twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy w kategorii: Kobieta i jej pasje

Moja przygoda z ZUS-em, czyli jak państwo dba o kobiety na macierzyńskim

 

No nareszcie! – pomyślałam, kiedy usłyszałam o planach wprowadzenia rocznego urlopu macierzyńskiego. Byłam już wtedy w drugiej ciąży i od razu poczułam, że pierwszy raz dostanę od państwa taki piękny prezent i że być może nadchodzą nowe czasy, w których płacenie tych horrendalnie wysokich, ciężko wypracowanych składek, będzie się opłacać. Przy pierwszym dziecku, urodzonym sześć lat temu, należało mi się zaledwie 18 tygodni i razem z „uciułanym” zaległym urlopem wypoczynkowym udało mi się zostać w domu w sumie przez sześć miesięcy, choć ostatni miesiąc i tak już pracowałam z domu na pół etatu.

Teraz będzie inaczej – cieszyłam się. 20 tygodni macierzyńskiego plus sześć tygodni dodatkowego urlopu macierzyńskiego i 26 tygodni tak zwanego rodzicielskiego daje przecież okrągły rok i to płatny (100% przez pierwszą połowę i 60% przez drugą lub od razu 80% przez całość trwania tego okresu). W trakcie ciąży zamierzałam pracować praktycznie do końca, no może z wyjątkiem ostatnich tygodni, kiedy trzeba się nieco przygotować na nowego przybysza. Stało się jednak inaczej.

Od początku czułam się nie najlepiej, a jako kobieta po przejściach i trzech straconych ciążach, musiałam dmuchać na zimne. Początkowo brałam więc krótkie zwolnienia, a w miarę możliwości chodziłam do pracy lub pracowałam z domu. Od siódmego miesiąca mój lekarz powiedział jednak „dość” i kazał się oszczędzać, tym bardziej, że było już lato, a Warszawę nawiedziła fala upałów. No i zaczęły się schody, bowiem wkrótce ilość dni na zwolnieniu przekroczyła magiczną liczbę 33, co oznaczało, że od tej pory moją pensje będzie płacił ZUS (dzieje się tak w przypadku, kiedy firma zatrudnia poniżej 20 osób).

Oczywiście zostałam uprzedzona przez kadrową, że w płatnościach mogą zdarzyć się pewne opóźnienia, liczyłam jednak na to, że jeśli z naszej strony wszelkie formalności zostaną dopełnione odpowiednio szybko, takie opóźnienie nie przekroczy kilku dni. Kiedy jednak po wysłaniu niezbędnego wniosku oraz oryginału zwolnienia, płatność nie wpłynęła przez ponad dwa tygodnie, zaczęłam się nieco niepokoić. Księgowa uspokajała mnie, że wszystko jest w najlepszym porządku i że to pewnie tylko pierwsza płatność wpłynie z „poślizgiem”, reszta powinna być płacona regularnie. Na własną rękę szukałam więc informacji o przepisach, do których ZUS musi się stosować – na poszczególnych portalach te informacje były nieco różne. Jedna wersja głosiła, że ZUS ma 30 dni od daty dostarczenia zwolnienia. Nigdzie jednak nie było określone, co dokładnie oznacza „data dostarczenia” – czy jest to dzień, w którym pani w ZUSie przybije pieczątkę „wpłynęło”, czy też liczy się data stempla pocztowego? Druga wersja była jeszcze lepsza, bo mówiła o 30 dniach od końcowej daty zwolnienia (!). Co to oznacza w praktyce? Ano to, że jeśli przykładowo, mam zwolnienie od 1 do 20 czerwca, które dostarczam do ZUSu w przeciągu 7 dni od jego otrzymania (bo tak mówią przepisy i nie daj Boże je złamać!) to i tak pieniądze otrzymam dopiero… około 20 lipca.

