twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy z tagiem: kobieta

By dziecko Was nie rozdzieliło

117

Zadzwonił do mnie i tylko wykrzyczał – to pasożyt, je, sika, płacze i jeszcze wiecznie jest głodna. Ja po nocach nie mogę spać, bo się denerwuje, że jeszcze coś jej się stanie. Iga jest już tak zmęczona, ale nie ma wyjścia, bo ja przecież do pracy chodzę. W ciągu dnia musi dawać sobie sama radę!

Moi znajomi, piękni jak z Disneya – jak to ich określiła pewna mała osóbka na facebooku, prowadzili dotąd życie pełne spontanicznych wypadów do knajpek, klubów, galerii. W weekendy często wyjeżdżali raz w góry, raz nad morze, a innym razem zwiedzić kolejne europejskie miasto. Ich życie we dwoje było pełne romantyzmu, które zresztą uwieczniali na swoich zdjęciach rozwieszonych w domu. I tylko jednej jeszcze główki na tychże obrazach brakowało – dziecka. Już od dawna pragnęli mieć maleństwo. Marzyli o tym jakie będzie, jakby je wychowali i jak rozpieszczali. Pragnęli poświęcać mu czas. Wiktor marzył by w przyszłości składać z nim samoloty, grać w piłkę, a Iga patrzeć jak bawi się na placu zabaw. Chodzić z dzieckiem za rączkę i pokazywać świat, uczyć zarówno śmiałości i otwartości, a jednocześnie pokory. Długimi wieczorami często o tym rozmawiali. I wreszcie po wielu próbach, zdecydowali się na invitro. Ta pierwsza się nie udała. Rozpacz i żal, dopadł ich dwójkę. Ponownie wpadli w wir imprez, znajomych, warszawskich knajpek. I kiedy wreszcie uspokoili swoje smutki, po raz drugi spróbowali. Tym razem, Iga była w pewnej ciąży. Ich radość nie miała końca. On codziennie całował ją po brzuszku, rozpieszczał, było wspaniale. Mieli wszystkie nowe markowe ciuchy, wózki, mebelki, tylko odliczali dni do narodzin ich szczęścia. W końcu przyszedł ten dzień, była położna, Wiktor, cała rodzina na korytarzu – jak na filmach, idealnie.

Urodziła się piękna Marysia – tak wspaniała, jak to sobie wyobrazili. Po dwóch dniach, w końcu, przyjechali do domu. Pokoik czekał na malutką. Pierwsza kąpiel miała być nagrywana, ale maleństwo płakało, więc Wiktor odłożył kamerę i szybko z pomocą pobiegł do Igi. W nocy ułożyli Marysię do łóżeczka i sami szczęśliwi położyli się spać. Jeszcze nie zasnęli, a mała już się przebudziła na karmienie, więc mamusia nakarmiła. Po 30 minutach wróciła do sypialni, ale mała nie dała jej pospać dłużej nić 1,5 godziny. W nocy też i Wiktor był zaangażowany w zmianę pieluszek. Na drugi dzień niewyspany tata, jeszcze przed pracą szybko przeniósł łóżeczko do sypialni i przewijak. Pokoik maluszka nie wyglądał już tak uroczo.

Gdy Wiktor po całym dniu ciężkiej pracy wrócił do domu, zastał bałagan, nie było tak jak zwykle romantycznej kolacji z lampką dobrego wina, tylko rozhisteryzowana niezbyt atrakcyjna żona. Dostał do rąk płaczące dziecko… a przeciąż był zmęczony, miał odpocząć i obejrzeć mecz, bo to przecież EURO 2012. Tak to życie zaczęło przebiegać dzień po dniu. I któregoś dnia Wiktor zadzwonił, że już nie daje rady.

Niedoświadczeni rodzice tłumaczyli sobie, że za miesiąc od narodzi będzie lepiej, później, że za rok, … ale przecież za rok dziecko będzie chodziło i trzeba będzie jeszcze bardziej pilnować malucha, dosłownie latać za nim w ciągu dnia. Tymczasem noce dalej będą nieprzespane, bo w tym okresie dziecko cały czas jeszcze budzi się np. na picie.

Prawda jest taka, że dzieci zmieniają nasze życie i nie jest ono już takie jak dawniej. I niestety, dzieje się to z dnia na dzień. Nagle pojawia się maluszek, który całkowicie jest od nas uzależniony. I co gorsza, bez nas nie przeżyje. Ta odpowiedzialność za drugiego człowieka często przerasta dzisiejszych dotychczas wiecznie imprezujących i zapracowanych ludzi. Jednym przychodzi łatwiej pogodzenie się z tą zmianą, ale innym dużo trudniej. Na przykład moi znajomi niestety się rozwiedli. Kiedy Marysia miała prawie dwa latka, Wiktor uciekł od żony, do innej atrakcyjnej młodej brunetki … ale przecież ona też będzie chciała mieć dziecko i koszmar powróci.

To prawda, że dziecko przewraca do góry nogami całe życie. Sama mam maleństwo w domu, i wiem ile czasu trzeba jemu poświęcać. Czy warto decydować się na dziecko? Czy warto poświęcać się dla tej chwili, gdy dziecko patrzy na ciebie z bezgraniczną miłością i uśmiecha się do Ciebie tylko dlatego, że jesteście przy nim? Moim zdaniem tak. Jednak wówczas życie nie będzie wyglądało tak jak poprzednio. Nowy nawał obowiązków w dotychczas spokojnym domu może przyprawiać o zawrót głowy, rodzice między sobą zaczynają się kłócić, obwiniać się, a nawet ostrzej – popadają w paranoje. Dlatego bardzo ważne jest by dwójka rodziców mogła znaleźć czas wyłącznie dla siebie. Proponuję zaangażować do pomocy rodzinę lub przyjaciół, którzy mogliby zostać dzieckiem godzinę lub dwie. I ten czas wolny, mama z tatą mogą poświęcić na wspólne wyjście chociażby do kina i na chwilkę się oderwać od obowiązków rodzicielskich. Te chwile umacniają więź miedzy kobietą i mężczyzną.

