twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

 

Zbliża się wielkimi krokami lato a ja znowu zastanawiam się nad tym czy uda mi się pokazać w latko w krótkiej spódniczce. Na początku marca zaczęłam szukać zabiegów tzw. Wyszczuplająco – ujędrniających.

- Znalazłam !!! – pomyślałam.

Znalazłam w Internecie entomologię. Przeczytałam, że jest  to jedna z najskuteczniejszych metod kształtowania sylwetki. Zapewnia znakomite rezultaty w zwalczaniu cellulitu oraz nadwagi. Zapisałam się na 10 zabiegów.

Endermologia przy zakupie np. 10 zabiegów kosztuje około 80 – 100 zł za zabieg. Jest to dość przyjemny zabieg polegający na masażu całego ciała specjalną głowicą  wyposażoną w dwie ruchome rolki. Masowany fałd skóry jest uprzednio zassany przez podciśnienie wytwarzane w specjalnej komorze. Moc ssania można zmniejszyć lub zwiększyć w zależności od odczuwalnego bólu. Zabieg trwa ok 40 minut ( zakładamy specjalny kostium), w trakcie których wykonywany jest masaż limfatyczny ciała, ze szczególnym uwzględnieniem partii dotkniętych cellulitem bądź nadmiarem tkanki tłuszczowej.

Faktycznie jest to zabieg który poprawia jędrność i koloryt  naszego ciała jednak nie zauważyłam abym straciła choć centymetr w obwodzie lub mój celulitis znikł J. Celulitis nieco jest mniej zauważalny.

Reasumując – endermologia nie czyni cudów ale na pewno poczujemy się nieco lepiej w swoim ciele po serii takich zabiegów.

Kilka prawd o kolkach u niemowląt

31

 

Kolka – każdy, kto ma lub miał w domu krzyczącego wniebogłosy niemowlaka, wie, o czym mówię. Bolący i wzdęty brzuszek u małego dziecka przyprawił o siwe włosy niejednego rodzica. Czy na kolki niemowlęce naprawdę nie ma skutecznego rozwiązania i trzeba przeczekać te kryzysowe trzy miesiące, a potem będzie już tylko lepiej? I tak i nie. Poniżej przedstawiamy kilka sposobów, sprawdzonych i przetestowanych, jak sobie radzić z kolką.

Po pierwsze – potrzebna jest cierpliwość. Faktycznie większość dzieci po przysłowiowych trzech miesiącach przestaje uciążliwie krzyczeć i nieco się uspokaja. Jeśli przyjmiemy takie nastawienie, łatwiej będzie nam znieść i przeczekać ten przejściowy okres. Terefere, powiecie, ale jak wytrzymać aż trzy miesiące, czyli przynajmniej 12 tygodni, a więc 84 dni po 24 godziny, co daje razem 2016 godzin? Hm, obawiam się, że trzeba zacisnąć zęby…

Po drugie – możemy przynieść ulgę cierpiącemu maluchowi stosując stare sposoby naszych babć i mam. Dobre są masaże (zgodnie z ruchem wskazówek zegara) oraz ciepłe okłady na brzuszek, najlepiej ze świeżo uprasowanej pieluchy tetrowej lub specjalnie przeznaczonego na ten cel okładu żelowego. Ostrożnie z termoforami! Zdarza się, że pękają i wtedy łatwo o nieszczęście i poparzenie delikatnej skóry dziecka. Natomiast ciepła pielucha i mocne przytulanie malucha potrafią zdziałać cuda. Można też niemowlaka położyć na brzuszku na takim ciepłym okładzie lub jeszcze lepiej – na okładzie i na piłce do ćwiczeń, jeśli taką mamy, bo bujając go, zrobimy mu dodatkowy masaż. Niektórym dzieciom pomaga też delikatne, ciepłe powietrze z suszarki, skierowane prosto na brzuszek z odpowiedniej odległości (tu też uwaga z temperaturą nawiewu!), a szum tego urządzenia dodatkowo je uspokaja.