Tak też się stało. Ponad półtora miesiąca zajęło ZUSowi wygenerowanie dla mnie pierwszej płatności, kolejne też przychodziły z opóźnieniem, mniejszym co prawda, ale zawsze było to minimum trzy tygodnie. Ponownie zaniepokoiłam się na początku września, kiedy wciąż nie wpływało wynagrodzenie z przedostatniego zwolnienia, a mnie nieuchronnie zbliżał się termin porodu. Wkrótce sprawa się wyjaśniła – przyszło pismo z ZUSu, zapełniające całą stronę A4, wymieniające kilka paragrafów, według których popełniłam straszną zbrodnię, gdyż spóźniłam się z dostarczeniem zwolnienia jeden dzień. W związku z tym ZUS postanowił potrącić mi 25% za tenże jeden dzień i, co gorsze, oznaczało to także przesunięcie wypłaty o jakieś kilka tygodni. Byłam jednak pewna, że zwolnienie dostarczyłam na czas, przekazałam je bowiem mojemu pracodawcy na następny dzień po wizycie u lekarza. Zaczęłam więc drążyć temat. I co? I okazało się, że mam rację – w świetle przepisów miałam 7 dni na przekazanie zwolnienia do swojego, jak to się ładnie mówi „zakładu pracy”, a ten powinien przekazać zwolnienie do ZUSu niezwłocznie. Tak też się stało, ale dokument fizycznie wylądował na biurku jakiejś pani Kasi, Zosi, czy Basi ósmego dnia. A pani ta uznała więc, że wypłata 100% się nie należy i bach, wysłała pisemko. Po moim śledztwie oraz interwencji księgowej, pani Kasia/Zosia/Basia przyznała, że potrącanie 25% jest bezzasadne i ZUS wypłaci całość. Opóźnienie w wypłacie jednak pozostało… pieniądze wpłynęły po kolejnych trzech tygodniach.

No nic, pomyślałam, może przynajmniej na macierzyńskim sytuacja się poprawi. Żeby być całkowicie w porządku, przygotowałam sobie wcześniej wymagane wnioski o urlop macierzyński i wysłałam do pracodawcy, umawiając się z księgową, że po porodzie uzupełnimy je tylko o konkretną datę.

Córka przyszła na świat 16 września, po dwóch dniach wyszłam ze szpitala, po czterech zdołałam się na tyle ogarnąć, żeby zabrać się za niezbędne formalności. Skontaktowałam się więc z księgową, uzupełniłyśmy wnioski, a ja przygotowałam ich oryginały, które dodatkowo wysłałam pocztą. Zadowolona ze swojej świetnej organizacji czekałam na wypłatę.

Kiedy jednak w połowie października moje konto bankowe nadal świeciło pustkami, znów zaczęłam się niepokoić, że ZUS o mnie zapomniał. Niepotrzebnie! Dwa dni później przyszło kolejne, wspaniałe i fachowe pismo. O co chodziło tym razem? Ano zakład ubezpieczeń domagał się ode mnie natychmiastowego dostarczenia aktu urodzenia dziecka i to w oryginale (żaden tam odpis!), bo tylko ten dokument mógł być dostatecznym dowodem na to, że zasiłek macierzyński mi się należy. Nieważne, że wcześniej wysłane zostały wnioski o urlop macierzyński, firma wypełniła druk wymagany przez ZUS oraz dodatkowo wysłała podanie, że rzeczywiście zgadza się na mój urlop macierzyński, nieważne, że przekazałam też oryginał zaświadczenia ze szpitala, że faktycznie urodziłam dziecko. Tylko akt urodzenia mógł pomóc mi otrzymać należne pieniądze…

Cóż miałam robić? Czym prędzej pognałam na pocztę i poleconym priorytetem wysłałam żądany dokument. Było to pod koniec października, zakładałam więc, że początek listopada być może przyniesie jakieś dobre wieści. Codzienne sprawdzanie konta weszło mi już w nawyk, ale w końcu 10 listopada stwierdziłam, że dosyć tego. Poprosiłam księgową o ponowny kontakt ze znaną jej już panią Kasią/Zosią/Basią i owa pani powiedziała, że owszem ma jakąś korespondencję ode mnie z 4 listopada (rany! ale długo musiał trwać jej obieg w ZUSie), ale na biurku ma taki zaległy stos kopert, że jeszcze nie dotarła do tego, co tam jest. Od tej pory zaczęło się bombardowanie ZUSu telefonami codziennie, z nadzieją na otwarcie koperty przez właściwą osobę i jakiekolwiek przyspieszenie mojej sprawy. I wreszcie – tak! 16 listopada pani Kasia/Zosia/Basia potwierdziła, że otrzymała akt urodzenia dziecka i przygotowuje przelew dla mnie JUŻ na 21 listopada, JEŚLI jej szefowa go podpisze…

Czekałam tyle czasu, że przez te parę dni postanowiłam uzbroić się w cierpliwość i nie otwierać konta aż do 22 listopada. Moja cierpliwość została nagrodzona – tegoż dnia pojawił się w banku cieplutki, świeżutki, całkiem pokaźny (bo zaległy) przelew z ZUSu. O mało nie popłakałam się z radości. Gdybym mogła, poszłabym się upić…

