Kolka – każdy, kto ma lub miał w domu krzyczącego wniebogłosy niemowlaka, wie, o czym mówię. Bolący i wzdęty brzuszek u małego dziecka przyprawił o siwe włosy niejednego rodzica. Czy na kolki niemowlęce naprawdę nie ma skutecznego rozwiązania i trzeba przeczekać te kryzysowe trzy miesiące, a potem będzie już tylko lepiej? I tak i nie. Poniżej przedstawiamy kilka sposobów, sprawdzonych i przetestowanych, jak sobie radzić z kolką.

Po pierwsze – potrzebna jest cierpliwość. Faktycznie większość dzieci po przysłowiowych trzech miesiącach przestaje uciążliwie krzyczeć i nieco się uspokaja. Jeśli przyjmiemy takie nastawienie, łatwiej będzie nam znieść i przeczekać ten przejściowy okres. Terefere, powiecie, ale jak wytrzymać aż trzy miesiące, czyli przynajmniej 12 tygodni, a więc 84 dni po 24 godziny, co daje razem 2016 godzin? Hm, obawiam się, że trzeba zacisnąć zęby…

Po drugie – możemy przynieść ulgę cierpiącemu maluchowi stosując stare sposoby naszych babć i mam. Dobre są masaże (zgodnie z ruchem wskazówek zegara) oraz ciepłe okłady na brzuszek, najlepiej ze świeżo uprasowanej pieluchy tetrowej lub specjalnie przeznaczonego na ten cel okładu żelowego. Ostrożnie z termoforami! Zdarza się, że pękają i wtedy łatwo o nieszczęście i poparzenie delikatnej skóry dziecka. Natomiast ciepła pielucha i mocne przytulanie malucha potrafią zdziałać cuda. Można też niemowlaka położyć na brzuszku na takim ciepłym okładzie lub jeszcze lepiej – na okładzie i na piłce do ćwiczeń, jeśli taką mamy, bo bujając go, zrobimy mu dodatkowy masaż. Niektórym dzieciom pomaga też delikatne, ciepłe powietrze z suszarki, skierowane prosto na brzuszek z odpowiedniej odległości (tu też uwaga z temperaturą nawiewu!), a szum tego urządzenia dodatkowo je uspokaja.

Po trzecie – środki farmakologiczne. Jest ich cała masa: Espumisan, Delicol, Infacol i inne, podobne. U mnie osobiście najlepiej sprawdza się Infacol (lub inny środek zawierający symeticon), który podany przed każdym posiłkiem sprawia, że dziecko nawet w trakcie jedzenia prawidłowo odprowadza gazy. Trzeba jednak pamiętać, że większość tych preparatów przeznaczona jest dla dzieci, które ukończyły co najmniej pierwszy miesiąc życia, a więc nie można ich stosować u noworodków. Od pierwszych dni można natomiast podawać probiotyki w kroplach (Dicoflor, BioGaia), które też powinny nieco pomóc, lecz aby były skuteczne, muszą być stosowane regularnie przez pewien okres (minimum około dwóch tygodni). Czy te lekarstwa przyniosą stuprocentową ulgę? Ano tego obiecać nie mogę, ale częściowo na pewno mogą pomóc.

Po czwarte – nazwijmy od razu rzecz po imieniu, bez owijania w bawełnę – środki doodbytnicze. Pewna szwedzka firma wypuściła na rynek (o czym naprawdę niewielu rodziców wie) genialny, według mnie, wynalazek. WINDI, czyli małe rurki, zakończone cieniutką końcówką, przystosowaną specjalnie do małej pupy niemowlaka. Ową cienką końcówkę wkłada się po prostu w odbyt dziecka, po uprzednim masażu brzuszka, i spuszcza nagromadzone tam nadmiernie gazy. Brzmi brutalnie? Być może, ale wierzcie mi, wcale takie nie jest! Dziecku absolutnie nie dzieje się krzywda, wręcz przeciwnie, po takim zabiegu natychmiast się uspokaja. Sposób ten jest też polecany przez dobrych pediatrów za pomocą prostszego urządzenia – kanki doodbytniczej (cienka, gumowa rurka o najmniejszej średnicy, stosowana na oddziałach noworodkowych), działającej na tej samej zasadzie. O ile jednak taka kanka jest praktycznie nie do kupienia (chyba że dostaniecie ją w prezencie od waszego lekarza), o tyle rurki WINDI można bez problemu nabyć w aptece.

Jeśli oprócz nadmiernego gromadzenia gazów, dziecko ma także problemy z wypróżnieniem (czyli tak zwaną dyschezję niemowlęcą, spowodowaną zbyt słabymi mięśniami brzuszka i nieumiejętnością zrobienia kupki), dobrze jest mu pomóc stosując czopki glicerynowe. Zastosowanie czopka i położenie dziecka na brzuchu przynosi na ogół natychmiastowy efekt.

A na koniec jeszcze jedna rada, wynikająca trochę z własnej obserwacji, a trochę z literatury fachowej. Zanim zaczniecie stosować powyższe środki, przypatrzcie się dobrze, czy Wasze dziecko na pewno danego dnia ma kolkę. Dzieci krzyczą bowiem nie tylko z tego powodu. Często ten krzyk, zwłaszcza jeśli pojawia się w godzinach późno popołudniowych lub wieczornych, oznacza że dziecko w ten sposób radzi sobie z nadmiarem bodźców, z którymi ma do czynienia. Autorzy książki „Każde dziecko może nauczyć się spać”, Annette Kast-Zahn i Hartmut Morgenroth, sugerują nawet, że długotrwałe krzyki z powodu kolek to mit i że część niemowląt po prostu radzi sobie z otaczającym je światem płacząc, wyładowując napięcie, które gromadzi się w nich przez cały dzień. Myślę, że coś w tym jest i czasem pewnie warto odpuścić, nie stresować się zbytnio tym, że dziecko często płacze, a być może rozwiązanie nadejdzie kiedyś samo.

Czego wszystkim „kolkowcom” życzę jak najszybciej!

 

Olga.