twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy z tagiem: dzieci

Wiosną tego roku pewna sarkastycznie rzecz ujmując – firma, właściciel super nowoczesnego portalu rozpoczął zewnętrzną kampanię reklamową. W większych miastach w Polsce na bilbordach zawisły wielkoformatowe plakaty przedstawiające jedną kobietę przebraną w diabełka, a drugą w aniołka. Na pierwszy rzut oka, wydawało się, iż reklama zachęca do ciekawego serwisu poświęconego fantastyce, a nawet bajką. Szczególnie niektórym dzieciom przypadła do gustu. Panie na plakacie przypominały wróżki z bajek o Barbie. Zarówno więc treść, jak i same rozmiary niedające się nie zauważyć wręcz przykuwały uwagę młodego odbiorcy. Dziecko jadące samochodem, będące przechodniem jest tak samo odbiorcą informacji, co niestety jest często zapominane przez agencje reklamowe kreujące co rusz bardziej śmiałe reklamy.

Na wspomnianym bilbordzie między „lalkami” duże napisy adresu portalu. Dziecko umiejące czytać i pisać bez problemu zapamięta proste słowa, a dziecko już 8-letnie będzie próbowało zajrzeć na stronę podaną na ciekawym dużym plakacie. Zatem w dzisiejszych czasach mając do dyspozycji internet, który stał się głównym nośnikiem informacji i jest obecny niemalże w każdym gospodarstwie domowym, dziecko z ciekawości skorzysta z owego dostępnego połączenia z siecią, wrzuci adres strony i ajjjjjj…..ajjjjjj…..ajjjjjjj PORNOGRAFIA. Owszem pojawia się informacja, iż serwis poświęcony jest dla osób , które ukończyły 18 lat. Lecz cóż z tego, przecież dzieciaki mogą zostać tym bardziej skuszone. Zakazany owoc smakuje lepiej.

I właśnie gdyby to była zwykła lekka pornografia, pokazująca zdjęcia kochających się par heteroseksualnych, to jeszcze dziecku można wytłumaczyć, iż seks jest dla ludzi, iż seks jest miłością i takie tam. Może nawet dałoby nam to pole do obszerniejszego poruszenia tematu. Tymczasem po kliknięciu TAK WCHODZĘ, ukazują się filmiki z obnażającymi się ludźmi, wykonującymi śmiałe praktyki seksualne na polecenie osób im się przyglądających ze swoich komputerów w domach. Osoby te wydają polecenia, ponieważ wcześniej zapłaciły za to wysyłając specjalne smsy lub wykupując w tym serwisie specjalne żetony. Zatem wchodzą tu także korzyści majątkowe.

 

zdjęcie dzięki imageworld.pl

Przez chwilę badałam sprawę. Zajrzałam do kodeksu karnego.

Zgodnie z Art. 202.§: Kto publicznie prezentuje treści pornograficzne w taki sposób, że może to narzucić ich odbiór osobie, która tego sobie nie życzy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. § 2. Kto małoletniemu poniżej lat 15 prezentuje treści pornograficzne lub udostępnia mu przedmioty mające taki charakter albo rozpowszechnia treści pornograficzne w sposób umożliwiający takiemu małoletniemu zapoznanie się z nimi, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Biorąc pod uwagę i wizualizację plakatu zachęcającą dzieci, na nim napis adresu strony pornograficznej, bez żadnej zamieszczonej informacji o tym, iż jest to serwis tylko dla dorosłych, mogłabym zarzucić, iż w tym przypadku został naruszony art. 202 kk. Tymczasem okazuje, iż nie. Sam bilbord i to co przedstawia plakat nie jest treścią pornograficzną. Podobnie rzecz ma się z innymi reklamami pornograficznymi, chociażby w licznych gazetkach, w telewizji. Żadna z nich nie jest typową treścią pornograficzną. To tak jakbyśmy poszli z dzieckiem do kiosku kupić jedynie dziennik lub gumę do żucia i gdzieś z brzegu zauważylibyśmy okładkę pisma pornograficznego. I wówczas też, ni jak ma się art. 202 kk. Ni jak ma się? Może jednak ma się, tylko nie jest przestrzegany? Pytanie co jest treścią pornograficzną i jakie są drogi, techniki zachęcające do oglądania treści pornograficznych. Mamy zatem prawo, które jest prawem dowolnie interpretowanym? Lub też prawem nie chroniącym w dostateczny sposób naszych dzieci. Są nałożone restrykcje odnośnie reklam alkoholu i papierosów, ale jeśli chodzi o pornografię…. sądzę, że mamy lukę w prawie. Czyżby w przyszłości mielibyśmy mieć społeczeństwo wolne seksualnie? Już przecież „galerianki” i „świnki” są. I czy my dorośli za to nie odpowiadamy?

 

 

 

Agnieszka

Wyścig szczurów w pieluchach

0

To było większe spotkanie na grillu u znajomych. Przybyli wszyscy fajni; osoby siedzące na wysokich stanowiskach w korporacjach, freestylerzy, ludzie reklamy i marketingu, początkujący artyści…. z dziećmi. Młode małżeństwa ze swoimi pociechami jeszcze w pieluchach. Wyluzowani tatusiowie z konikiem na bluzeczce trzymający na rękach dzieci z kolejną metką na ubiorze, wylansowane matki podające butelki i grzechotki do małych rączek. Przepych wózków, leżaczków, chodzików … zabranych tylko na to jedno popołudnie. Lekki zamęt, choć uporządkowany, bo dokładnie widać kto jest z kim, żony chwalą mężów, mężowie żony. Wszyscy mówią o tym jak im się świetnie układa. Przy piwie i dobrym jedzeniu, język im się rozwiązuje; mówią więc o tym gdzie byli, co widzieli, co kupili, jak awansowali, gdzie bywają i w reszcie…jakie cudowne mają dzieci.

Nieprawdopodobne, że ich maleństwo już w wieku czterech miesięcy zaczynało siadać! Innych główkę podnosić nie na kilka sekund , ale na kilkanaście, już mając dwa miesiące …. bo ktoś nawet liczył stoperem. Inni chwalą swoje dzieci, za to że mówią baba, wawa , tata i mama w wieku dziewięciu miesięcy. Natomiast matka jednego z najstarszych brzdąców, przekonywała wszystkich, że dziecko tuż po ukończeniu roczku powinno już dawno chodzić. Usłyszawszy to, ta inna jeszcze z dzieckiem w wózku, mocno przełknęła ślinę, by tylko nic nie powiedzieć …. bo cóż mogła, skoro jej syn skończył już rok i dwa miesiące, ale wciąż tylko raczkuje – „Czy z nim coś jest nie tak?” – zapewne szybko przez głowę przeszła jej taka myśl.

Przekleństwo naszych czasów? Przymus bycia najlepszym?

Mam wrażenie, iż dzisiejsi rodzice o których oczekuje się, iż jako ludzie XXI wieku będą efektywnymi pracownikami pełnymi pasji, aktywnymi z burzą pomysłów w środowisku osób im podobnych, także i zapragną mieć super-dziecko. Tymczasem nasze maluchy nie znają wyścigu szczurów.