Po trzecie – środki farmakologiczne. Jest ich cała masa: Espumisan, Delicol, Infacol i inne, podobne. U mnie osobiście najlepiej sprawdza się Infacol (lub inny środek zawierający symeticon), który podany przed każdym posiłkiem sprawia, że dziecko nawet w trakcie jedzenia prawidłowo odprowadza gazy. Trzeba jednak pamiętać, że większość tych preparatów przeznaczona jest dla dzieci, które ukończyły co najmniej pierwszy miesiąc życia, a więc nie można ich stosować u noworodków. Od pierwszych dni można natomiast podawać probiotyki w kroplach (Dicoflor, BioGaia), które też powinny nieco pomóc, lecz aby były skuteczne, muszą być stosowane regularnie przez pewien okres (minimum około dwóch tygodni). Czy te lekarstwa przyniosą stuprocentową ulgę? Ano tego obiecać nie mogę, ale częściowo na pewno mogą pomóc.

Po czwarte – nazwijmy od razu rzecz po imieniu, bez owijania w bawełnę – środki doodbytnicze. Pewna szwedzka firma wypuściła na rynek (o czym naprawdę niewielu rodziców wie) genialny, według mnie, wynalazek. WINDI, czyli małe rurki, zakończone cieniutką końcówką, przystosowaną specjalnie do małej pupy niemowlaka. Ową cienką końcówkę wkłada się po prostu w odbyt dziecka, po uprzednim masażu brzuszka, i spuszcza nagromadzone tam nadmiernie gazy. Brzmi brutalnie? Być może, ale wierzcie mi, wcale takie nie jest! Dziecku absolutnie nie dzieje się krzywda, wręcz przeciwnie, po takim zabiegu natychmiast się uspokaja. Sposób ten jest też polecany przez dobrych pediatrów za pomocą prostszego urządzenia – kanki doodbytniczej (cienka, gumowa rurka o najmniejszej średnicy, stosowana na oddziałach noworodkowych), działającej na tej samej zasadzie. O ile jednak taka kanka jest praktycznie nie do kupienia (chyba że dostaniecie ją w prezencie od waszego lekarza), o tyle rurki WINDI można bez problemu nabyć w aptece.

Jeśli oprócz nadmiernego gromadzenia gazów, dziecko ma także problemy z wypróżnieniem (czyli tak zwaną dyschezję niemowlęcą, spowodowaną zbyt słabymi mięśniami brzuszka i nieumiejętnością zrobienia kupki), dobrze jest mu pomóc stosując czopki glicerynowe. Zastosowanie czopka i położenie dziecka na brzuchu przynosi na ogół natychmiastowy efekt.

A na koniec jeszcze jedna rada, wynikająca trochę z własnej obserwacji, a trochę z literatury fachowej. Zanim zaczniecie stosować powyższe środki, przypatrzcie się dobrze, czy Wasze dziecko na pewno danego dnia ma kolkę. Dzieci krzyczą bowiem nie tylko z tego powodu. Często ten krzyk, zwłaszcza jeśli pojawia się w godzinach późno popołudniowych lub wieczornych, oznacza że dziecko w ten sposób radzi sobie z nadmiarem bodźców, z którymi ma do czynienia. Autorzy książki „Każde dziecko może nauczyć się spać”, Annette Kast-Zahn i Hartmut Morgenroth, sugerują nawet, że długotrwałe krzyki z powodu kolek to mit i że część niemowląt po prostu radzi sobie z otaczającym je światem płacząc, wyładowując napięcie, które gromadzi się w nich przez cały dzień. Myślę, że coś w tym jest i czasem pewnie warto odpuścić, nie stresować się zbytnio tym, że dziecko często płacze, a być może rozwiązanie nadejdzie kiedyś samo.

Czego wszystkim „kolkowcom” życzę jak najszybciej!

 

Olga.

 

 

 

 

 

 

Ból głowy

0

Ból głowy – napięciowy ból głowy

Ból głowy to choroba przybierająca rozmiary niemal choroby cywilizacyjnej. Często wywołany jest napięciem mięśni karku i prowadzący często również do podrażnienia korzeni nerwowych w odcinku szyjnym. Przyczyną takiego bólu jest trzymanie głowy w niewłaściwym ułożeniu ( jazda samochodem, praca przy komputerze, czytanie czy sen w nieodpowiedniej pozycji)

Objawem wiodącym napięciowego bólu głowy jest ból karku i głowy w części potylicznej. Poza bólem karku chorzy skarżą się na uciska w barkach i między łopatkami, mrowienie, osłabienie i niemożność trzymania czegoś w jednej ręce. Część chorych narzeka też na zawroty głowy, błyski w oczach i zaburzenia równowagi.

