twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy z tagiem: dziecko

 

Moje zasady by dziecko nam nie weszło na głowę:

 

  1. Zanim pójdziemy do sklepu z dzieckiem ustalamy co kupujemy, czy kupujemy coś dla dziecka np. ustalamy: dzisiaj kochanie kupimy dwa twoje ulubione serki; dziś kupimy zabawkę do kwoty 20 zł lub dziś ustalamy, ze kupimy jedną słodycz. Dziecko z góry wie czego ma się spodziewać. Nigdy nie zmieniajmy ustaleń to wtedy nie będzie krzyków i wymuszania w sklepie gdy zobaczy zabawkę.
  2. Jeśli dziecko nie chce iść gdzieś z nami ( a jest to dla nas ważne lub nam się śpieszy) i staje to idźmy dalej, nie zatrzymujmy się. Zawsze dziecko pobiegnie w końcu za nami. Nie wolno ulegać. Jak stanie trzeba spokojnie powiedzieć, że jest to dla nas bardzo ważne i nie możemy pozwolić sobie teraz na fochy, poprosić spokojnie by poszło z nami i odejść.
  3. Dla dziecka ważne jest systematyczność, plan dnia. Ja często pisałam plan dnia. Wieszałam taki plan i czytałam dziecku na głos. To dla dziecka fajna zabawa. Moje pociechy często pytały się – mamo czy czas już na dobranockę? Mamo czy czas już na deser?
  4. Zasada kropek – na koniec dnia stawiałam kropki – czerwona za dobre zachowanie, zielona za średnie, czarna za złe. Na koniec tygodnia były sumowane i dziecko mogło sobie przykleić na tablicy za dużą ilość czerwonych kropek ulubioną naklejkę. Sposób jest tani i łatwy ale naprawdę skuteczny.
  5. Jak dziecko pobałagani t zazwyczaj krzyczymy lub nie możemy się doprosić by posprzątało po sobie. Ja robiłam to inaczej – odwracałam się do tyłu, zakrywałam oczy i głośno mówiłam
    : O rany jaki tu bałagan, ciekawe czy jakieś dobre wróżki tu przylecą i zrobią mi niespodziankę i posprzątają. OOOO chyba je słyszę już sprzątają, ale byłaby niespodzianka. Mama by była zaskoczona. Dzieci wtedy szybko sprzątają. Jak się odwracałam był już porządek. U mnie to się sprawdzało może i u was się uda.

Życzę powodzenia i cierpliwości J

Trzydniówka – ale o co chodzi, co to jest?

2

Typowa trzydniówka – ostatnio usłyszałam od lekarza. Gardło nie jest zaczerwienione, ucho zdrowe, zęby nie idą a moje dziecko ma wysoką gorączkę i przelewa mi się przez ręce. Dlaczego tak się dzieje, co to jest ta trzydniówka? Czy to jest choroba?
Co to jest trzydniówka:
• Trzydniówka inaczej rumień nagły to choroba wirusowa typowa dla dzieci w wieku od 6 miesiąca do 3 roku życia.
• Trzydniówka trwa zazwyczaj trzy dni
• Na trzydniówkę dziecko może zachorować maksymalnie dwa razy

Jak można się zarazić:
• Dzieci zarażają się od dorosłych poprzez dotyk, picie z jednego kubka itd. Choroba rozwija się w organizmie od 5 do 15 dni od zarażenia.

Objawy
• Wysoka gorączka
• Po trzech dniach może pojawić się drobna wysypka ( małe niebolesne, czerwone plamki ) oraz osłabienie do 2 dni.

Co robić gdy dziecko ma trzydniówkę
• Podajemy leki/ czopki przeciwgorączkowe i obniżamy temperaturę maluszkowi

 

Magda

Cechy charakterystyczne dla tego okresu:

  • Zwolnienie tempa wzrostu i rozrostu
  • Przyśpieszenie rozwoju psychoruchowego
  • Pełne uzębienie mleczne
  • Częstsze zachorowania na choroby zakaźne oraz niebezpieczeństwo nieszczęśliwych wypadków i zatruć

W drugim roku życia przyrost długości ciała wynosi 10 -12 cm a wagi ok. 2,5 kg. W trzecim roku życia długość ciała zwiększa się o ok. 7 cm a waga o ok. 2 kg. Matki zazwyczaj martwią się, że dziecko traci na wadze, a to tylko pozorne chudnięcie zależne od zmian proporcji ciała.

Wzrasta sprawność rąk i precyzja ruchów. Dziecko 2-letnie otwiera pudełka, je łyżeczką i pije z kubka. Ruchy stopniowo automatyzują się , to znaczy, że pewne czynności dziecko wykonuje bez kontroli wzroku.