 

Ostatnio wpadł mi w ręce świetny artykuł „Przez Dotyk” opublikowany na łamach Zwierciadła, w którym Paweł Zawitkowski , fizjoterapeuta w rozmowie Aliną Gutek wyjaśnia, iż dziecko dla rodziców nie powinno być kolejnym ważnym życiowym projektem. W jakiś sposób dziecko, które jest częścią nas samych już od urodzenia staje się czymś w rodzaju „ulepię Cię jak najlepiej potrafię” i „ozdobię czymś wyjątkowym”. Tymczasem „Dziecko nie jest androidem, tylko istotą społeczną” – czytamy w artykule. Nasz maluch rozwija się we własnym tempie; to co z tego, że nie potrafi chodzić ! Ma na to czas do półtora roku, a umiejętności siadania może posiąść nawet do 10 miesięcy. Więcej; czasem samo nadmierne opiekowanie się dzieckiem i ograniczanie mu ruchu i swobody zakłóca mu rozwój. „Jeśli w okresie niemowlęcym maluch siedzi od rana do wieczora w foteliku albo zasuwa w chodziku, wszyscy na niego chuchają i dmuchają, żeby się przypadkiem nie spocił, nie pobrudził – trudno doskonalić mu czucie ciała, podłoża, reakcje obronne, ocenę przestrzeni i inne niezbędne do harmonijnego rozwoju doświadczenia” Ze względu na specyfikę wychowania, dziecko niekiedy nie ma możliwości trenowania …bo przecież każde upuszczenie zabawki, chowanie smoczka, podnoszenie główki, rączek, nóżek, próba mówienia, mlaskania, klaskania dla małego dziecka jest niesamowitym wysiłkiem. I zakłócenie tychże mechanizmów, trzymania dziecka w najlepszym chodziku świata, najdroższym krzesełku z milionem światełek i przycisków nie umożliwi małemu brzdącowi na zwykłe doznania cielesne. Później posiądzie naukę siadania, bo po co ma się wysilać, skoro ma wygodne oparcie i rączkami wszędzie sięga. I odwrotnie; zbytnie trenowanie dziecka – bo i ten sposób wychowania jest zauważalny, nadmiernie obciąża malucha. Trenujemy na super -malucha, a potem się dziwimy, że nasze dziecko bywa nieznośne i krzyczy. Paweł Zawitkowski, więc wyjaśnia, iż u dziecka granica między akceptacją, a totalnym sprzeciwem jest bardzo cienka. I to, że przez chwilę dziecko, które uczymy chodzić będzie zadowolone z tegoż powodu, za chwilę może mieć po prostu dość. „Jedynym sensownym wspólnym mianownikiem każdej relacji czy pracy z dzieckiem powinny być jego emocjonalne potrzeby”

Bycie spełnionym rodzicem i w najprostszy sposób szczęśliwym dzieckiem nie jest tożsame z byciem najlepszym – tłumaczy Paweł Zawitkowski

Zatem, nie to jak je ubierzemy, jak będziemy trenować, jakie damy do dyspozycji krzesełka, stoliczki, wózeczki, zabaweczki, nie ważne … jak bardzo będziemy chcieli być najlepszymi rodzicami, to i tak nie spowodujemy, że nasze dziecko będzie się rozwijało dokładnie tak jak sobie to zaplanowaliśmy. Dziecko to nie wynik, na którego składają się liczby, współczynnik ryzyka, plany rozwojowe, koszty, dochody. Dziecko to też nie my. Skoro od nas wymagają bycia najlepszymi, bądźmy…ale nasze dziecko traktujmy z miłością, bo ono nie zna wyścigu szczurów. „Gorzej, jeśli zabraknie mu dotyku, czułości, kołysania, rozmów, miłości.”

 

 

Agnieszka

 

Ulewanie pokarmu u niemowląt

0

Ulewaniem nazywa się łagodne zwracanie przez niemowlę treści pokarmowej, zazwyczaj w niewielkiej ilości. Umięśniony fałd przy wpuście do żołądka nie spełnia jeszcze należycie swej roli i nie zamyka drogi powrotnej dla pokarmu, tak jak jest to u starszego dziecka czy dorosłego.

Ulewanie wywołują:

  • wstrząs ciała,
  • ucisk na brzuszek,
  • położenie niemowlę ciapo karmieniu na wznak,
  • zbyt energiczne unoszenie pośladków przy przewijaniu dziecka bezpośrednio po karmieniu
  • łykanie powietrza w czasie jedzenia

Zjawisko to występuje często w pierwszych miesiącach życia. Niektóre dzieci ulewają pokarm kilka razy po każdym karmieniu, inne prawie w ogóle. Ulewanie zanika po paru miesiącach i nie jest groźne dla rozwoju dziecka.

 

Magda

Zaparcia u dzieci

2

 

Zaparcia stolca spotyka się u dzieci dość często. Przyczyny są różne. Niedożywienie niemowląt jest częstą, choć niejednokrotnie lekceważoną przyczyną zapartych stolców. Spotyka się je częściej u niemowląt karmionych piersią niż sztucznie, ponieważ kontrola ilości spożywanego pokarmu kobiecego jest trudna bez kontroli wagi dziecka przed karmieniem i po karmieniu. Niemowlęta wpadają w stan niedożywienia gdy mają problem ze ssaniem.

Przyczyną zaparć są też wady rozwojowe warg, podniebienia, katar itp. A także uboga dieta w błonnik i niedostateczna ilość płynów.

Niektóre dzieci powstrzymują się od wypróżnienia, gdy przeszkadza im to w interesującej zabawie lub np. ciemna ubikacja, zwrócenie na siebie uwagi itp. Prowadzi to po pewnym czasie do zaparcia nawykowego. Dlatego od wczesnego dzieciństwa należy wdrażać dzieci do systematycznego oddawania stolca o tej samej porze dnia, najlepiej po porannym posiłku.

Zaparcia należą do często spotykanych objawów u dzieci obarczonych krzywicą, zespołem downa lub niedoczynnością gruczołu tarczycy, a także u dzieci, które mają niedostateczna ilość ruchu. U noworodków przyczyną może być wrodzone zarośnięcie lub zwężenie odbytu. Wymaga to zabiegu chirurgicznego.

Zwalczanie zaparcia w przypadku, gdy dziecko jest całkiem zdrowe, i ma tylko kłopoty z samym oddaniem stolca, polega na zwiększeniu w jego diecie jarzyn i owoców oraz płynów zwłaszcza wody. Ze środków domowych pomagają: woda z miodem podawana na czczo, woda mineralna, śliwki lub jabłko starte. Nigdy nie należy śpieszyć się z podawaniem czopków lub lewatywą. Pamiętajmy, że przewlekłe zaparcia należy skonsultować z lekarzem.

 

Magda

 

źródło: Domowy poradnik medyczny

Z cyklu: dobra książka – kryminały dla dzieci

 

Ze Skandynawii wywodzi się wielu wybitnych pisarzy kryminałów: Nesbo, Mankell, Larsson, Lackberg – to nazwiska doskonale znane wszystkim wielbicielom książek z dreszczykiem.

