W przedszkolu, mój syn miał edukacyjną wycieczkę do stomatologa. Wycieczka w połączeniu z przeglądem ząbków, opowiastką pani dentystki miała na celu zapoznanie dzieci z gabinetem lekarskim i znajdującymi się w nim urządzeniami, a w rezultacie wpojenie maluchom, jak ważne jest dbanie o zęby. Dzieciom tak bardzo spodobała się praca dentysty, iż zaraz wszystkie zapragnęły w przyszłości zostać stomatologami. Z gabinetu wyszły zadowolone i obładowane specjalnymi kalendarzami, na których zaznacza się mycie ząbków, z naklejkami oraz innymi gadżetami. Mój syn w domu z euforią opowiadał o wizycie, mówił, że ma trzy dziury i musi je koniecznie wyleczyć. Nalegał by, jak najszybciej zapisać go do dentysty. Co zresztą uczyniliśmy. I już tydzień później w wieku 6 lat, po raz pierwszy miał leczonego zęba. Pani stomatolog opowiadała o każdej czynności, którą właśnie wykonywała. Mówiła o robakach buszujących w ząbkach, i o tym, że należy je szybko pogonić. Mojemu synowi bardzo się to podobało. I nie minęło 17 minut, jak ząbek został oczyszczony, a dziurka zaplombowana. Moje dziecko, nawet nie jęknęło. Wstał z fotela zadowolony, a ja poczułam ogarniającą mnie dumę. Nie miał żadnego znieczulenia, żadnego rozweselającego gazu i nawet nie pisnął. Byłam tak szczęśliwa, iż sobie przypisywałam jego odwagę. Wszystkim się chwaliłam, jakiego dzielnego mam syna i jaka ze mnie wspaniała matka, która potrafi wytłumaczyć swojemu dziecku, iż wizyta u dentysty to nic złego. Byłam pyszna i dumna. I w rezultacie to mnie zgubiło.

Przez cały tydzień moje dziecko było świadkiem nie tylko mojego chwalipięctwa, ale przede wszystkim odpowiedzi na nie. Mówili : „Tak naprawdę, to super. Dzielny chłopak, bo mnie to zawsze boli”, „ I nic cię nie bolało i nawet nie powiedział ał. To dobrze, bo mój Mateuszek, to straszenie płakał”, „ Oj, to chłopak ma krzepę, bo ja jak widzę dentystę, to uciekam, gdzie pieprz rośnie”, „ Kochany, to musisz przekonać Amelkę, by poszła do dentysty. Bo ona bardzo się boi” i tak dalej w tym samym klimacie. Słyszał te słowa od ludzi, których znał, których podziwiał – np. od znajomego silnego i barczystego, którego – jak twierdził mój syn- nic nie powinno boleć.

Tydzień później na fotelu u dentysty, moje dziecko dostało ataku szału i nie pozwoliło nawet się dotknąć. Wszystko go bolało. Płakał i się trząsł, uciekał z fotela, niemal pobił tę samą miłą panią dentystkę. Nie leczyliśmy zęba. I żadne moje przekonania nie były skuteczne. On twierdził, że już nigdy nie pójdzie do stomatologa.

Długo zastanawiałam się gdzie popełniłam błąd w ciągu tego jednego tygodnia? Cóż tak bardzo zniechęciło moje dziecko? I jak teraz mogę odmienić tę sytuację?

Odpowiedzi znalazłam podczas rozmowy z Martą. Jest moją serdeczną sąsiadką i wspaniałą mamą 4-letniego Wiktora.

Marta: Ja sama bardzo bałam się tej pierwszej wizyty mojego syna u dentysty. Może nie tyle wizyty, ale samego leczenia. Wiesz są zęby, które bolą. I ja ten ból wytrzymam, ale niekoniecznie 4-latek.

Twardamatka : I jak do tego podeszłaś?

Marta: Przede wszystkim dużo o tym nie mówiłam.

Twardamatka : Nie mówiłaś o bólu? O tym, że to może troszkę boleć?

Marta: Nawet starałam się, by o tym nie słyszał od innych!

Twardamatka: No właśnie, a ja wręcz odwrotnie.

Marta: Wystraszył się, to zupełnie normalne.

Twardamatka: Jak Wiktora przygotowałaś do tej pierwszej wizyty?

