johnatana Carolla?

- Pani, to też premier będzie jeździł i rozdawał kasę. Może przyjść do Pani do domu nawet. – lekko szturchnął mnie w łokieć. – Bo w kraju jest bezrobocie, pracy nie ma nigdzie, wie Pani? Tak kiedyś nie było, kiedy ja byłem mały…

 

imageworld.pl

 

Kiedy Cień zanurzył się w swoją opowieść, do sklepu weszła jeszcze jedna osoba. Tym razem był to mężczyzna luksusowy, pachnący drogimi perfumami, pewny i dostojny mimo zbliżającej się sześćdziesiątki. Zdecydowanie należał do tych pijących markowe trunki, rozkoszujących się niestandardowymi dziełami sztuki, pływających jachtami po mazurskich jeziorach, bawiących się licznymi dziewkami. Pachniał wyższą półką. I z tej półki też przyglądał się sytuacji, stojąc tuż za mną. Najprawdopodobniej wpadł, by coś na szybko kupić przy kasie, bowiem nie zauważyłam przy nim żadnego koszyka.  Mimo to, już sam fakt stania w kolejce, zrobił z niego aktora tej sceny w tym małym i ciasnym sklepie.

Przemowa Cienia nie była zbyt długa, trwała zaledwie pół minuty. Ja jednak odczułam, iż te trzydzieści sekund nie ma końca. I sam Cień opowiadałby dalej o bezrobociu, mafii, kradzieży, komunizmie, prywatyzacji, sprzedaniu Polski , gdyby nie nagle wypowiedziane słowa Luksusowego

- No w tym kraju, to już nie ma na nikogo głosować.

- Ooo, Pan wie o czym ja mówię, a Pani ? – podłapał Cień

- I mydlą oczy – dodała sprzedawczyni

Kolej na mnie, pomyślałam. Jednak słów mi już zabrakło. Spojrzałam tylko na wózek, był już pusty, a sprzedawczyni wszystko policzyła. Podała sumę. Spojrzałam na zegarek, godz. 19.05. Zdążę do domu, pomyślałam

- I co chce Pani te pieniądze? – nie przestawał Cień

- Nie, premier ponoć nie będzie rozdawał – dodał Luksusowy

- O czym Panowie mówią?! – już wkurzona zapytałam

- No jak to, nie ogląda Pani telewizji? – obruszył się Cień

- Nie, nie oglądam żadnej telewizji. Po raz drugi to samo to samo pytanie dzisiaj ! W dupie mam te wiadomości, te wszystkie gadające głowy, meteoryty, wojny, katastrofy, podatki. Przyszłam tu jedynie kupić serek wiejski, chleb i piwo na wieczór.

Nie wiem, jak zareagowali i co mogli powiedzieć. Już się nie dowiedziałam, bowiem z hukiem wyleciałam. Zostawiając zakupy, za które zresztą nie zapłaciłam.

Po powrocie do domu, mój kochany mąż zobaczywszy mnie wkurzoną i bardzo zirytowaną, zapytał tylko – I co nie kupiłaś nic?

- Nie kochanie, była strasznie długa kolejka. Nie rozumiem, ludzie to idioci, zapasy robią. Całe wózki załadowane mają. Boją się tej komety. I cały czas gadają o tym. Nie chciało mi się już tam tak stać.

- To chodź, przytul się – jak zwykle tolerancyjny i wyrozumiały na moje liczne nerwy, otulił mnie swoim ramieniem.

Do późnego wieczora siedziałam w jego objęciach. Oglądaliśmy telewizję, ale tylko nasz ulubiony program Top Gear. Dzieci ładnie bawiły się  w swoim pokoju. Była cisza i spokój. I w chwili, kiedy kometa była blisko Ziemi, nie wydarzyło się zupełnie nic nadzwyczajnego.

 

Agnieszka

Puszki – anegdota

0

 

Z początku zdziwiłam się, że w Polsce są już takie ładne. Czysta elewacja budynku, zagospodarowanie terenu na zewnątrz, ławeczki i posadzona zieleń dają wrażenie, że zmierzamy do hotelu. Tymczasem obszernym oszklonym wejściem weszłam do olbrzymiego holu pośród, którego stały wygodne czerwone kanapy przeznaczone dla pacjentów w oczekiwaniu na izbę przyjęć. Obok stoliczki z gazetkami, automaty na napoje. Rozglądając się dookoła zauważyłam na prawej ścianie od wejścia zawieszony duży telewizor najprawdopodobniej ledowy, a po lewej wielkoformatowe reklamy.

Hmmm, i to wszystko z NFZ-u? – pomyślałam

Na czerwonej kanapie usiadłam z mężem. Ukradkiem patrzyłam na izbę przyjęć. Z tej perspektywy spodziewałam się w środku ładnego gabinetu. Tymczasem, gdy tylko wezwali mnie i zdążyłam zaledwie postawić tam pierwsze kroki, mój entuzjazm szybko opadł. Odrzucił mnie fetor alkoholu i brudu. Spojrzałam szybko na ściany, były szare, a sam gabinet okazał się być dość sporą salą przedzieloną kilkoma kurtynami pośród których leżeli pacjenci. No tak, polskie szpitale . Kilka kroków i cofasz się z pachnidełka do obszaru zatykającego twe nozdrza. – zmieniłam zdanie co do budynków naszej służby zdrowia.