Okazuje się jednak, że nie tylko dorośli mogą czytać skandynawskie kryminały, bowiem szwedzki duet – pisarz Martin Widmark i ilustratorka Helena Willis – stworzyli znakomitą serię powieści z suspensem dla dzieci. Oczywiście, powiecie, takie powieści to w zasadzie żadna nowość. Mieliśmy przecież Nienackiego i Chmielewską, których bohaterowie rozwiązywali różnego rodzaju zagadki kryminalne i na tych książkach wychowało się niejedno pokolenie. Niestety, przypuszczam, że dla wielu dzieciaków te powieści mogą nieco „trącić myszką” i o ile dorośli zazwyczaj doceniają ich wartość, być może trudno im będzie przekonać do czytania swoje dzieci.

Tymczasem szwedzka seria o przygodach Lassego i Mai – bo tak nazywają się główni bohaterowie Widmarka – jest bardzo nowoczesna (wliczając w to czarno-białe ilustracje, które mnie osobiście z początku odrzucały, ale moje dziecko zaakceptowało je bez zarzutu) i przeznaczona dla nieco młodszego czytelnika niż nasz rodzimy Pan Samochodzik – rodzice mogą ją czytać już przedszkolakom, a dzieci w podstawówce zapewne z przyjemnością przeczytają ją sobie same.

Lasse i Maja też chodzą do szkoły, w małej miejscowości Valleby, a ich ulubionym zajęciem jest prowadzenie biura detektywistycznego i pomaganie trochę gapowatemu komisarzowi policji, który traktuje ich jak swoich asystentów. Dzieciaki są niezwykle inteligentne i niejednokrotnie wykazują się umiejętnością analitycznego myślenia. Nie mają więc problemu z wydedukowaniem, kto jest złodziejem w kawiarni, dlaczego pacjentom w szpitalu ginie biżuteria i kto okrada widzów w cyrku. W zasadzie komisarzowi z Valleby trudno byłoby rozwikłać jakąkolwiek zagadkę bez zaangażowania Lassego i Mai.

Ogromnym atutem tych książek jest język, jakim zostały napisane. Proste, przejrzyste zdania, krótkie rozdziały, zabawne dialogi – wszystko, czego potrzebuje dobra książka dla dzieci. W dodatku każda z historii – jak na kryminał przystało – jest bardzo wciągająca, dlatego nie raz sprzeczaliśmy się z mężem, kto ma czytać synowi na dobranoc, bo każde z nas chciało poznać dalszy ciąg i rozwiązanie zagadki. Kolekcjonowanie kolejnych tytułów z serii sprawia więc frajdę w zasadzie całej rodzinie i z przykrością myślę o tym, że tych, których jeszcze nie czytaliśmy jest coraz mniej… jeśli więc chcecie czytać dzieciom i dobrze się przy tym bawić, sięgnijcie po którąś z „Tajemnic”.

 

Martin Widmark i Helena Willis: „Tajemnica hotelu”, “Tajemnica kawiarni”, “Tajemnica diamentów”, „Tajemnica mumii”, „Tajemnica cyrku”, „Tajemnica kina”, „Tajemnica pociągu”, „Tajemnica gazety”, „Tajemnica złota”, „Tajemnica szkoły”, „Tajemnica zwierząt”, „Tajemnica meczu”, „Tajemnica szafranu”, „Tajemnica miłości”, „Tajemnica biblioteki”, „Tajemnica kempingu”, „Tajemnica galopu”, Tajemnica szpitala”, „Tajemnica pływalni”

Olga.

 

Przez ostatnie lata mocno zauważalne staje się zainteresowanie pedagogiką i rodzicielstwem Pojawiają się nowe opracowania odnośnie wychowywania, kształcenia, ukierunkowania młodych obywateli. Pedagodzy nieustannie mają szkolenia, rozpieczętowywane są nowe poglądy na temat wszelakich zespołów zaburzeń emocjonalnych i tych uchodzących za chorobowe. Głośno stało się na temat ADHD, modny stał się Asperger, wykrywa się liczne problemy integracji sensorycznej. Znani psychologowie, pediatrzy oraz profesorowie stawiają nowe tezy na temat wychowania. Do głosu dochodzą rodzice, stacje telewizyjne, sieć, radio. Powstają liczne ruchy rodzicielskie ukierunkowane w konkretnym celu, prowadzone są publiczne dyskusje odnośnie podstaw programowych lub chociażby zasadności szczepienia na niektóre choroby. Innymi słowy, dziś społeczeństwo skupia się głównie na naszych dzieciach i ich problemach. Bynajmniej, nie chcę głosić, iż tak być nie powinno. Wręcz, przeciwnie; cieszy fakt, iż staranie przykładamy się do kształcenia naszych obywateli. Obywateli, którzy już za dziesięć, dwadzieścia lat będą stanowili o naszym kraju, naszej przyrodzie, naszym społeczeństwie. To oni wykształceni, zdiagnozowani od dzieciństwa, ukierunkowani zasiądą na stanowiskach, będą lekarzami, informatykami, nauczycielami, artystami. .. No właśnie, będą.

Lekarz Endokrynolog z prywatnej warszawskiej kliniki : Wiem, że niektórzy traktują osoby po 65 r. życia, tak jak na odstrzał. Przepisują różne leki i nawet nie tłumaczą jakie są konsekwencje ich zażywania.

A co dzisiaj? Odnoszę wrażenie, że idąc mocnym zainteresowaniem młodym pokoleniem jednocześnie zapominamy o innych. Na siłę próbujemy kreować młodych, skupiamy się na sobie i naszych potrzebach. I im bardziej brniemy w tę stronę, tym mniejsze jest nasze zaangażowanie się w niesieniu pomocy ludziom starszym. Odważnie, śmiem stwierdzić, iż w owym dzisiejszym chaosie dnia codziennego zapominamy o ich potrzebach, niekiedy przechodzimy zupełnie obojętni widząc, chociażby jak starsza pani na ulicy ma problem przy wejściu do klatki po schodach. Ile czasu media poświęcają tematyce dotyczącej potrzebom tych najstarszych, naszych dziadków i babć, ludziach, którzy tworzyli nasze państwo, nasze społeczeństwo. Pokazali kierunek, uczyli nas, kształcili i wychowywali przez lata. Jak my się im teraz odwdzięczamy?

Byłem u sąsiada z matką, to był Uniewski. Miał sklep u nas we wsi. Matka załatwiała tam swoje sprawunki, kiedy ja podszedłem do Uniewskiego. Siedział ze słuchawkami przypiętymi do takiej długiej sztycy, po której szedł kabel od dołu do góry. Pamiętam, że był bardzo przejęty. I do dziś, nie zapomnę; podał mi na chwilę te słuchawki. Usłyszałem transmisję z pogrzebu Piłsudskiego. Tak, to był dobry gospodarz. Tak mówili moi rodzice i cała wieś. Trzymał mocno Polskę.