I tak – po dwóch miesiącach i sześciu dniach od porodu – zakończyła się moja walka z ZUSem, przynajmniej na razie, bo kolejną wypłatę otrzymałam już o czasie. Nie wiem, co będzie dalej, ale mimo przejść, chcę pozostać optymistką i wierzyć, że będę dostawać pieniądze regularnie. Pewnie do czasu, kiedy złożę kolejny wniosek o urlop rodzicielski tym razem…

Sęk w tym, że przez te ponad dwa miesiące (a w zasadzie i wcześniej, kiedy nie płacono mi także za zwolnienia) codziennie zadawałam sobie pytanie, co bym zrobiła, gdybym była samotną matką? Albo nawet nie, ale gdyby na przykład moja sytuacja finansowa była taka, że ledwie wiążemy koniec z końcem i starcza nam od pierwszego do pierwszego? Albo gdyby mój mąż stracił pracę? Ząbki na półkę i głodujemy? Tylko, co powiedzieć dzieciom?

Czuję się szczęśliwa, bo z pensji męża starczało na pieluchy i jedzenie dla wszystkich. Starsze dziecko poszło do szkoły – książki też było za co kupić. Ale co mają zrobić rzesze kobiet, które nie są w tak dobrej sytuacji? A przypuszczam, że jest ich mnóstwo i nie sądzę, żeby ZUS traktował je w sposób szczególny i wypłacał im pieniądze szybciej. Jakie rozwiązanie proponuje państwo dla tych matek, którym pieniądze się należą, bo tak jak ja przez wiele lat ciężko na to pracowały, a mimo to nie mają za co wyposażyć nowo narodzonego dziecka? Przecież to jest czas, kiedy nie tylko potrzebujemy opłacić standardowe rachunki, ale mamy jeszcze mnóstwo dodatkowych wydatków! Czy wtedy jest miejsce na radość z narodzin, czy tylko strach o to, jak dam sobie radę?

Życzę wszystkim paniom Kasiom/Zosiom i Basiom, żeby czasem pochyliły się nad konkretnym przypadkiem i były na tyle mądre, żeby umieć potraktować go zgodnie procedurami, ale też wykazać chociaż odrobinę dobrej woli i empatii, żeby niczego nie odkładać, nie przedłużać, nie opóźniać. Może komuś to uratuje życie…

Olga.

Jak powszechnie wiadomo, z każdym nowym sezonem pojawiają się nowe, „obowiązujące” trendy w modzie. Jest to zazwyczaj kuszące zwłaszcza na wiosnę, gdy przestajemy się chować pod kurtkami i opatulać w grube swetry – te wiosenne modowe nowości wydają się takie świeże, nowoczesne i ładne, że na pewno niejedna z nas myśli sobie: „muszę mieć to, czy tamto” albo „w tym wyglądałabym świetnie”. Współczesne sieciówki oferują nam obecnie możliwość ubrania się na czasie, za w miarę niewygórowane pieniądze, nic więc dziwnego, że staramy się podążać za trendami lansowanymi przez media. Tylko jak tu zmieścić w szafie kolejne ciuchy czy buty, jeśli zalegają tam rzeczy sprzed kilku (o zgrozo!) sezonów, z którymi trudno nam się rozstać?

Z pewnością naturalne wydaje nam się pozbywanie się ubrań dziecięcych, z których nasze pociechy wyrosły (jeśli oczywiście nie planujemy kolejnego dziecka). Tak samo jednak powinnyśmy – moim zdaniem – postępować z własnymi rzeczami. Co prawda raczej z nich nie wyrastamy (chyba że jesteśmy narażone na gwałtowne wahania wagi…), jednak te rzeczy, które kupujemy jako modne sezonowo, są na ogół drugorzędnej jakości (jeśli robimy zakupy w sklepach sieciowych, to te marki nie przykładają dużej wagi do jakości takich produktów, wiedząc, że w następnym sezonie wprowadzą coś zupełnie nowego), a poza tym często po prostu i tak nie mamy ochoty wkładać czegoś, co jest już passe.

