twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy w kategorii: Psychologia i dziecko

Wiosną tego roku pewna sarkastycznie rzecz ujmując – firma, właściciel super nowoczesnego portalu rozpoczął zewnętrzną kampanię reklamową. W większych miastach w Polsce na bilbordach zawisły wielkoformatowe plakaty przedstawiające jedną kobietę przebraną w diabełka, a drugą w aniołka. Na pierwszy rzut oka, wydawało się, iż reklama zachęca do ciekawego serwisu poświęconego fantastyce, a nawet bajką. Szczególnie niektórym dzieciom przypadła do gustu. Panie na plakacie przypominały wróżki z bajek o Barbie. Zarówno więc treść, jak i same rozmiary niedające się nie zauważyć wręcz przykuwały uwagę młodego odbiorcy. Dziecko jadące samochodem, będące przechodniem jest tak samo odbiorcą informacji, co niestety jest często zapominane przez agencje reklamowe kreujące co rusz bardziej śmiałe reklamy.

Na wspomnianym bilbordzie między „lalkami” duże napisy adresu portalu. Dziecko umiejące czytać i pisać bez problemu zapamięta proste słowa, a dziecko już 8-letnie będzie próbowało zajrzeć na stronę podaną na ciekawym dużym plakacie. Zatem w dzisiejszych czasach mając do dyspozycji internet, który stał się głównym nośnikiem informacji i jest obecny niemalże w każdym gospodarstwie domowym, dziecko z ciekawości skorzysta z owego dostępnego połączenia z siecią, wrzuci adres strony i ajjjjjj…..ajjjjjj…..ajjjjjjj PORNOGRAFIA. Owszem pojawia się informacja, iż serwis poświęcony jest dla osób , które ukończyły 18 lat. Lecz cóż z tego, przecież dzieciaki mogą zostać tym bardziej skuszone. Zakazany owoc smakuje lepiej.

I właśnie gdyby to była zwykła lekka pornografia, pokazująca zdjęcia kochających się par heteroseksualnych, to jeszcze dziecku można wytłumaczyć, iż seks jest dla ludzi, iż seks jest miłością i takie tam. Może nawet dałoby nam to pole do obszerniejszego poruszenia tematu. Tymczasem po kliknięciu TAK WCHODZĘ, ukazują się filmiki z obnażającymi się ludźmi, wykonującymi śmiałe praktyki seksualne na polecenie osób im się przyglądających ze swoich komputerów w domach. Osoby te wydają polecenia, ponieważ wcześniej zapłaciły za to wysyłając specjalne smsy lub wykupując w tym serwisie specjalne żetony. Zatem wchodzą tu także korzyści majątkowe.

 

zdjęcie dzięki imageworld.pl

Przez chwilę badałam sprawę. Zajrzałam do kodeksu karnego.

Zgodnie z Art. 202.§: Kto publicznie prezentuje treści pornograficzne w taki sposób, że może to narzucić ich odbiór osobie, która tego sobie nie życzy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. § 2. Kto małoletniemu poniżej lat 15 prezentuje treści pornograficzne lub udostępnia mu przedmioty mające taki charakter albo rozpowszechnia treści pornograficzne w sposób umożliwiający takiemu małoletniemu zapoznanie się z nimi, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Biorąc pod uwagę i wizualizację plakatu zachęcającą dzieci, na nim napis adresu strony pornograficznej, bez żadnej zamieszczonej informacji o tym, iż jest to serwis tylko dla dorosłych, mogłabym zarzucić, iż w tym przypadku został naruszony art. 202 kk. Tymczasem okazuje, iż nie. Sam bilbord i to co przedstawia plakat nie jest treścią pornograficzną. Podobnie rzecz ma się z innymi reklamami pornograficznymi, chociażby w licznych gazetkach, w telewizji. Żadna z nich nie jest typową treścią pornograficzną. To tak jakbyśmy poszli z dzieckiem do kiosku kupić jedynie dziennik lub gumę do żucia i gdzieś z brzegu zauważylibyśmy okładkę pisma pornograficznego. I wówczas też, ni jak ma się art. 202 kk. Ni jak ma się? Może jednak ma się, tylko nie jest przestrzegany? Pytanie co jest treścią pornograficzną i jakie są drogi, techniki zachęcające do oglądania treści pornograficznych. Mamy zatem prawo, które jest prawem dowolnie interpretowanym? Lub też prawem nie chroniącym w dostateczny sposób naszych dzieci. Są nałożone restrykcje odnośnie reklam alkoholu i papierosów, ale jeśli chodzi o pornografię…. sądzę, że mamy lukę w prawie. Czyżby w przyszłości mielibyśmy mieć społeczeństwo wolne seksualnie? Już przecież „galerianki” i „świnki” są. I czy my dorośli za to nie odpowiadamy?

 

 

 

Agnieszka

Kiedy nasz syn skończył sześć lat, uświadomiliśmy sobie z mężem, że obydwoje w jego wieku potrafiliśmy już sami czytać. Tymczasem on nie przejawiał w tym kierunku żadnego zainteresowania. Co więcej, każda próba zmobilizowania go do poznawania liter kończyła się fiaskiem, bo zawsze miał ciekawsze rzeczy do roboty.

Nie chcieliśmy zmuszać go do czegoś, co nie sprawia mu przyjemności – w końcu od tego jest szkoła, żeby nauczyć dzieci czytać i pisać, a do pójścia do pierwszej klasy został mu jeszcze prawie rok. Wiedzieliśmy jednak, że gdyby udało nam się go w jakiś sposób przekonać do tego zajęcia, to miałby z niego nie lada frajdę, bowiem odkrywanie nowych rzeczy zazwyczaj przynosi mu radość. Szukaliśmy więc sposobu, żeby młody sam zapragnął nauczyć się czytać.

Najpierw była nauka prostych liter „drukowanych” i ćwiczenie umiejętności podpisywania się pod swoimi rysunkami. To syn opanował szybko. „Pierwsze koty za płoty”, cieszyłam się. Równie szybko jednak okazało się, że napisanie swojego imienia w zupełności mu wystarcza i nie widzi potrzeby pisania czegokolwiek innego. Podsuwałam mu więc proste wyrazy, np. w gazetkach dziecięcych, żeby pokazać, jakie korzyści mogą wyniknąć ze znajomości literek. „Popatrz” – mówiłam – „Mógłbyś sobie sam czytać niektóre rzeczy, gdybyśmy tylko poćwiczyli”. „Ale po co, mamo?” – odpowiadał mój rezolutny sześciolatek – „Przecież Ty zawsze chętnie mi czytasz, bo mówiłaś, że to lubisz”. No tak, mówiłam.