Tato zmarł, kiedy byłem mały. Wojna szła i wieści, że do Buga mają iść Niemcy, a zza Buga Ruscy. Tato się bardzo denerwował. I coś źle zaczął się czuć. I jak w piątek się położył w 1939, to za tydzień w niedzielę zmarł. Zostali my sami z matką. Ja najstarszy, potem mój brat i trzy siostry. Miałem 9 lat, a mój brat 6, kiedy zaczęli my pracować na gospodarstwie. Najsamprzód matka wzięła parobka, który nas uczył, a potem już my sami wszystko robili. Tak, Agnieszko…nie to co dziś. ( śmiech ) , że dzieci siedzą przed telewizorem i się im jeszcze podaje. My o 4.00 rano przy krowach już byli, a na 7.00 w szkole. Po szkole obiad matka dawała i znowu się pracowało na gospodarstwie. A jak, wojsko przyszło, to ja uciekł z pięcioma krowami w pole i las. I tam dwa tygodnie siedziałem. Tylko brat donosił mi chleba. A no, uciekł…bo wojsko w ten czas zabierało wszystko z gospodarstw. I jakby te krowy zabrali, to źle byłoby dla nas. Później, jeszcze Niemcy u nas sobie obóz rozbili. Bo to tak było, że jak szli, to wynajdywali sobie gospodarstwo i jakiś czas mieli tam swoją tak jakby kwaterę. Jeden pokój matki wzięli. My wszyscy spali w kuchni. Pewnie, żem się bali. Tylko bardziej Ruskich.

Żydzi? Byli, wioskę dalej, mieszkało ich dużo. Wywieźli, opustoszało. Tylko pamiętam jednego dzieciaka, znałem ja go ze szkoły. Chyba się został, bo przychodził od czasu do czasu. Jakm go widział, to pajdę chleba mu dawałem. A, co ty byś nie dała? A, no pewno, że dałabyś. Dzieciak, ledwo chodził. Biedny był bardzo.

W 1946 roku, zaraz po wojnie, kiedy miałam 16 lat siostra mojej matki, wzięła mnie do Warszawy. Pamiętam jak dziś, na Wileńskim byli tacy mali chłopcy i krzyczeli „Na Wilsona”, „Na Wilsona”. Powozili. Ja później też furmaniłem, 8 lat. Ciotka miała taką firmę, zakupiła konia z wozem. Ja na nim jeździłem, a później zarobili my pieniądze na drugiego konia z wozem i wreszcie też na trzeciego konia z wozem. Odgruzowywałem Warszawę, śpiewałem piosenki, budowałem, poznałem babcię, ściągnąłem brata do pracy. Najsamprzód Stasiek furmanił, ale później kupił przedwojenną Dekawkę ( śmiech ), myślał, że będzie więcej zarabiał, ale wiecznie ją remontował.

Później kupiłem plac przy ulicy Tuszyńskiej, dokładnie na Agrafki 44. Postawiłem dom i stajnie. W tej stajni później było moje wesele z babcią. Niedużo osób było, tylko rodzina …no może czterdzieści parę. I za jakiś czas z tej stajni zrobiłem drugi dom, w którym już zamieszkaliśmy. Tam na świat przyszły nasze córki.

Później dom z babcią wybudowałem na Sadybie. Do dziś tam mieszkamy. To piękny dom. I wiesz, nas stać było na ten dom, na samochód i na kupienie mieszkania jednej z córek. Ja pracowałem tyle lat i nigdy nie miałem takiego problemu z pracą, jak teraz się słyszy. Bo ja wiedziałem, że jak odejdę z jednej roboty, to zaraz pójdę do drugiej. Nie tak jak teraz porobili, że trzeba gdzieś dzwonić, umawiać się, coś wysyłać, czekać miesiące, aż się odezwą. Tak, tak… praca kiedyś była. I wbrew temu co dziś gadają, w tamtych czasach było nam lepiej żyć. Bo Agnieszko, ja mam żal. Bo teraz z takiej pracy jak my kiedyś mieli, nikt domu nie postawi. I żal, bo wszystko wyprzedali. Zobacz, elektrownie, fabryki, tereny … toż wszystko com odgruzowywali, budowali, sprzątali … wszystko, co przynosiło olbrzymie pieniądze, dziś się nie opłaca. Im się nie opłaca! Tym, co na tych stołkach siedzą! Im się nie opłaca!!! W takim razie ja się pytam : czy nam się opłacało odbudowywać kraj?

Do głosu żalu dochodzi jeszcze ten jeden „czy nas ludzi starszych jeszcze słyszycie?”

Ludmiła lat 78: Od wielu lat mam problemy z nogą. Trudno mi się chodzi. I kiedy chcę przejść przez jezdnię,długo muszę stać. U nas nie ma świateł, a żaden nie chce się zatrzymać

Waldemar lat 80: Nie mogłem wypełnić tego druczku. Była kolejka i nikt mi nie pomógł. Nie widziałem dobrze tych małych literek, zresztą nie na moją głowę. Wprowadzają jakieś rzeczy, a ja tego nie rozumiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy w gąszczu tych wszystkich naszych sprawunków, zniknęła nasza wrażliwość na ludzi, którzy przeżyli dużo więcej niż my? Dlaczego zapominamy? Przecież oni mają nam do opowiedzenia piękne historie i jest dosłownie jeszcze chwilka czasu, by to usłyszeć. Za zasłoną zmarszczek, niekiedy wolniejszych ruchów, brakiem refleksu kryją się ludzie, którzy w swoich głowach czują się tak jak Wy teraz. Ile jest zorganizowanych klubów seniora, ile prowadzonych badań związanych z opieką nad nimi, ile wątków poruszanych publicznie, ile nowych kierunków otwieranych na uczelniach związanych z tematyką osób starszych? Czy wiemy, jak się czują dziś? Na pytanie, jak się czuje moje dziecko w danej chwili, w danym momencie, potrafimy wypowiedzieć się poruszając różne sfery, tymczasem jak się czuje Twoja babcia, Twój dziadek? Potrafisz odpowiedzieć? Wiesz, o czym marzy? Czego żałuje, czego potrzebuje? Jak wygląda ich dzień, czy się nudzą, co ich interesuje? Opowiedzieli Ci już swoją historię? Pokazywali Ci swoje zdjęcia, opowiadali o obyczajach tamtych lat? Mówili o radościach? Ile razy ich odwiedzasz, ile razy im pomagasz? Jak społeczeństwo wspiera tę najstarszą grupę?

Dziś ucząc naszych maluchów i poświęcając im ogrom czasu, w jakiś sposób ich rozpieszczamy. I dzieci to czują , wyraźnie słyszą od nas: „tak wy, jesteście dla nas bardzo ważni”. Wcale nie neguję tego, tylko czy nasze dzieci słyszą także inny przekaz „wasi pradzidkowie i dziadkowie są również dla nas bardzo ważni i należy o nich pamiętać ”? Ten ostatni jest słabo słyszalny. Istnieje, wiec obawa, iż rzeczywiście wychowamy doskonałych obywateli, którzy będą tymi lekarzami, informatykami, nauczycielami, artystami, prawnikami i innymi specjalistami wyedukowanymi w różnych dziedzinach życia, ale bez wpojonego przekazu, by pomagać ludziom starszym…. czyli w przyszłości także nam. To trochę tak, jakbyśmy sami sobie wbijali gola.