 

Magda i Agnieszka

 

 

Nawet nie wiedziałam, iż wystarczy zwykłe USG, by dowiedzieć się ile milimetrów ma tłuszcz zaraz pod skórą właściwą. Tymczasem to zupełnie proste badanie trwające tylko chwilkę, gdyż wystarczy na 5 sekund przyłożyć głowicę ultrasonograficzną, pokazuje w jakim procencie obrzęki występujące chociażby na rękach, są spowodowane nagromadzonym tłuszczem, a w jakim zebraną wodą. I na całe szczęście są jeszcze lekarze, którzy wykonują takie badanie bez dodatkowych kosztów związanych z wizytą lekarską. Ot, chociażby u endokrynologa, diabetyka, ginekologa. Nie przepisują leków odwadniających jedynie na podstawie wywiadu z pacjentem i ucisków na rzekomo obrzęknięte ciało. Bowiem, same środki odwadniające są bardzo niebezpieczne dla organizmu. Wypłukują bardzo ważne minerały jak chociażby niezbędny potas, który ma wielokierunkowy wpływ na serce. „To już mit : lekki ucisk na partię ciała, by później sprawdzić czy powstaje biały dołek utrzymujący się dłuższą chwilkę oznaczający obrzęk – powiedział wczoraj jeden ze specjalistów z podwarszawskiej prywatnej kliniki – teraz bardzo dużo kobiet choruje na hashimoto, wiele z nich ma obrzęki widoczne gołym okiem, ale inne mają tak jakby opuchnięte nadgarstki spowodowane nagromadzonym tłuszczem, a nie wodą. W tym przypadku przy ucisku również pojawią się dołki. Może być to mylące dla niektórych, a podanie środków odwadniających w tym przypadku bardzo niebezpieczne”

Ten wpis publikuje ku przestrodze. Dziś 10 % populacji choruje na hashimoto. Choroba ta zbiera coraz większe żniwa. Wielu pacjentów skarży się na obrzęki, opuchlizny te długotrwałe i te krótkotrwałe. Mają problemy z przemianą węglowodanów i tłuszczy. I nie rzadko też sięgają po środki odwadniające, niekiedy nawet nie bacząc na konsekwencje, załatwiając recepty od znajomych lekarzy

 

Drifting to tak naprawdę styl życia. To wolność i przede wszystkim dobra zabawa z domieszką adrenaliny. Zawodnicy, potocznie nazywani „drifterami” to specyficzni ludzie z wielkim uśmiechem na twarzy, otwarci na świat. Wszystko to sprawiło, że zakochałam się w tej dyscyplinie i kibicuje jej rozwojowi w naszym kraju.

Prawda jest taka, że dołączyłam do Stowarzyszenia Sprintu Samochodowego na drugiej rundzie w sezonie w którym debiutował Super Drift Cup. Bacznie obserwowałam sposób organizacji zawodów. Dało mi to podstawowy pogląd na to, co jest dobre, a co trzeba by zmienić. Metodami prób i błędów z roku na rok staramy się ulepszać naszą serię. Priorytetem są dla nas zawodnicy i ich zadowolenie.

 Dla driftmania Natalia Zarudzka, o której śmiało możemy powiedzieć, iż jest organizatorem jednych z ważniejszych zawodów w driftingu. 

TM. Skąd u Ciebie Natalio, wzięło się to zamiłowanie do motoryzacji?

Sama nie wiem:) Może wyssane z mlekiem matki (mama pracowała w PIMot’cie:) Zawsze interesowałam się dlaczego samochód jedzie:) Jak to jest zbudowane? Wpadki i źle naprawiane usterki w „różnych” warsztatach frustrowały mnie. Kiedy kupiłam swój pierwszy samochód … wpadłam jak śliwka w kompot. Znam każdą jego śrubę:) rozkręciłam go do zera po czym skręciłam. Tak to prozaicznie się zaczęło. Znajomi się śmieją, że ja nastawiona jestem zawsze na KONIE i te żywe i te mechaniczne. Jest coś w tym:)

TM: Rozumiem, że na co dzień zajmujesz się pracą w stajni?

NZ : Tak, konie te nie-mechaniczne są moją drugą i równie ważną pasją.

TM: Wracając, jednak do motoryzacji…..mam wrażenie, iż przebicie się przez ten wachlarz mężczyzn w tym typowo zarezerwowanym dla nich sporcie, wcale nie musiało być łatwe dla kobiety, czy mam rację?

NZ: Czynnie działam w Stowarzyszeniu Sprintu Samochodowego organizując serię driftingową SSSuper Drift Cup. Na naszych imprezach rzeczywiście zdecydowaną większość stanowią mężczyźni. Kobiety najczęściej przychodzą jako osoby towarzyszące. Na pewno są wśród nich te, które podzielają pasje motoryzacyjną, ale nie mają siły przebicia. Utarło się, że mechanika pojazdowa to sprawa męska, bo to brudne, często wymagające dużej siły zajęcie. Mało kobiet chce być utożsamiane z tym zawodem, gdyż kojarzą to z utratą swojej kobiecości. Tylko te silne i pewne siebie w pełni rywalizują na tej płaszczyźnie z mężczyznami. I niestety, prawda jest taka, że w tym sporcie kobieta zawsze powinna wiedzieć dużo więcej niż mężczyzna. Jest dla nas stawiana dużo wyżej poprzeczka, bo przecież baba nie może znać się na samochodach. Często kobiety poniżane, degradowane, ośmieszane poddają się w walce o swoją pasję związaną z motoryzacją. I nadal są nowością w warsztatach, często przenosząc im renomę – bo jak często kobieta mężczyźnie wymienia olej w silniku?:)

Dziewczyny walczcie o swoje pasje, poszerzajcie swoją wiedzę i nie dajcie się przeciwnością. Nigdzie nie jest napisane, że mechanik musi mieć „jabłko adama”.
Natalia Zarudzka

TM Przyznam się, iż ja również byłam mocno zaskoczona, gdy pierwszy raz Cię zobaczyłam. Siedziałam i czekałam na odbiór swojego auta, kiedy przyjechałaś. Z pewnością zaczęłaś coś majstrować pod maską swojego samochodu, mówiłaś językiem motoryzacji, poruszałaś się w około tych wszystkich sprzętów niczym ja w kuchni przy pieczeniu ciasta. Ojej, co za porównanie ( śmiech ) !

NZ ( śmiech ) I dlatego chciałaś zrobić ten wywiad. Sama widzisz, że nawet na kobietę robi wrażenie druga kobieta mająca wiedzę z zakresu mechaniki samochodowej.

TM Myślę, że jakby było więcej kobiet w warsztatach, miałybyśmy do nich większe zaufanie. Kobiet zmotoryzowanych przybywa i nie rzadko jest tak, iż to właśnie my same musimy zadbać o serwis naszego auta. Tylko mam wrażenie, że przedstawicielki naszej płci bywają jednak traktowane jak „typowe blondynki”. Mechanicy wciskają im przysłowiowy kit, wyciągają pieniądze.

NZ : Szczerze mam ogromną nadzieję, że czasy naciągania kobiet w warsztatach samochodowych minęły bezpowrotnie. Duża konkurencja na tym rynku wręcz wymusza dobrą i rzetelną obsługę klienta. Raz oszukany/naciągnięty klient nigdy już do takiego miejsca nie wróci, a wraz z nim rzesza jego znajomych. Jednak aby ustrzec się przed takimi sytuacjami przede wszystkim należy zawsze kierować się do sprawdzonych/polecanych warsztatów. Po drugie: Należy zadawać pytania! To podstawa.

Należy zadawać pytania ! To podstawa. Przed jakąkolwiek wymianą mechanik, właściciel warsztatu powinien poinformować nas o swoich zamiarach, uzasadnić potrzebę wymiany oraz określić przybliżone koszty naprawy ( podając osobno cenę części wymiennej i   robocizny ) Należy także zapytać co by było gdybyśmy nie wymieniły danej części. To pytanie bardzo łatwo weryfikuje zasadność wymiany.