Kolejnym krokiem było więc sięgnięcie po specjalną grę „Zabawa w czytanie”, którą znalazłam w sklepie internetowym. Pełna dobrych chęci usiadłam z dzieckiem w weekendowe popołudnie, mając nadzieję, że stara zasada „nauka przez zabawę” na pewno zadziała. Początkowo szło nieźle – jak z każdą nową zabawką. Ale gra nie do końca spełniła moje oczekiwania. Po pierwsze jej podstawowym założeniem jest odczytywanie wyrazu jako pełnego zapisu graficznego, a nie nauka pojedynczych liter i składanie ich w słowa. Po drugie zastosowane w grze obrazki, mające pomóc w kojarzeniu wyrazów, od razu wydały się mojemu synowi zbyt dziecinne i szybko go znudziły. Faktycznie, muszę przyznać, że sama miałam co do nich wątpliwości – mogłyby wydać się interesujące dla trzylatka, a nie dla dziecka dwukrotnie starszego… po kilku niefortunnych próbach gra wylądowała więc na półce i zaczęła pięknie pokrywać się kurzem.

„Chyba nie pozostaje mi nic innego, jak się poddać” – myślałam – „Może faktycznie jest dla niego za wcześnie i sam powinien do tego dojrzeć?”. Z drugiej strony poczucie, że zbyt łatwo rezygnujemy, nie dawało mi spokoju.

Któregoś dnia mąż wrócił z pracy z informacją, że znajomy polecił mu serię specjalnych książeczek do nauki czytania dla dzieci w wieku naszego syna. Zaczęłam znowu przeszukiwać internet i trafiłam na książki z cyklu „Czytam sobie”. Okazało się, że jest ich bardzo dużo i zostały podzielone na trzy poziomy – początkujący, średnio zaawansowany i zaawansowany. Jak przeczytałam w notce wydawniczej, książki z pierwszego poziomu miały zawierać tylko łatwe wyrazy (złożone z 23 podstawowym głosek) i krótkie zdania, a do tego mnóstwo ilustracji na każdej stronie, tak aby jak najmniej zniechęcać, a jak najbardziej zachęcać. Ponieważ każda z książeczek była dosyć tania, zdecydowałam się zamówić dwa tytuły na próbę.

Bingo! To było to. Co prawda mój syn i do tego pomysłu podszedł sceptycznie i za każdym razem kiedy namawiałam go na wspólne czytanie był „zmęczony”, ale tym razem ja obiecałam sobie, że się nie poddam. Tym bardziej, że metoda opracowana w tych książeczkach wydała mi się naprawdę genialna. Zaczęliśmy od czytania pojedynczych wyrazów w ramkach, umieszczonych na każdej stronie. Syn czytał tylko to, poznając poszczególne litery, a ja czytałam mu resztę historii. Potem zaczynaliśmy od początku. Tym razem on próbował składać litery i wyrazy ze zdań znajdujących się pod obrazkami i tworzących fabułę książeczki. Codziennie miał do „przeczytania” trzy-cztery strony (staraliśmy się, aby nie było to za dużo na raz) i wkrótce zauważyłam, że metoda ta przynosi efekty.

„M-e-n, Men!” – wykrzykiwało dziecko, wchodząc do łazienki, dumnie odczytując napis na żelu pod prysznic dla mężczyzn. „H-o-n-d-a, Honda! A-p-t-e-k-a, Apteka! T-e-s-c-o, Tesco!” słyszeliśmy natomiast przy każdej okazji z tylnego siedzenia samochodu, bo nasz syn nareszcie odkrył radość z nowo nabytej umiejętności. Od tej pory zaczął czytać wszystko, co tylko miał w zasięgu wzroku. Nie zrażały go nawet długie, czy obco brzmiące słowa, sam zaczął dopytywać się o trudniejsze głoski. Kiedy zamówiłam kolejne tytuły z serii „Czytam sobie”, nie mógł się doczekać, aż będzie mógł zajrzeć do nowych książek. Teraz spogląda tęsknie w kierunku dwóch tytułów z drugiego poziomu, w których historia jest już dłuższa, a wyrazy i zdania bardziej skomplikowane i bardzo chciałby już sam umieć je przeczytać.

Nas oczywiście niezwykle cieszy jego ambitne podejście, ale jeszcze bardziej fakt, że to on ma największą satysfakcję z tego, że potrafi już czytać i jest z siebie bardzo dumny. Wystarczy bowiem odpowiednia zachęta, a dziecko samo znajdzie drogę do rozwoju nowych umiejętności. I co najważniejsze – robi to z przyjemnością.

Olga.

 

Moje zasady by dziecko nam nie weszło na głowę:

 

  1. Zanim pójdziemy do sklepu z dzieckiem ustalamy co kupujemy, czy kupujemy coś dla dziecka np. ustalamy: dzisiaj kochanie kupimy dwa twoje ulubione serki; dziś kupimy zabawkę do kwoty 20 zł lub dziś ustalamy, ze kupimy jedną słodycz. Dziecko z góry wie czego ma się spodziewać. Nigdy nie zmieniajmy ustaleń to wtedy nie będzie krzyków i wymuszania w sklepie gdy zobaczy zabawkę.
  2. Jeśli dziecko nie chce iść gdzieś z nami ( a jest to dla nas ważne lub nam się śpieszy) i staje to idźmy dalej, nie zatrzymujmy się. Zawsze dziecko pobiegnie w końcu za nami. Nie wolno ulegać. Jak stanie trzeba spokojnie powiedzieć, że jest to dla nas bardzo ważne i nie możemy pozwolić sobie teraz na fochy, poprosić spokojnie by poszło z nami i odejść.
  3. Dla dziecka ważne jest systematyczność, plan dnia. Ja często pisałam plan dnia. Wieszałam taki plan i czytałam dziecku na głos. To dla dziecka fajna zabawa. Moje pociechy często pytały się – mamo czy czas już na dobranockę? Mamo czy czas już na deser?
  4. Zasada kropek – na koniec dnia stawiałam kropki – czerwona za dobre zachowanie, zielona za średnie, czarna za złe. Na koniec tygodnia były sumowane i dziecko mogło sobie przykleić na tablicy za dużą ilość czerwonych kropek ulubioną naklejkę. Sposób jest tani i łatwy ale naprawdę skuteczny.
  5. Jak dziecko pobałagani t zazwyczaj krzyczymy lub nie możemy się doprosić by posprzątało po sobie. Ja robiłam to inaczej – odwracałam się do tyłu, zakrywałam oczy i głośno mówiłam
    : O rany jaki tu bałagan, ciekawe czy jakieś dobre wróżki tu przylecą i zrobią mi niespodziankę i posprzątają. OOOO chyba je słyszę już sprzątają, ale byłaby niespodzianka. Mama by była zaskoczona. Dzieci wtedy szybko sprzątają. Jak się odwracałam był już porządek. U mnie to się sprawdzało może i u was się uda.

