Moja przygoda z ZUS-em, czyli jak państwo dba o kobiety na macierzyńskim

 

No nareszcie! – pomyślałam, kiedy usłyszałam o planach wprowadzenia rocznego urlopu macierzyńskiego. Byłam już wtedy w drugiej ciąży i od razu poczułam, że pierwszy raz dostanę od państwa taki piękny prezent i że być może nadchodzą nowe czasy, w których płacenie tych horrendalnie wysokich, ciężko wypracowanych składek, będzie się opłacać. Przy pierwszym dziecku, urodzonym sześć lat temu, należało mi się zaledwie 18 tygodni i razem z „uciułanym” zaległym urlopem wypoczynkowym udało mi się zostać w domu w sumie przez sześć miesięcy, choć ostatni miesiąc i tak już pracowałam z domu na pół etatu.

Teraz będzie inaczej – cieszyłam się. 20 tygodni macierzyńskiego plus sześć tygodni dodatkowego urlopu macierzyńskiego i 26 tygodni tak zwanego rodzicielskiego daje przecież okrągły rok i to płatny (100% przez pierwszą połowę i 60% przez drugą lub od razu 80% przez całość trwania tego okresu). W trakcie ciąży zamierzałam pracować praktycznie do końca, no może z wyjątkiem ostatnich tygodni, kiedy trzeba się nieco przygotować na nowego przybysza. Stało się jednak inaczej.

Od początku czułam się nie najlepiej, a jako kobieta po przejściach i trzech straconych ciążach, musiałam dmuchać na zimne. Początkowo brałam więc krótkie zwolnienia, a w miarę możliwości chodziłam do pracy lub pracowałam z domu. Od siódmego miesiąca mój lekarz powiedział jednak „dość” i kazał się oszczędzać, tym bardziej, że było już lato, a Warszawę nawiedziła fala upałów. No i zaczęły się schody, bowiem wkrótce ilość dni na zwolnieniu przekroczyła magiczną liczbę 33, co oznaczało, że od tej pory moją pensje będzie płacił ZUS (dzieje się tak w przypadku, kiedy firma zatrudnia poniżej 20 osób).

Oczywiście zostałam uprzedzona przez kadrową, że w płatnościach mogą zdarzyć się pewne opóźnienia, liczyłam jednak na to, że jeśli z naszej strony wszelkie formalności zostaną dopełnione odpowiednio szybko, takie opóźnienie nie przekroczy kilku dni. Kiedy jednak po wysłaniu niezbędnego wniosku oraz oryginału zwolnienia, płatność nie wpłynęła przez ponad dwa tygodnie, zaczęłam się nieco niepokoić. Księgowa uspokajała mnie, że wszystko jest w najlepszym porządku i że to pewnie tylko pierwsza płatność wpłynie z „poślizgiem”, reszta powinna być płacona regularnie. Na własną rękę szukałam więc informacji o przepisach, do których ZUS musi się stosować – na poszczególnych portalach te informacje były nieco różne. Jedna wersja głosiła, że ZUS ma 30 dni od daty dostarczenia zwolnienia. Nigdzie jednak nie było określone, co dokładnie oznacza „data dostarczenia” – czy jest to dzień, w którym pani w ZUSie przybije pieczątkę „wpłynęło”, czy też liczy się data stempla pocztowego? Druga wersja była jeszcze lepsza, bo mówiła o 30 dniach od końcowej daty zwolnienia (!). Co to oznacza w praktyce? Ano to, że jeśli przykładowo, mam zwolnienie od 1 do 20 czerwca, które dostarczam do ZUSu w przeciągu 7 dni od jego otrzymania (bo tak mówią przepisy i nie daj Boże je złamać!) to i tak pieniądze otrzymam dopiero… około 20 lipca.

Tak też się stało. Ponad półtora miesiąca zajęło ZUSowi wygenerowanie dla mnie pierwszej płatności, kolejne też przychodziły z opóźnieniem, mniejszym co prawda, ale zawsze było to minimum trzy tygodnie. Ponownie zaniepokoiłam się na początku września, kiedy wciąż nie wpływało wynagrodzenie z przedostatniego zwolnienia, a mnie nieuchronnie zbliżał się termin porodu. Wkrótce sprawa się wyjaśniła – przyszło pismo z ZUSu, zapełniające całą stronę A4, wymieniające kilka paragrafów, według których popełniłam straszną zbrodnię, gdyż spóźniłam się z dostarczeniem zwolnienia jeden dzień. W związku z tym ZUS postanowił potrącić mi 25% za tenże jeden dzień i, co gorsze, oznaczało to także przesunięcie wypłaty o jakieś kilka tygodni. Byłam jednak pewna, że zwolnienie dostarczyłam na czas, przekazałam je bowiem mojemu pracodawcy na następny dzień po wizycie u lekarza. Zaczęłam więc drążyć temat. I co? I okazało się, że mam rację – w świetle przepisów miałam 7 dni na przekazanie zwolnienia do swojego, jak to się ładnie mówi „zakładu pracy”, a ten powinien przekazać zwolnienie do ZUSu niezwłocznie. Tak też się stało, ale dokument fizycznie wylądował na biurku jakiejś pani Kasi, Zosi, czy Basi ósmego dnia. A pani ta uznała więc, że wypłata 100% się nie należy i bach, wysłała pisemko. Po moim śledztwie oraz interwencji księgowej, pani Kasia/Zosia/Basia przyznała, że potrącanie 25% jest bezzasadne i ZUS wypłaci całość. Opóźnienie w wypłacie jednak pozostało… pieniądze wpłynęły po kolejnych trzech tygodniach.