W życiu codziennym powinniśmy zmieniać postawę , szczególnie przy nierównomiernym obciążeniu

Mądre zakupy

0

Nie kupujmy jedzenia, gdy jesteśmy głodni. Rzeczy słodkie i tłuste wydają się wtedy bardziej pociągające.

Przepis na udaną kapustkę wigilijną

0

Co raku mam problem z kapustą wigilijną ale w tym roku w końcu wyszła idealna.

Składniki :

  • 1 kg kapusty
  • 3 cebule
  • olej rzepakowy
  • 2 łyżki mąki
  • 2 marchewki
  • suszone grzyby około 300 g

 

A teraz mieszamy:

Na początku moczę grzyby około 3 godzin. Po trzech godzinach w dużym garnku na oliwie podsmażamy posiekane dwie cebule i smażymy je na złoty kolor. W tym czasie myjemy/ płuczemy na sitku kapustę i drobno siekamy. Pod koniec smażenia wrzucamy ją do cebulki i chwilę podsmażamy około 20 – 30 sekund i zalewamy wodą. Kapustę gotujemy i do niej wrzucamy wcześniej namoczone grzyby. Możemy wrzucić grzyby z wodą, w której się namaczały lub bez tej wody. Ja wolę jak jest kapustka jasna więc wrzuciłam bez tej wody. Całość gotujemy aż kapustka będzie miękka. 15 minut przed końcem ucieram marchewki na tarce na grubych oczkach i gotuję z kapustką. Na sam koniec solę, piperzę. Na oliwie podsmażam pokrojoną trzecią cebulkę i dodając mąki robiąc delikatną zasmażkę. Dodaję do kapustki i gotowe. Jutro kapustka będzie idealna.

 

Życzę smacznego i Wesołych Świąt !!!!

Przepis na kaczkę w sosie imbirowo – grzybowym

Pyszne danie, które podbije serce każdego. Danie to jest daniem chińskim ale wszystkie składniki sa dostępne w każdym sklepie.

 

Składniki:

  • Szalotka – około 9 sztuk
  • Imbir świeży – duży korzeń
  • Cała główka czosnku
  • Pieczarki – około 200 gram
  • Można dodać: papryczkę ostrą, odrobinę innych warzyw ale nie za wiele
  • Dwie szklanki bulionu
  • Pieprz, sól
  • Ryż
  • Filet z kaczki

 

A teraz mieszamy:

Obieramy imbir , cebulę, czosnek i pieczarki i kroimy wszystko w paseczki. Na oliwie podsmażamy, na bardzo małym ogniu, czosnek, szalotkę i imbir aż zmięknie i się delikatnie zrumieni. Dodajemy pozostałe warzywa. Na osobnej patelni na oliwie podsmażamy pokrojony w paski filet z kaczki. Po podsmażeniu wrzucamy ją do patelni z warzywami. Całość zalewamy bulionem i chwile na mocnym ogniu podgrzewamy, na końcu można dodać szczyptę mąki by sosik zgęstniał. Jeśli bulion nie był dostatecznie sony to danie trzeba posolić i popieprzyć do smaku. Danie podajemy z ryżem i surówką. Całość posypujemy posiekanym grubym szczypiorkiem.

 

Życzę smacznego !!!!!

 

 

Trzydniówka – ale o co chodzi, co to jest?

2

Typowa trzydniówka – ostatnio usłyszałam od lekarza. Gardło nie jest zaczerwienione, ucho zdrowe, zęby nie idą a moje dziecko ma wysoką gorączkę i przelewa mi się przez ręce. Dlaczego tak się dzieje, co to jest ta trzydniówka? Czy to jest choroba?
Co to jest trzydniówka:
• Trzydniówka inaczej rumień nagły to choroba wirusowa typowa dla dzieci w wieku od 6 miesiąca do 3 roku życia.
• Trzydniówka trwa zazwyczaj trzy dni
• Na trzydniówkę dziecko może zachorować maksymalnie dwa razy

Jak można się zarazić:
• Dzieci zarażają się od dorosłych poprzez dotyk, picie z jednego kubka itd. Choroba rozwija się w organizmie od 5 do 15 dni od zarażenia.