Przed jakąkolwiek wymianą mechanik, właściciel warsztatu powinni poinformować nas o swoich zamiarach, uzasadnić potrzebę wymiany oraz określić przybliżone koszty naprawy (podając osobno cenę części wymiennej oraz robocizny). Należy zapytać się wówczas co by było, gdybyśmy nie wymieniły danej części. To pytanie bardzo łatwo weryfikuje zasadność wymiany:)

TM:  W takim razie doradź nam, jak powinien wyglądać przegląd samochodowy…taki, w którym wymienia się olej, filtry, inne płyny? Czy na przeglądzie powinny być jeszcze inne części sprawdzone, jeśli tak, to które? I w jaki sposób kobieta, sama może sprawdzić, czy rzeczywiście przegląd przebiegł prawidłowo?

NZ: Minimum raz do roku powinnyśmy taki przegląd naszemu autu zafundować. Podczas niego mechanik ma obowiązek sprawdzić:

1. Stan ogumienia – czy jest odpowiednia wysokość bieżnika i czy jest równomiernie ścierany. Co na to przepisy ruchu drogowego: 1,6mm wysokości bieżnika jest minimalną wartością dopuszczalną do użytkowania na drodze. Z doświadczenia śmiało stwierdzam, że jeżeli bieżnik spada poniżej 4 mm, należy opony wymienić na nowe. Wydłuża się bowiem droga hamowania, zmienia przyczepność oraz efektywność odprowadzania wody. Jak sprawdzić wysokość bieżnika? Można to zrobić monetą 2 groszową. Wkładamy ją w rowek opony koroną do dołu. Jeżeli widzimy CAŁĄ koronę, oponę należy wymienić na nową.

2. Klocki hamulcowe oraz tarcze – podczas tego badania mechanik sprawdza grubość i stopień zużycia tarcz hamulcowych oraz grubość okładziny na klocku hamulcowym.W przypadku tarcz hamulcowych wentylowanych ich minimalna grubość waha się 18-20mm, przy tarczach niewentylowanych jednolitych 10-11 mm. Co ile wymieniamy tarcze? To zależy do naszego sposobu jazdy. Przyjmuje się, że tarcze wymieniamy (zawsze OBIE) po 2-3 wymianach klocków hamulcowych (60 000 – 100 000 km). Tarcze mogą ulec tzw. zwichrowaniu jak po ostrym i długim hamowaniu nagle wjedziemy w kałuże. Skąd mam wiedzieć, że tarcze są zwichrowane? Podczas delikatnego hamowania czujemy drgania na kierownicy. Klocki hamulcowe są dużo tańsze w wymianie. Warto wymieniać je regularnie, gdyż zużyty klocek hamulcowy niszczy tarcze. Ciężko jest określić co ile tysięcy kilometrów podlegają wymianie. To w głównej mierze zależy od stylu jazdy kierowcy. Ci bardziej dynamiczni, ostro hamujący wymieniają nawet co 10 000 km! A przeciętnemu kierowcy starczą na 100 000 km. Warto zawsze do nich zajrzeć np. podczas sezonowej wymiany opon jak i przy każdej okazji zdjęcia koła. Nowoczesne samochody same dają nam informacje, że najwyższa pora wymienić klocki hamulcowe:) Pamiętajmy! Nowe tarcze to też nowe klocki! Nie wolno zakładać starych klocków do nowych tarcz! Jeżeli klocki nagle zaczną piszczeć podczas hamowania (a tak na prawdę piszczą blaszki przy nich) to dobry sygnał, że najwyższa pora je wymienić:) Mechanik powinien zajrzeć również do zbiorniczka z płynem hamulcowym i ocenić jego stan. Płyn powinien być przeźroczysty, żółty i mieć odpowiedni poziom w zbiorniczku. WAŻNE: Po wymianie klocków mechanik powinien „ułożyć” klocki hamulcowe – czyli odpowiednio nimi zahamować, aby sprawdzić czy dobrze „łapią”. Najczęściej polega to na rozpędzeniu auta do 30 km/h a następnie ciągłe hamowanie (delikatne) do 15 km/h. Próbę powtarza się 3-4 razy aby klocki się „ułożyły”. W przypadku tarcz hamulcowych ich docieranie trwa trochę dłużej i polega na spokojnej jeździe bez gwałtownego hamowania. Może to potrwać nawet 100 km.

3. Wymiana oleju silnikowego wraz z filtrem oleju  W przypadku rodzinnego auta raz do roku lub raz na 10 – 15 000 km należy wymienić olej w silniku. Zaznaczyłam zastosowanie auta, gdyż w samochodach sportowych olej wymienia się nawet co 5 000 km. Uwarunkowane jest to zakresem pracy silnika oraz jego „żyłowaniem”. Po tym czasie olej traci swoje właściwości, przepala się zmieniając swoją barwę oraz konsystencje. Jeżeli zapomnimy o wymianie oleju możemy narazić się na duże koszty związane z remontem silnika. Powinnyśmy często sprawdzać poziom oleju oraz jego barwę. Na pewno trzeba to zrobić przed planowaną dłuższą podróżą. Jak to zrobić? Należy zaopatrzyć się w chusteczkę higieniczną, wyją bagnet oraz wytrzeć go do sucha. Następnie włożyć bagnet z powrotem na swoje miejsce i znowu wyciągnąć ale NIE odwracać go do góry nogami! Wyciągamy go i w tej samej pozycji jak był włożony patrzymy na jakiej wysokości kończy się olej na bagnecie. Na każdym bagnecie są wycięte kreski – minimum/medium/full. Należy pilnować, aby poziom oleju nie przekroczył stanu FULL jak i również nie spadł poniżej minimum. Obie nieprawidłowości niekorzystnie wpływają na warunki pracy silnika. Na bagnecie możemy też ocenić kolor oleju – żółty/brązowy/czarny. Czarny to zdecydowanie zły kolor:)

4. Sprawdzenie układu kierowniczego wraz z płynem wspomagania W przypadku płynu wspomagania (jeżeli nasze auto jest w to dobrodziejstwo wyposażone) należy pilnować poziom w zbiorniczku wspomagania. Płyn ten nie powinien być ciemny. Brak płynu spowoduje brak wspomagania:) O ile nie jest to groźne jak się stanie na parkingu – tylko więcej siły będziemy musiały włożyć w kręcenie kierownicą – tyle może nas nieźle zaskoczyć podczas jazdy.