Układ nerwowy jest jeszcze niepełnosprawny , stąd zmienność usposobienia dziecka ( płacz-śmiech) i skłonność do pewnych odchyleń jak krzyki nocne, bezsenność czy tiki.

Dziecko w wieku 15 miesięcy używa około 5 słów, naśladuje głosy zwierząt, rozumie zakaz; 18 miesięcy używa 10 – 20 słów, 2 lata buduje już proste zdania; 3 lata potrafi powiedzieć krótki wierszyk, a następnie krótkie opowiadanie. Nadmiar nowych słów i coraz dłuższe wypowiedzi prowadzą do zacinania się lub jąkania. Są to zjawiska przemijające.

W 3 roku życia dziecko zaczyna zadawać pytania. W tym okresie dziecko powinno już załatwiać się samodzielnie, a uzębienie mleczne jest pełne czyli ma 20 zębów.

 

Magda

Pamiętacie film „Dzień Świstaka” z Billem Murrayem? Jego główny bohater, prezenter telewizyjny, jedzie do małego miasteczka, aby nakręcić reportaż o dniu, w którym mały gryzoń przepowiada (lub nie) nadejście wiosny. Dziennikarz nie jest zachwycony swoją robotą, stwierdza wręcz, że to najgorszy dzień w jego życiu. Niestety, kiedy budzi się następnego poranka, szybko orientuje się, że… znów jest Dzień Świstaka! I tak w kółko…

Gdy rozmawiam z moimi przyjaciółkami, śmiejemy się, że opieka nad małym dzieckiem i bycie w domu przypomina taki właśnie „Dzień Świstaka”. Kiedy bowiem trochę „ogarniemy się” po porodzie, nauczymy się organizować sobie codzienność, a nasz niemowlak zacznie mieć regularny cykl dnia, szybko dojdziemy do wniosku, że dzień w dzień powielamy te same czynności o stałych porach. Rano – pobudka, trzeba zrobić śniadanie, wyszykować starsze dziecko do szkoły, młodsze nakarmić, ubrać, zabawić. Nastawić pranie, posłać łóżka, ogarnąć dom. Zrobić picie maluchowi, pobawić się, położyć na drzemkę. Po południu – przygotować jedzenie, wyszykować na spacer, wyjść. Zrobić po drodze zakupy. Ogarnąć starsze dziecko po powrocie ze szkoły, zrobić obiad dzieciom i sobie. Pobawić się z maluchem, położyć na drzemkę popołudniową. Starsze dziecko pogonić do zadań domowych lub/i na zajęcia dodatkowe. Zająć się młodszym dzieckiem, poświęcając mu maksimum uwagi, bo wieczorami jest już nieco marudne. Wykąpać malucha, nakarmić, położyć spać. Zrobić kolację, zagonić starszego do łazienki, następnie do łóżka, przeczytać mu książkę, zgasić światło. Usiąść w fotelu, złapać oddech i zabrać się za sprzątanie całodziennego rozgardiaszu… A rano… pobudka i… wszystko zaczyna się od nowa. Na dodatek to tylko dzień w dużym skrócie, bo do tego dochodzi mnóstwo dodatkowych, drobnych czynności, które też powtarzają się w kółko. Przewijanie, przebieranie, sprzątanie, zmywanie, prasowanie, gotowanie… uff.

Podziwiam kobiety, które doskonale sprawdzają się i realizują w domowych warunkach, a na dodatek umieją wszystko zrobić ze spokojem i zachować pogodę ducha. Ja – chociaż uważam się za osobę nieźle zorganizowaną, a na dodatek lubię mieć wszystko zaplanowane i nie znoszę nieprzewidzianych sytuacji – na dłuższą metę męczę się w domowym kieracie i po kilku dniach marzę, żeby uciec, zrobić coś innego, albo po prostu poprzebywać w świecie wyłącznie ludzi dorosłych. I choć kocham moje dzieci miłością absolutną i bezwarunkową, nauczyłam się znajdować sobie sposoby na taką właśnie domową nudę. Może ktoś z Was też zechce z nich skorzystać?