Objawy
• Wysoka gorączka
• Po trzech dniach może pojawić się drobna wysypka ( małe niebolesne, czerwone plamki ) oraz osłabienie do 2 dni.

Co robić gdy dziecko ma trzydniówkę
• Podajemy leki/ czopki przeciwgorączkowe i obniżamy temperaturę maluszkowi

 

Magda

Moja przygoda z ZUS-em, czyli jak państwo dba o kobiety na macierzyńskim

 

No nareszcie! – pomyślałam, kiedy usłyszałam o planach wprowadzenia rocznego urlopu macierzyńskiego. Byłam już wtedy w drugiej ciąży i od razu poczułam, że pierwszy raz dostanę od państwa taki piękny prezent i że być może nadchodzą nowe czasy, w których płacenie tych horrendalnie wysokich, ciężko wypracowanych składek, będzie się opłacać. Przy pierwszym dziecku, urodzonym sześć lat temu, należało mi się zaledwie 18 tygodni i razem z „uciułanym” zaległym urlopem wypoczynkowym udało mi się zostać w domu w sumie przez sześć miesięcy, choć ostatni miesiąc i tak już pracowałam z domu na pół etatu.

Teraz będzie inaczej – cieszyłam się. 20 tygodni macierzyńskiego plus sześć tygodni dodatkowego urlopu macierzyńskiego i 26 tygodni tak zwanego rodzicielskiego daje przecież okrągły rok i to płatny (100% przez pierwszą połowę i 60% przez drugą lub od razu 80% przez całość trwania tego okresu). W trakcie ciąży zamierzałam pracować praktycznie do końca, no może z wyjątkiem ostatnich tygodni, kiedy trzeba się nieco przygotować na nowego przybysza. Stało się jednak inaczej.

Od początku czułam się nie najlepiej, a jako kobieta po przejściach i trzech straconych ciążach, musiałam dmuchać na zimne. Początkowo brałam więc krótkie zwolnienia, a w miarę możliwości chodziłam do pracy lub pracowałam z domu. Od siódmego miesiąca mój lekarz powiedział jednak „dość” i kazał się oszczędzać, tym bardziej, że było już lato, a Warszawę nawiedziła fala upałów. No i zaczęły się schody, bowiem wkrótce ilość dni na zwolnieniu przekroczyła magiczną liczbę 33, co oznaczało, że od tej pory moją pensje będzie płacił ZUS (dzieje się tak w przypadku, kiedy firma zatrudnia poniżej 20 osób).

Oczywiście zostałam uprzedzona przez kadrową, że w płatnościach mogą zdarzyć się pewne opóźnienia, liczyłam jednak na to, że jeśli z naszej strony wszelkie formalności zostaną dopełnione odpowiednio szybko, takie opóźnienie nie przekroczy kilku dni. Kiedy jednak po wysłaniu niezbędnego wniosku oraz oryginału zwolnienia, płatność nie wpłynęła przez ponad dwa tygodnie, zaczęłam się nieco niepokoić. Księgowa uspokajała mnie, że wszystko jest w najlepszym porządku i że to pewnie tylko pierwsza płatność wpłynie z „poślizgiem”, reszta powinna być płacona regularnie. Na własną rękę szukałam więc informacji o przepisach, do których ZUS musi się stosować – na poszczególnych portalach te informacje były nieco różne. Jedna wersja głosiła, że ZUS ma 30 dni od daty dostarczenia zwolnienia. Nigdzie jednak nie było określone, co dokładnie oznacza „data dostarczenia” – czy jest to dzień, w którym pani w ZUSie przybije pieczątkę „wpłynęło”, czy też liczy się data stempla pocztowego? Druga wersja była jeszcze lepsza, bo mówiła o 30 dniach od końcowej daty zwolnienia (!). Co to oznacza w praktyce? Ano to, że jeśli przykładowo, mam zwolnienie od 1 do 20 czerwca, które dostarczam do ZUSu w przeciągu 7 dni od jego otrzymania (bo tak mówią przepisy i nie daj Boże je złamać!) to i tak pieniądze otrzymam dopiero… około 20 lipca.