Życzę powodzenia i cierpliwości J

Wyścig szczurów w pieluchach

0

To było większe spotkanie na grillu u znajomych. Przybyli wszyscy fajni; osoby siedzące na wysokich stanowiskach w korporacjach, freestylerzy, ludzie reklamy i marketingu, początkujący artyści…. z dziećmi. Młode małżeństwa ze swoimi pociechami jeszcze w pieluchach. Wyluzowani tatusiowie z konikiem na bluzeczce trzymający na rękach dzieci z kolejną metką na ubiorze, wylansowane matki podające butelki i grzechotki do małych rączek. Przepych wózków, leżaczków, chodzików … zabranych tylko na to jedno popołudnie. Lekki zamęt, choć uporządkowany, bo dokładnie widać kto jest z kim, żony chwalą mężów, mężowie żony. Wszyscy mówią o tym jak im się świetnie układa. Przy piwie i dobrym jedzeniu, język im się rozwiązuje; mówią więc o tym gdzie byli, co widzieli, co kupili, jak awansowali, gdzie bywają i w reszcie…jakie cudowne mają dzieci.

Nieprawdopodobne, że ich maleństwo już w wieku czterech miesięcy zaczynało siadać! Innych główkę podnosić nie na kilka sekund , ale na kilkanaście, już mając dwa miesiące …. bo ktoś nawet liczył stoperem. Inni chwalą swoje dzieci, za to że mówią baba, wawa , tata i mama w wieku dziewięciu miesięcy. Natomiast matka jednego z najstarszych brzdąców, przekonywała wszystkich, że dziecko tuż po ukończeniu roczku powinno już dawno chodzić. Usłyszawszy to, ta inna jeszcze z dzieckiem w wózku, mocno przełknęła ślinę, by tylko nic nie powiedzieć …. bo cóż mogła, skoro jej syn skończył już rok i dwa miesiące, ale wciąż tylko raczkuje – „Czy z nim coś jest nie tak?” – zapewne szybko przez głowę przeszła jej taka myśl.

Przekleństwo naszych czasów? Przymus bycia najlepszym?

Mam wrażenie, iż dzisiejsi rodzice o których oczekuje się, iż jako ludzie XXI wieku będą efektywnymi pracownikami pełnymi pasji, aktywnymi z burzą pomysłów w środowisku osób im podobnych, także i zapragną mieć super-dziecko. Tymczasem nasze maluchy nie znają wyścigu szczurów.

 

Ostatnio wpadł mi w ręce świetny artykuł „Przez Dotyk” opublikowany na łamach Zwierciadła, w którym Paweł Zawitkowski , fizjoterapeuta w rozmowie Aliną Gutek wyjaśnia, iż dziecko dla rodziców nie powinno być kolejnym ważnym życiowym projektem. W jakiś sposób dziecko, które jest częścią nas samych już od urodzenia staje się czymś w rodzaju „ulepię Cię jak najlepiej potrafię” i „ozdobię czymś wyjątkowym”. Tymczasem „Dziecko nie jest androidem, tylko istotą społeczną” – czytamy w artykule. Nasz maluch rozwija się we własnym tempie; to co z tego, że nie potrafi chodzić ! Ma na to czas do półtora roku, a umiejętności siadania może posiąść nawet do 10 miesięcy. Więcej; czasem samo nadmierne opiekowanie się dzieckiem i ograniczanie mu ruchu i swobody zakłóca mu rozwój. „Jeśli w okresie niemowlęcym maluch siedzi od rana do wieczora w foteliku albo zasuwa w chodziku, wszyscy na niego chuchają i dmuchają, żeby się przypadkiem nie spocił, nie pobrudził – trudno doskonalić mu czucie ciała, podłoża, reakcje obronne, ocenę przestrzeni i inne niezbędne do harmonijnego rozwoju doświadczenia” Ze względu na specyfikę wychowania, dziecko niekiedy nie ma możliwości trenowania …bo przecież każde upuszczenie zabawki, chowanie smoczka, podnoszenie główki, rączek, nóżek, próba mówienia, mlaskania, klaskania dla małego dziecka jest niesamowitym wysiłkiem. I zakłócenie tychże mechanizmów, trzymania dziecka w najlepszym chodziku świata, najdroższym krzesełku z milionem światełek i przycisków nie umożliwi małemu brzdącowi na zwykłe doznania cielesne. Później posiądzie naukę siadania, bo po co ma się wysilać, skoro ma wygodne oparcie i rączkami wszędzie sięga. I odwrotnie; zbytnie trenowanie dziecka – bo i ten sposób wychowania jest zauważalny, nadmiernie obciąża malucha. Trenujemy na super -malucha, a potem się dziwimy, że nasze dziecko bywa nieznośne i krzyczy. Paweł Zawitkowski, więc wyjaśnia, iż u dziecka granica między akceptacją, a totalnym sprzeciwem jest bardzo cienka. I to, że przez chwilę dziecko, które uczymy chodzić będzie zadowolone z tegoż powodu, za chwilę może mieć po prostu dość. „Jedynym sensownym wspólnym mianownikiem każdej relacji czy pracy z dzieckiem powinny być jego emocjonalne potrzeby”

Bycie spełnionym rodzicem i w najprostszy sposób szczęśliwym dzieckiem nie jest tożsame z byciem najlepszym – tłumaczy Paweł Zawitkowski

Zatem, nie to jak je ubierzemy, jak będziemy trenować, jakie damy do dyspozycji krzesełka, stoliczki, wózeczki, zabaweczki, nie ważne … jak bardzo będziemy chcieli być najlepszymi rodzicami, to i tak nie spowodujemy, że nasze dziecko będzie się rozwijało dokładnie tak jak sobie to zaplanowaliśmy. Dziecko to nie wynik, na którego składają się liczby, współczynnik ryzyka, plany rozwojowe, koszty, dochody. Dziecko to też nie my. Skoro od nas wymagają bycia najlepszymi, bądźmy…ale nasze dziecko traktujmy z miłością, bo ono nie zna wyścigu szczurów. „Gorzej, jeśli zabraknie mu dotyku, czułości, kołysania, rozmów, miłości.”

 

 

Agnieszka

 

Cechy charakterystyczne dla tego okresu:

  • Zwolnienie tempa wzrostu i rozrostu
  • Przyśpieszenie rozwoju psychoruchowego
  • Pełne uzębienie mleczne
  • Częstsze zachorowania na choroby zakaźne oraz niebezpieczeństwo nieszczęśliwych wypadków i zatruć

W drugim roku życia przyrost długości ciała wynosi 10 -12 cm a wagi ok. 2,5 kg. W trzecim roku życia długość ciała zwiększa się o ok. 7 cm a waga o ok. 2 kg. Matki zazwyczaj martwią się, że dziecko traci na wadze, a to tylko pozorne chudnięcie zależne od zmian proporcji ciała.

Wzrasta sprawność rąk i precyzja ruchów. Dziecko 2-letnie otwiera pudełka, je łyżeczką i pije z kubka. Ruchy stopniowo automatyzują się , to znaczy, że pewne czynności dziecko wykonuje bez kontroli wzroku.