Po pierwsze – staraj się robić jak najwięcej rzeczy dla siebie. Kiedy maluch śpi (a zwłaszcza jeśli ma już mniej więcej regularne drzemki), zostaw prace domowe i zrób coś, co sprawi Ci przyjemność. Weź relaksującą kąpiel, zrób sobie manicure, obejrzyj odcinek ulubionego serialu, poczytaj książkę, posurfuj w internecie. Cokolwiek. Niech to będzie czas tylko Twój. Wiem, że to nie jest takie proste, kiedy w łazience nie domyka się kosz na pranie, czeka sterta rzeczy do prasowania, czy góra brudnych naczyń. Ale trzeba czasem odpuścić, a prace domowe można też wykonywać, kiedy maluch nie śpi. Posadź go wtedy w foteliku, albo połóż na dywanie – niech obserwuje Cię w trakcie domowych działań, to często samo w sobie stanowi dla dziecka rozrywkę. Nie działa? Wymyśl, coś, co je zajmie dodatkowo, np. włącz muzykę i zacznij tańczyć wieszając pranie. Moja córka jest tym zachwycona! Niezłą zabawę stanowi też dla niej rozładowywanie zmywarki – brzękanie garnków, talerzy i sztućców jest zawsze fascynujące. Jeśli masz nosidełko lub chustę, wsadź do niej malucha, niech niektóre prace domowe „wykonuje” z Tobą (o ile za bardzo Cię to nie męczy). Każdy sposób jest dobry, aby jak najwięcej zrobić w trakcie „czuwania” niemowlaka, a jego sen wykorzystać na relaks.

Po drugie – znajdź sposoby na odskocznię od codziennej rutyny. Dla mnie na początku nawet zwykłe wyjście z maluchem do lekarza na wizytę kontrolną urastało do rangi nie lada wydarzenia. Wymagało bowiem ode mnie innej organizacji dnia, a czas automatycznie płynął wtedy szybciej. Wiadomo, że chodzenie z malutkim dzieckiem do dużych supermarketów, czy galerii handlowych nie jest wskazane (zbyt dużo bodźców, zarazków), ale jeśli maluch nieco podrośnie, a Ty masz ochotę na takie właśnie wyjście to – nie przesadzajmy – raz na jakiś czas można sobie na to pozwolić. Tym bardziej jeśli nie mamy dziecka z kim zostawić w ciągu dnia. Spotykaj się ze znajomymi, z rodziną. Jeśli nie chcesz „targać” dzieciaka wszędzie ze sobą, zapraszaj ludzi do siebie. Tobie na pewno dobrze to zrobi, maluch będzie miał rozrywkę widząc nowe twarze. Przebywanie wśród osób dorosłych i oderwanie się od ustawicznego karmienia i przewijania to najlepsze lekarstwo na monotonię i depresję.

Po trzecie – wychodź na długie spacery. Tak, tak, wiem, w naszym klimacie często nie jest to łatwe. Doskonale to znam – obydwoje moich dzieci urodziło się jesienią. Zwłaszcza z synem było mi ciężko – kiedy mógł już wychodzić na dwór była połowa listopada, na dworze szaruga, a ja byłam tak nieogarnięta, że często, kiedy wreszcie się zebrałam, robiło się już ciemno. Mimo to wychodzenie z dzieckiem na zewnątrz jest konieczne – inaczej po krótkim czasie będziemy czuć się jak w więzieniu! Obecna pora zimowa, która na szczęście już się kończy, jest wyjątkowo łaskawa. Przez cały październik, listopad i grudzień, chodziłam z córką na dwugodzinne przechadzki, z czego obie byłyśmy zawsze bardzo zadowolone. Ponieważ nie przepadam za chodzeniem bez celu, każdego dnia wyznaczałam sobie nowe zadanie, np. pójść do dalekiej piekarni po pieczywo, zrobić zakupy w aptece, obejrzeć nowy blok pod lasem itp. A gdy brakuje mi pomysłów, albo nie mam ochoty niczego załatwiać, po prostu zakładam słuchawki, włączam muzykę albo audiobooka i chodzę w kółko po osiedlu. Kiedy pogoda zupełnie nie nadaje się na przechadzkę, wybieram się na przejażdżkę samochodową, żeby zrobić najpilniejsze zakupy, lub po prostu chociaż na chwilę gdzieś się ruszyć.