Tak też się stało. Ponad półtora miesiąca zajęło ZUSowi wygenerowanie dla mnie pierwszej płatności, kolejne też przychodziły z opóźnieniem, mniejszym co prawda, ale zawsze było to minimum trzy tygodnie. Ponownie zaniepokoiłam się na początku września, kiedy wciąż nie wpływało wynagrodzenie z przedostatniego zwolnienia, a mnie nieuchronnie zbliżał się termin porodu. Wkrótce sprawa się wyjaśniła – przyszło pismo z ZUSu, zapełniające całą stronę A4, wymieniające kilka paragrafów, według których popełniłam straszną zbrodnię, gdyż spóźniłam się z dostarczeniem zwolnienia jeden dzień. W związku z tym ZUS postanowił potrącić mi 25% za tenże jeden dzień i, co gorsze, oznaczało to także przesunięcie wypłaty o jakieś kilka tygodni. Byłam jednak pewna, że zwolnienie dostarczyłam na czas, przekazałam je bowiem mojemu pracodawcy na następny dzień po wizycie u lekarza. Zaczęłam więc drążyć temat. I co? I okazało się, że mam rację – w świetle przepisów miałam 7 dni na przekazanie zwolnienia do swojego, jak to się ładnie mówi „zakładu pracy”, a ten powinien przekazać zwolnienie do ZUSu niezwłocznie. Tak też się stało, ale dokument fizycznie wylądował na biurku jakiejś pani Kasi, Zosi, czy Basi ósmego dnia. A pani ta uznała więc, że wypłata 100% się nie należy i bach, wysłała pisemko. Po moim śledztwie oraz interwencji księgowej, pani Kasia/Zosia/Basia przyznała, że potrącanie 25% jest bezzasadne i ZUS wypłaci całość. Opóźnienie w wypłacie jednak pozostało… pieniądze wpłynęły po kolejnych trzech tygodniach.

No nic, pomyślałam, może przynajmniej na macierzyńskim sytuacja się poprawi. Żeby być całkowicie w porządku, przygotowałam sobie wcześniej wymagane wnioski o urlop macierzyński i wysłałam do pracodawcy, umawiając się z księgową, że po porodzie uzupełnimy je tylko o konkretną datę.

Córka przyszła na świat 16 września, po dwóch dniach wyszłam ze szpitala, po czterech zdołałam się na tyle ogarnąć, żeby zabrać się za niezbędne formalności. Skontaktowałam się więc z księgową, uzupełniłyśmy wnioski, a ja przygotowałam ich oryginały, które dodatkowo wysłałam pocztą. Zadowolona ze swojej świetnej organizacji czekałam na wypłatę.

Kiedy jednak w połowie października moje konto bankowe nadal świeciło pustkami, znów zaczęłam się niepokoić, że ZUS o mnie zapomniał. Niepotrzebnie! Dwa dni później przyszło kolejne, wspaniałe i fachowe pismo. O co chodziło tym razem? Ano zakład ubezpieczeń domagał się ode mnie natychmiastowego dostarczenia aktu urodzenia dziecka i to w oryginale (żaden tam odpis!), bo tylko ten dokument mógł być dostatecznym dowodem na to, że zasiłek macierzyński mi się należy. Nieważne, że wcześniej wysłane zostały wnioski o urlop macierzyński, firma wypełniła druk wymagany przez ZUS oraz dodatkowo wysłała podanie, że rzeczywiście zgadza się na mój urlop macierzyński, nieważne, że przekazałam też oryginał zaświadczenia ze szpitala, że faktycznie urodziłam dziecko. Tylko akt urodzenia mógł pomóc mi otrzymać należne pieniądze…

Cóż miałam robić? Czym prędzej pognałam na pocztę i poleconym priorytetem wysłałam żądany dokument. Było to pod koniec października, zakładałam więc, że początek listopada być może przyniesie jakieś dobre wieści. Codzienne sprawdzanie konta weszło mi już w nawyk, ale w końcu 10 listopada stwierdziłam, że dosyć tego. Poprosiłam księgową o ponowny kontakt ze znaną jej już panią Kasią/Zosią/Basią i owa pani powiedziała, że owszem ma jakąś korespondencję ode mnie z 4 listopada (rany! ale długo musiał trwać jej obieg w ZUSie), ale na biurku ma taki zaległy stos kopert, że jeszcze nie dotarła do tego, co tam jest. Od tej pory zaczęło się bombardowanie ZUSu telefonami codziennie, z nadzieją na otwarcie koperty przez właściwą osobę i jakiekolwiek przyspieszenie mojej sprawy. I wreszcie – tak! 16 listopada pani Kasia/Zosia/Basia potwierdziła, że otrzymała akt urodzenia dziecka i przygotowuje przelew dla mnie JUŻ na 21 listopada, JEŚLI jej szefowa go podpisze…