Układ nerwowy jest jeszcze niepełnosprawny , stąd zmienność usposobienia dziecka ( płacz-śmiech) i skłonność do pewnych odchyleń jak krzyki nocne, bezsenność czy tiki.

Dziecko w wieku 15 miesięcy używa około 5 słów, naśladuje głosy zwierząt, rozumie zakaz; 18 miesięcy używa 10 – 20 słów, 2 lata buduje już proste zdania; 3 lata potrafi powiedzieć krótki wierszyk, a następnie krótkie opowiadanie. Nadmiar nowych słów i coraz dłuższe wypowiedzi prowadzą do zacinania się lub jąkania. Są to zjawiska przemijające.

W 3 roku życia dziecko zaczyna zadawać pytania. W tym okresie dziecko powinno już załatwiać się samodzielnie, a uzębienie mleczne jest pełne czyli ma 20 zębów.

 

Magda

Pamiętacie film „Dzień Świstaka” z Billem Murrayem? Jego główny bohater, prezenter telewizyjny, jedzie do małego miasteczka, aby nakręcić reportaż o dniu, w którym mały gryzoń przepowiada (lub nie) nadejście wiosny. Dziennikarz nie jest zachwycony swoją robotą, stwierdza wręcz, że to najgorszy dzień w jego życiu. Niestety, kiedy budzi się następnego poranka, szybko orientuje się, że… znów jest Dzień Świstaka! I tak w kółko…

Gdy rozmawiam z moimi przyjaciółkami, śmiejemy się, że opieka nad małym dzieckiem i bycie w domu przypomina taki właśnie „Dzień Świstaka”. Kiedy bowiem trochę „ogarniemy się” po porodzie, nauczymy się organizować sobie codzienność, a nasz niemowlak zacznie mieć regularny cykl dnia, szybko dojdziemy do wniosku, że dzień w dzień powielamy te same czynności o stałych porach. Rano – pobudka, trzeba zrobić śniadanie, wyszykować starsze dziecko do szkoły, młodsze nakarmić, ubrać, zabawić. Nastawić pranie, posłać łóżka, ogarnąć dom. Zrobić picie maluchowi, pobawić się, położyć na drzemkę. Po południu – przygotować jedzenie, wyszykować na spacer, wyjść. Zrobić po drodze zakupy. Ogarnąć starsze dziecko po powrocie ze szkoły, zrobić obiad dzieciom i sobie. Pobawić się z maluchem, położyć na drzemkę popołudniową. Starsze dziecko pogonić do zadań domowych lub/i na zajęcia dodatkowe. Zająć się młodszym dzieckiem, poświęcając mu maksimum uwagi, bo wieczorami jest już nieco marudne. Wykąpać malucha, nakarmić, położyć spać. Zrobić kolację, zagonić starszego do łazienki, następnie do łóżka, przeczytać mu książkę, zgasić światło. Usiąść w fotelu, złapać oddech i zabrać się za sprzątanie całodziennego rozgardiaszu… A rano… pobudka i… wszystko zaczyna się od nowa. Na dodatek to tylko dzień w dużym skrócie, bo do tego dochodzi mnóstwo dodatkowych, drobnych czynności, które też powtarzają się w kółko. Przewijanie, przebieranie, sprzątanie, zmywanie, prasowanie, gotowanie… uff.

Podziwiam kobiety, które doskonale sprawdzają się i realizują w domowych warunkach, a na dodatek umieją wszystko zrobić ze spokojem i zachować pogodę ducha. Ja – chociaż uważam się za osobę nieźle zorganizowaną, a na dodatek lubię mieć wszystko zaplanowane i nie znoszę nieprzewidzianych sytuacji – na dłuższą metę męczę się w domowym kieracie i po kilku dniach marzę, żeby uciec, zrobić coś innego, albo po prostu poprzebywać w świecie wyłącznie ludzi dorosłych. I choć kocham moje dzieci miłością absolutną i bezwarunkową, nauczyłam się znajdować sobie sposoby na taką właśnie domową nudę. Może ktoś z Was też zechce z nich skorzystać?

Po pierwsze – staraj się robić jak najwięcej rzeczy dla siebie. Kiedy maluch śpi (a zwłaszcza jeśli ma już mniej więcej regularne drzemki), zostaw prace domowe i zrób coś, co sprawi Ci przyjemność. Weź relaksującą kąpiel, zrób sobie manicure, obejrzyj odcinek ulubionego serialu, poczytaj książkę, posurfuj w internecie. Cokolwiek. Niech to będzie czas tylko Twój. Wiem, że to nie jest takie proste, kiedy w łazience nie domyka się kosz na pranie, czeka sterta rzeczy do prasowania, czy góra brudnych naczyń. Ale trzeba czasem odpuścić, a prace domowe można też wykonywać, kiedy maluch nie śpi. Posadź go wtedy w foteliku, albo połóż na dywanie – niech obserwuje Cię w trakcie domowych działań, to często samo w sobie stanowi dla dziecka rozrywkę. Nie działa? Wymyśl, coś, co je zajmie dodatkowo, np. włącz muzykę i zacznij tańczyć wieszając pranie. Moja córka jest tym zachwycona! Niezłą zabawę stanowi też dla niej rozładowywanie zmywarki – brzękanie garnków, talerzy i sztućców jest zawsze fascynujące. Jeśli masz nosidełko lub chustę, wsadź do niej malucha, niech niektóre prace domowe „wykonuje” z Tobą (o ile za bardzo Cię to nie męczy). Każdy sposób jest dobry, aby jak najwięcej zrobić w trakcie „czuwania” niemowlaka, a jego sen wykorzystać na relaks.

Po drugie – znajdź sposoby na odskocznię od codziennej rutyny. Dla mnie na początku nawet zwykłe wyjście z maluchem do lekarza na wizytę kontrolną urastało do rangi nie lada wydarzenia. Wymagało bowiem ode mnie innej organizacji dnia, a czas automatycznie płynął wtedy szybciej. Wiadomo, że chodzenie z malutkim dzieckiem do dużych supermarketów, czy galerii handlowych nie jest wskazane (zbyt dużo bodźców, zarazków), ale jeśli maluch nieco podrośnie, a Ty masz ochotę na takie właśnie wyjście to – nie przesadzajmy – raz na jakiś czas można sobie na to pozwolić. Tym bardziej jeśli nie mamy dziecka z kim zostawić w ciągu dnia. Spotykaj się ze znajomymi, z rodziną. Jeśli nie chcesz „targać” dzieciaka wszędzie ze sobą, zapraszaj ludzi do siebie. Tobie na pewno dobrze to zrobi, maluch będzie miał rozrywkę widząc nowe twarze. Przebywanie wśród osób dorosłych i oderwanie się od ustawicznego karmienia i przewijania to najlepsze lekarstwo na monotonię i depresję.