5. Sprawdzenie układu chłodniczego wraz z płynami Silnik lubi temperaturę optymalną dla swojej pracy:) Nie lubi za niskiej temperatury ani tej za wysokiej. Przede wszystkim należy pamiętać, że temperatura w jakiej pracuje silnik jest bardzo ważna dla oleju silnikowego i to właśnie on ma swoje „ulubione” warunki pracy. Je zapewnia i gwarantuje sprawny układ chłodzenia którego sercem jest pompa wody, a płucami chłodnica. Jeżeli dostrzeżemy ubytki płynu chłodniczego w zbiorniczku wyrównawczym należy zgłosić się do warsztatu samochodowego. Może to oznaczać nieszczelność układu chłodzenia jak i niesprawność pompy wody czy termostatu (czujnika kontrolującego temperaturę). Na pewno nie należy czekać, aż wskaźnik w desce rozdzielczej odpowiedzialny za wysokość temperatury powędruje na czerwone pole. Regularne sprawdzanie poziomu płynu chłodzącego w zbiorniczku wyrównawczym powinno uchronić nas przed niespodziankami.  WAŻNE: nie należy uzupełniać braku płynu WODĄ – owszem jest to najtańszy sposób, ale powoduje rdzewienie elementów stalowych w układzie chłodzenia a w zimę… no cóż – woda moje panie zamarza:) Warto mieć w bagażniku chociaż litr borygo:) W awaryjnych sytuacjach lejemy wody a następnie szybko udajemy się do warsztatu aby naprawić usterkę oraz wymienić płyn.

 6. Wymiana filtra powietrza, filtra kabinowego Wymiana filtra powietrza powinna być połączona zawsze z wymiana oleju – raz do roku to minimum. Filtr powietrza zapewnia silnikowi dopływ czystego powietrza, bez drobinek kurzu. Silnik bardzo nie lubi ciał obcych. Zanieczyszczony filtr powietrza daje czasami o sobie znać poprzez „skakanie” obrotów silnika. Filtr kabinowy wymienia się rzadziej. Jeżeli parują Ci szyby i nie jesteś w stanie się tego pozbyć – to jasny przekaz: wymień filtr kabinowy:)

7. Sprawdzenie gum zawieszenia oraz amortyzatorów Tutaj przyda się też informacja jeżeli coś Wam stuka i puka. Warto o tym wspomnieć mechanikowi podczas przeglądu. Jego obowiązkiem jest sprawdzić wszystkie gumy oraz łączniki, gdyż jak każdy element podlegają zużyciu. Bardzo istotne jest to, że jak sypie się jedno to nienaprawione będzie wpływało na resztę zawieszenia i lawinowo będą się psuły kolejne elementy. Np. zwichrowane tarcze które powodują drgania na kierownicy bardzo szybko zniszczą drążki kierownicze, które nie wymienione zniszczą maglownicę. Ciągnie to za sobą duże koszty.

 8. Sprawdzenie szczelności układu wydechowego. Mechanik mając auto na podnośniku przy okazji np. spuszczania oleju może spojrzeć na układ wydechowy i zlokalizować ewentualne nieszczelności. Każda nieszczelność w układzie wydechowym to dodatkowe decybele:) A tych na jezdni nie powinno być więcej niż 94:) Inaczej Pan policjant może odebrać nam dowód rejestracyjny albo samochód może nie przejść okresowego badania technicznego.

TM : Natalio, bardzo dziękuję Ci, że podzieliłaś się z nami swoją cenną wiedzą.  Naprawdę doceniamy to, że znalazłaś czas, by nam to wszystko wyjaśnić. Są wśród nas miłośniczki motoryzacji, którym pokazałaś, że jednak można iść w tym kierunku za swoją pasją i się rozwijać, dodałaś im nadziei i otuchy. Są również wśród nas kobiety, które jednak mimo, iż są zmotoryzowane, zupełnie nie wiedzą jak radzić sobie z serwisem. Na tym blogu podzieliłaś się z nami fantastyczną wiedzą, dodałaś kilka wspaniałych rad i wskazówek, które sama zresztą wyłapałam i podkreśliłam. Dla mnie na przykład zupełną nowością było sprawdzenie ogumienia za pomocą 2groszówki. Jesteś dla nas kobiet – inspiracją.

NZ: Bardzo się cieszę, że mogłam pomóc

 

Z Natalią Zarudzką rozmawiała Agnieszka

 

 

 

 

 

 

Wiosną tego roku, po raz pierwszy zetknęłam się z nowym zabiegiem, będącym jednym z rodzajów mezoterapii. Wcześniej, bo już kilka lat temu poddałam się podobnemu – mezoterapii bezigłowej. Polega to na wprowadzeniu do skóry właściwej substancji odżywczych pod wpływem impulsów elektrycznych. Proces ten nazywa się elektroporacją. I zachodzi to za pomocą specjalnego urządzenia do mezoterapii. Jest to metoda nieinwazyjna, co dla niektórych z nas, mających delikatną skórę, problematyczną, skłonną do zaczerwień, naczynkową może być doskonałym sposobem na utrzymanie jej w dobrej kondycji. Kosmetolog po sprawdzeniu stanu skóry dobiera odpowiednie substancje. Między innymi można zaaplikować specjalne ampułki nawilżające, odżywcze, przeciwzmarszczkowe. Ja osobiście zastosowałam tę ostatnią. Jakie były rezultaty?

Dwa dni po zabiegu, moja twarz była bardziej ujędrniona, jakby grubsza, zmarszczki mimiczne, głównie bruzdy nosowo-wargowe troszkę się uwypukliły. Jednym słowem byłam gładsza i młodsza. Mimo swoich wtedy 33 wiosen wyglądałam zdecydowanie młodziej o kilka lat. Moja skóra nabrała blasku i promieniała dwa dni No właśnie dwa dni, bo potem wszystko wróciło do normy. Aktywne zaaplikowane składniki w ciągu mniej więcej 48 godzin wniknęły w głębsze warstwy skóry. To zaś spowodowało, iż skóra, która jest widoczna nie była już tak napięta.

Według mnie ten zabieg powinno powtarzać się raz lub dwa razy w tygodniu, tak by stymulować skórę do odnowy i rewitalizacji. Równomiernie aplikowane składniki wypełniają przestrzeń międzykomórkową, co daje nam wyraźne efekty naprężenia. Po serii 10 zabiegów skóra byłaby w lepszej kondycji o wiele dłużej. Niektórzy twierdzą, iż potem wystarczy jedynie zrobić raz na dwa miesiące zabieg przypominający. Ok, ale to kosztuje. Za mezoterapię bezigłową już w podwarszawskich ekskluzywnych instytutach kosmetycznych zapłacimy od 140 do 200 zł. Czyli 10 zabiegów będzie kosztowało około 2000 zł.