 

Piszę o tym, gdyż twardamatka to nie tylko matka, ale także wnuczka.

 

 

Agnieszka

 

 

 

List Matki do Córki

7

Dziś natknęłam się na przepiękny tekst, który Małgorzata Kalicińska zamieściła na facebooku. Powieściopisarka rodzinnej sagi „Dom nad rozlewiskiem” przetłumaczyła z włoskiego LETTERA DI UNA MADRE A SUA FIGLIA. Podczas dzisiejszej korespondencji z Panią Małgorzatą, otrzymałam oficjalne pozwolenie na opublikowanie niniejszego tłumaczenia. Muszę, wam drodzy Czytelnicy, powiedzieć iż list ten, napisany tak lekko i prosto w sposób zupełnie oczywisty, wyraża bardzo głębokie emocje, które mam nadzieję i Was poruszą.

 

 

Jeśli pewnego dnia zobaczysz, że jestem stara, że się brudzę przy jedzeniu, że nie potrafię się ubrać, miej cierpliwość….

Przypomnij sobie czas, który przeznaczyłam na nauczenie Cię tego wszystkiego, jak byłaś mała.

Jeśli ciągle powtarzam te same rzeczy, nie przerywaj mi, posłuchaj…..Kiedy byłaś mała, musiałam wysłuchiwać w kółko tej samej historii dopóki nie zasnęłaś.

Jeśli czasem nie mam ochoty się umyć, nie potępiaj mnie I nie zawstydzaj.…

Przypomnij sobie ile razy musiałam biegać za Tobą, wymyślając różne argumenty, bo nie chciałaś się kąpać.

Jeśli widzisz, ze nie nadążam za nowinkami technicznymi, daj mi czas na poznanie ich I nie patrz na mnie z tym ironicznym uśmiechem.…

Ja miałam dużo cierpliwości, kiedy uczyłam Cię alfabetu I pomagałam w odrabianiu lekcji.

Jeśli czegoś nie pamiętam, albo gubię wątek w rozmowie, daj mi czas na przypomnienie sobie, a jeśli nie jestem w stanie sobie przypomnieć, nie denerwuj się, najważniejsze dla mnie nie jest to, co mówię, ale potrzeba Twojej bliskości, potrzeba pewności, że jesteś obok i mnie słuchasz…

Jeśli moje stare nogi nie dotrzymują Ci kroku, nie traktuj mnie jak ciężar…Podejdź do mnie wyciągając swoje ręce w moją stronę w taki sam sposób jak robiłam to ja, kiedy stawiałaś swoje pierwsze kroki…

Jeśli mówię, ze chciałabym umrzeć, nie irytuj się…

Pewnego dnia zrozumiesz, co mnie zmusza do tego, żeby tak mówić I spróbuj zrozumieć, ze w moim wieku już się nie żyje a egzystuje..

Pewnego dnia zrozumiesz, że mimo błędów, które popełniłam, zawsze chciałam dla Ciebie jak najlepiej, że próbowałam przetrzeć Ci drogę.

Poświęć mi troszkę swojego czasu, odrobinę swojej cierpliwości, daj mi swoje ramię, na którym mogę się wesprzeć tak, jak ja dawałam Ci zawsze swoje..

Kocham Cię córeńko I modlę się za Ciebie nawet wtedy jak mnie nie dostrzegasz.

 

 

Oryginalny wpis : https://www.facebook.com/photo.php?fbid=671849456166183&set=a.153264904691310.29688.153035914714209&type=1&theater

 

Pani Małgorzato, bardzo dziękuję.

 

Agnieszka

 

 

 

 

Ospa wietrzna – ale o co chodzi?

0

W ospie wietrznej ( wiatrówce) okres wylęgania choroby trwa 14 – 21 dni. Choroba charakteryzuje się wysypką wielopostaciową występującą początkowo tylko na skórze owłosionej głowy ( tam należy szukać jej najwcześniej). Początkowo są to czerwone plamki, potem pęcherzyki wypełnione kolejno treścią surowiczną i ropną, zasychające strupki, a po ich odpadnięciu pozostają płaskie okrągłe blizenki. Wysypka jest swędząca i może w skutek drapania ulec zakażeniu bakteryjnemu.

Ospa trwa 2 – 3 tygodnie, jest zaraźliwa do momentu odpadnięcia strupków.

Jak czytać dzieciom?

2

Wszyscy na około powtarzają nam jakie to ważne by czytać naszym dzieciom. I owszem czytanie rozwija ich wyobraźnię, logiczne myślenie, poglądy, a nawet kreatywne myślenie, które w dzisiejszych czasach ma duże znaczenie w rozwoju człowieka. Pamiętamy kampanię „Poczytaj mi mamo” , podczas której głośno było o nowych audiobookach. Czytali dla dzieci profesjonalni aktorzy. Czy jednak to wystarczy? Czy my sami rodzice, opiekunowie, potrafimy czytać dzieciom? Co zrobić, by nasz maluch chciał z nami spędzić ten czas właśnie na czytaniu? Bo jak się okazuje, to czytanie dzieciom wcale nie jest taką prostą sprawą. Często słyszę od różnych osób, iż jak tylko zaczynają czytać, dziecko wiecznie przerywa i zadaje mnóstwo pytań, co w rezultacie przyczynia się do tego, iż książeczka odkładana jest na bok.

Dlatego postarałam się w tym artykule zebrać wszystkie swoje stosowane od lat metody i podzielić się nimi.

1. Wspólnie z dzieckiem razem wybierzmy bajkę. Na początku dla najmłodszych słuchaczy, najlepsza byłaby taka z licznymi obrazkami. Natomiast starszym dzieciom tak powyżej piątego roku życia wystarczą już nawet czarno-białe ilustracje jedynie przeplatające tekst. W tym wieku dzieci potrafią już więcej zrozumieć z samego słuchanego tekstu.

2. Jeśli jednak w bajeczce, którą czytamy, jest coś niezrozumiałego dla naszego dziecka i wyraźnie daje nam o tym znać kręcąc się, przeszkadzając, zajmując się czymś innym, to może warto pomyśleć o tym, iż bajka ta jest za trudna. Zdania są w niej zbyt mocno rozbudowane, używane są trudne słowa, akcja toczy się zbyt szybko. Dziecko potrzebują dłuższej chwili na wyobrażenie sobie fabuły.

Również i my w trakcie czytania róbmy przerwy i pytajmy się naszego dziecka czy rozumie to co mu czytamy. Jeśli nie rozumie, a jednak wykazuje zainteresowanie,wystarczy wówczas, iż będziemy swoimi słowami tłumaczyli mu to co właśnie przeczytaliśmy.

3. Nie możemy być „suchymi” czytelnikami. Bierzmy udział w samej fabule. Przeżywajmy to wspólnie z dzieckiem. Zatrzymujmy się i potwierdzajmy: humor ( haha, słyszałeś… Szczotka nie mogła wdrapać się na Pucka ), strach ( drrrr, to musiał być naprawdę wielki krokodyl ), smutek (widzisz, pożegnania są smutne ). Pokazujmy dziecku emocje, uczmy je nazywać i odpowiednio przeżywać.