Po czwarte – zostaw dziecko pod opieką i wyjdź z domu. Oczywiście idealnie jest, jeśli mamy do pomocy dyspozycyjnych dziadków lub kogoś z rodziny, ale czasem bywa z tym ciężko. Dziadkowie daleko, ciocie pracują, mąż / partner wraca zmęczony wieczorem i przebąkuje, że najchętniej to od razu by się położył, albo posiedział przed telewizorem. Nieważne! Warto, naprawdę warto, znaleźć sposób, żeby wyjść z domu samemu. Jeśli nie mamy do pomocy nikogo z rodziny, może uda nam się znaleźć jakąś godną zaufania, niedrogą nianię na godziny? Albo sąsiadkę, dla której w zamian za opiekę nad maluchem, możemy oddać jakąś przysługę? I dlaczego to takie ważne? Ponieważ kiedy wychodzimy z domu bez dzieci, najlepiej odpoczywamy psychicznie. Pod warunkiem, że podczas takiego wyjścia nie myślimy cały czas o tym, co dzieje się z dzieckiem (a zapewniam, że jeśli zostawimy je z osobą godną zaufania, dziecku NAPRAWDĘ nie stanie się krzywda). Jeśli już naprawdę trudno o zorganizowanie opieki osób trzecich, połóż dziecko spać wieczorem, zostaw z tatą, a sama idź do kina. Albo chociaż na godzinny spacer lub pobiegać. Albo na zakupy – cokolwiek, co Cię chociaż na trochę oderwie od domowych spraw. Jedna z moich przyjaciółek mająca trójkę dzieci, po urodzeniu ostatniego, bardzo szybko – zmuszona przez życie – częściowo wróciła do pracy. Gdy stwierdziłam, że musi jej być ciężko, odparła, że wcale nie, że wręcz lubi chodzić na służbowe spotkania, bo kiedy wraca do domu, od razu kocha swoje dzieci jeszcze bardziej… I to jest to!

Po piąte – ciesz się każdym dniem, każdą nową umiejętnością, którą posiądzie Twoje dziecko. Paradoksalnie, kiedy wrócisz do pracy, będziesz pewnie tęsknić za tym, żeby posiedzieć w domu. Człowiek jest bowiem taką śmieszną istotą, że na ogół zawsze chce to, czego nie ma. Nuda i rutyna, która może być taka uciążliwa na urlopie macierzyńskim, po powrocie do pracy może Ci się wydawać najbardziej sielankowym i najpiękniejszym okresem w Twoim życiu… Dzieci są bowiem bardzo wymagające, a opieka nad nimi to ciężka praca, ale czas biegnie szybko, a one równie szybko rosną i wkrótce okazuje się, że w zasadzie to już niczego od nas nie chcą (oprócz pieniędzy, obiadu na stole i wypranych ciuchów…). Każdy okres w rozwoju dziecka niesie za sobą nowe odkrycia, a rodzicom daje różne możliwości na fajne spędzenie czasu z dziećmi. Wiem, że to banalne, ale czasem zapominamy o rzeczach najbardziej oczywistych.

Wiem też, że banalnie mogą brzmieć powyższe rady, ale naprawdę wszystkie te sposoby wypróbowałam na sobie i dzieciach. Jasne, bywają dni, kiedy nie działa nic, bo i dzieci i my miewamy swoje lepsze i gorsze momenty. I pewnie nie wszystkim moje sposoby wydałyby się godne wypróbowania, a niektóre z nich niemożliwe w realizacji z różnych względów. Każdy chyba musi wypracować własne antidotum na „Dzień Świstaka”, bo – choć podobne – u nikogo z nas te dni nie są przecież takie same… a ja chętnie podpatrzyłabym cudze sposoby na domową nudę – może jest coś, co nie przyszło mi do głowy, a mogłabym zastosować z powodzeniem?

Olga.

 

Dylematy indywidualizacji w kształceniu

„- To dziecko jest zbyt gadatliwe, powinno być spokojniejsze. To dziecko jest zbyt małomówne powinno brać większy udział na lekcjach. To dziecko zbyt mało się bawi, powinno bawić się częściej. To dziecko jest mało aktywne, powinno ruszać się więcej. To dziecko zbyt się wymądrza, powinno być cichsze i uważać co i do kogo mówi.” – Można jeszcze usłyszeć takie rozmowy w pokoju nauczycielskim. Co by nie robiło, i tak zawsze coś jest nie tak. Wydaje się, że musi stać się standardowym, uśrednionym dzieckiem, by spełniać oczekiwania swoich nauczycieli, być pośrodku krzywej Gaussa. Nie wyróżniać się niczym niezwykłym, nie sprawiać problemów, nie przeszkadzać nadmiernie, nie podejmować zbyt kreatywnych działań. Bo każde odchylenie od tej normy jest - dla takich nauczycieli z takim podejściem - zachwianiem równowagi w klasie i każdy taki „nietypowy” uczeń powinien w związku z tym mieć „przylepioną etykietkę” z zaburzeniem emocjonalnym, społecznym, rozwojowym lub nawet chorobą psychiczną. I gdy uczennica z II klasy nie radzi sobie z czytaniem, ma problem ze skupieniem się na zajęciach, wówczas najczęściej są organizowane dla niej specjalne lekcje tzw. zajęcia wyrównawcze, które odbywają się już po obowiązkowych lekcjach. Niektóre szkoły nazywają to indywidualizacją w kształceniu. I tu pojawia się pierwszy dylemat, czy opisana wyżej sytuacja jest indywidualizacją w kształceniu, jak to wiele szkół jeszcze dziś przedstawia?Viele Hände halten leere Tafel