Inną metodą, jest mezoterapia igłowa. Jest to już metoda inwazyjna, naruszająca strukturę skóry. Skóra jest ostrzykiwana specjalnym pistoletem lub innym dostępnym na rynku urządzeniem wyposażonym w mikroigły. Ogólnie mówi się, iż jest to zabieg bezbolesny, z czym ja akurat zupełnie się nie zgodzę. By porównać odczucia, przy tym zabiegu zastosowałam na jednej połowie twarzy specjalny krem znieczulający, a drugiej nie. I jak dla mnie – ten zabieg nie jest do wykonania bez znieczulenia. To boli i piecze, a dodatkowo miejscami krwawi. Podobnie zresztą jest tuż po samym zabiegu, cała twarz jest mocno podrażniona i zaczerwieniona. Miejscami widać małe ślady nakłuć. I muszę przyznać, iż w przeciwieństwie do mezoterapii bezigłowej od razu nie widziałam żadnych efektów. Oglądać i podziwiać je przyszło mi dopiero po kilku dniach. Za pierwszym razem użyłam ampułki nawilżającej, gdyż miałam mocno przesuszoną skórę po zimie. I naprawdę po tygodniu od zabiegu, na mojej twarzy przestała łuszczyć się skóra. Cera była gładsza i milsza w dotyku, a ja nawet nie potrzebowałam – przez jakiś czas – używać kremu nawilżającego. Wtedy ta mezoterapia bardzo mi pomogła. Ta druga przeciwzmarszczkowa – zastosowana kilka miesięcy później już mnie tak nie powaliła z nóg. Mam wrażenie, że nawet po kilku dniach od tego zabiegu, gdzie efekt liftingu powinien być już dobrze widoczny, moja twarz nie emanowała takim blaskiem i napięciem jak to było w te 48 godzin po mezoterapii bezigłowej.

Myślę, że dużo też zależy od preparatów jakich się używa, mam na myśli ampułki. W jednych gabinetach mogą być lepszej jakości lub w większej ilości podane; i na odwrót – w innych gabinetach kosmetycznych podaje się mniejsze ilości substancji odżywczych lub ampułki gorsze jakościowo, czego później skutki widoczne są gołym okiem. Radzę zatem, by samemu kupować ampułki lub czytać o nich i się dokładnie dowiedzieć ile aktywnego preparatu powinno się podać podczas samej mezoterapii. Później można wykazać się ową wiedzą w samym gabinecie, może w ten sposób zmobilizujemy kosmetyczkę by nałożyła nam odpowiednią ampułkę, w odpowiedniej ilości.

Jest jeszcze trzecia metoda, właśnie ta którą próbowałam wiosną tego roku – dla mnie najlepsza, której poświęcę następny wpis.

 

Agnieszka

Zespół zadowolenia z życia połączony momentami euforii i ogólnego optymizmu jest pragnieniem każdego z nas. Pragnieniem tak wielkim, iż niejeden poszukiwacz szczęścia mógłby równać się poszukiwaczom złota. Pragnienie tak drogocenne unikatowe, że mogłoby przypadać jedynie tym urodzonym pod szczęśliwą gwiazdą czy też w przysłowiowym czepku. Nic bardziej mylnego.

Przez ostatnie niemalże 10 lat grzebałam w swoim życiu, wiecznie doszukując się odpowiedzi na słowo dlaczego. Każdy większy problem, rozdrabniałam na inne mniejsze, a te z kolei wciąż analizowałam. Mówiłam o swoich problemach, radziłam się innych, porównywałam je do doświadczeń osób w podobnych sytuacjach, czytałam książki psychologiczne oraz korzystałam z terapeutów, a nawet za namową znajomych niekiedy z porad wróżbiarskich. W mojej głowie wiecznie żyły moje problemy, stały się częścią mnie i mojego życia.

” Na tym polega problem. Większość ludzi myśli o tym, czego nie chce, i zastanawia się, dlaczego to co niechciane bezustannie pojawia się”
Sekret Rhonda Byrne

Mapa Myśli z Freepik.com Na jej podstawie, zobacz jak możesz rozciągnąć swój problem

Mniej więcej rok temu, trafiłam na film, a potem na samą książkę „Sekret”Rhonda Byrne. Zapewne większość z Was wie, o czym traktuje książka i zna tajemnice Wielkiego Sekretu. Jednak dla tych, którzy po raz pierwszy zetknęli się z tym tytułem wspomnę, iż chodzi w niej o prawo przyciągania. Książka traktuje o tym, iż myśli działają jak magnes i przyciągają to o czym myślimy. Oznacza to, iż każda nasza myśl jest odzwierciedleniem naszego życia. I jeśli myślimy negatywnie, wówczas nasze życie jest pełne trosk i obaw. Gdyż rozgrzebywanie problemów bywa bardzo często naszą trucizną, którą zresztą sami sobie podajemy.

Przytoczę prosty przykład: jadąc samochodem na spotkanie trafiasz na zakorkowaną ulicę i stoisz dobrych kilka minut, jaka wówczas pierwsza myśl przychodzi Ci do głowy? Dam Ci chwilę do namysłu…………………………………………………………. Większość z was zapewne odpowiedziałaby :”żeby się nie spóźnić”. W sytuacji odmierzającej czas, powtórzylibyście te słowa jeszcze wielokrotnie „żeby się nie spóźnić”, a owe nawracające myśli nabrałyby więcej mocy i realizmu i w konsekwencji….? Spóźnilibyście się. Według Rhonda Byrne pojawiająca myśl, bez względu na to w jaki sposób my ją chcemy widzieć lub słyszeć, jest myślą która ma swoje odzwierciedlenie w naszym życiu. To jest jak samospełniająca się przepowiednia. Zresztą podobnego zachowania można się dopatrzeć u osób po wyjściu od „wróżek”. Pamiętam dwie kobiety, którym wizjonerka przepowiedział rozpad małżeństwa z powodu zdrady męża. Oczywiście owa wizjonerka podała też masę rad w postaci zabobonów i innych rytuałów, za które należy dodatkowo płacić, ale które to miały uchronić kobiety przed dramatem. Jedna z nich, śmiała się z tego głośno i nigdy więcej nie wróciła do tematu. Po prostu uznała to za oszustwo i tyle. Nawet więcej o tym nie wspominała, chociażby dlatego iż rozpowiadanie takich rzeczy byłoby dla niej wielce wstydliwe. Natomiast ta druga, po wyjściu od wizjonerki, diametralnie zmieniła swoje zachowanie. Jej myśli głównie skupiały się na słowie zdrada, której na siłę wszędzie się doszukiwała, a domniemaną kochankę widziała w każdej innej kobiecie dookoła. Zazdrość oraz poczucie straty na stałe zagnieździły się w jej myślach. Tylko, że dziś obie są już dobrze po czterdziestce, i ta pierwsza jest w dalszym ciągu szczęśliwą mężatką od dwudziestu lat, a ta druga samotną rozwódka już od około ośmiu.

„Jeśli potrafisz myśleć o tym, czego chcesz i uczynić z tego dominującą myśl, to sprawisz, że pojawi się to w Twoim życiu. Zasadę tę można wyrazić w trzech prostych słowach. Myśli się urzeczywistniają! ” Rhond Byrne

I tak już pozostawiona świadomości własnych myśli; nauczyłam się więcej uśmiechać w mej głowie. Nie przyszło to łatwo. Tak jak będąc w ciszy bez problemu mogłam odsunąć negatywne myśl, to jednak gdy tylko usłyszałam muzykę niosącą wspomnienia, złe wiadomości w telewizji lub też słyszałam o problemach innych, od razu w mojej głowie narastał niepokój i lęk. Nagle te negatywne myśli w zastraszającym tempie ponownie się mnożyły, a ja znowu czułam ten ciężar. Zatem …. przestałam oglądać telewizję; wybieram jedynie programy naukowe lub przyrodnicze, a unikam wszystkich przedstawiających dramaty innych. (Pragnę zaznaczyć, iż niestety tych ostatnich jest cała litania na kanałach cyfrowych.) Jeśli zaś chcę dowiedzieć się czegoś z najświeższych informacji z kraju i ze świata, sięgam do sieci, gdzie mogę sama dokonać wyboru interesujących mnie wiadomości. Nie dopuszczam do mych uszu rzeczy zupełnie mi dalekich, które wpajane są nam do głów, że powinniśmy się nad nimi użalać lub je opłakiwać. Skoro nie mam żadnej mocy, zmienić sprawy, czemu więc moja głowa musi mieścić te problemy? Owszem przyjmuje do wiadomości, ale wcale nie mam zamiaru nad nimi ślęczeć.