4. Dziecko jest naszym widzem, a my w trakcie czytania stajemy się aktorami. Czytanie to jak gra na scenie; bierze w niej udział nie tylko nasz głos, który zmienia się w zależności od postaci, ale także nasza mimika i gestykulacja. Kiedy jednak sprawia nam to trudność, wystarczy, iż najpierw sami przeczytamy tekst i nauczymy się modulować głosem. Możemy potrenować przed lustrem. Nauczmy się przedstawiać emocje : :cry: , :oops: , :lol: , :roll: , 8-O , :-? , :-D . Może te wszystkie emotikony wam pomogą w tym?

Dzieci będą wam bardzo wdzięczne za czytanie i z pewnością to docenią. Ja od swoich często słyszę : ” Mamo, poczytaj mi” . Wczoraj na przykład czytałam im Opowieści z Narnii. I jakież było moje wzruszenie, kiedy córka powiedziała mi, iż lepiej jest słuchać mnie kiedy czytam, niż oglądać sam film. Poczułam się wspaniale, a to zachęciło mnie by i wam z samego rana napisać o tym, jak czytać dzieciom.

 

Agnieszka

 

 

 

TM : Pozwól, że na początek przytoczę wypowiedź jednego z forumowiczów nto.pl. Użytkownik kryjący się pod pseudonimem Benon w wątku” Tusk wyciąga ręce po sześciolatki” tak oto – dla mnie zaskakująco – wyjaśnia :  Tuskowy rząd – w szczególności sam premier i minister oświaty Krystyna Szumilas – chce wysłać dzieci do szkoły o jeden rok wcześniej. Jeden rok to dla sześciolatka aż jedna szósta jego życia. Premier Donald Tusk ma ukończone 56 lat, minister Krystyna Szumilas – 57 lat. Jedna szósta ich wieku to przeszło dziewięć lat. Można zatem powiedzieć, że 1 rok życia sześciolatka odpowiada przeszło 9-ciu latom życia osoby w wieku Pana Premiera czy Pani Minister. Czy Donald Tusk i Krystyna Szumilas chcieliby na przykład już dzisiaj być w takiej kondycji psychofizycznej w jakiej będą za 9 lat, czyli w wieku 65-ciu czy 66-ciu lat? Inne są możliwości 65-latka i inne – 55-latka, tak jak odmienne są możliwości sześciolatka i siedmiolatka. Dlatego wymagania stawiane człowiekowi muszą być adekwatne do okresu rozwojowego, w którym się on znajduje.

PD i TM : ( śmiech )

TM: Myślę, iż forumowicz dobrze to zobrazował.

PD : Bo ma rację; dziecko na tym etapie rozwoju nie jest jeszcze gotowe do pracy w pierwszej klasie. Są fenomeny, zdarzają się dzieci, które są już rozwinięte emocjonalnie, społecznie i intelektualnie i wyprzedzają swoich rówieśników, jednak są to tylko przypadki. By móc to zrozumieć, należy wiedzieć, że wszystkie teorie rozwojowe mówią o rozwoju skokowym, a nie liniowym. Różnice pojawiają się nagle i są to różnice jakościowe, nie ilościowe. Tak jest od samego początku. Warto to pokazać na kilku przykładach z różnych okresów rozwoju, żeby dobrze zrozumieć na czym polega problem.

Faza w której noworodek nie widzi otoczenia, nie koncentruje wzroku na obiektach różni się od fazy w której on zaczyna to robić. To jest skok dosłownie z dnia na dzień. To nie jest po prostu więcej tego samego co wcześniej, tylko inny poziom. Wcześniej dla noworodka obiektów nie było, teraz są -inny świat. I dalej też tak jest. Manipulowanie przedmiotami to inna epoka niż ta wcześniejsza, kiedy tylko się na nie patrzyło. Faza samodzielnej lokomocji różni się od fazy, w której dziecko jest zdane na to, że inni będą je przemieszczać. Zresztą wcześniej też mamy taki skok, bo do pewnego momentu matka jest dla dziecka tym samym co pierś, a od pewnej chwili staje się całą osobą. To odkrycie nie do przecenienia, ale ono następuje niemal w jednej chwili.

Jest na przykład taki czas, kiedy dziecko nie potrafi zachować w umyśle obrazu opiekuna, jeśli on nie jest fizycznie obecny. Opiekun znika, to znika na zawsze. Później ta zdolność się pojawia i z tygodnia na tydzień znikanie opiekuna staje się zdarzeniem zupełnie innego rodzaju. Różnica skokowa.

Podobnie z jest wtedy, kiedy dziecko nie ma jeszcze w głowie obrazu siebie i swojego ciała jako całości, a później np. widzi siebie w lustrze. Mówi się o fazie lustra, bo uświadomienie sobie siebie, to odkrycie, pomyślenie „ja jestem, to właśnie ja”. Szympans nigdy tego nie osiąga, a dla samego dziecka świat przed i po tym odkryciu, to zupełnie coś innego. I znów – to nie jest różnica osiągana stopniowo, tylko pewien skok. To się dzieje bardzo szybko, ale każde dziecko przeżywa to w swoim momencie. Ponieważ jesteśmy w internecie, można sobie tę fazę lustra obejrzeć na filmie. https://www.youtube.com/watch?v=8DW-pyip7Yo

” (…) Oczywiście można dziecko wytresować, żeby posługiwało się liczbami na lekcji, nawet jak ma pięć lat, ale jemu na tym etapie rozwoju nie jest to potrzebne, gdyż nie myśli abstrakcjami.To jak chodzik do chodzenia. W niczym nie przyspiesza rozwoju, tylko kręci dorosłych -popatrzcie, jak zasuwa. Bez sensu. (…)”

Piaget – jeden z bardziej znanych teoretyków rozwoju poznawczego – mówi o czterech fazach rozwoju dziecka.

1 faza – [0 do 2 roku życia] sensoryczno – motoryczna – dzieci uczą się przez zmysły.

2 faza – [2 do 7 roku życia] – przedoperacyjna – dzieci starają się uaktywnić swoją wyobraźnię; mają bardzo egocentryczne spojrzenie na świat (egocentryzm oznacza niemożność zrozumienia punktu widzenia innych ludzi).

3 faza – [7-11 lat] faza operacji konkretnej – stosowanie logiki i alternatywnych perspektyw (rozumienie perspektywy innej osoby), pomaga dziecku pojąć związki przyczynowo skutkowe; dzieci mają problem z pojęciami abstrakcyjnymi.

4 faza – [ od 12 roku życia] – dzieci zaczynają myśleć abstrakcyjnie pozwala ona przekroczyć granicę czasu i przestrzeni.