By mówić o indywidualizacji w kształceniu, należałoby zdefiniować pojęcie indywidualności, która w tym ujęciu pedagogicznym dotyczy dziecka. Wyjątkowość, samodzielność, specyficzność, odmienność, jednostkowość, oryginalność,odrębność, inność to zbór pojęć obejmujących różnorodność. Różnorodność mówi nam, że my wszyscy z osobna ludzie, jesteśmy niepowtarzalni. Jesteśmy niepowtarzalni jako jednostki i niepowtarzalni jako kultury i społeczeństwa. Każde dziecko powinno czuć, że to co go odróżnia od pozostałych jest czymś cennym, jego indywidualnością, czymś co ma zasięg globalny, dzięki czemu życie na ziemi jest ciekawe i bogate. Jak mamy sprawić, by ceniono różnorodność, jak sami jej nie rozumiemy? To, że mamy takie same prawa, nie oznacza że jesteśmy tacy sami. Dzieci są w jednej klasie i stanowią społeczność, jednak nie oznacza, że w tej samej klasie każde z nich będzie uczyło się w takim samym tempie, będzie miało podobne zainteresowania i motywację, będzie miało tak samo funkcjonującą koordynację, lateralizację, percepcję. Wpływ na naszą inność mają uwarunkowania wewnętrzne i zewnętrzne. Do tych pierwszych zaliczymy: dziedziczność (iloraz inteligencji, talenty wrodzone, inne cechy fizyczne ), specyfikę rozwoju( dziecko rozwija się skokowo w swoim tempie ), aktywność czyli również temperament, dynamikę procesu nerwowego, motywację, uzdolnienia, preferencje poznawcze. Do zewnętrznych zaliczmy środowisko społeczne, postawy, przekonania, systemy wartości. Wszystkie wymienione uwarunkowania wpływają na osobowość dziecka, która jest niepowtarzalna i jedyna. Little child play with book

Wyobraźmy sobie, iż w skład nowo stworzonej klasy I wchodzi ponad dwudziestu uczniów. Każdy z tych uczniów jest taką niepowtarzalną osobowością, różni się poziomem wiedzy, umiejętnościami, dojrzałością emocjonalną, predyspozycjami, talentami, słabymi i mocnymi stronami. I teraz w tej klasie dziecko musi sprostać wymaganiom stawianym przez nauczyciela, który będzie się starał rozwinąć umiejętności dzieci do tego samego jednego punktu zgodnie z Podstawą Programową. Nauczyciel będzie się starał zatem sprawić, by dzieci, które mają tzw. „ braki”, mogły kolokwialnie mówiąc – podgonić temat. Jest więc opcja, iż nauczyciel będzie skupiał większą uwagę na tych dzieciach, jednocześnie nie rozwijając dalej umiejętności dzieci zdolnych, bo te przecież już mogły osiągnąć punkt, do którego zmierza. Czy zatem zwiększoną pracę nad uczniem mniej zdolnym, można byłoby nazwać indywidualizacją w kształceniu? Spójrzmy na to z innej strony, ze strony ucznia zdolnego, na którego uwaga jest mniej skupiona, a materiał na lekcji bywa dla niego łatwy, a co za tym idzie, o wiele szybciej kończy ćwiczenia, ma więcej czasu na lekcjach, zaczyna się nudzić i w końcu przeszkadzać.

Gdyby cofnąć się daleko wstecz do Prus, kiedy kształtowany był obecny system szkolnictwa, wówczas mówić moglibyśmy o koncepcji behawiorystycznej, gdzie nauczyciel adaptacyjny-technik na lekcjach podawał wiedzę niczym kapsułkę, a każdy z uczniów wbrew swojej indywidualności był zmuszony przestrzegać bezwzględnych ram, za które nie było możliwości się wychylić. Każde odchylenie groziłoby ostrą karą i oceną. Być może dlatego w tamtych latach nie było „niegrzecznych” uczniów. Na szczęście te czasy już minęły, jednak w dalszym ciągu obowiązujący system herbartowski nakłada na nauczycieli system oceniania. Co prawda w klasach I-III w Polsce formalnie zniesiono oceny, jednak w dalszym ciągu nauczyciele w własnym zakresie korzystają z punktacji, różnych kropek, uśmiechniętych buziek. Oceny nie tylko dotyczą rozwoju umiejętności językowych, matematycznych, plastycznych, przyrodniczych itd., ale w większości przypadków są stosowane wobec zachowywania się uczniów, ich uczestnictwa i pracy na lekcjach.