Ulokowali mnie pomiędzy kurtyny, kazali położyć się i czekać na wstępne badania. Ok, nie położyłam się …jakoś nie mogłam…- kto wcześniej leżał na tym łóżku? – zapytałam siebie samą. Usiadałam i postanowiłam cierpliwie czekać.

- A co tu się dzieje? –usłyszałam młody męski głos zza kurtyny

- A no już chodzić nie daję rady – odpowiedział mu zachrypnięty i zmęczony starszy pan

- Chodzić? Dlaczego ?

- Noga, o tu – najprawdopodobniej wskazał bolące miejsce

- Pan pokaże. Nie, nie, ! Pan się nie rusza, tylko leży spokojnie. Ja zobaczę.

Po chwili – Pan ma odmrożoną nogę ! Opatrzymy ją – kontynuował młody głos

- Dobrze, dobrze. Pan może mi coś da, żeby tak nie bolało – poprosił

- A gdzie Pan mieszka? Bo nie podał Pan tutaj nic w rejestracji.

- A ja bezdomny jestem – bez zażenowania wyjaśnił

- Aaaa – zupełnie bez wzruszenia zareagował młody głos – No dobra, a był pan tu już ile razy?

- No jestem .. nie wiem który. Jak boli już mocno i chodzić nie mogę to przychodzę.

- Zima długa jest, to gdzie pan śpi? – spytał młody głos

- Aaa, to tu … to tam, jak się miejsce znajdzie. W piwnicach najczęściej.

- I co dobrze tam? – kontynuował, ale wydawało mi się, iż jednocześnie zaczął w końcu opatrywać ranę bezdomnego.

- Aaa dobrze, co ma być źle?

- A domu, rodziny pan nie ma ?

Znoszone buty imageworld.pl

- Miałem, ale żona odeszła, syna wzięła. Dom miałem, ale pogoniła mnie. Potem pracy nie znalazłem. Wie pan, jak to jest – rzekł już zrezygnowanym głosem

- Ale jak to , tak sama odeszła? Musiał pan chyba coś narozrabiać. Pił pan pewnie, co? – w jego głosie dało się usłyszeć tę pewność, którą wszyscy wyrażamy, kiedy jesteśmy niemalże w stu procentach przekonani o swojej racji.

- Jak nie, jak tak. Piłem. – przyznał bez ogródek.

- A teraz, pije pan ? – cały czas ciągnął zza język młody głos

- No się wypije od czasu do czasu. – wydawało mi się, że facet zdecydowanie lubił wypić, gdy tylko o tym mówił, wyraźnie się ożywiał.

- A nie lepiej gdzieś w schronisku nocować, szukał pan tam miejsca?

- Eee, panie, to się tak tylko mówi, że tam jest .. wie pan, dobrze. Jak mocne mrozy to idę tam, ale jak już jest tak powyżej minus dziesięciu w nocy to ja uciekam. Muszę zarobić przecie.

- Zarobić – tym razem i młody głos się ożywił

- No tak ! Puszki zbieram, złom zbieram, ale głównie puszki.

- Jaki złom? – z wyraźnym zainteresowaniem zaczął wypytywać

- No ostatnio przykładowo, chłodnicę znalazłem. Ludzie to dużo wyrzucają i nie mają pojęcia, że to warte. Wie pan?

- No to ile pan tak miesięcznie wyciąga z tego?

- Normalnie, to ze dwa tysiące, a jak jest lepiej to i ze trzy.

- Cooo?! – wykrzyknął młody mężczyzna- a podatek pan jakiś płaci?

- Hehehe, panie jaki podatek?

imageworld.pl

- To nie lepiej panu wynająć pokój, a nie tułać się po piwnicach? – zapytał zdziwiony

- A skąd…! – zaprzeczył bezdomny

- No wyciąga pan więcej niż ja na etacie

- He no wie pan – rzekł podbudowany stwierdzeniem opatrującego

Po chwili moja kurtyna się odsłoniła i ten sam młody głos zapytał mnie:

- A co tu się dzieje?

Młody głos, wcale nie należał do młodej osoby. To był mężczyzna mniej więcej w moim wieku, po trzydziestce. Był to lekarz pogotowia ratunkowego.

- U mnie wszystko ok – szybko odpowiedziałam – ale co będzie z tym bezdomnym, który nie może chodzić?

Mężczyzna lekko nachylił się w moim kierunku i przyciszonym głosem rzekł:

- A słyszała Pani, wyciąga więcej niż ja. Może zamiast tylu lat studiów, powinienem zbierać złom? Zastanawia mnie jedno, czemu facet nie wynajmie sobie nawet żadnego pokoju?

Po wszystkich badaniach wstępnych, wyszłam w końcu zza kurtyny. Gdy szłam tą samą salą, tym razem już z powrotem do pięknego holu,  spojrzałam tylko na tego bezdomnego. Leżał dalej i chyba już zasnął.

 

Agnieszka