Po trzecie – wychodź na długie spacery. Tak, tak, wiem, w naszym klimacie często nie jest to łatwe. Doskonale to znam – obydwoje moich dzieci urodziło się jesienią. Zwłaszcza z synem było mi ciężko – kiedy mógł już wychodzić na dwór była połowa listopada, na dworze szaruga, a ja byłam tak nieogarnięta, że często, kiedy wreszcie się zebrałam, robiło się już ciemno. Mimo to wychodzenie z dzieckiem na zewnątrz jest konieczne – inaczej po krótkim czasie będziemy czuć się jak w więzieniu! Obecna pora zimowa, która na szczęście już się kończy, jest wyjątkowo łaskawa. Przez cały październik, listopad i grudzień, chodziłam z córką na dwugodzinne przechadzki, z czego obie byłyśmy zawsze bardzo zadowolone. Ponieważ nie przepadam za chodzeniem bez celu, każdego dnia wyznaczałam sobie nowe zadanie, np. pójść do dalekiej piekarni po pieczywo, zrobić zakupy w aptece, obejrzeć nowy blok pod lasem itp. A gdy brakuje mi pomysłów, albo nie mam ochoty niczego załatwiać, po prostu zakładam słuchawki, włączam muzykę albo audiobooka i chodzę w kółko po osiedlu. Kiedy pogoda zupełnie nie nadaje się na przechadzkę, wybieram się na przejażdżkę samochodową, żeby zrobić najpilniejsze zakupy, lub po prostu chociaż na chwilę gdzieś się ruszyć.

Po czwarte – zostaw dziecko pod opieką i wyjdź z domu. Oczywiście idealnie jest, jeśli mamy do pomocy dyspozycyjnych dziadków lub kogoś z rodziny, ale czasem bywa z tym ciężko. Dziadkowie daleko, ciocie pracują, mąż / partner wraca zmęczony wieczorem i przebąkuje, że najchętniej to od razu by się położył, albo posiedział przed telewizorem. Nieważne! Warto, naprawdę warto, znaleźć sposób, żeby wyjść z domu samemu. Jeśli nie mamy do pomocy nikogo z rodziny, może uda nam się znaleźć jakąś godną zaufania, niedrogą nianię na godziny? Albo sąsiadkę, dla której w zamian za opiekę nad maluchem, możemy oddać jakąś przysługę? I dlaczego to takie ważne? Ponieważ kiedy wychodzimy z domu bez dzieci, najlepiej odpoczywamy psychicznie. Pod warunkiem, że podczas takiego wyjścia nie myślimy cały czas o tym, co dzieje się z dzieckiem (a zapewniam, że jeśli zostawimy je z osobą godną zaufania, dziecku NAPRAWDĘ nie stanie się krzywda). Jeśli już naprawdę trudno o zorganizowanie opieki osób trzecich, połóż dziecko spać wieczorem, zostaw z tatą, a sama idź do kina. Albo chociaż na godzinny spacer lub pobiegać. Albo na zakupy – cokolwiek, co Cię chociaż na trochę oderwie od domowych spraw. Jedna z moich przyjaciółek mająca trójkę dzieci, po urodzeniu ostatniego, bardzo szybko – zmuszona przez życie – częściowo wróciła do pracy. Gdy stwierdziłam, że musi jej być ciężko, odparła, że wcale nie, że wręcz lubi chodzić na służbowe spotkania, bo kiedy wraca do domu, od razu kocha swoje dzieci jeszcze bardziej… I to jest to!

Po piąte – ciesz się każdym dniem, każdą nową umiejętnością, którą posiądzie Twoje dziecko. Paradoksalnie, kiedy wrócisz do pracy, będziesz pewnie tęsknić za tym, żeby posiedzieć w domu. Człowiek jest bowiem taką śmieszną istotą, że na ogół zawsze chce to, czego nie ma. Nuda i rutyna, która może być taka uciążliwa na urlopie macierzyńskim, po powrocie do pracy może Ci się wydawać najbardziej sielankowym i najpiękniejszym okresem w Twoim życiu… Dzieci są bowiem bardzo wymagające, a opieka nad nimi to ciężka praca, ale czas biegnie szybko, a one równie szybko rosną i wkrótce okazuje się, że w zasadzie to już niczego od nas nie chcą (oprócz pieniędzy, obiadu na stole i wypranych ciuchów…). Każdy okres w rozwoju dziecka niesie za sobą nowe odkrycia, a rodzicom daje różne możliwości na fajne spędzenie czasu z dziećmi. Wiem, że to banalne, ale czasem zapominamy o rzeczach najbardziej oczywistych.

Wiem też, że banalnie mogą brzmieć powyższe rady, ale naprawdę wszystkie te sposoby wypróbowałam na sobie i dzieciach. Jasne, bywają dni, kiedy nie działa nic, bo i dzieci i my miewamy swoje lepsze i gorsze momenty. I pewnie nie wszystkim moje sposoby wydałyby się godne wypróbowania, a niektóre z nich niemożliwe w realizacji z różnych względów. Każdy chyba musi wypracować własne antidotum na „Dzień Świstaka”, bo – choć podobne – u nikogo z nas te dni nie są przecież takie same… a ja chętnie podpatrzyłabym cudze sposoby na domową nudę – może jest coś, co nie przyszło mi do głowy, a mogłabym zastosować z powodzeniem?

Olga.

 

Dylematy indywidualizacji w kształceniu

„- To dziecko jest zbyt gadatliwe, powinno być spokojniejsze. To dziecko jest zbyt małomówne powinno brać większy udział na lekcjach. To dziecko zbyt mało się bawi, powinno bawić się częściej. To dziecko jest mało aktywne, powinno ruszać się więcej. To dziecko zbyt się wymądrza, powinno być cichsze i uważać co i do kogo mówi.” – Można jeszcze usłyszeć takie rozmowy w pokoju nauczycielskim. Co by nie robiło, i tak zawsze coś jest nie tak. Wydaje się, że musi stać się standardowym, uśrednionym dzieckiem, by spełniać oczekiwania swoich nauczycieli, być pośrodku krzywej Gaussa. Nie wyróżniać się niczym niezwykłym, nie sprawiać problemów, nie przeszkadzać nadmiernie, nie podejmować zbyt kreatywnych działań. Bo każde odchylenie od tej normy jest - dla takich nauczycieli z takim podejściem - zachwianiem równowagi w klasie i każdy taki „nietypowy” uczeń powinien w związku z tym mieć „przylepioną etykietkę” z zaburzeniem emocjonalnym, społecznym, rozwojowym lub nawet chorobą psychiczną. I gdy uczennica z II klasy nie radzi sobie z czytaniem, ma problem ze skupieniem się na zajęciach, wówczas najczęściej są organizowane dla niej specjalne lekcje tzw. zajęcia wyrównawcze, które odbywają się już po obowiązkowych lekcjach. Niektóre szkoły nazywają to indywidualizacją w kształceniu. I tu pojawia się pierwszy dylemat, czy opisana wyżej sytuacja jest indywidualizacją w kształceniu, jak to wiele szkół jeszcze dziś przedstawia?Viele Hände halten leere Tafel

