Kiedy nasz syn skończył sześć lat, uświadomiliśmy sobie z mężem, że obydwoje w jego wieku potrafiliśmy już sami czytać. Tymczasem on nie przejawiał w tym kierunku żadnego zainteresowania. Co więcej, każda próba zmobilizowania go do poznawania liter kończyła się fiaskiem, bo zawsze miał ciekawsze rzeczy do roboty.

Nie chcieliśmy zmuszać go do czegoś, co nie sprawia mu przyjemności – w końcu od tego jest szkoła, żeby nauczyć dzieci czytać i pisać, a do pójścia do pierwszej klasy został mu jeszcze prawie rok. Wiedzieliśmy jednak, że gdyby udało nam się go w jakiś sposób przekonać do tego zajęcia, to miałby z niego nie lada frajdę, bowiem odkrywanie nowych rzeczy zazwyczaj przynosi mu radość. Szukaliśmy więc sposobu, żeby młody sam zapragnął nauczyć się czytać.

Najpierw była nauka prostych liter „drukowanych” i ćwiczenie umiejętności podpisywania się pod swoimi rysunkami. To syn opanował szybko. „Pierwsze koty za płoty”, cieszyłam się. Równie szybko jednak okazało się, że napisanie swojego imienia w zupełności mu wystarcza i nie widzi potrzeby pisania czegokolwiek innego. Podsuwałam mu więc proste wyrazy, np. w gazetkach dziecięcych, żeby pokazać, jakie korzyści mogą wyniknąć ze znajomości literek. „Popatrz” – mówiłam – „Mógłbyś sobie sam czytać niektóre rzeczy, gdybyśmy tylko poćwiczyli”. „Ale po co, mamo?” – odpowiadał mój rezolutny sześciolatek – „Przecież Ty zawsze chętnie mi czytasz, bo mówiłaś, że to lubisz”. No tak, mówiłam.

Kolejnym krokiem było więc sięgnięcie po specjalną grę „Zabawa w czytanie”, którą znalazłam w sklepie internetowym. Pełna dobrych chęci usiadłam z dzieckiem w weekendowe popołudnie, mając nadzieję, że stara zasada „nauka przez zabawę” na pewno zadziała. Początkowo szło nieźle – jak z każdą nową zabawką. Ale gra nie do końca spełniła moje oczekiwania. Po pierwsze jej podstawowym założeniem jest odczytywanie wyrazu jako pełnego zapisu graficznego, a nie nauka pojedynczych liter i składanie ich w słowa. Po drugie zastosowane w grze obrazki, mające pomóc w kojarzeniu wyrazów, od razu wydały się mojemu synowi zbyt dziecinne i szybko go znudziły. Faktycznie, muszę przyznać, że sama miałam co do nich wątpliwości – mogłyby wydać się interesujące dla trzylatka, a nie dla dziecka dwukrotnie starszego… po kilku niefortunnych próbach gra wylądowała więc na półce i zaczęła pięknie pokrywać się kurzem.

„Chyba nie pozostaje mi nic innego, jak się poddać” – myślałam – „Może faktycznie jest dla niego za wcześnie i sam powinien do tego dojrzeć?”. Z drugiej strony poczucie, że zbyt łatwo rezygnujemy, nie dawało mi spokoju.

Któregoś dnia mąż wrócił z pracy z informacją, że znajomy polecił mu serię specjalnych książeczek do nauki czytania dla dzieci w wieku naszego syna. Zaczęłam znowu przeszukiwać internet i trafiłam na książki z cyklu „Czytam sobie”. Okazało się, że jest ich bardzo dużo i zostały podzielone na trzy poziomy – początkujący, średnio zaawansowany i zaawansowany. Jak przeczytałam w notce wydawniczej, książki z pierwszego poziomu miały zawierać tylko łatwe wyrazy (złożone z 23 podstawowym głosek) i krótkie zdania, a do tego mnóstwo ilustracji na każdej stronie, tak aby jak najmniej zniechęcać, a jak najbardziej zachęcać. Ponieważ każda z książeczek była dosyć tania, zdecydowałam się zamówić dwa tytuły na próbę.

Bingo! To było to. Co prawda mój syn i do tego pomysłu podszedł sceptycznie i za każdym razem kiedy namawiałam go na wspólne czytanie był „zmęczony”, ale tym razem ja obiecałam sobie, że się nie poddam. Tym bardziej, że metoda opracowana w tych książeczkach wydała mi się naprawdę genialna. Zaczęliśmy od czytania pojedynczych wyrazów w ramkach, umieszczonych na każdej stronie. Syn czytał tylko to, poznając poszczególne litery, a ja czytałam mu resztę historii. Potem zaczynaliśmy od początku. Tym razem on próbował składać litery i wyrazy ze zdań znajdujących się pod obrazkami i tworzących fabułę książeczki. Codziennie miał do „przeczytania” trzy-cztery strony (staraliśmy się, aby nie było to za dużo na raz) i wkrótce zauważyłam, że metoda ta przynosi efekty.

„M-e-n, Men!” – wykrzykiwało dziecko, wchodząc do łazienki, dumnie odczytując napis na żelu pod prysznic dla mężczyzn. „H-o-n-d-a, Honda! A-p-t-e-k-a, Apteka! T-e-s-c-o, Tesco!” słyszeliśmy natomiast przy każdej okazji z tylnego siedzenia samochodu, bo nasz syn nareszcie odkrył radość z nowo nabytej umiejętności. Od tej pory zaczął czytać wszystko, co tylko miał w zasięgu wzroku. Nie zrażały go nawet długie, czy obco brzmiące słowa, sam zaczął dopytywać się o trudniejsze głoski. Kiedy zamówiłam kolejne tytuły z serii „Czytam sobie”, nie mógł się doczekać, aż będzie mógł zajrzeć do nowych książek. Teraz spogląda tęsknie w kierunku dwóch tytułów z drugiego poziomu, w których historia jest już dłuższa, a wyrazy i zdania bardziej skomplikowane i bardzo chciałby już sam umieć je przeczytać.

Nas oczywiście niezwykle cieszy jego ambitne podejście, ale jeszcze bardziej fakt, że to on ma największą satysfakcję z tego, że potrafi już czytać i jest z siebie bardzo dumny. Wystarczy bowiem odpowiednia zachęta, a dziecko samo znajdzie drogę do rozwoju nowych umiejętności. I co najważniejsze – robi to z przyjemnością.

Olga.