I teraz najważniejsza sprawa – przejścia do kolejnej fazy nie da się wywołać sztucznie. Na przykład: jeśli dziecko nie chodzi, to w niczym nie przyśpieszysz jego chodzenia kupując mu chodzik. Dopóki nie siada, w niczym go nie pośpieszysz sadzając na siłę. Każdy człowiek ma swój rytm i właściwy dla siebie moment, kiedy to się samo uruchomi. Jeśli chodzi o młodsze dzieci w tych pierwszych dwóch latach z teorii Piageta (faza sensoryczno – motoryczna) to polecam publikacje Pawła Zawitkowskiego, gdzie on to bardzo dobrze tłumaczy i m.in. wyjaśnia, czemu naciskanie na zbyt szybki rozwój może więcej zepsuć niż naprawić.

TM: Poruszyłam ten problem w artykule „Wyścig szczurów w pieluchach” . Jednak, w dalszym ciągu nie bardzo rozumiem, jak te skoki rozwojowe mają się do dzieci 6 i 7 –letnich.

PD: W późniejszym wieku jest podobnie. Siedem lat, to nie jest przypadkowy wiek. Dużo dzieje się właśnie w tym czasie i dlatego Piaget mówi o tym przejściu – zyskiwaniu nowej perspektywy – właśnie wtedy. I znowu – skoro to jest internet, proponuję obejrzeć filmy, bo obrazem można więcej i szybciej przekazać. https://www.youtube.com/watch?v=gnArvcWaH6I , https://www.youtube.com/watch?v=GLj0IZFLKvg , https://www.youtube.com/watch?v=gA04ew6Oi9

Niestety na youtube są filmy z eksperymentami Piageta jedynie po angielsku. O co tu chodzi? Dziecko przed osiągnięciem tzw. etapu operacji konkretnej, nie posługuje się pojęciem ilości. Dostaje na przykład dwa równe rządki po pięć monet i owszem, liczy je, ale w swoim intuicyjnym myśleniu. Gdyż w oglądzie świata, który stosuje- naturalnie nie posługuje się liczbą. Zatem, kiedy jeden z rządków zostaje rozstawiony szerzej i staje się optycznie dłuższy, dziecko mówi, że to właśnie tam jest więcej monet – bo widzi dłuższy szereg. Oczywiście ono może już umieć zrobić „raz, dwa, trzy, cztery, pięć” i tak dalej, ale nie używa liczby do rozumienia świata, jeśli nie zostanie do tego zmuszone. Oczywiście można dziecko wytresować, żeby posługiwało się liczbami na lekcji nawet, jak ma pięć lat, ale jemu na tym etapie rozwoju nie jest to potrzebne, gdyż nie myśli abstrakcjami. To jak chodzik do chodzenia. W niczym nie przyśpiesza rozwoju, tylko kręci dorosłych. Popatrzcie, jak zasuwa. – Bez sensu.

To co widać na filmach nie ma nic wspólnego z ilorazem inteligencji. Po prostu pewne rodzaje operacji myślowych są dziecku w pewnym wieku niedostępne. Tak jest na przykład z argumentowaniem. Do pewnego wieku dzieci spierają się po prostu przekrzykując się opiniami. Na przykład:

- mój tata jest najsilniejszy

- a nie, bo mój

- nie, bo mój

A w pewnym momencie pojawia się nowy poziom:

– mój tata jest silniejszy, bo jest wyższy

To skok rozwojowy, bo mamy tezę, ale mamy też argument za tezą. Tego się nie przyśpieszy, ani nie wyuczy na pamięć. To po prostu trzeba osiągnąć samemu, wraz z uzyskaniem nowego poziomu rozwoju, dokładnie tak jak w pewnym momencie dziecko wstaje na nogi, albo zaczyna siadać.

” (…)W szkole problemem nie jest materiał tylko specyficzne traktowanie. Stawianie zadań i rozliczanie ich, pozostawanie nieruchomo, zakaz swobodnego kontaktowania się dzieci między sobą, kiedy tego chcą oraz rytm, inny rozkład sal, brak zabawek … Wiele sześciolatków radzi sobie z rozwiązywaniem pewnych zadań matematycznych, ale robią to przez dwie, trzy minuty. Co się stanie, jak to będzie czas wielokrotnie dłuższy? (…) „

TM: Idąc tropem twoich rozważań … wyczytałam, iż zdaniem pracowników Instytutu Gesella decyzja o rozpoczęciu nauki w szkole powinna być poprzedzona dojrzałością dziecka, nie zaś wieku biologicznego. Tylko widzisz, z jednej strony zgadzam się, iż testy oraz badania mogą nam pomóc w analizie rozwoju dziecka, z drugiej strony jednak mam obawę, że w pewnym momencie sami zapędzilibyśmy się w kozi róg, uznając iż dziecko dopiero 8-letnie jest gotowe do pójścia do pierwszej klasy, bo tak właśnie wyszły testy.

PD: W dzisiejszych czasach, w polskiej szkole – nierealne, więc nie powinnaś mieć żadnych obaw. Jak widać tendencja jest w drugą stronę. Teoretycznie można sobie wyobrazić taką sytuację, że drogą porządnych wieloletnich badań, eksperymentów, studiów, analiz, prób pilotażowych trwających wiele lat i kosztem naprawdę wielkich pieniędzy stworzono by taki program, metodykę i miejsca, gdzie dzieci 6 albo nawet 5-letnie otrzymywałyby porządny zastrzyk rozwojowy dobrze skrojony pod ich możliwości. I, że przygotowano by taką kadrę, która byłaby właśnie do tego i umiałaby wykonywać swoją pracę. Być może w niektórych krajach, gdzie dzieci uczy się wcześniej i my o tym słyszymy pod hasłem, że „przecież tam już nawet pięciolatki są w szkołach podstawowych i nie ma żadnego problemu” tak się właśnie dzieje. Ale szkoła szkole nierówna.

TM: No właśnie, pewna mama , która posłała swoje dziecko w wieku 6 lat do szkoły powiedziała, że drugi raz tego by nie zrobiła. Ma syna. I bynajmniej nie chodzi tu o to, że nie dawał sobie rady w nauce, bo w tej kwestii jest nawet b. dobrze…. tylko o jego ruchliwość na tym etapie rozwoju. To nie był jeszcze moment, by jej dziecko potrafiło skupić się, wyciszyć na dłuższą chwilę. Tymczasem – jak twierdzi owa mama- problem polegał na tym, iż nauczyciele nie byli przygotowani. Traktowali 6-latków na równo z 7-latkami ( mimo, iż klasy były oddzielnie tworzone dla tych dwóch grup ). Jej zdaniem zabrakło przeszkolenia nauczycieli, by ich podejście do 6-latków było troszkę inne jak do 7-latków.

PD : Głownie to jest problem koncentrowania się. Różne dzieci dochodzą do tego w różnych latach i przede wszystkim – nie mylmy rozwoju intelektualnego ze zdolnością bycia w szkole. To, że dziecko liczy i samo czyta nie oznacza, że poradzi sobie w szkole. W szkole problemem nie jest materiał, tylko specyficzne traktowanie. Stawianie zadań i rozliczanie ich, pozostawanie nieruchomo, zakaz swobodnego kontaktowania się dzieci między sobą kiedy chcą, rytm, inny rozkład sali, brak zabawek.. Wiele sześciolatków radzi sobie z rozwiązywaniem pewnych zadań matematycznych, ale robią to przez dwie, trzy minuty. Co się stanie, jak to będzie czas wielokrotnie dłuższy?