By mówić o indywidualizacji w kształceniu, należałoby zdefiniować pojęcie indywidualności, która w tym ujęciu pedagogicznym dotyczy dziecka. Wyjątkowość, samodzielność, specyficzność, odmienność, jednostkowość, oryginalność,odrębność, inność to zbór pojęć obejmujących różnorodność. Różnorodność mówi nam, że my wszyscy z osobna ludzie, jesteśmy niepowtarzalni. Jesteśmy niepowtarzalni jako jednostki i niepowtarzalni jako kultury i społeczeństwa. Każde dziecko powinno czuć, że to co go odróżnia od pozostałych jest czymś cennym, jego indywidualnością, czymś co ma zasięg globalny, dzięki czemu życie na ziemi jest ciekawe i bogate. Jak mamy sprawić, by ceniono różnorodność, jak sami jej nie rozumiemy? To, że mamy takie same prawa, nie oznacza że jesteśmy tacy sami. Dzieci są w jednej klasie i stanowią społeczność, jednak nie oznacza, że w tej samej klasie każde z nich będzie uczyło się w takim samym tempie, będzie miało podobne zainteresowania i motywację, będzie miało tak samo funkcjonującą koordynację, lateralizację, percepcję. Wpływ na naszą inność mają uwarunkowania wewnętrzne i zewnętrzne. Do tych pierwszych zaliczymy: dziedziczność (iloraz inteligencji, talenty wrodzone, inne cechy fizyczne ), specyfikę rozwoju( dziecko rozwija się skokowo w swoim tempie ), aktywność czyli również temperament, dynamikę procesu nerwowego, motywację, uzdolnienia, preferencje poznawcze. Do zewnętrznych zaliczmy środowisko społeczne, postawy, przekonania, systemy wartości. Wszystkie wymienione uwarunkowania wpływają na osobowość dziecka, która jest niepowtarzalna i jedyna. Little child play with book

Wyobraźmy sobie, iż w skład nowo stworzonej klasy I wchodzi ponad dwudziestu uczniów. Każdy z tych uczniów jest taką niepowtarzalną osobowością, różni się poziomem wiedzy, umiejętnościami, dojrzałością emocjonalną, predyspozycjami, talentami, słabymi i mocnymi stronami. I teraz w tej klasie dziecko musi sprostać wymaganiom stawianym przez nauczyciela, który będzie się starał rozwinąć umiejętności dzieci do tego samego jednego punktu zgodnie z Podstawą Programową. Nauczyciel będzie się starał zatem sprawić, by dzieci, które mają tzw. „ braki”, mogły kolokwialnie mówiąc – podgonić temat. Jest więc opcja, iż nauczyciel będzie skupiał większą uwagę na tych dzieciach, jednocześnie nie rozwijając dalej umiejętności dzieci zdolnych, bo te przecież już mogły osiągnąć punkt, do którego zmierza. Czy zatem zwiększoną pracę nad uczniem mniej zdolnym, można byłoby nazwać indywidualizacją w kształceniu? Spójrzmy na to z innej strony, ze strony ucznia zdolnego, na którego uwaga jest mniej skupiona, a materiał na lekcji bywa dla niego łatwy, a co za tym idzie, o wiele szybciej kończy ćwiczenia, ma więcej czasu na lekcjach, zaczyna się nudzić i w końcu przeszkadzać.

Gdyby cofnąć się daleko wstecz do Prus, kiedy kształtowany był obecny system szkolnictwa, wówczas mówić moglibyśmy o koncepcji behawiorystycznej, gdzie nauczyciel adaptacyjny-technik na lekcjach podawał wiedzę niczym kapsułkę, a każdy z uczniów wbrew swojej indywidualności był zmuszony przestrzegać bezwzględnych ram, za które nie było możliwości się wychylić. Każde odchylenie groziłoby ostrą karą i oceną. Być może dlatego w tamtych latach nie było „niegrzecznych” uczniów. Na szczęście te czasy już minęły, jednak w dalszym ciągu obowiązujący system herbartowski nakłada na nauczycieli system oceniania. Co prawda w klasach I-III w Polsce formalnie zniesiono oceny, jednak w dalszym ciągu nauczyciele w własnym zakresie korzystają z punktacji, różnych kropek, uśmiechniętych buziek. Oceny nie tylko dotyczą rozwoju umiejętności językowych, matematycznych, plastycznych, przyrodniczych itd., ale w większości przypadków są stosowane wobec zachowywania się uczniów, ich uczestnictwa i pracy na lekcjach.

Wracając do sytuacji opisanej wyżej: ów zdolny uczeń może zostać źle oceniony ( pochmurną buźką, czarną kropką ) za swoje zachowanie. Im więcej takich buziek i przyczepionych łatek, tym gorsza prognoza. Nie bez powodu światowe badania[i] prowadzone liniowo, potwierdzają, że 98 % dzieci w wieku przedszkolnym jest dziećmi zdolnymi, geniuszami. Natomiast pięć lat później, badania na tej samej grupie dzieci, tylko już w wieku 8-10 lat pokazują, że jedynie 50% uczniów jest uczniami zdolnymi i niestety ta tendencja się utrzymuje. W następnych latach, im dzieci są starsze maleje procent uczniów zdolnych. Oczywiście o samej zdolności uczniów można byłoby napisać odrębną pracę, jednak warto w tym miejscu zacytować Tadeusza Lewowickiego „ Zdolności przejawiają się w różnorodnych czynnościach, przy czym niektóre czynności, nazywane ogólnymi, przejawiają się w wielu ( niektórzy twierdzą nawet że we wszystkich) czynnościach, inne, nazwane specjalnymi, przejawiają się tylko w pewnych określonych czynnościach)[ii]. Uczeń zdolny w opisywanym przykładzie może więc być zdolnym ogólnie, ale w klasie mogą być również inni uczniowie zdolni tylko w niektórych aspektach. Czy wobec tego, mówiąc o indywidualizacji kształcenia można mówić o możliwości rozwoju uczniów zdolnych? Jak wobec tego nauczyciel może wspierać uczniów zdolnych? Jak nauczyciel może w ogóle taką zdolność ucznia zauważyć, kiedy na pierwszy rzut oka uczeń może się właściwie wydawać niegrzecznym?

Dochodzimy, więc do roli nauczyciela. Mówiąc o indywidualizacji kształcenia ma ona kluczowe znaczenie, by owa indywidualizacja w ogóle miała miejsce. Bowiem, to czy nauczyciel określi zachowanie ucznia jako problemowe[iii], zależy w dużej mierze od jego wrażliwości wychowawczej oraz tolerancji wobec określonych form zachowań. Nauczyciel powinien być nastawiony allocentrycznie tzn. nastawiony ku innym ludziom, zazwyczaj właściwość ta kształtuje się pod wpływem doświadczeń życiowych. Niezmiernie istotną cechą jest obserwacja, diagnoza uczniów, metody, którymi się posługuje przy poznawaniu uczniów.

W szkole problemem nie jest materiał tylko specyficzne traktowanie. Stawianie zadań i rozliczanie ich, pozostawanie nieruchomo, zakaz swobodnego kontaktowania się dzieci między sobą, kiedy tego chcą oraz rytm, inny rozkład sal, brak zabawek ...

.

Poznanie wysuwa się na pierwsze miejsce, jako główny element w indywidualizacji kształcenia. Nauczyciel poznaje możliwości dziecka i poznaje jego potrzeby. Bez tych dwóch czynników, nikt dziś nie mówiłby o indywidualizacji w kształceniu. Bo właśnie poznanie potrzeb i możliwości uczniów otwiera drogę na reakcję nauczyciela, który podejmuje się sprawczych działań umożliwiających rozwój umiejętność w różnych sferach w taki sposób, by każda indywidualna osoba, mogła czynnie brać udział w zajęciach. Indywidualizacja nauczania nie ma bowiem na celu tego, aby w określonym czasie doprowadzić umiejętności wszystkich uczniów do tego samego poziomu. Chodzi o taką organizację procesu nauczania, aby każdy uczeń w sposób samodzielny i odpowiedzialny uczył się dalej z tego punktu, w którym się aktualnie znajduje pod względem rozwoju i możliwości. W ten sposób dziecko nie tylko uczy się najefektywniej, ale także rozwija pozytywne nastawienie do uczenia się i nabywa przyzwyczajeń, które pozwolą mu być zainteresowanym, zaciekawionym i pełnym zapału do nowych odkryć. Zadaniem nauczyciela jest umożliwienie nauki każdego dziecka na „krawędzi” jego umiejętności. Ćwiczenia powinny być wystarczająco trudne, aby umożliwić zdobywanie nowych umiejętności – a jednocześnie nie mogą być zbyt trudne, aby nie powodować zniechęcenia i braku wiary we własne możliwości. Spełnienie tego warunku wobec wszystkich dzieci w klasie, podczas gdy poziom ich umiejętności jest bardzo zróżnicowany stanowi dla nauczyciela wielkie wyzwanie.[iv]

Agnieszka D.

 


[i] Zmiana Paradygmatu Edukacji
http://edukacjademokratyczna.pl/filmy#sudbury

[ii] Tadeusz Lewowicki „Kształcenie uczniów zdolnych”

[iii] W. Okoń

[iv]
http://indywidualizacja-nauczania.pl

Odstające uszy u dzieci

0

 

Odstawanie uszu następuje stopniowo w ciągu pierwszych lat życia maleństwa. Rodzice często na to zwracają uwagę i każą dziecku nosić opaskę lub nawet przyklejają sowim pociechą, uszy taśmą. Te czynności nie pomogą korekcie uszu a tylko mogą spowodować jeszcze większe kompleksy u dzieci. Jedynie co możemy zrobić dla naszych dzieci to poradzić się chirurga i wykonać korektę uszu w wieku między 8 a 10 rokiem życia.

Kiedy nasze dziecko zacznie samodzielnie jeść ?

Nasz maluszek dość długo uczy się samodzielnego jedzenia. Dopiero około szóstego roku życia jest na tyle silne i zręczne, że bez naszej pomocy zje cały obiad. Samo pokroi mięso czy ogórka. Nieco wcześniej bo w wieku trzech lat sprawnie operuje widelcem wybierając małe kawałki. W wieku czterech dziecko zaczyna poznawać nóż jednak nie radzi sobie z nim tak jak byśmy tego chcieli. Pamiętajmy jednak by wspierać nasze pociechy w tym co robią bo dla nich jest to naprawdę duży wyczyn.

Nie spotkałam jeszcze lekarza, który nie twierdziłby, że karmienie piersią jest dla nowonarodzonego dziecka najlepsze. Pokarm matki ma bowiem za zadanie dostarczyć dziecku wszystkich potrzebnych wartości odżywczych, a także uodpornić i ochronić je przed potencjalnymi zagrożeniami ze świata zewnętrznego. Ale czy mama, która z konieczności lub z wyboru zdecyduje się na karmienie sztucznym mlekiem, powinna być z góry skazana na potępienie? Co jeśli pokarm matki nie wystarcza, aby dziecko najadło się do syta? Lub gdy karmienie piersią jest dla kobiety na tyle frustrujące, że zamiast przelewać swój stres na dziecko, wybierze podawanie mu mieszanki?

Sama mam doświadczenie dwojakie. Kiedy urodziłam pierwsze dziecko, nastawiałam się na karmienie piersią i nawet do głowy mi nie przyszło, że mogłabym rozważać karmienie sztucznym mlekiem. Po porodzie w szpitalu utwierdzono mnie oczywiście w moich przekonaniach – wszystkie pielęgniarki i położne jak mantrę powtarzały w kółko te same stwierdzenia: „karmić tylko piersią, przystawiać jak najczęściej, na żądanie, jak za długo śpi, budzić na karmienie itp.”. W praktyce dla młodej mamy nie było to jednak takie proste – myślę, że przy pierwszym dziecku większość z nas zastanawia się, czy na pewno robi wszystko prawidłowo, czy dziecko się najada, czy powinno jeść częściej, czy rzadziej. Byłam ambitna i uparta, postanowiłam się więc dostosować do wszystkich zasłyszanych porad.

W szpitalu było to jeszcze w miarę proste – zawsze mogłam skonsultować się z położną tzw. „laktacyjną”, czy z lekarzem pediatrą. W domu zostałam sama z wiecznie drącym się maluchem, a przyczyn jego darcia upatrywałam głównie w tym, że był głodny lub, że miał kolkę. Tylko, który z powodów był słuszny i kiedy? Gdy zaczęliśmy chodzić na regularne kontrole do stałego pediatry, od pani doktor też słyszałam, że karmienie piersią jest najlepsze i że broń Boże nie wolno tego zmieniać. Na początku miałam karmić dziecko zawsze, kiedy tego chciało, a potem ewentualnie przestawiać je na jedzenie, co trzy godziny. Jednakże karmienie „na żądanie” oznaczało w praktyce, że w ciągu dnia mały jadł średnio co półtorej godziny, „wisząc na cycu” przez przynajmniej 20 minut, czyli przerwa między karmieniami wynosiła w zasadzie godzinę z hakiem. Masakra? Owszem. Nie tylko dlatego, że czułam się uwiązana, ale też dlatego, że mimo tak częstego karmienia, syn kiepsko przybierał na wadze. Kiedy krzyczał i awanturował się przystawiany do piersi, nie wiedziałam – czy boli go brzuszek, czy też denerwuje się, że nie może się najeść. Moja frustracja narastała.