Najlepiej przyjąć sobie jakąś jedną zasadę, która wyda nam się najrozsądniejsza. Moja brzmi: „jeśli nie włożyłam na siebie danej rzeczy przez rok, to już nie będę tego nosić”. Oczywiście nie znaczy to, że sama tej zasady kilkakrotnie nie złamałam – do niektórych rzeczy przywiązałam się bardziej niż do innych i czasem trudno mi jest się czegoś pozbyć, zwłaszcza, jeśli nie jest zniszczone. Nie pozbywam się także rzeczy klasycznych, jakościowych, które mogę nosić praktycznie zawsze – białe bluzki, czarne żakiety, spodnie garniturowe, proste spódnice, czy sukienki o klasycznym kroju. Generalnie jednak ta zasada sprawdza się najlepiej i faktycznie, jeżeli przez rok czegoś ani razu nie zakładam to raczej już w tym nie chodzę, a jeśli nawet to czuję się mało komfortowo… Co sprawia, że jakaś rzecz kiedyś nam się podobała, a po jakimś czasie źle się w niej czujemy? Być może wizerunki celebrytów, którymi jesteśmy nieustannie bombardowani ze wszystkich stron i podświadomie przyjmujemy coś za będące na topie lub nie. A może nasz gust też ewoluuje? Nie wiem, przyjmuję, że tak już po prostu jest, usprawiedliwiając się trochę przed samą sobą z zakupów, które przy każdych wiosennych porządkach wydają mi się zupełnie nietrafione…

Co zrobić z górą niepotrzebnych ciuchów? Hmm, dobre pytanie. Ja zawsze dzielę je na trzy kategorie:

- „lumpiarskie”, czyli takie, które lata swojej świetności mają już dawno za sobą, kiedyś były fajne, ale mocno się zużyły – zatrzymałam je tylko dlatego, że bardzo je lubiłam i pomyślałam, że może chociaż jeszcze posprzątam w nich mieszkanie, albo pomaluję pokój (terefere, nie pamiętam, kiedy ostatni raz robiłam jakieś malowanie). „Lumpy” lądują prosto w pojemnikach PCK.

- ładne, niezniszczone, ale długo noszone i przeze mnie używane już nie będą, bo od dłuższego czasu wyłącznie leżą na półce. Te ciuchy na ogół przekazuję komuś, komu wiem, że mogą się spodobać i przydać (i kto chętnie je przyjmie, a nie poczuje się urażony). Alternatywą mogłoby być sprzedanie ich w jakiejś zbiorowej paczce na allegro, ale przypuszczam, że po podliczeniu wszystkich kosztów, wyszłabym najwyżej na zero…

- ładne, używane, ale niezniszczone (bo zakładane rzadko, raczej na specjalne okazje), kiedyś jedne z ulubionych, ale albo już nie w moim rozmiarze, albo tak już „opatrzone”, że po prostu zdążyły mi się znudzić. Jak również takie, w których czuję się jak pensjonarka lub ciocia-klocia, miałam je na sobie zaledwie kilka razy i do tej pory nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że je kupiłam. Te ubrania idealnie nadają się na tzw. Swap Party.

„Swapping” jest moją ulubioną formą robienia porządków w szafach. Na czym polega? To świetny pretekst do spotkania z przyjaciółkami, gdzie każda z nich przynosi torbę z ubraniami, których już nie chce, a które komuś innemu mogą wydać się atrakcyjne. Swap Party może przybierać różne formy – można wymieniać się jeden do jednego (czyli rzecz za rzecz), albo po prostu zrobić „zrzutkę” z tego, co przyniosły wszystkie dziewczyny, a potem każda wyszukuje dla siebie atrakcyjne kąski i ustala z właścicielką, czy może wziąć daną rzecz. Ja akurat preferuję tę drugą opcję – najbardziej zależy mi na tym, żeby oddać moje ciuchy w dobre ręce i żeby ktoś, kto je weźmie, po prostu z przyjemnością ich używał. I zazwyczaj mi się to udaje – na takich spotkaniach (a może być ich kilka i skład uczestniczący może się przecież zmieniać) przekazuję dalej około 90% moich niepotrzebnych ubrań.

Niesamowite jest to, że niektóre ubrania, które podobały mi się na wieszaku w sklepie, zupełnie nie podobają mi się na mnie samej, za to znakomicie leżą na kimś innym. I trzeba to wykorzystać! Wiele razy popełniłam mnóstwo błędów, próbując nosić coś, w czym źle się czułam i co kompletnie do mnie nie pasowało, a co bardzo często świetnie pasuje do moich przyjaciółek. I one też to wiedzą, dlatego chętnie korzystają z moich modowych wpadek. Oczywiście działa to też w drugą stronę – dziewczyny przynoszą swoje ubrania, które chcą puścić w obieg, więc zawsze istnieje ryzyko, że i ja wyniosę coś z takiej imprezy. Staram się jednak, aby były to pojedyncze egzemplarze, coś, co rzeczywiście dobrze na mnie leży i pasuje jak ulał. Coś, w czym czuję się sobą i co przejdzie test ogólnych zachwytów wszystkich zebranych, jednogłośnie zatwierdzone jako „rzecz dla mnie”.

Oczywiście ważne jest, żeby traktować wszystko z lekkim przymrużeniem oka i po prostu dobrze się przy tym bawić. Kiedy po kilku takich wymianach nadal zostaje nam góra ciuchów do rozdania, przekazujemy je bardziej potrzebującym. Razem z niepotrzebnymi dziecięcymi ubrankami (choć te rzeczy też mają u nas drugi obieg, przekazujemy je sobie nawzajem, korzystając z tego, że dzieci mamy w różnym wieku), można je zawieźć na przykład do domu samotnej matki, gdzie wiele osób chętnie z nich skorzysta.

Lubię patrzeć na moją odchudzoną szafę. Czuję się wtedy lżej, nieprzytłoczona tymi wszystkimi rzeczami, których tak naprawdę nie potrzebuję. I chyba muszę zrobić dalsze porządki, to była dopiero pierwsza tura…

Olga.

 

Drifting to tak naprawdę styl życia. To wolność i przede wszystkim dobra zabawa z domieszką adrenaliny. Zawodnicy, potocznie nazywani „drifterami” to specyficzni ludzie z wielkim uśmiechem na twarzy, otwarci na świat. Wszystko to sprawiło, że zakochałam się w tej dyscyplinie i kibicuje jej rozwojowi w naszym kraju.

Prawda jest taka, że dołączyłam do Stowarzyszenia Sprintu Samochodowego na drugiej rundzie w sezonie w którym debiutował Super Drift Cup. Bacznie obserwowałam sposób organizacji zawodów. Dało mi to podstawowy pogląd na to, co jest dobre, a co trzeba by zmienić. Metodami prób i błędów z roku na rok staramy się ulepszać naszą serię. Priorytetem są dla nas zawodnicy i ich zadowolenie.

 Dla driftmania Natalia Zarudzka, o której śmiało możemy powiedzieć, iż jest organizatorem jednych z ważniejszych zawodów w driftingu. 

TM. Skąd u Ciebie Natalio, wzięło się to zamiłowanie do motoryzacji?

Sama nie wiem:) Może wyssane z mlekiem matki (mama pracowała w PIMot’cie:) Zawsze interesowałam się dlaczego samochód jedzie:) Jak to jest zbudowane? Wpadki i źle naprawiane usterki w „różnych” warsztatach frustrowały mnie. Kiedy kupiłam swój pierwszy samochód … wpadłam jak śliwka w kompot. Znam każdą jego śrubę:) rozkręciłam go do zera po czym skręciłam. Tak to prozaicznie się zaczęło. Znajomi się śmieją, że ja nastawiona jestem zawsze na KONIE i te żywe i te mechaniczne. Jest coś w tym:)

TM: Rozumiem, że na co dzień zajmujesz się pracą w stajni?

NZ : Tak, konie te nie-mechaniczne są moją drugą i równie ważną pasją.

TM: Wracając, jednak do motoryzacji…..mam wrażenie, iż przebicie się przez ten wachlarz mężczyzn w tym typowo zarezerwowanym dla nich sporcie, wcale nie musiało być łatwe dla kobiety, czy mam rację?

NZ: Czynnie działam w Stowarzyszeniu Sprintu Samochodowego organizując serię driftingową SSSuper Drift Cup. Na naszych imprezach rzeczywiście zdecydowaną większość stanowią mężczyźni. Kobiety najczęściej przychodzą jako osoby towarzyszące. Na pewno są wśród nich te, które podzielają pasje motoryzacyjną, ale nie mają siły przebicia. Utarło się, że mechanika pojazdowa to sprawa męska, bo to brudne, często wymagające dużej siły zajęcie. Mało kobiet chce być utożsamiane z tym zawodem, gdyż kojarzą to z utratą swojej kobiecości. Tylko te silne i pewne siebie w pełni rywalizują na tej płaszczyźnie z mężczyznami. I niestety, prawda jest taka, że w tym sporcie kobieta zawsze powinna wiedzieć dużo więcej niż mężczyzna. Jest dla nas stawiana dużo wyżej poprzeczka, bo przecież baba nie może znać się na samochodach. Często kobiety poniżane, degradowane, ośmieszane poddają się w walce o swoją pasję związaną z motoryzacją. I nadal są nowością w warsztatach, często przenosząc im renomę – bo jak często kobieta mężczyźnie wymienia olej w silniku?:)

Dziewczyny walczcie o swoje pasje, poszerzajcie swoją wiedzę i nie dajcie się przeciwnością. Nigdzie nie jest napisane, że mechanik musi mieć „jabłko adama”.
Natalia Zarudzka

TM Przyznam się, iż ja również byłam mocno zaskoczona, gdy pierwszy raz Cię zobaczyłam. Siedziałam i czekałam na odbiór swojego auta, kiedy przyjechałaś. Z pewnością zaczęłaś coś majstrować pod maską swojego samochodu, mówiłaś językiem motoryzacji, poruszałaś się w około tych wszystkich sprzętów niczym ja w kuchni przy pieczeniu ciasta. Ojej, co za porównanie ( śmiech ) !

NZ ( śmiech ) I dlatego chciałaś zrobić ten wywiad. Sama widzisz, że nawet na kobietę robi wrażenie druga kobieta mająca wiedzę z zakresu mechaniki samochodowej.

TM Myślę, że jakby było więcej kobiet w warsztatach, miałybyśmy do nich większe zaufanie. Kobiet zmotoryzowanych przybywa i nie rzadko jest tak, iż to właśnie my same musimy zadbać o serwis naszego auta. Tylko mam wrażenie, że przedstawicielki naszej płci bywają jednak traktowane jak „typowe blondynki”. Mechanicy wciskają im przysłowiowy kit, wyciągają pieniądze.

NZ : Szczerze mam ogromną nadzieję, że czasy naciągania kobiet w warsztatach samochodowych minęły bezpowrotnie. Duża konkurencja na tym rynku wręcz wymusza dobrą i rzetelną obsługę klienta. Raz oszukany/naciągnięty klient nigdy już do takiego miejsca nie wróci, a wraz z nim rzesza jego znajomych. Jednak aby ustrzec się przed takimi sytuacjami przede wszystkim należy zawsze kierować się do sprawdzonych/polecanych warsztatów. Po drugie: Należy zadawać pytania! To podstawa.

Należy zadawać pytania ! To podstawa. Przed jakąkolwiek wymianą mechanik, właściciel warsztatu powinien poinformować nas o swoich zamiarach, uzasadnić potrzebę wymiany oraz określić przybliżone koszty naprawy ( podając osobno cenę części wymiennej i   robocizny ) Należy także zapytać co by było gdybyśmy nie wymieniły danej części. To pytanie bardzo łatwo weryfikuje zasadność wymiany.

Przed jakąkolwiek wymianą mechanik, właściciel warsztatu powinni poinformować nas o swoich zamiarach, uzasadnić potrzebę wymiany oraz określić przybliżone koszty naprawy (podając osobno cenę części wymiennej oraz robocizny). Należy zapytać się wówczas co by było, gdybyśmy nie wymieniły danej części. To pytanie bardzo łatwo weryfikuje zasadność wymiany:)

TM:  W takim razie doradź nam, jak powinien wyglądać przegląd samochodowy…taki, w którym wymienia się olej, filtry, inne płyny? Czy na przeglądzie powinny być jeszcze inne części sprawdzone, jeśli tak, to które? I w jaki sposób kobieta, sama może sprawdzić, czy rzeczywiście przegląd przebiegł prawidłowo?

NZ: Minimum raz do roku powinnyśmy taki przegląd naszemu autu zafundować. Podczas niego mechanik ma obowiązek sprawdzić:

1. Stan ogumienia – czy jest odpowiednia wysokość bieżnika i czy jest równomiernie ścierany. Co na to przepisy ruchu drogowego: 1,6mm wysokości bieżnika jest minimalną wartością dopuszczalną do użytkowania na drodze. Z doświadczenia śmiało stwierdzam, że jeżeli bieżnik spada poniżej 4 mm, należy opony wymienić na nowe. Wydłuża się bowiem droga hamowania, zmienia przyczepność oraz efektywność odprowadzania wody. Jak sprawdzić wysokość bieżnika? Można to zrobić monetą 2 groszową. Wkładamy ją w rowek opony koroną do dołu. Jeżeli widzimy CAŁĄ koronę, oponę należy wymienić na nową.

2. Klocki hamulcowe oraz tarcze – podczas tego badania mechanik sprawdza grubość i stopień zużycia tarcz hamulcowych oraz grubość okładziny na klocku hamulcowym.W przypadku tarcz hamulcowych wentylowanych ich minimalna grubość waha się 18-20mm, przy tarczach niewentylowanych jednolitych 10-11 mm. Co ile wymieniamy tarcze? To zależy do naszego sposobu jazdy. Przyjmuje się, że tarcze wymieniamy (zawsze OBIE) po 2-3 wymianach klocków hamulcowych (60 000 – 100 000 km). Tarcze mogą ulec tzw. zwichrowaniu jak po ostrym i długim hamowaniu nagle wjedziemy w kałuże. Skąd mam wiedzieć, że tarcze są zwichrowane? Podczas delikatnego hamowania czujemy drgania na kierownicy. Klocki hamulcowe są dużo tańsze w wymianie. Warto wymieniać je regularnie, gdyż zużyty klocek hamulcowy niszczy tarcze. Ciężko jest określić co ile tysięcy kilometrów podlegają wymianie. To w głównej mierze zależy od stylu jazdy kierowcy. Ci bardziej dynamiczni, ostro hamujący wymieniają nawet co 10 000 km! A przeciętnemu kierowcy starczą na 100 000 km. Warto zawsze do nich zajrzeć np. podczas sezonowej wymiany opon jak i przy każdej okazji zdjęcia koła. Nowoczesne samochody same dają nam informacje, że najwyższa pora wymienić klocki hamulcowe:) Pamiętajmy! Nowe tarcze to też nowe klocki! Nie wolno zakładać starych klocków do nowych tarcz! Jeżeli klocki nagle zaczną piszczeć podczas hamowania (a tak na prawdę piszczą blaszki przy nich) to dobry sygnał, że najwyższa pora je wymienić:) Mechanik powinien zajrzeć również do zbiorniczka z płynem hamulcowym i ocenić jego stan. Płyn powinien być przeźroczysty, żółty i mieć odpowiedni poziom w zbiorniczku. WAŻNE: Po wymianie klocków mechanik powinien „ułożyć” klocki hamulcowe – czyli odpowiednio nimi zahamować, aby sprawdzić czy dobrze „łapią”. Najczęściej polega to na rozpędzeniu auta do 30 km/h a następnie ciągłe hamowanie (delikatne) do 15 km/h. Próbę powtarza się 3-4 razy aby klocki się „ułożyły”. W przypadku tarcz hamulcowych ich docieranie trwa trochę dłużej i polega na spokojnej jeździe bez gwałtownego hamowania. Może to potrwać nawet 100 km.

3. Wymiana oleju silnikowego wraz z filtrem oleju  W przypadku rodzinnego auta raz do roku lub raz na 10 – 15 000 km należy wymienić olej w silniku. Zaznaczyłam zastosowanie auta, gdyż w samochodach sportowych olej wymienia się nawet co 5 000 km. Uwarunkowane jest to zakresem pracy silnika oraz jego „żyłowaniem”. Po tym czasie olej traci swoje właściwości, przepala się zmieniając swoją barwę oraz konsystencje. Jeżeli zapomnimy o wymianie oleju możemy narazić się na duże koszty związane z remontem silnika. Powinnyśmy często sprawdzać poziom oleju oraz jego barwę. Na pewno trzeba to zrobić przed planowaną dłuższą podróżą. Jak to zrobić? Należy zaopatrzyć się w chusteczkę higieniczną, wyją bagnet oraz wytrzeć go do sucha. Następnie włożyć bagnet z powrotem na swoje miejsce i znowu wyciągnąć ale NIE odwracać go do góry nogami! Wyciągamy go i w tej samej pozycji jak był włożony patrzymy na jakiej wysokości kończy się olej na bagnecie. Na każdym bagnecie są wycięte kreski – minimum/medium/full. Należy pilnować, aby poziom oleju nie przekroczył stanu FULL jak i również nie spadł poniżej minimum. Obie nieprawidłowości niekorzystnie wpływają na warunki pracy silnika. Na bagnecie możemy też ocenić kolor oleju – żółty/brązowy/czarny. Czarny to zdecydowanie zły kolor:)

4. Sprawdzenie układu kierowniczego wraz z płynem wspomagania W przypadku płynu wspomagania (jeżeli nasze auto jest w to dobrodziejstwo wyposażone) należy pilnować poziom w zbiorniczku wspomagania. Płyn ten nie powinien być ciemny. Brak płynu spowoduje brak wspomagania:) O ile nie jest to groźne jak się stanie na parkingu – tylko więcej siły będziemy musiały włożyć w kręcenie kierownicą – tyle może nas nieźle zaskoczyć podczas jazdy.

5. Sprawdzenie układu chłodniczego wraz z płynami Silnik lubi temperaturę optymalną dla swojej pracy:) Nie lubi za niskiej temperatury ani tej za wysokiej. Przede wszystkim należy pamiętać, że temperatura w jakiej pracuje silnik jest bardzo ważna dla oleju silnikowego i to właśnie on ma swoje „ulubione” warunki pracy. Je zapewnia i gwarantuje sprawny układ chłodzenia którego sercem jest pompa wody, a płucami chłodnica. Jeżeli dostrzeżemy ubytki płynu chłodniczego w zbiorniczku wyrównawczym należy zgłosić się do warsztatu samochodowego. Może to oznaczać nieszczelność układu chłodzenia jak i niesprawność pompy wody czy termostatu (czujnika kontrolującego temperaturę). Na pewno nie należy czekać, aż wskaźnik w desce rozdzielczej odpowiedzialny za wysokość temperatury powędruje na czerwone pole. Regularne sprawdzanie poziomu płynu chłodzącego w zbiorniczku wyrównawczym powinno uchronić nas przed niespodziankami.  WAŻNE: nie należy uzupełniać braku płynu WODĄ – owszem jest to najtańszy sposób, ale powoduje rdzewienie elementów stalowych w układzie chłodzenia a w zimę… no cóż – woda moje panie zamarza:) Warto mieć w bagażniku chociaż litr borygo:) W awaryjnych sytuacjach lejemy wody a następnie szybko udajemy się do warsztatu aby naprawić usterkę oraz wymienić płyn.

 6. Wymiana filtra powietrza, filtra kabinowego Wymiana filtra powietrza powinna być połączona zawsze z wymiana oleju – raz do roku to minimum. Filtr powietrza zapewnia silnikowi dopływ czystego powietrza, bez drobinek kurzu. Silnik bardzo nie lubi ciał obcych. Zanieczyszczony filtr powietrza daje czasami o sobie znać poprzez „skakanie” obrotów silnika. Filtr kabinowy wymienia się rzadziej. Jeżeli parują Ci szyby i nie jesteś w stanie się tego pozbyć – to jasny przekaz: wymień filtr kabinowy:)

7. Sprawdzenie gum zawieszenia oraz amortyzatorów Tutaj przyda się też informacja jeżeli coś Wam stuka i puka. Warto o tym wspomnieć mechanikowi podczas przeglądu. Jego obowiązkiem jest sprawdzić wszystkie gumy oraz łączniki, gdyż jak każdy element podlegają zużyciu. Bardzo istotne jest to, że jak sypie się jedno to nienaprawione będzie wpływało na resztę zawieszenia i lawinowo będą się psuły kolejne elementy. Np. zwichrowane tarcze które powodują drgania na kierownicy bardzo szybko zniszczą drążki kierownicze, które nie wymienione zniszczą maglownicę. Ciągnie to za sobą duże koszty.

 8. Sprawdzenie szczelności układu wydechowego. Mechanik mając auto na podnośniku przy okazji np. spuszczania oleju może spojrzeć na układ wydechowy i zlokalizować ewentualne nieszczelności. Każda nieszczelność w układzie wydechowym to dodatkowe decybele:) A tych na jezdni nie powinno być więcej niż 94:) Inaczej Pan policjant może odebrać nam dowód rejestracyjny albo samochód może nie przejść okresowego badania technicznego.

TM : Natalio, bardzo dziękuję Ci, że podzieliłaś się z nami swoją cenną wiedzą.  Naprawdę doceniamy to, że znalazłaś czas, by nam to wszystko wyjaśnić. Są wśród nas miłośniczki motoryzacji, którym pokazałaś, że jednak można iść w tym kierunku za swoją pasją i się rozwijać, dodałaś im nadziei i otuchy. Są również wśród nas kobiety, które jednak mimo, iż są zmotoryzowane, zupełnie nie wiedzą jak radzić sobie z serwisem. Na tym blogu podzieliłaś się z nami fantastyczną wiedzą, dodałaś kilka wspaniałych rad i wskazówek, które sama zresztą wyłapałam i podkreśliłam. Dla mnie na przykład zupełną nowością było sprawdzenie ogumienia za pomocą 2groszówki. Jesteś dla nas kobiet – inspiracją.

NZ: Bardzo się cieszę, że mogłam pomóc

 

Z Natalią Zarudzką rozmawiała Agnieszka

 

 

 

 

 

 

Mój sposób na jesienną depresję

1

Gdy w deszczowy jesienny dzień/ ciemne popołudnie dopada nas depresja proponuję zjedzenie jogurtu naturalnego z odrobiną gałki muszkatołowej, kieliszek wina i dobrą muzykę.

Porządki poczekają, mąż doceni nasz dobry humor a dzieci dadzą nam w końcu odpocząć bo zobaczą , że

życie nie kręci się tylko wokół nich.

:-P