Wracając do sytuacji opisanej wyżej: ów zdolny uczeń może zostać źle oceniony ( pochmurną buźką, czarną kropką ) za swoje zachowanie. Im więcej takich buziek i przyczepionych łatek, tym gorsza prognoza. Nie bez powodu światowe badania[i] prowadzone liniowo, potwierdzają, że 98 % dzieci w wieku przedszkolnym jest dziećmi zdolnymi, geniuszami. Natomiast pięć lat później, badania na tej samej grupie dzieci, tylko już w wieku 8-10 lat pokazują, że jedynie 50% uczniów jest uczniami zdolnymi i niestety ta tendencja się utrzymuje. W następnych latach, im dzieci są starsze maleje procent uczniów zdolnych. Oczywiście o samej zdolności uczniów można byłoby napisać odrębną pracę, jednak warto w tym miejscu zacytować Tadeusza Lewowickiego „ Zdolności przejawiają się w różnorodnych czynnościach, przy czym niektóre czynności, nazywane ogólnymi, przejawiają się w wielu ( niektórzy twierdzą nawet że we wszystkich) czynnościach, inne, nazwane specjalnymi, przejawiają się tylko w pewnych określonych czynnościach)[ii]. Uczeń zdolny w opisywanym przykładzie może więc być zdolnym ogólnie, ale w klasie mogą być również inni uczniowie zdolni tylko w niektórych aspektach. Czy wobec tego, mówiąc o indywidualizacji kształcenia można mówić o możliwości rozwoju uczniów zdolnych? Jak wobec tego nauczyciel może wspierać uczniów zdolnych? Jak nauczyciel może w ogóle taką zdolność ucznia zauważyć, kiedy na pierwszy rzut oka uczeń może się właściwie wydawać niegrzecznym?

Dochodzimy, więc do roli nauczyciela. Mówiąc o indywidualizacji kształcenia ma ona kluczowe znaczenie, by owa indywidualizacja w ogóle miała miejsce. Bowiem, to czy nauczyciel określi zachowanie ucznia jako problemowe[iii], zależy w dużej mierze od jego wrażliwości wychowawczej oraz tolerancji wobec określonych form zachowań. Nauczyciel powinien być nastawiony allocentrycznie tzn. nastawiony ku innym ludziom, zazwyczaj właściwość ta kształtuje się pod wpływem doświadczeń życiowych. Niezmiernie istotną cechą jest obserwacja, diagnoza uczniów, metody, którymi się posługuje przy poznawaniu uczniów.

W szkole problemem nie jest materiał tylko specyficzne traktowanie. Stawianie zadań i rozliczanie ich, pozostawanie nieruchomo, zakaz swobodnego kontaktowania się dzieci między sobą, kiedy tego chcą oraz rytm, inny rozkład sal, brak zabawek ...

.

Poznanie wysuwa się na pierwsze miejsce, jako główny element w indywidualizacji kształcenia. Nauczyciel poznaje możliwości dziecka i poznaje jego potrzeby. Bez tych dwóch czynników, nikt dziś nie mówiłby o indywidualizacji w kształceniu. Bo właśnie poznanie potrzeb i możliwości uczniów otwiera drogę na reakcję nauczyciela, który podejmuje się sprawczych działań umożliwiających rozwój umiejętność w różnych sferach w taki sposób, by każda indywidualna osoba, mogła czynnie brać udział w zajęciach. Indywidualizacja nauczania nie ma bowiem na celu tego, aby w określonym czasie doprowadzić umiejętności wszystkich uczniów do tego samego poziomu. Chodzi o taką organizację procesu nauczania, aby każdy uczeń w sposób samodzielny i odpowiedzialny uczył się dalej z tego punktu, w którym się aktualnie znajduje pod względem rozwoju i możliwości. W ten sposób dziecko nie tylko uczy się najefektywniej, ale także rozwija pozytywne nastawienie do uczenia się i nabywa przyzwyczajeń, które pozwolą mu być zainteresowanym, zaciekawionym i pełnym zapału do nowych odkryć. Zadaniem nauczyciela jest umożliwienie nauki każdego dziecka na „krawędzi” jego umiejętności. Ćwiczenia powinny być wystarczająco trudne, aby umożliwić zdobywanie nowych umiejętności – a jednocześnie nie mogą być zbyt trudne, aby nie powodować zniechęcenia i braku wiary we własne możliwości. Spełnienie tego warunku wobec wszystkich dzieci w klasie, podczas gdy poziom ich umiejętności jest bardzo zróżnicowany stanowi dla nauczyciela wielkie wyzwanie.[iv]

Agnieszka D.