Czekałam tyle czasu, że przez te parę dni postanowiłam uzbroić się w cierpliwość i nie otwierać konta aż do 22 listopada. Moja cierpliwość została nagrodzona – tegoż dnia pojawił się w banku cieplutki, świeżutki, całkiem pokaźny (bo zaległy) przelew z ZUSu. O mało nie popłakałam się z radości. Gdybym mogła, poszłabym się upić…

I tak – po dwóch miesiącach i sześciu dniach od porodu – zakończyła się moja walka z ZUSem, przynajmniej na razie, bo kolejną wypłatę otrzymałam już o czasie. Nie wiem, co będzie dalej, ale mimo przejść, chcę pozostać optymistką i wierzyć, że będę dostawać pieniądze regularnie. Pewnie do czasu, kiedy złożę kolejny wniosek o urlop rodzicielski tym razem…

Sęk w tym, że przez te ponad dwa miesiące (a w zasadzie i wcześniej, kiedy nie płacono mi także za zwolnienia) codziennie zadawałam sobie pytanie, co bym zrobiła, gdybym była samotną matką? Albo nawet nie, ale gdyby na przykład moja sytuacja finansowa była taka, że ledwie wiążemy koniec z końcem i starcza nam od pierwszego do pierwszego? Albo gdyby mój mąż stracił pracę? Ząbki na półkę i głodujemy? Tylko, co powiedzieć dzieciom?

Czuję się szczęśliwa, bo z pensji męża starczało na pieluchy i jedzenie dla wszystkich. Starsze dziecko poszło do szkoły – książki też było za co kupić. Ale co mają zrobić rzesze kobiet, które nie są w tak dobrej sytuacji? A przypuszczam, że jest ich mnóstwo i nie sądzę, żeby ZUS traktował je w sposób szczególny i wypłacał im pieniądze szybciej. Jakie rozwiązanie proponuje państwo dla tych matek, którym pieniądze się należą, bo tak jak ja przez wiele lat ciężko na to pracowały, a mimo to nie mają za co wyposażyć nowo narodzonego dziecka? Przecież to jest czas, kiedy nie tylko potrzebujemy opłacić standardowe rachunki, ale mamy jeszcze mnóstwo dodatkowych wydatków! Czy wtedy jest miejsce na radość z narodzin, czy tylko strach o to, jak dam sobie radę?

Życzę wszystkim paniom Kasiom/Zosiom i Basiom, żeby czasem pochyliły się nad konkretnym przypadkiem i były na tyle mądre, żeby umieć potraktować go zgodnie procedurami, ale też wykazać chociaż odrobinę dobrej woli i empatii, żeby niczego nie odkładać, nie przedłużać, nie opóźniać. Może komuś to uratuje życie…

Olga.

Ta sałatka podbije serca waszych mężczyzn.

Składniki:

  • szpinak świeży
  • parę pomidorków małych
  • garść orzeszków pini
  • serek pleśniowy blue
  • boczek wędzony w plasterkach

Składniki na sosik

  • śmietana 30%
  • sól, pieprz i cukier do smaku
  • odrobina czosnku w proszku

Do sałatki można podać również sosik musztardowo – miodowy. Przepis na ten sos znajdziecie w poprzednich przepisach.

Najpierw warto przygotować sosik: śmietanę mieszamy z czosnkiem, dodajemy odrobinę cukru, solimy, pieprzymy i gotowe.

Rozgrzewamy piekarnik i układamy parę plasterków boczku. Szpinak układamy na talerzy, kroimy w ćwiartki pomidorki i kruszymy ser na wierzch sałatki. Polewamy odrobiną sosu i posypujemy orzeszkami pini. Na końcu układamy ciepły, chrupiący boczek.

Możemy do piekarnika włożyć pieczywo posmarowane masełkiem i posypane czosnkiem i podać razem z sałatką.

Danie jest łatwe , szybkie a przy tym bardzo smaczne.

 

Życzę smacznego :lol: