twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy w kategorii: Przemyślenia

Moja przygoda z ZUS-em, czyli jak państwo dba o kobiety na macierzyńskim

 

No nareszcie! – pomyślałam, kiedy usłyszałam o planach wprowadzenia rocznego urlopu macierzyńskiego. Byłam już wtedy w drugiej ciąży i od razu poczułam, że pierwszy raz dostanę od państwa taki piękny prezent i że być może nadchodzą nowe czasy, w których płacenie tych horrendalnie wysokich, ciężko wypracowanych składek, będzie się opłacać. Przy pierwszym dziecku, urodzonym sześć lat temu, należało mi się zaledwie 18 tygodni i razem z „uciułanym” zaległym urlopem wypoczynkowym udało mi się zostać w domu w sumie przez sześć miesięcy, choć ostatni miesiąc i tak już pracowałam z domu na pół etatu.

Teraz będzie inaczej – cieszyłam się. 20 tygodni macierzyńskiego plus sześć tygodni dodatkowego urlopu macierzyńskiego i 26 tygodni tak zwanego rodzicielskiego daje przecież okrągły rok i to płatny (100% przez pierwszą połowę i 60% przez drugą lub od razu 80% przez całość trwania tego okresu). W trakcie ciąży zamierzałam pracować praktycznie do końca, no może z wyjątkiem ostatnich tygodni, kiedy trzeba się nieco przygotować na nowego przybysza. Stało się jednak inaczej.

Od początku czułam się nie najlepiej, a jako kobieta po przejściach i trzech straconych ciążach, musiałam dmuchać na zimne. Początkowo brałam więc krótkie zwolnienia, a w miarę możliwości chodziłam do pracy lub pracowałam z domu. Od siódmego miesiąca mój lekarz powiedział jednak „dość” i kazał się oszczędzać, tym bardziej, że było już lato, a Warszawę nawiedziła fala upałów. No i zaczęły się schody, bowiem wkrótce ilość dni na zwolnieniu przekroczyła magiczną liczbę 33, co oznaczało, że od tej pory moją pensje będzie płacił ZUS (dzieje się tak w przypadku, kiedy firma zatrudnia poniżej 20 osób).

Oczywiście zostałam uprzedzona przez kadrową, że w płatnościach mogą zdarzyć się pewne opóźnienia, liczyłam jednak na to, że jeśli z naszej strony wszelkie formalności zostaną dopełnione odpowiednio szybko, takie opóźnienie nie przekroczy kilku dni. Kiedy jednak po wysłaniu niezbędnego wniosku oraz oryginału zwolnienia, płatność nie wpłynęła przez ponad dwa tygodnie, zaczęłam się nieco niepokoić. Księgowa uspokajała mnie, że wszystko jest w najlepszym porządku i że to pewnie tylko pierwsza płatność wpłynie z „poślizgiem”, reszta powinna być płacona regularnie. Na własną rękę szukałam więc informacji o przepisach, do których ZUS musi się stosować – na poszczególnych portalach te informacje były nieco różne. Jedna wersja głosiła, że ZUS ma 30 dni od daty dostarczenia zwolnienia. Nigdzie jednak nie było określone, co dokładnie oznacza „data dostarczenia” – czy jest to dzień, w którym pani w ZUSie przybije pieczątkę „wpłynęło”, czy też liczy się data stempla pocztowego? Druga wersja była jeszcze lepsza, bo mówiła o 30 dniach od końcowej daty zwolnienia (!). Co to oznacza w praktyce? Ano to, że jeśli przykładowo, mam zwolnienie od 1 do 20 czerwca, które dostarczam do ZUSu w przeciągu 7 dni od jego otrzymania (bo tak mówią przepisy i nie daj Boże je złamać!) to i tak pieniądze otrzymam dopiero… około 20 lipca.

Tak też się stało. Ponad półtora miesiąca zajęło ZUSowi wygenerowanie dla mnie pierwszej płatności, kolejne też przychodziły z opóźnieniem, mniejszym co prawda, ale zawsze było to minimum trzy tygodnie. Ponownie zaniepokoiłam się na początku września, kiedy wciąż nie wpływało wynagrodzenie z przedostatniego zwolnienia, a mnie nieuchronnie zbliżał się termin porodu. Wkrótce sprawa się wyjaśniła – przyszło pismo z ZUSu, zapełniające całą stronę A4, wymieniające kilka paragrafów, według których popełniłam straszną zbrodnię, gdyż spóźniłam się z dostarczeniem zwolnienia jeden dzień. W związku z tym ZUS postanowił potrącić mi 25% za tenże jeden dzień i, co gorsze, oznaczało to także przesunięcie wypłaty o jakieś kilka tygodni. Byłam jednak pewna, że zwolnienie dostarczyłam na czas, przekazałam je bowiem mojemu pracodawcy na następny dzień po wizycie u lekarza. Zaczęłam więc drążyć temat. I co? I okazało się, że mam rację – w świetle przepisów miałam 7 dni na przekazanie zwolnienia do swojego, jak to się ładnie mówi „zakładu pracy”, a ten powinien przekazać zwolnienie do ZUSu niezwłocznie. Tak też się stało, ale dokument fizycznie wylądował na biurku jakiejś pani Kasi, Zosi, czy Basi ósmego dnia. A pani ta uznała więc, że wypłata 100% się nie należy i bach, wysłała pisemko. Po moim śledztwie oraz interwencji księgowej, pani Kasia/Zosia/Basia przyznała, że potrącanie 25% jest bezzasadne i ZUS wypłaci całość. Opóźnienie w wypłacie jednak pozostało… pieniądze wpłynęły po kolejnych trzech tygodniach.

No nic, pomyślałam, może przynajmniej na macierzyńskim sytuacja się poprawi. Żeby być całkowicie w porządku, przygotowałam sobie wcześniej wymagane wnioski o urlop macierzyński i wysłałam do pracodawcy, umawiając się z księgową, że po porodzie uzupełnimy je tylko o konkretną datę.

Córka przyszła na świat 16 września, po dwóch dniach wyszłam ze szpitala, po czterech zdołałam się na tyle ogarnąć, żeby zabrać się za niezbędne formalności. Skontaktowałam się więc z księgową, uzupełniłyśmy wnioski, a ja przygotowałam ich oryginały, które dodatkowo wysłałam pocztą. Zadowolona ze swojej świetnej organizacji czekałam na wypłatę.

Kiedy jednak w połowie października moje konto bankowe nadal świeciło pustkami, znów zaczęłam się niepokoić, że ZUS o mnie zapomniał. Niepotrzebnie! Dwa dni później przyszło kolejne, wspaniałe i fachowe pismo. O co chodziło tym razem? Ano zakład ubezpieczeń domagał się ode mnie natychmiastowego dostarczenia aktu urodzenia dziecka i to w oryginale (żaden tam odpis!), bo tylko ten dokument mógł być dostatecznym dowodem na to, że zasiłek macierzyński mi się należy. Nieważne, że wcześniej wysłane zostały wnioski o urlop macierzyński, firma wypełniła druk wymagany przez ZUS oraz dodatkowo wysłała podanie, że rzeczywiście zgadza się na mój urlop macierzyński, nieważne, że przekazałam też oryginał zaświadczenia ze szpitala, że faktycznie urodziłam dziecko. Tylko akt urodzenia mógł pomóc mi otrzymać należne pieniądze…

Cóż miałam robić? Czym prędzej pognałam na pocztę i poleconym priorytetem wysłałam żądany dokument. Było to pod koniec października, zakładałam więc, że początek listopada być może przyniesie jakieś dobre wieści. Codzienne sprawdzanie konta weszło mi już w nawyk, ale w końcu 10 listopada stwierdziłam, że dosyć tego. Poprosiłam księgową o ponowny kontakt ze znaną jej już panią Kasią/Zosią/Basią i owa pani powiedziała, że owszem ma jakąś korespondencję ode mnie z 4 listopada (rany! ale długo musiał trwać jej obieg w ZUSie), ale na biurku ma taki zaległy stos kopert, że jeszcze nie dotarła do tego, co tam jest. Od tej pory zaczęło się bombardowanie ZUSu telefonami codziennie, z nadzieją na otwarcie koperty przez właściwą osobę i jakiekolwiek przyspieszenie mojej sprawy. I wreszcie – tak! 16 listopada pani Kasia/Zosia/Basia potwierdziła, że otrzymała akt urodzenia dziecka i przygotowuje przelew dla mnie JUŻ na 21 listopada, JEŚLI jej szefowa go podpisze…

Czekałam tyle czasu, że przez te parę dni postanowiłam uzbroić się w cierpliwość i nie otwierać konta aż do 22 listopada. Moja cierpliwość została nagrodzona – tegoż dnia pojawił się w banku cieplutki, świeżutki, całkiem pokaźny (bo zaległy) przelew z ZUSu. O mało nie popłakałam się z radości. Gdybym mogła, poszłabym się upić…

I tak – po dwóch miesiącach i sześciu dniach od porodu – zakończyła się moja walka z ZUSem, przynajmniej na razie, bo kolejną wypłatę otrzymałam już o czasie. Nie wiem, co będzie dalej, ale mimo przejść, chcę pozostać optymistką i wierzyć, że będę dostawać pieniądze regularnie. Pewnie do czasu, kiedy złożę kolejny wniosek o urlop rodzicielski tym razem…

Sęk w tym, że przez te ponad dwa miesiące (a w zasadzie i wcześniej, kiedy nie płacono mi także za zwolnienia) codziennie zadawałam sobie pytanie, co bym zrobiła, gdybym była samotną matką? Albo nawet nie, ale gdyby na przykład moja sytuacja finansowa była taka, że ledwie wiążemy koniec z końcem i starcza nam od pierwszego do pierwszego? Albo gdyby mój mąż stracił pracę? Ząbki na półkę i głodujemy? Tylko, co powiedzieć dzieciom?

Czuję się szczęśliwa, bo z pensji męża starczało na pieluchy i jedzenie dla wszystkich. Starsze dziecko poszło do szkoły – książki też było za co kupić. Ale co mają zrobić rzesze kobiet, które nie są w tak dobrej sytuacji? A przypuszczam, że jest ich mnóstwo i nie sądzę, żeby ZUS traktował je w sposób szczególny i wypłacał im pieniądze szybciej. Jakie rozwiązanie proponuje państwo dla tych matek, którym pieniądze się należą, bo tak jak ja przez wiele lat ciężko na to pracowały, a mimo to nie mają za co wyposażyć nowo narodzonego dziecka? Przecież to jest czas, kiedy nie tylko potrzebujemy opłacić standardowe rachunki, ale mamy jeszcze mnóstwo dodatkowych wydatków! Czy wtedy jest miejsce na radość z narodzin, czy tylko strach o to, jak dam sobie radę?

Życzę wszystkim paniom Kasiom/Zosiom i Basiom, żeby czasem pochyliły się nad konkretnym przypadkiem i były na tyle mądre, żeby umieć potraktować go zgodnie procedurami, ale też wykazać chociaż odrobinę dobrej woli i empatii, żeby niczego nie odkładać, nie przedłużać, nie opóźniać. Może komuś to uratuje życie…

Olga.

Przez ostatnie lata mocno zauważalne staje się zainteresowanie pedagogiką i rodzicielstwem Pojawiają się nowe opracowania odnośnie wychowywania, kształcenia, ukierunkowania młodych obywateli. Pedagodzy nieustannie mają szkolenia, rozpieczętowywane są nowe poglądy na temat wszelakich zespołów zaburzeń emocjonalnych i tych uchodzących za chorobowe. Głośno stało się na temat ADHD, modny stał się Asperger, wykrywa się liczne problemy integracji sensorycznej. Znani psychologowie, pediatrzy oraz profesorowie stawiają nowe tezy na temat wychowania. Do głosu dochodzą rodzice, stacje telewizyjne, sieć, radio. Powstają liczne ruchy rodzicielskie ukierunkowane w konkretnym celu, prowadzone są publiczne dyskusje odnośnie podstaw programowych lub chociażby zasadności szczepienia na niektóre choroby. Innymi słowy, dziś społeczeństwo skupia się głównie na naszych dzieciach i ich problemach. Bynajmniej, nie chcę głosić, iż tak być nie powinno. Wręcz, przeciwnie; cieszy fakt, iż staranie przykładamy się do kształcenia naszych obywateli. Obywateli, którzy już za dziesięć, dwadzieścia lat będą stanowili o naszym kraju, naszej przyrodzie, naszym społeczeństwie. To oni wykształceni, zdiagnozowani od dzieciństwa, ukierunkowani zasiądą na stanowiskach, będą lekarzami, informatykami, nauczycielami, artystami. .. No właśnie, będą.

Lekarz Endokrynolog z prywatnej warszawskiej kliniki : Wiem, że niektórzy traktują osoby po 65 r. życia, tak jak na odstrzał. Przepisują różne leki i nawet nie tłumaczą jakie są konsekwencje ich zażywania.

A co dzisiaj? Odnoszę wrażenie, że idąc mocnym zainteresowaniem młodym pokoleniem jednocześnie zapominamy o innych. Na siłę próbujemy kreować młodych, skupiamy się na sobie i naszych potrzebach. I im bardziej brniemy w tę stronę, tym mniejsze jest nasze zaangażowanie się w niesieniu pomocy ludziom starszym. Odważnie, śmiem stwierdzić, iż w owym dzisiejszym chaosie dnia codziennego zapominamy o ich potrzebach, niekiedy przechodzimy zupełnie obojętni widząc, chociażby jak starsza pani na ulicy ma problem przy wejściu do klatki po schodach. Ile czasu media poświęcają tematyce dotyczącej potrzebom tych najstarszych, naszych dziadków i babć, ludziach, którzy tworzyli nasze państwo, nasze społeczeństwo. Pokazali kierunek, uczyli nas, kształcili i wychowywali przez lata. Jak my się im teraz odwdzięczamy?

Byłem u sąsiada z matką, to był Uniewski. Miał sklep u nas we wsi. Matka załatwiała tam swoje sprawunki, kiedy ja podszedłem do Uniewskiego. Siedział ze słuchawkami przypiętymi do takiej długiej sztycy, po której szedł kabel od dołu do góry. Pamiętam, że był bardzo przejęty. I do dziś, nie zapomnę; podał mi na chwilę te słuchawki. Usłyszałem transmisję z pogrzebu Piłsudskiego. Tak, to był dobry gospodarz. Tak mówili moi rodzice i cała wieś. Trzymał mocno Polskę.

Tato zmarł, kiedy byłem mały. Wojna szła i wieści, że do Buga mają iść Niemcy, a zza Buga Ruscy. Tato się bardzo denerwował. I coś źle zaczął się czuć. I jak w piątek się położył w 1939, to za tydzień w niedzielę zmarł. Zostali my sami z matką. Ja najstarszy, potem mój brat i trzy siostry. Miałem 9 lat, a mój brat 6, kiedy zaczęli my pracować na gospodarstwie. Najsamprzód matka wzięła parobka, który nas uczył, a potem już my sami wszystko robili. Tak, Agnieszko…nie to co dziś. ( śmiech ) , że dzieci siedzą przed telewizorem i się im jeszcze podaje. My o 4.00 rano przy krowach już byli, a na 7.00 w szkole. Po szkole obiad matka dawała i znowu się pracowało na gospodarstwie. A jak, wojsko przyszło, to ja uciekł z pięcioma krowami w pole i las. I tam dwa tygodnie siedziałem. Tylko brat donosił mi chleba. A no, uciekł…bo wojsko w ten czas zabierało wszystko z gospodarstw. I jakby te krowy zabrali, to źle byłoby dla nas. Później, jeszcze Niemcy u nas sobie obóz rozbili. Bo to tak było, że jak szli, to wynajdywali sobie gospodarstwo i jakiś czas mieli tam swoją tak jakby kwaterę. Jeden pokój matki wzięli. My wszyscy spali w kuchni. Pewnie, żem się bali. Tylko bardziej Ruskich.

Żydzi? Byli, wioskę dalej, mieszkało ich dużo. Wywieźli, opustoszało. Tylko pamiętam jednego dzieciaka, znałem ja go ze szkoły. Chyba się został, bo przychodził od czasu do czasu. Jakm go widział, to pajdę chleba mu dawałem. A, co ty byś nie dała? A, no pewno, że dałabyś. Dzieciak, ledwo chodził. Biedny był bardzo.

W 1946 roku, zaraz po wojnie, kiedy miałam 16 lat siostra mojej matki, wzięła mnie do Warszawy. Pamiętam jak dziś, na Wileńskim byli tacy mali chłopcy i krzyczeli „Na Wilsona”, „Na Wilsona”. Powozili. Ja później też furmaniłem, 8 lat. Ciotka miała taką firmę, zakupiła konia z wozem. Ja na nim jeździłem, a później zarobili my pieniądze na drugiego konia z wozem i wreszcie też na trzeciego konia z wozem. Odgruzowywałem Warszawę, śpiewałem piosenki, budowałem, poznałem babcię, ściągnąłem brata do pracy. Najsamprzód Stasiek furmanił, ale później kupił przedwojenną Dekawkę ( śmiech ), myślał, że będzie więcej zarabiał, ale wiecznie ją remontował.

Później kupiłem plac przy ulicy Tuszyńskiej, dokładnie na Agrafki 44. Postawiłem dom i stajnie. W tej stajni później było moje wesele z babcią. Niedużo osób było, tylko rodzina …no może czterdzieści parę. I za jakiś czas z tej stajni zrobiłem drugi dom, w którym już zamieszkaliśmy. Tam na świat przyszły nasze córki.

Później dom z babcią wybudowałem na Sadybie. Do dziś tam mieszkamy. To piękny dom. I wiesz, nas stać było na ten dom, na samochód i na kupienie mieszkania jednej z córek. Ja pracowałem tyle lat i nigdy nie miałem takiego problemu z pracą, jak teraz się słyszy. Bo ja wiedziałem, że jak odejdę z jednej roboty, to zaraz pójdę do drugiej. Nie tak jak teraz porobili, że trzeba gdzieś dzwonić, umawiać się, coś wysyłać, czekać miesiące, aż się odezwą. Tak, tak… praca kiedyś była. I wbrew temu co dziś gadają, w tamtych czasach było nam lepiej żyć. Bo Agnieszko, ja mam żal. Bo teraz z takiej pracy jak my kiedyś mieli, nikt domu nie postawi. I żal, bo wszystko wyprzedali. Zobacz, elektrownie, fabryki, tereny … toż wszystko com odgruzowywali, budowali, sprzątali … wszystko, co przynosiło olbrzymie pieniądze, dziś się nie opłaca. Im się nie opłaca! Tym, co na tych stołkach siedzą! Im się nie opłaca!!! W takim razie ja się pytam : czy nam się opłacało odbudowywać kraj?

Do głosu żalu dochodzi jeszcze ten jeden „czy nas ludzi starszych jeszcze słyszycie?”

Ludmiła lat 78: Od wielu lat mam problemy z nogą. Trudno mi się chodzi. I kiedy chcę przejść przez jezdnię,długo muszę stać. U nas nie ma świateł, a żaden nie chce się zatrzymać

Waldemar lat 80: Nie mogłem wypełnić tego druczku. Była kolejka i nikt mi nie pomógł. Nie widziałem dobrze tych małych literek, zresztą nie na moją głowę. Wprowadzają jakieś rzeczy, a ja tego nie rozumiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy w gąszczu tych wszystkich naszych sprawunków, zniknęła nasza wrażliwość na ludzi, którzy przeżyli dużo więcej niż my? Dlaczego zapominamy? Przecież oni mają nam do opowiedzenia piękne historie i jest dosłownie jeszcze chwilka czasu, by to usłyszeć. Za zasłoną zmarszczek, niekiedy wolniejszych ruchów, brakiem refleksu kryją się ludzie, którzy w swoich głowach czują się tak jak Wy teraz. Ile jest zorganizowanych klubów seniora, ile prowadzonych badań związanych z opieką nad nimi, ile wątków poruszanych publicznie, ile nowych kierunków otwieranych na uczelniach związanych z tematyką osób starszych? Czy wiemy, jak się czują dziś? Na pytanie, jak się czuje moje dziecko w danej chwili, w danym momencie, potrafimy wypowiedzieć się poruszając różne sfery, tymczasem jak się czuje Twoja babcia, Twój dziadek? Potrafisz odpowiedzieć? Wiesz, o czym marzy? Czego żałuje, czego potrzebuje? Jak wygląda ich dzień, czy się nudzą, co ich interesuje? Opowiedzieli Ci już swoją historię? Pokazywali Ci swoje zdjęcia, opowiadali o obyczajach tamtych lat? Mówili o radościach? Ile razy ich odwiedzasz, ile razy im pomagasz? Jak społeczeństwo wspiera tę najstarszą grupę?

Dziś ucząc naszych maluchów i poświęcając im ogrom czasu, w jakiś sposób ich rozpieszczamy. I dzieci to czują , wyraźnie słyszą od nas: „tak wy, jesteście dla nas bardzo ważni”. Wcale nie neguję tego, tylko czy nasze dzieci słyszą także inny przekaz „wasi pradzidkowie i dziadkowie są również dla nas bardzo ważni i należy o nich pamiętać ”? Ten ostatni jest słabo słyszalny. Istnieje, wiec obawa, iż rzeczywiście wychowamy doskonałych obywateli, którzy będą tymi lekarzami, informatykami, nauczycielami, artystami, prawnikami i innymi specjalistami wyedukowanymi w różnych dziedzinach życia, ale bez wpojonego przekazu, by pomagać ludziom starszym…. czyli w przyszłości także nam. To trochę tak, jakbyśmy sami sobie wbijali gola.

 

Piszę o tym, gdyż twardamatka to nie tylko matka, ale także wnuczka.

 

 

Agnieszka

 

 

 

List Matki do Córki

7

Dziś natknęłam się na przepiękny tekst, który Małgorzata Kalicińska zamieściła na facebooku. Powieściopisarka rodzinnej sagi „Dom nad rozlewiskiem” przetłumaczyła z włoskiego LETTERA DI UNA MADRE A SUA FIGLIA. Podczas dzisiejszej korespondencji z Panią Małgorzatą, otrzymałam oficjalne pozwolenie na opublikowanie niniejszego tłumaczenia. Muszę, wam drodzy Czytelnicy, powiedzieć iż list ten, napisany tak lekko i prosto w sposób zupełnie oczywisty, wyraża bardzo głębokie emocje, które mam nadzieję i Was poruszą.

 

 

Jeśli pewnego dnia zobaczysz, że jestem stara, że się brudzę przy jedzeniu, że nie potrafię się ubrać, miej cierpliwość….

Przypomnij sobie czas, który przeznaczyłam na nauczenie Cię tego wszystkiego, jak byłaś mała.

Jeśli ciągle powtarzam te same rzeczy, nie przerywaj mi, posłuchaj…..Kiedy byłaś mała, musiałam wysłuchiwać w kółko tej samej historii dopóki nie zasnęłaś.

Jeśli czasem nie mam ochoty się umyć, nie potępiaj mnie I nie zawstydzaj.…

Przypomnij sobie ile razy musiałam biegać za Tobą, wymyślając różne argumenty, bo nie chciałaś się kąpać.

Jeśli widzisz, ze nie nadążam za nowinkami technicznymi, daj mi czas na poznanie ich I nie patrz na mnie z tym ironicznym uśmiechem.…

Ja miałam dużo cierpliwości, kiedy uczyłam Cię alfabetu I pomagałam w odrabianiu lekcji.

Jeśli czegoś nie pamiętam, albo gubię wątek w rozmowie, daj mi czas na przypomnienie sobie, a jeśli nie jestem w stanie sobie przypomnieć, nie denerwuj się, najważniejsze dla mnie nie jest to, co mówię, ale potrzeba Twojej bliskości, potrzeba pewności, że jesteś obok i mnie słuchasz…

Jeśli moje stare nogi nie dotrzymują Ci kroku, nie traktuj mnie jak ciężar…Podejdź do mnie wyciągając swoje ręce w moją stronę w taki sam sposób jak robiłam to ja, kiedy stawiałaś swoje pierwsze kroki…

Jeśli mówię, ze chciałabym umrzeć, nie irytuj się…

Pewnego dnia zrozumiesz, co mnie zmusza do tego, żeby tak mówić I spróbuj zrozumieć, ze w moim wieku już się nie żyje a egzystuje..

Pewnego dnia zrozumiesz, że mimo błędów, które popełniłam, zawsze chciałam dla Ciebie jak najlepiej, że próbowałam przetrzeć Ci drogę.

Poświęć mi troszkę swojego czasu, odrobinę swojej cierpliwości, daj mi swoje ramię, na którym mogę się wesprzeć tak, jak ja dawałam Ci zawsze swoje..

Kocham Cię córeńko I modlę się za Ciebie nawet wtedy jak mnie nie dostrzegasz.

 

 

Oryginalny wpis : https://www.facebook.com/photo.php?fbid=671849456166183&set=a.153264904691310.29688.153035914714209&type=1&theater

 

Pani Małgorzato, bardzo dziękuję.

 

Agnieszka

 

 

 

 

Temat na topie, czyli czy sześciolatki powinny iść do szkoły.

 

Rodzicom przyszłorocznych sześciolatków nie zazdroszczę, żyją bowiem w ciągłej niepewności. Będzie referendum, czy nie będzie? Czy ich sześcioletnie pociechy pójdą obowiązkowo do pierwszej klasy, czy do zerówki? Czy może dzieci z pierwszej połowy roku rozpoczną regularną naukę, a z drugiej wylądują w oddziale przedszkolnym?

Większość rodziców jest w stanie ocenić, co dla ich dziecka byłoby najlepsze. Pytanie jednak, czy na tym powinien opierać się system edukacji, aby tworzyć te wybory, czy raczej jego zasady powinny być czytelne i równe dla wszystkich, ale też dobrze przemyślane i przygotowane, tak aby jak najmniej osób miało co do nich wątpliwości. Być może zbyt dużą wagę przywiązujemy do wieku dzieci, a zbyt małą do tego, że Ministerstwo Edukacji wprowadziło reformę zanim ją dobrze opracowało.

Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że oddziały przedszkolne w szkołach (czyli dawne przedszkolne zerówki) zupełnie nie mają swojego programu? Przeniesienie zerówek do szkoły miało być rozwiązaniem tymczasowym, ponieważ docelowo wszystkie sześciolatki miały iść do pierwszej klasy. Niestety, to rozwiązanie trwa już kilka lat, a wszystkie dzieci, które trafiły w tych latach do oddziałów przedszkolnych są niejako ofiarami tej „poczekalni”. Dzieciom sześcioletnim oferuje się bowiem dokładne ten sam program, który miały w pięciolatkach, niekiedy nawet korzystają z tych samych książeczek z zadaniami! Czy to jest działanie z premedytacją, obrzydzanie rodzicom zerówek i podprogowe nakłanianie ich do posłania sześciolatka do pierwszej klasy? Trudno mi dopatrywać się tu czegokolwiek innego, bo który rodzic chce, by jego dziecko przez rok „tłukło” to samo, co w przedszkolu, mając poczucie, że syn czy córka w ogóle się nie rozwija?

Do wyboru pierwszych klas rodziców „zachęca” się też w inny sposób. Otóż pierwsze klasy w dużych miastach objęte są tzw. rejonizacją, czyli jeśli jesteśmy zameldowani w rejonie danej szkoły to szkoła ta nie ma prawa odmówić przyjęcia dziecka do pierwszej klasy. Dziecku to miejsce po prostu się należy. W przypadku zerówek jest natomiast inaczej – mimo że startujemy do szkoły z rejonu, szkoła naszego dziecka do zerówki przyjąć nie musi. Wtedy system, przez który odbywa się rekrutacja, wyznacza nam miejsce w innej zerówce – być może będzie to szkoła blisko naszego miejsca zamieszkania, a być może na drugim końcu miasta. Rodzice stają więc przed dylematem – ryzykować rekrutacją do zerówki i tym, że jeśli dziecko się nie dostanie, będzie chodziło przez rok do pierwszej lepszej szkoły, a potem fundować mu stres i po roku je przenosić, czy też posłać je w szkole rejonowej do pierwszej klasy, która należy się jak przysłowiowa psu zupa?

A przecież wiele dzieci sześcioletnich naprawdę się do pierwszej klasy nie nadaje. Przynajmniej do takiej pierwszej klasy, z jaką mamy do czynienia w obecnych szkołach podstawowych. Dlaczego bowiem nie można było zreformować systemu edukacyjnego tak, aby program tych pierwszych klas był dla sześciolatków właściwie dostosowany? Ministerstwo przekonuje nas, że szkoły są inne, klasy kolorowe, łazienki wyremontowane, a małe dzieci nie siedzą w ławkach tylko na dywanie i uczą się przez zabawę. Czy jednak nie są to mrzonki? Przecież każde dziecko po ukończeniu pierwszej klasy powinno czytać, pisać i liczyć. Czy tego da się nauczyć bawiąc się w klasie na dywanie? Nie sądzę.

W dodatku niejednokrotnie słyszeliśmy, że dzieci sześcio- i siedmioletnie będą rozdziele, że nie będą tworzone klasy mieszane. Guzik prawda! W mojej szkole rejonowej usłyszałam na dzień dobry, że nikt mi tego obiecać nie może, owszem może szkoła będzie się starać, ale gwarancji nie ma. A przecież między sześciolatkiem urodzonym pod koniec roku a siedmiolatkiem z początku roku jest prawie dwa lata różnicy! U starszych dzieci, nastoletnich być może taka różnica wieku nie odgrywa większej roli, ale u kilkulatków oznacza, że są to zazwyczaj dzieci na zupełnie różnym etapie rozwoju. I te dzieci miałyby przyswoić sobie ten sam program?

Muszę przy tym przyznać, że nie do końca zgadzam się z hasłem „Ratujmy maluchy”. Akcja słuszna, bo oprotestowuje to, co niesłuszne i nieprzemyślane, ale z kolei nie powinniśmy tak bardzo trząść się nad dziećmi, które w wieku lat sześciu już takimi maluchami nie są. Ja wolałabym raczej krzyknąć „Ratujmy szkoły” – przed zbyt pochopnymi działaniami, głupotą urzędników, rozbudowaną biurokracją. Zreformujmy system edukacji, ale zróbmy to mądrze, zaczynając od programu dla najmłodszych grup przedszkolnych, żeby dzieci sześcioletnie, jeśli mają pójść do szkoły, szły tam dobrze przygotowane, a ich program szkolny był taki, aby mimo różnego poziomu rozwoju mogły dać sobie z nim radę.

Mój syn poszedł od tego roku do szkolnej zerówki. Osobiście jestem z tego zadowolona, ale nie dlatego, że państwo stworzyło mi tak świetną szkołę i że ta zerówka jest taka bardzo wartościowa, tylko dlatego, że braki programowe uzupełniamy dziecku zajęciami dodatkowymi (oczywiście odpłatnymi). Są to zajęcia, które syn lubi, które sam sobie wybrał, a że odbywają się w tym samym budynku szkolnym lub w jego pobliżu, są łatwo dostępne organizacyjnie. Dzięki temu dziecko przystosowuje się do szkolnego rytmu i wierzę, że łatwiej będzie mu „wejść” w pierwszą klasę, a więc w regularną naukę. Co mają jednak zrobić rodzice, których szkoły nie oferują zajęć dodatkowych, albo dla których takie zajęcia są niedostępne ze względów finansowych? Obawiam się, że jeśli poślą dziecko do zerówki, będą musieli patrzeć jak ich pociecha przez rok siedzi w „poczekalni”.

 

Olga.