No nic, pomyślałam, może przynajmniej na macierzyńskim sytuacja się poprawi. Żeby być całkowicie w porządku, przygotowałam sobie wcześniej wymagane wnioski o urlop macierzyński i wysłałam do pracodawcy, umawiając się z księgową, że po porodzie uzupełnimy je tylko o konkretną datę.

Córka przyszła na świat 16 września, po dwóch dniach wyszłam ze szpitala, po czterech zdołałam się na tyle ogarnąć, żeby zabrać się za niezbędne formalności. Skontaktowałam się więc z księgową, uzupełniłyśmy wnioski, a ja przygotowałam ich oryginały, które dodatkowo wysłałam pocztą. Zadowolona ze swojej świetnej organizacji czekałam na wypłatę.

Kiedy jednak w połowie października moje konto bankowe nadal świeciło pustkami, znów zaczęłam się niepokoić, że ZUS o mnie zapomniał. Niepotrzebnie! Dwa dni później przyszło kolejne, wspaniałe i fachowe pismo. O co chodziło tym razem? Ano zakład ubezpieczeń domagał się ode mnie natychmiastowego dostarczenia aktu urodzenia dziecka i to w oryginale (żaden tam odpis!), bo tylko ten dokument mógł być dostatecznym dowodem na to, że zasiłek macierzyński mi się należy. Nieważne, że wcześniej wysłane zostały wnioski o urlop macierzyński, firma wypełniła druk wymagany przez ZUS oraz dodatkowo wysłała podanie, że rzeczywiście zgadza się na mój urlop macierzyński, nieważne, że przekazałam też oryginał zaświadczenia ze szpitala, że faktycznie urodziłam dziecko. Tylko akt urodzenia mógł pomóc mi otrzymać należne pieniądze…

Cóż miałam robić? Czym prędzej pognałam na pocztę i poleconym priorytetem wysłałam żądany dokument. Było to pod koniec października, zakładałam więc, że początek listopada być może przyniesie jakieś dobre wieści. Codzienne sprawdzanie konta weszło mi już w nawyk, ale w końcu 10 listopada stwierdziłam, że dosyć tego. Poprosiłam księgową o ponowny kontakt ze znaną jej już panią Kasią/Zosią/Basią i owa pani powiedziała, że owszem ma jakąś korespondencję ode mnie z 4 listopada (rany! ale długo musiał trwać jej obieg w ZUSie), ale na biurku ma taki zaległy stos kopert, że jeszcze nie dotarła do tego, co tam jest. Od tej pory zaczęło się bombardowanie ZUSu telefonami codziennie, z nadzieją na otwarcie koperty przez właściwą osobę i jakiekolwiek przyspieszenie mojej sprawy. I wreszcie – tak! 16 listopada pani Kasia/Zosia/Basia potwierdziła, że otrzymała akt urodzenia dziecka i przygotowuje przelew dla mnie JUŻ na 21 listopada, JEŚLI jej szefowa go podpisze…

Czekałam tyle czasu, że przez te parę dni postanowiłam uzbroić się w cierpliwość i nie otwierać konta aż do 22 listopada. Moja cierpliwość została nagrodzona – tegoż dnia pojawił się w banku cieplutki, świeżutki, całkiem pokaźny (bo zaległy) przelew z ZUSu. O mało nie popłakałam się z radości. Gdybym mogła, poszłabym się upić…

I tak – po dwóch miesiącach i sześciu dniach od porodu – zakończyła się moja walka z ZUSem, przynajmniej na razie, bo kolejną wypłatę otrzymałam już o czasie. Nie wiem, co będzie dalej, ale mimo przejść, chcę pozostać optymistką i wierzyć, że będę dostawać pieniądze regularnie. Pewnie do czasu, kiedy złożę kolejny wniosek o urlop rodzicielski tym razem…

Sęk w tym, że przez te ponad dwa miesiące (a w zasadzie i wcześniej, kiedy nie płacono mi także za zwolnienia) codziennie zadawałam sobie pytanie, co bym zrobiła, gdybym była samotną matką? Albo nawet nie, ale gdyby na przykład moja sytuacja finansowa była taka, że ledwie wiążemy koniec z końcem i starcza nam od pierwszego do pierwszego? Albo gdyby mój mąż stracił pracę? Ząbki na półkę i głodujemy? Tylko, co powiedzieć dzieciom?

Czuję się szczęśliwa, bo z pensji męża starczało na pieluchy i jedzenie dla wszystkich. Starsze dziecko poszło do szkoły – książki też było za co kupić. Ale co mają zrobić rzesze kobiet, które nie są w tak dobrej sytuacji? A przypuszczam, że jest ich mnóstwo i nie sądzę, żeby ZUS traktował je w sposób szczególny i wypłacał im pieniądze szybciej. Jakie rozwiązanie proponuje państwo dla tych matek, którym pieniądze się należą, bo tak jak ja przez wiele lat ciężko na to pracowały, a mimo to nie mają za co wyposażyć nowo narodzonego dziecka? Przecież to jest czas, kiedy nie tylko potrzebujemy opłacić standardowe rachunki, ale mamy jeszcze mnóstwo dodatkowych wydatków! Czy wtedy jest miejsce na radość z narodzin, czy tylko strach o to, jak dam sobie radę?

Życzę wszystkim paniom Kasiom/Zosiom i Basiom, żeby czasem pochyliły się nad konkretnym przypadkiem i były na tyle mądre, żeby umieć potraktować go zgodnie procedurami, ale też wykazać chociaż odrobinę dobrej woli i empatii, żeby niczego nie odkładać, nie przedłużać, nie opóźniać. Może komuś to uratuje życie…

Olga.