 


[i] Zmiana Paradygmatu Edukacji
http://edukacjademokratyczna.pl/filmy#sudbury

[ii] Tadeusz Lewowicki „Kształcenie uczniów zdolnych”

[iii] W. Okoń

[iv]
http://indywidualizacja-nauczania.pl

Często nasze dziecko zgrzyta zębami – dawniej mówiono, że to robaki ale czy to prawda? Zależnie od okoliczności zgrzytanie zębami może być zupełnie niegroźne lub odzwierciedlać zaburzenie o rozmaitym znaczeniu.

  • Jeśli Nasze dziecko zgrzyta zębami w nocy to jest to zupełnie niegroźne – może jedynie denerwować rodziców.
  • Jeśli Nasze dziecko zgrzyta zębami w ciągu dnia to może ono być następstwem nieprawidłowego zgryzu warto wybrać się z malcem do ortodonty.
  • Zgrzytanie zębami może się zdarzyć podczas napadu spazmofilii

Kiedy nasze dziecko zacznie samodzielnie jeść ?

Nasz maluszek dość długo uczy się samodzielnego jedzenia. Dopiero około szóstego roku życia jest na tyle silne i zręczne, że bez naszej pomocy zje cały obiad. Samo pokroi mięso czy ogórka. Nieco wcześniej bo w wieku trzech lat sprawnie operuje widelcem wybierając małe kawałki. W wieku czterech dziecko zaczyna poznawać nóż jednak nie radzi sobie z nim tak jak byśmy tego chcieli. Pamiętajmy jednak by wspierać nasze pociechy w tym co robią bo dla nich jest to naprawdę duży wyczyn.

By dziecko Was nie rozdzieliło

117

Zadzwonił do mnie i tylko wykrzyczał – to pasożyt, je, sika, płacze i jeszcze wiecznie jest głodna. Ja po nocach nie mogę spać, bo się denerwuje, że jeszcze coś jej się stanie. Iga jest już tak zmęczona, ale nie ma wyjścia, bo ja przecież do pracy chodzę. W ciągu dnia musi dawać sobie sama radę!

Moi znajomi, piękni jak z Disneya – jak to ich określiła pewna mała osóbka na facebooku, prowadzili dotąd życie pełne spontanicznych wypadów do knajpek, klubów, galerii. W weekendy często wyjeżdżali raz w góry, raz nad morze, a innym razem zwiedzić kolejne europejskie miasto. Ich życie we dwoje było pełne romantyzmu, które zresztą uwieczniali na swoich zdjęciach rozwieszonych w domu. I tylko jednej jeszcze główki na tychże obrazach brakowało – dziecka. Już od dawna pragnęli mieć maleństwo. Marzyli o tym jakie będzie, jakby je wychowali i jak rozpieszczali. Pragnęli poświęcać mu czas. Wiktor marzył by w przyszłości składać z nim samoloty, grać w piłkę, a Iga patrzeć jak bawi się na placu zabaw. Chodzić z dzieckiem za rączkę i pokazywać świat, uczyć zarówno śmiałości i otwartości, a jednocześnie pokory. Długimi wieczorami często o tym rozmawiali. I wreszcie po wielu próbach, zdecydowali się na invitro. Ta pierwsza się nie udała. Rozpacz i żal, dopadł ich dwójkę. Ponownie wpadli w wir imprez, znajomych, warszawskich knajpek. I kiedy wreszcie uspokoili swoje smutki, po raz drugi spróbowali. Tym razem, Iga była w pewnej ciąży. Ich radość nie miała końca. On codziennie całował ją po brzuszku, rozpieszczał, było wspaniale. Mieli wszystkie nowe markowe ciuchy, wózki, mebelki, tylko odliczali dni do narodzin ich szczęścia. W końcu przyszedł ten dzień, była położna, Wiktor, cała rodzina na korytarzu – jak na filmach, idealnie.

Urodziła się piękna Marysia – tak wspaniała, jak to sobie wyobrazili. Po dwóch dniach, w końcu, przyjechali do domu. Pokoik czekał na malutką. Pierwsza kąpiel miała być nagrywana, ale maleństwo płakało, więc Wiktor odłożył kamerę i szybko z pomocą pobiegł do Igi. W nocy ułożyli Marysię do łóżeczka i sami szczęśliwi położyli się spać. Jeszcze nie zasnęli, a mała już się przebudziła na karmienie, więc mamusia nakarmiła. Po 30 minutach wróciła do sypialni, ale mała nie dała jej pospać dłużej nić 1,5 godziny. W nocy też i Wiktor był zaangażowany w zmianę pieluszek. Na drugi dzień niewyspany tata, jeszcze przed pracą szybko przeniósł łóżeczko do sypialni i przewijak. Pokoik maluszka nie wyglądał już tak uroczo.