Marta : Zajęło nam to trochę czasu. Z początku jedynie opowiadałam o tym, że pani dentystka ma specjalną szczoteczkę, która jest bardzo dobra i usuwa bakterie dużo lepiej od tej, którą mamy w domu. Następnie umówiłam się do dentysty. I to był czas dla niego, by mógł zapoznać się z gabinetem, zobaczyć urządzenia, poczuć zapach, zasiąść w fotelu.

Twardamatka: Jednym słowem- oswoić się?

Marta: Dokładnie tak. Zależało mi na tym by poczuł się swobodnie. Poza tym wybrałam dentystkę, która leczy dzieci. Chciałam, by miała odpowiednie podejście do Wiktora. I muszę przyznać, że babeczka naprawdę ma sposób i aż miło posłuchać jej jak fajnie radzi sobie z małymi pacjentami.

Twardamatka: I podczas drugiej wizyty miał już leczonego zęba?

Marta : Absolutnie nie, dopiero po kilku wizytach. Wcześniej miał lapisowanie ząbków.

Twardamatka: Podobno małym dzieciom właśnie się tylko lapisuje, a dopiero starszym leczy.

Marta: I to byłoby najlepsze, ale niestety Wiktor miał siedem dziur, więc nie mogliśmy z mężem na to pozwolić. Zresztą sama nasza dentystka nalegała na leczenie.

Twrdamatka: Siedem, to rzeczywiście sporo.

Marta : To prawda. I to głównie przez słodycze i słodkie napoje. Wiktor na przykład uwielbia pić na noc bobofruty.

Twardamatka: Bałaś się tego pierwszego borowania i plombowania?

Marta: Byłam przerażona, dlatego zdecydowałam się na znieczulenie podtlenkiem azotu

Twardamatka: No właśnie, słyszałam, że dużo osób jednak z tego rezygnuje. Ma obawy.

Marta: Nie wiem, jak inni rodzice, przecież nie będę się za nich wypowiadać. Ja śmiało mogę powiedzieć podtlenkowi azotu- tak. Polecam wszystkim zestresowanym mamą. Nie ma powodów do obaw.

Twardamatka: Opisz jak to wygląda i jak to działa?

Marta: Dentystka nim założyła Wiktorowi maskę zapytała się jaka jest jego najlepsza bajka. Następnie przekonała go, że po założeniu jej może wyobraźnią udać się do świata tej bajki. Bo widzisz, to jest taka maska, którą zakłada się dziecku, a następnie odkręca ten podtlenek. Dziecko przez cały czas badania ma na sobie tę maskę. W tym czasie stomatolog może wyleczyć zęby, a dziecko nie odczuwa bólu, mimo iż jest cały czas świadome, znajduje się w takim błogim nastroju. Nasza pani dentystka przez ten cały czas rozmawiała z Wiktorem. Oczywiście rozmawiali o dinozaurach, rycerzach i innych postaciach z bajek.

Twardamatka : Jak długo dziecko po podaniu tego gazu rozweselającego dochodzi do siebie?

Marta : Szybko. Jak tylko skończy się badanie, dentystka zakręciła podtlenek azotu, a podała zwykły tlen. Wiktor natychmiast jakby przestał marzyć.

Twrdamatka : I z tego powodu nie miał żadnych negatywnych objawów?

Marta: Ależ skąd! W domu po pierwszym badaniu usłyszałam od niego tylko „ Mamo, kiedy my tu jeszcze przyjdziemy ?”

 

Marta pomogła mi zrozumieć, że nie warto przy dziecku mówić o bólu nawet jeśli chcemy zrobić z niego bohatera, tak jak ja to wcześniej uczyniłam.  Dziecko nasłuchawszy się od wszystkich innych, idzie do dentysty z pełnym przekonaniem o bólu, nawet jeśli same nie odczuwa go, aż tak intensywnie. Dziecko nie wie, że każdy człowiek ma inną odporność, że jednego to samo boli bardziej, a innego mniej. Dla dziecka już same słowo” Ból” może po porostu zaboleć.

Dlatego teraz by odwrócić niechęć mojego syna, powinnam na nowo, ale tym razem zupełnie porządnie przeprowadzić cały proces związany z wizytą u stomatologa. Idąc śladem Marty zacznę od lapisowania, a dopiero po kilku wizytach zdecyduje się na kolejne leczenie używając podtlenku azotu.  Oby nam się udało, trzymajcie kciuki 

 

Rozmawiała: Agnieszka