Dodatkowo unikam słuchania powtarzających się problemów znajomych. Wybaczcie kochani :) Owszem mogę wysłuchać raz lub dwa, natomiast nie potrafię być na co dzień z nimi i się nimi niepokoić. Stałam się bardziej asertywna, wyobrażając sobie dookoła siebie taki płaszcz ochronny, którego nie pozwolę nikomu zniszczyć. W domu wybieram ciszę, bo ta mnie relaksuje i nadaje mojemu duchowi więcej optymizmu.

Na codzień przestałam karmić się problemami świata. I pokochałam życie na nowo, odnajdując w nim małe szczęścia.

I to nie jest tak, że nie mam żadnych problemów. Mam i nawet w dalszym ciągu się nimi dzielę. Szczerze doceniam tych, z którymi mogę o tym porozmawiać. Tylko jest pewna zasadnicza różnica. Powiem raz, dwa i koniec. I uwierzcie mi to działa !!! Problemy nie narastają, ja się nie zamartwiam. Czuję się zdecydowanie lepiej. I zauważyłam, iż więcej radości zaczęły sprawiać mi najprostsze rzeczy, zwykłe widoki, wspaniałe zapachy. Staram się odnajdywać więcej zadowolenia w rzeczach nie tych, które pragnę, ale w tych które mam. I TO DZIAŁA, bowiem dziś wiem, że szczęścia są małe jak w tej wspaniałej piosence Roberta Jansona Małe szczęście.

Na koniec tylko wspomnę, iż pisałam ten artykuł wielokrotnie. Co napisałam, jak nigdy wcześniej, ciągle mi się coś psuło i w konsekwencji nic nie zapisywało. Myślałam, że coś mną zaraz tąpnie, aż w końcu sama zauważyłam, że przecież piszę o problemach i o negatywnych myślach, więc sama przywołuję je do siebie. Zatem uśmiechnęłam się na całego i głośno pomyślałam : „Tym razem skończę ten artykuł, bo jestem w tym najlepsza”

Myślcie o sobie właśnie w ten sposób, bo jesteście wspaniali i macie w sobie potężną moc, którą możecie zmienić swoje życie.

 

 

Agnieszka

Moje heurystyki oceniania – anegdota

39

„(… )nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże.”

„ Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche mama.”

To było ciepłe niedzielne popołudnie. Wiosna już w pełnej krasie, powiew zielonych pęków, drzew i ta świeżość, otaczająca atmosferę. Idealna pora na spacer. Wydeptaną ścieżką prowadzącą z ulicy Sikorskiego w Warszawie, aż do Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie zobaczysz matki pchające wózek z dzieckiem, biegające dwulatki z opiekunką lub babcią, starców mieszkających nieopodal, a nawet kury wybiegające zza płotu małej działki jeszcze pamiętającej lata 70’ ubiegłego wieku. To taki inny świat, a odległy zaledwie kilkadziesiąt metrów od jednej z ważniejszych ulic w tym rejonie Warszawy. Część owej ścieżki, mniej więcej na tyłach kampusu wyższej uczelni, przechodzi przez kawałek lasu. Pamiętam jeszcze, że jak byliśmy dziećmi biegaliśmy tam bawiąc się w rowerowe podchody. Często podzieleni w dwie grupki zastawialiśmy się przeszkodami, nawzajem wyznaczaliśmy sobie zadania. Wyprawa do lasu usłana wręcz była tajemniczością, a celem nierzadko znalezienie skarbu. Mając dziesięć lat i zgraną paczkę podwórkową, osiedle i najbliższa okolica stają się siatką, planem na mapie jeszcze nieodkrytych terytoriów, w które można zapuszczać się dalej i jeszcze dalej. I podczas jednej z takich wypraw, mając bagaż przytwierdzony z tyłu do mojego „Pelikana”, wyruszyliśmy na podbój jaszczurkom. Nasza ekipa, tuż za rozłożystymi krzakami, w odległości około stu metrów od ścieżki, rozbiła swoją bazę, a następnie szperała w ściółce, liściach, korach drzew, by znaleźć choć jednego gada, gdy nagle usłyszeliśmy warkot silników. Zauważyliśmy, że w naszą stronę zbliża się około dziesięciu motocyklistów. Poczuliśmy strach. Z naszej kryjówki obserwowaliśmy: jak się zatrzymali, krzyczeli, przeklinali. Byli młodzi, ubrani zupełnie na czarno, w skórzane kurtki z jakimiś srebrnymi szpikulcami, a na szyjach u niektórych widoczna była dziwnie zaciśnięta obręcz. Ich niecodzienny strój i zachowanie, wprawiały nas w narastający niepokój, który apogeum osiągnął, kiedy owi młodzi ustawili się w krąg i zaczęli mówić jakimś dziwnym językiem. Później, gdy tylko usłyszeliśmy satan, nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże. Nigdy później nie pedałowałam tak szybko jak tego dnia. Sataniści próbowali nas przegonić, z tyłu słyszałam, jak krzyczeli, że nie wolno nam się samym pałętać po lesie. I coś jeszcze, że im przeszkodziliśmy w jakimś obrzędzie.

Później, już ze swoim dzieckiem, ilekroć przechodziłam tą drogą, uciekałam się do retrospekcji. Słyszałam w sobie ciche „uważaj”. I mimo, że tak naprawdę nigdy mi nic nie groziło, nawet ze strony tamtych motocyklistów, bo przecież tylko krzyczeli; a krzyczała także często i sąsiadka Malicka, to jednak emocje, które powstały tego dnia, w tym lesie, wiele lat temu, głęboko zakorzeniły się w mojej świadomości. Bo do owego wiosennego niedzielnego popołudnia, zagrożenia- jeśli już miałam upatrywać się w ludziach, to tylko w tych odbiegających od norm społecznych. Jakkolwiek inaczej ubrana postać, niezwyczajne zachowanie, inny wyraz twarzy, glany i skóra, podbite oko ; chwytałam mocniej córkę by ustrzec ją przed ewentualnym niebezpieczeństwem. I sama z uwagą, ostrożnością przechodziłam obok tych „dziwnych”.