Wreszcie, po trzech miesiącach, lekarka zadecydowała, że konieczne będzie jednak dokarmianie dziecka, ponieważ na kolejnej wizycie okazało się, że waga syna w zasadzie się zatrzymała. Na początku miał dostawać po trochu, 2-3 razy dziennie, sztuczne mleko, a potem stopniowo coraz więcej, przy czym za każdym razem przed podaniem butelki, miał jeść z piersi. Wierzcie lub nie – to było błogosławieństwo! Przerwy między karmieniami zaczęły się wydłużać, maluch się uspokoił, zaczął lepiej spać, a co najważniejsze – prawidłowo rosnąć. Jakość życia poprawiła się i jemu i mnie, jedyne, czego żałowałam to to, że nie zrobiłam tego wcześniej…

Dlatego kiedy urodziła się córka, wiedziałam, że jeśli konieczne będzie jej dokarmianie, nie będę się specjalnie wahać. Tym bardziej, że przez te kilka lat, podejście lekarzy i położnych nieco się zmieniło. Mimo, że mój drugi poród odbył się w tym samym szpitalu i przynajmniej częściowo spotkałam się z tym samym personelem, tym razem od razu usłyszałam: „pani córka urodziła się duża, więc z samej piersi na pewno nie będzie się najadać, trzeba ją dokarmiać”. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona – poprzednio trudno się było doprosić nawet o trochę glukozy, żeby dziecko nie płakało, zanim pokarm „ruszy” i piersi zaczną produkować go wystarczającą ilość, a teraz od razu dostałam butlę! Komuś, kto nie miał do czynienia z maluchem drącym się przez pół nocy z głodu, trudno być może zrozumieć, jak wielkie było to dla mnie ułatwienie, ale wierzcie mi – taka mała buteleczka z 20 ml mleka może naprawdę bardzo pomóc. Zwłaszcza kobiecie umęczonej porodem.

Przy wypisie ze szpitala również otrzymałam zalecenie dokarmiania dziecka. Potwierdziła to pediatra na pierwszej wizycie kontrolnej, ale podczas kolejnych, kiedy uznała, że dziecko prawidłowo rośnie i się rozwija, zaleciła próbę przejścia na samo karmienie naturalne. Cóż było robić, ponownie ambitnie zastosowałam się do wszystkich zaleceń, karmiąc małą często i dodatkowo odciągając pokarm, aby jeszcze bardziej pobudzić laktację. Na próżno. Szybko okazało się, że córeczka nie przybiera na wadze tak, jak powinna, wróciłyśmy więc do karmienia mieszanego. I wygląda na to, że był to jednak strzał w dziesiątkę. Mała szybko przestawiła się na regularne jedzenie co cztery godziny, o stałych porach, przestała płakać wieczorami, zaczęła dobrze spać i w nocy i w dzień. Ja natomiast pozbyłam się stresu związanego z wychodzeniem z domu – nie musiałam się martwić, że nie zdążę na karmienie, bo po pierwsze zawsze wiedziałam, o której godzinie będę potrzebna, a po drugie, nawet gdybym miała się spóźnić, to ktoś, kto zostawał z dzieckiem, mógł podać mu butelkę.

Oczywiście wiem, że wiele osób o moim podejściu powie zapewne, że to pójście na łatwiznę. Tak też usłyszeliśmy z mężem od pewnej lekarki, do której dziecko trafiło na wizytę podczas podejrzenia choroby. „Wy młodzi to lubicie sobie życie ułatwiać. – powiedziała zasadniczym tonem pani doktor – Zawsze można wrócić do karmienia naturalnego, jeśli tylko się chce.” Nie mam do niej pretensji o tę reprymendę, w zasadzie to nawet ją rozumiem i być może miała rację. Ale co jeśli ja NIE CHCĘ wracać do samego karmienia naturalnego? Czy mam prawo do takiego wyboru, czy muszę wciąż od czasu do czasu spotkać się z naganą? Jedna z moich przyjaciółek spotkała się z takim właśnie potępieniem po urodzeniu swojego trzeciego dziecka. Pierwszego syna wykarmiła wyłącznie na piersi. Gdy urodził się drugi syn, pierwszy był jeszcze mały i bardzo zazdrosny, podjęli więc z mężem decyzję, że tym razem zastosują karmienie mieszane, żeby noworodek mógł być także karmiony przez tatę, a mama w tym czasie będzie miała czas dla starszego dziecka. Dwa lata później na świat przyszła córka, więc przyjaciółka i tym razem postanowiła uciec się do sprawdzonego sposobu karmienia. Kiedy prosząc w szpitalu o podanie sztucznego mleka, zaczęła tłumaczyć położnej, jakie są motywy jej decyzji, usłyszała: „ja też mam trójkę dzieci, karmiłam je wyłącznie piersią to i pani sobie poradzi”. A ja się pytam – jakim prawem jedna kobieta chce podejmować decyzję za drugą, uzurpując sobie prawo do wybierania, co jest dla niej najlepsze??

Jest wiele kobiet, które wolą karmić wyłącznie naturalnie, bo dla nich to najwygodniejszy sposób (pokarm zawsze przy sobie, bez specjalnego przygotowania) oraz – bądźmy szczerzy – także i najtańszy (modyfikowane mleko dla niemowląt jest naprawdę drogie, a jedno opakowanie nie starcza na długo). Podziwiam to i szanuję. I nie potępiam nikogo za to, że chce trzymać dziecko jak najdłużej wyłącznie na piersi – jeśli dla dziecka jest to najlepsze rozwiązanie to niech tak będzie. Nikogo też nie próbuję przekonać, że sztuczne karmienie, czy karmienie mieszane, jest rozwiązaniem idealnym dla każdego – broń Boże! Myślę jednak, że niezależnie od tego, jaką matka podejmie decyzję (oczywiście po konsultacji z lekarzem, najlepiej takim bez uprzedzeń), powinna zrobić to w zgodzie ze swoim sumieniem, a wszyscy inni powinni to uszanować. Natomiast mamom, które wahają się, czy dokarmiać dziecko, mówię: nie ma się czego bać! Jeśli tylko macie wątpliwości, czy Wasze dziecko się najada, albo jeśli karmienie piersią sprawia Wam problemy i jest źródłem frustracji – dlaczego nie spróbować? Zawsze warto przeanalizować wszystkie „za” i „przeciw” i bez podejmowania decyzji pochopnie, zastanowić się, czy lepiej karmić piersią za wszelką cenę, nawet jeśli sprawia nam to problemy, czy może podarować dziecku mniej zestresowaną, spokojniejszą mamę i trochę mleka z butelki? Pamiętajmy może, aby zawsze – mimo kierowania się przede wszystkim dobrem dziecka – myśleć także o tym, co jest dobre dla nas.

Olga.