Warto też wspomnieć, że jest ogromna różnica między chłopcem a dziewczynką. Dziewczynki statystycznie rzecz biorąc o wiele łatwiej dostosują się do pozostawania nieruchomo w takim wieku. Chłopcy będą mieć kłopot. I to nie jest kwestia choroby (w krajach gdzie mówienie o różnicach płci nie uchodzi, takich chłopców się diagnozuje medycznie) tylko naszej biologii. Chłopcy generalnie (nie wszyscy oczywiście) biegają i szaleją więcej. Dlatego ten system premiuje dziewczynki i demotywuje chłopców.

TM: Może istnieje tu jakaś analogia, gdyż rozmawiając z rodzicami, zauważyłam, iż najczęściej właśnie Ci mający córki byli pozytywnej myśli co do pójścia 6-latków do pierwszej klasy. Na moje pytanie – dlaczego tak uważają? – Jedna z mam stanowczo mi odpowiedziała – Bo tak i już. Sama jestem po pedagogice i wiem.

PD: Być może jej córka się nadaje i mama wie co robi. W końcu zna swoje dziecko najlepiej. Statystyka nie mówi nam nic o jednostkach. Jest mnóstwo dzieci, które bez problemu poradzą sobie w szkole nawet w wieku pięciu lat. Mówmy jednak o całej Polsce.

TM: W takim razie, co powinien zrobić rodzic, jeśli jednak posłał swoje dziecko do klasy pierwszej, a teraz tego żałuje? Czy myślisz, że powtarzanie klasy byłoby dobrym rozwiązaniem?

PD: Nic nie da się powiedzieć, nie widząc konkretnego dziecka. Pamiętaj, że czytają nas różne osoby i mogą być one w całkiem różnych sytuacjach. Generalnie ja nie posyłałbym dziecka do szkoły, jeśli na początku miałbym jakiekolwiek wątpliwości, czy to nie za wcześnie. Natomiast jeśli już się to zrobiło i coś nie idzie, to najważniejsze jest znaleźć odpowiedź na pytanie gdzie jest problem. Czy dziecko nie radzi sobie z materiałem, czy z dłuższym koncentrowaniem się, czy z pozostawaniem dłużej nieruchomo, czy z rówieśnikami, czy z rozłąką..? A może sami mamy jakąś szkolną traumę i rzutujemy ją na dziecko? Dobrze zrozumieć istotę problemu, to więcej, niż połowa rozwiązania.

TM: Jeszcze do końca września, możemy zawrócić takie dziecko do klasy O. Także, jest jeszcze chwilka, by zaradzić ewentualnym problemom. No właśnie, tylko że na tę sugestię, jedno z rodziców wyraźnie stwierdziło, że to mogłoby być uderzeniem w policzek dla dziecka. Otóż, dziecko mogłoby poczuć się gorzej, że gdzieś spada, że nie daje rady. Dziecko mogłoby zamknąć się w sobie. Pomyśleć: „jak, to byłem w pierwszej klasie, a teraz jestem w zerówce?”

PD : No to jest jedna z tysiąca możliwości. Pewnie wiele zależy od tego jak się dziecku tę sytuację przedstawi i w jaki sposób rozmawia się o niej z innymi dorosłymi w czasie, kiedy dziecko siedzi obok, słyszy, a my, jak to dorośli, przekonani jesteśmy, że skoro nie mówimy do niego, to ono nie słyszy.

TM: Wiesz, ja sama zauważyłam, że niektóre szkoły dziś są zupełnie nieprzygotowane na przyjęcie 5 i 6- latków. Szkoły są przepełnione, brakuje sal do zajęć i organizacji. Dzieci pozostawione same na świetlicy rano w tym chaosie, nie radzą sobie z własnymi uczuciami. Początek września mnie uderzył. Był trudny także dla mojego syna, który poszedł do klasy 0.

PD: Przede wszystkim to niczemu nie służy. Z tego, że ośmio, albo dziewięciolatki będą lepiej wypadały w międzynarodowych testach, niż dotychczas – nie wynika, że dorośli będą wiedzieć więcej niż dziś wiedzą. Są międzynarodowe testy pokazujące wiedzę dorosłych o świecie. Robiono je w wielu krajach. I miejsce kraju w teście nie ma żadnego związku z tym, w jakim wieku rozpoczyna się naukę szkolną w tym kraju. Rzecz nie w tym : nie kiedy i jak wiele wiedzy wtłacza się dzieciom, tylko w tym, ile z tej wiedzy pozostanie i na jak długo. A o tym się w Polsce w ogóle nie rozmawia, bo gdyby zacząć, to byłoby bardzo niewesoło. Kiedy się pyta polityków o szkolną wiedzę (dziennikarze często robią takie prowokacje), oni zwykle odpowiadają coś w rodzaju „maturę zdałem dawno temu, więc nie odpowiem” i nikogo to nie szokuje. A to przecież przyznanie, że system poniósł totalną porażkę. Jeśli taka odpowiedź nikogo nie dziwi, to znaczy, że wszyscy godzimy się na uczestniczenie w jakiejś maskaradzie. Ludzie w Polsce po siedemnastu latach edukacji nie są w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytania. Czy rozgrzane powietrze wznosi się, czy opada? Jak zmierzyć wysokość drzewa nie wchodząc na nie? Czy kula ołowiana spada szybciej niż aluminiowa tej samej wielkości, czy wolniej? Jakich naukowców możesz wymienić oprócz Kopernika i Curie Skłodowskiej? I jest kiepsko z tymi odpowiedziami. Rok wcześniej zaczną, to będzie lepiej? Nie sądzę.

TM: Z pewnością powinno dać nam to wiele do myślenia. Myślę, że tym akcentem możemy spokojnie zakończyć. Paweł, bardzo dziękuję Ci za obszerną wypowiedź, za wywiad i poświęcony czas dla Twardej Matki. Mam nadzieję wkrótce spotkać się z Tobą ponownie i tym razem porozmawiać o relacjach w związku między kobietą, a mężczyzną.

PD: Z przyjemnością. Tylko wówczas zarezerwuj sobie więcej czasu ( śmiech ) Pozdrawiam czytelników .

 

Paweł Droździak – psycholog, psychoterapeuta, mediator rodzinny. Pracuje z osobami mającymi trudności w kontrolowaniu zachowań impulsywnych. Prowadzi psychoterapię osób uwikłanych w związki, w których występuje element uzależnienia emocjonalnego. Jest współautorem książek: „Zawsze bezpieczna – psychologiczne aspekty samoobrony kobiet”, „Blisko, nie za blisko” i autorem serii artykułów psychologicznych pisanych dla portalu Republika Kobiet. Występuje jako ekspert w programach radiowych i telewizyjnych.”

TVN24

http://skuteczna-psychoterapia.pl/ -autorska strona Pawła Droździaka

 

 

Rozmawiała : Agnieszka