Heurystyka jest to reguła myślenia, uproszczona i często służąca do rozwiązywania jakiegoś problemu. Na przykład: jeśli kupię produkt w sklepie ze zdrową żywnością, wówczas z pewnością będzie on dobry dla mnie. Jeśli widzę schludnie ubranych,spokojnych ludzi, jestem przekonana, że nic mi nie grozi w ich towarzystwie.

I właśnie ścieżką mych doświadczeń lat dzieciństwa, tego wiosennego dnia, z 4-letnią córką i małym szczeniakiem rasy seter irlandzki, wracałyśmy do domu. Dookoła, nie widziałam żadnego zagrożenia, żadnych niezwyczajnych postaci. Ba, więcej…dało się usłyszeć z pobliskiego kościoła dzwon bijący na koniec mszy. To od razu wzbudziło we mnie jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa; mogłam więc beztrosko poddać się niedzielnej aurze, wtopić się w tłum tych zwyczajnych i nie myśleć o żadnym zagrożeniu. Po drodze śpiewałyśmy piosenki, zbierałyśmy bazie, prowadziłyśmy naszego szczeniaka na smyczy, mijałyśmy innych: również z pieskami, rodziny z dziećmi, pary starsze i młodsze, wnuków z dziadkami.

Jak widać z moich dwóch historii, wierząc swoim utartym przekonaniom, w życiu można się bardzo zdziwić.

W którymś momencie zauważyłam wyłaniającą się zza horyzontu, podążającą z na przeciwka starszą, bo mniej więcej po sześćdziesiątce parę. Oboje poruszali się wolnym i spokojnym spacerowym krokiem. Kobieta w strojnym kapeluszu i eleganckim płaszczu oraz mężczyzna siwy, szczupły o pociągłej twarzy, dobrze wyglądający, również dostojnie ubrany. Szli blisko siebie, kobieta pod rękę trzymała mężczyznę. Pamiętam, iż patrząc na nich z daleka, pomyślałam, że z pewnością są małżeństwem z długim stażem i najprawdopodobniej wyszli właśnie z kościoła. Z córką śpiewałyśmy wtedy „Stokrotka rosła polna…” i byłyśmy rozkosznie zabawne, całkowicie nie spodziewałyśmy się żadnego zagrożenia, które miało zajść za niecałą minutę. Wcale nie złapałam swojej córki mocno za rękę, by ją wcześniej ustrzec, wcale nie byłam czujna, w głowie nie brzęczało mi ciche „uważaj”, bo dookoła najzwyczajniej nie widziałam żadnego niebezpieczeństwa. Dopiero wtedy, gdy się mijaliśmy…mężczyzna bardzo władczo i stanowczo powiedział –Zabieraj tego psa. – Nie wiedziałam o jakiego psa mu chodzi, o tego mojego małego Artesa, idącego grzecznie na smyczy? Nie ważne, i tak nie miałam nawet chwili do namysłu, bo mężczyzna wyjął nagle coś z kieszeni i zaczął pryskać. Opryskał mnie, córkę i psa. Od razu upadłyśmy, obie.Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche „mama”. Po paru sekundach uświadomiłam sobie, że facet, bo mężczyzną nazwać go nie można, dosłownie potraktował nas gazem obezwładniającym. Ile sił mogłam, chwyciłam córkę na ręce i z trudem, naprawdę z trudem wygrzebałam się z tego miejsca. Chciałam byśmy oddaliły się od tego punktu, gdzie został puszczony gaz. I gdy tylko to zrobiłyśmy, kazałam córce wdychać głęboko czyste powietrze. Obie byłyśmy bardzo roztrzęsione. Nasz Artes schował się w krzakach i ledwo dyszał. Odciągnęłam go również. I wtedy spojrzałam przed siebie, ci ludzie, wolnym krokiem szli dalej, jakby nigdy nic. Nie mogłam w to uwierzyć. To był normalny atak z ich strony, widzieli, że obie przez chwilę leżałyśmy, a oni nic….dalej szli swoim wolnym krokiem. Jedynie z całych sił wykrzyczałam „wy skur……..”. Nie myślałam o wzywaniu policji, a o nas. By jak najszybciej dotrzeć do domu, zdjąć ubrania, porządnie zmyć z siebie opary i umyć psa, który ledwo dyszał mając w sierści szkodliwą substancję.

Jak widać czasem heurystyka oceniania potrafi bardzo zmylić

 

 

Agnieszka

 

 

Jechałam wtedy samochodem, byłam gdzieś w okolicach podwarszawskiej Magdalenki. Wracałam do domu z Walendowa, kiedy zadzwoniła Agata. Powiedziała – Marta nie żyje. Pogrzeb w przyszłym tygodniu, w środę. – To za niecały tydzień – pomyślałam. – Co ja będę robiła w środę? Czy mam jakieś plany? – Szybko kalkulowałam w głowie, wszystkie spotkania na następny tydzień, zastanawiałam się co włożyć na siebie, kto będzie na pogrzebie? Czy będzie cała nasza szkoła? Tych ludzi nie widziałam całe wieki, czy ja chcę się im pokazywać? W mętliku i pośpiechu myśli, nie zauważyłam auta jadącego z naprzeciwka, który wyprzedzał. W ostatniej sekundzie zjechałam na pobocze. – skurczybyk ! – krzyknęłam. Wyłączyłam silnik. Wyszłam z auta. Z daleka widziałam, stojące i uśmiechnięte tirówki. –Nawet te ku… się tu pałętają – powiedziałam do siebie. Obeszłam swoje Volvo ze trzy razy, aż w końcu uderzyłam mocno o karoserię. Wsiadłam, trzasnęłam drzwiami i odjechałam.

Nie parzyłam kawy, jak zwykle. Tylko usiadłam i włączyłam Madame Butterfly w wykonaniu Marii Callas. Nalałam sobie jaśka. Wróciłam do przeszłości.

Marta była jedną z najładniejszych dziewczyn w szkole. W wieku kilkunastu lat regularnie odwiedzała solarium, kosmetyczki, manikiurzystki. Jej rodzice fundowali najlepsze ciuchy, w które wpasowywała swoje krągłe biodra, wydatne piersi, zgrabne i długie nogi. Dbali, by córka zawsze miała ułożone włosy, dobrany makijaż. Błyszczała. Była popularna. Flirtowała, uwodziła. Owszem, była koleżeńska. Chętnie opowiadała o chłopcach, kosmetykach. I jak tak mówię o niej, to od razu wydaje się być taką szkolną blondynką. Nie, nie była nią. W naszej szkole inna pełniła tę funkcję, taka Ewka. Marta była cwana, idealnie torowała sobie drogę do celu. Pewnego razu spodobał jej się Marcin, chłopak z ostatniej klasy liceum. I wymyśliła. Kupiła mi bilet do teatru, … pamiętam to były „Siostry” w Powszechnym, sztukę polecam. Poszłyśmy razem. Było mi bardzo miło, naprawdę. Chwaliła mnie, mówiła, że inni mnie lubią, że dziwią się, czemu ja się trzymam od nich z dala. Wtedy, nawet nie wiedziałam, że trzymam się z dala. Wiedziałam, że nie chcę trzymać się tak blisko. Ci ludzie i tak mnie przecież nie zrozumieją. W każdym razie, po spektaklu zaproponowała bym u niej została na noc. Oczywiście pojechałam do niej, ale na noc nie zostałam. Przez następne dni, była przemiła, wydzwaniała do mnie, starała się trzymać blisko. I w końcu, kiedy rozmawiałam z Marcinem, którego już dawno zdążyłam poznać, a nawet bywać z nim na różnych imprezach towarzyskich, Marta podbiegła do mnie, głupio się uśmiechając i udając wspaniałą przyjaciółkę. Od razu nawiązała do sztuki teatralnej. W ten sposób zyskała znajomość, a nawet i więcej. Ja straciłam znajomość.