Gdy Wiktor po całym dniu ciężkiej pracy wrócił do domu, zastał bałagan, nie było tak jak zwykle romantycznej kolacji z lampką dobrego wina, tylko rozhisteryzowana niezbyt atrakcyjna żona. Dostał do rąk płaczące dziecko… a przeciąż był zmęczony, miał odpocząć i obejrzeć mecz, bo to przecież EURO 2012. Tak to życie zaczęło przebiegać dzień po dniu. I któregoś dnia Wiktor zadzwonił, że już nie daje rady.

Niedoświadczeni rodzice tłumaczyli sobie, że za miesiąc od narodzi będzie lepiej, później, że za rok, … ale przecież za rok dziecko będzie chodziło i trzeba będzie jeszcze bardziej pilnować malucha, dosłownie latać za nim w ciągu dnia. Tymczasem noce dalej będą nieprzespane, bo w tym okresie dziecko cały czas jeszcze budzi się np. na picie.

Prawda jest taka, że dzieci zmieniają nasze życie i nie jest ono już takie jak dawniej. I niestety, dzieje się to z dnia na dzień. Nagle pojawia się maluszek, który całkowicie jest od nas uzależniony. I co gorsza, bez nas nie przeżyje. Ta odpowiedzialność za drugiego człowieka często przerasta dzisiejszych dotychczas wiecznie imprezujących i zapracowanych ludzi. Jednym przychodzi łatwiej pogodzenie się z tą zmianą, ale innym dużo trudniej. Na przykład moi znajomi niestety się rozwiedli. Kiedy Marysia miała prawie dwa latka, Wiktor uciekł od żony, do innej atrakcyjnej młodej brunetki … ale przecież ona też będzie chciała mieć dziecko i koszmar powróci.

To prawda, że dziecko przewraca do góry nogami całe życie. Sama mam maleństwo w domu, i wiem ile czasu trzeba jemu poświęcać. Czy warto decydować się na dziecko? Czy warto poświęcać się dla tej chwili, gdy dziecko patrzy na ciebie z bezgraniczną miłością i uśmiecha się do Ciebie tylko dlatego, że jesteście przy nim? Moim zdaniem tak. Jednak wówczas życie nie będzie wyglądało tak jak poprzednio. Nowy nawał obowiązków w dotychczas spokojnym domu może przyprawiać o zawrót głowy, rodzice między sobą zaczynają się kłócić, obwiniać się, a nawet ostrzej – popadają w paranoje. Dlatego bardzo ważne jest by dwójka rodziców mogła znaleźć czas wyłącznie dla siebie. Proponuję zaangażować do pomocy rodzinę lub przyjaciół, którzy mogliby zostać dzieckiem godzinę lub dwie. I ten czas wolny, mama z tatą mogą poświęcić na wspólne wyjście chociażby do kina i na chwilkę się oderwać od obowiązków rodzicielskich. Te chwile umacniają więź miedzy kobietą i mężczyzną.

 

Magda i Agnieszka

 

 

Porażenie dziecka prądem elektrycznym powoduje rozmaite następstwa. Stopień porażenia jest proporcjonalny do natężenia prądu i do napięcia. Prąd może tez zakłócić pracę serca. Jeśli nasza pociecha włożyła palec do kontaktu i nie może wyjąć, nie wolno dziecka dotykać, bo samemu tez ulegniemy porażeniu. Trzeba natychmiast wyłączyć korki. Jeśli porażenie nastąpiło przez dotknięcie przewodu elektrycznego , trzeba go odsunąć kijkiem lub suchym przedmiotem ( drewnianą lub plastikową łyżką itd.) ponieważ wilgoć przewodzi prąd.
Jeżeli dziecko przestało oddychać, należy natychmiast wykonać sztuczne oddychanie. Warto zabezpieczyć kontaktu – takie zabezpieczenia są tanie a mogą uratować nawet życie.

Katar sienny nie tylko u dzieci.

0

Katar sienny objawia się obrzękiem i zaczerwienieniem błony śluzowej nosa, z którego wypływ obfita, surowiczna, wodnista wydzielina, a także atakami kichania, czasem kaszlem. Tym objawom towarzyszą: swędzenie powiek, zaczerwienienie i obrzęk spojówek. Katar sienny ma ściśle sezonowy charakter, występuje w okresie kwitnienia roślin. O przepisanie leczenia należy zwrócić się do lekarza.