Innym razem, kiedy siedziałam w domu i nie miałam z kim wyjść do klubu, nagle zadzwoniła do mnie i powiedziała, że wpadnie mnie odwiedzić. Przyjechała o dziewiątej wieczorem, moi rodzice, a szczególnie tata nie był zadowolony. Według niego, goście nie powinni zjawiać się o tak późnej porze. Pamiętam, że zebrałam wtedy niezły opierdziel. Myślałam tylko, że będzie mi weselej w piątkowy wieczór, kiedy ona się zjawi. Myliłam się. – Hej Aga, To Madzia, pamiętasz ją. Wpadłyśmy, bo wiesz chciałabym pożyczyć od ciebie ten długi płaszcz. – powiedziała, niestety po tym jak już przekroczyła próg mego domu. Płaszcz był rzeczywiście świetny, w tamtych czasach nie było takich centrów handlowych jak teraz, ciuchy były o wiele gorsze. To też, dziewczyny często wymieniały się ubraniami. Cholera, pożyczyłam jej. Dlaczego? Ofiara losu ze mnie. Pojechały do klubu, ale beze mnie.

Dzwoniła do mnie z Grecji, kiedy była z Marcinem na Rodos. On pływał na desce, ona się opalała. Ich pobyt okazał się klapą. Dzwoniła do mnie, skarżyła się. Opowiadała, jaki to Marcin jest bezduszny i nie zwraca na nią uwagi. Słuchałam jej. Prosiła bym skontaktowała się z nim i dowiedziała się, dlaczego on ją tak źle traktuje. W zasadzie usłyszałam od niego : Marta jest głupia. Tego jej nie powtórzyłam.

Był spektakl w szkole. Zawsze marzyłam o tym by grać. Udawać kogoś innego. Chciałam zagrać sprzątaczkę, taką trzecio-planową rolę. Nie wiem, jak to się stało, ale Marta po rozmowie z nauczycielem dostała tę rolę. Mnie obiecano inną, ponoć taką, w której jest więcej dialogu. I nawet się ucieszyłam. Lecz roli nie dostałam. To była rola chłopięca.

Ku…, a teraz nie żyje. I kto by pomyślał – powiedziałam znowu do siebie.

Nie była wcale taka zła. Nie tłumaczę jej. Manipulowała. Tak, nie bójmy się tych słów – ona manipulowała ludźmi. Pamiętam to jak dziś. Któregoś dnia jechałam do domu, byłam już mężatką. Dzwonię do Pawła , mówiąc mu, że za jakąś godzinę będę w domu, a on … że Marta przyjechała. Jak to przyjechała Marta? Gdzie? – pytałam rozdrażniona. – Do domu, do nas, siedzimy i przyrządzamy pesto. Marta przywiozła wszystkie produkty do pesto. Myślała, że będziesz w domu. – odpowiedział. Cholera, ale mnie nie ma w domu – wykrzyczałam. – No dobra, nie przeżywaj, ona poczeka na Ciebie- zirytował się wiecznie wyluzowany Paweł. Gdy przyjechałam ,jej nie było. Chryste Panie, ona nawet nie zadzwoniła, nie uprzedziła. Wpadła do mojego domu, mojego terytorium. Siedziała z moim mężem. Czy coś się wydarzyło w tym czasie? Nie wiem. I tak po dwóch latach się rozwiodłam.

I ja mam jej żałować? Żałować jej życia? Bo przez ostatnie lata ponoć się zmieniła? Tylko co się zmieniło? Co ją zmieniło? No dobrze, wiem. Chorowała ciężko. Kilka lat temu, po tym jak już się rozwiodłam i zapomniałam o tym całym incydencie, skontaktowałam się z nią. Miałam wtedy złe dni, leczyłam się ze swoich jakiś tam lęków. Zadzwoniłam do niej, gdyż koleżanka wystawiła mnie do wiatru i pomyślałam, że w sumie z Martą mogłabym się zobaczyć. Co jak co, ale imprezowała zawsze nieźle. A mnie wtedy potrzebna była jakaś mocna odskocznia. W słuchawce telefonu jednak usłyszałam – Jestem chora, właśnie czekam na operację. Wytną mi pierś. Mam raka. – westchnęłam i odparłam – Gdybyś czegoś potrzebowała, mogłabym Cię odwiedzić, pomóc Ci.

W pierwszej sekundzie, pomyślałam, że to jakieś jaja. Że kolejny raz robi sobie ze mnie jaja. Zadzwoniłam szybko do naszych wspólnych znajomych. Upewniłam się, to była prawda. Nic nie myślałam, zaczęłam się wtedy trząść. Nie wiem, czy to z powodu tych moich lęków, czy też z jej powodu. Owszem zrobiło mi się dziwnie. Przecież nie była mi obca, a z kolei żadna bliska mi osoba nigdy nie chorowała na raka.

I poprosiła o pomoc. Chciała bym porozmawiała z jej chłopakiem, którego również dobrze znałam i dowiedziała się o ich relacje, które podobno już wtedy nie były najlepsze. Czy ja miałam wtedy siły na takie zagrywki? Przypomniał mi się od razu Marcin i ta sytuacja. Nie zadzwoniłam do jej chłopaka, nie odwiedziłam jej ; więcej, nawet przestałam odbierać jej telefony. Pewnie pomyślała sobie o mnie najgorsze rzeczy. Ja i tak się tym nie przejęłam.

Później tylko dowiadywałam się o niej i o jej stanie. Rak atakował. Martę kawałek po kawałku wycinali od wewnątrz. Było tak, że raz wychodziła na prostą. Wtedy pracowała, udzielała się towarzysko, choć już w o wiele mniejszym stopniu. I już nie błyszczała. Nie miała ku temu walorów i siły. Widywałam ją czasem w sklepie, czy na poczcie. Przytyła, nie wyróżniała się już.

Ku…, jak to możliwe? Gdy słyszysz o tym, jak choroba zmienia człowieka, to owszem dociera do ciebie, ale puszczasz to dalej, nie obcujesz z tym. Gdy jednak widzisz to na własne oczy, nagle stajesz i nie możesz zrozumieć. Pytałam siebie : dlaczego? Dlaczego ta Marta zupełnie nie przypomina tamtej Marty? Boże , co tu jest grane – krzyczałam w duchu. Miałam do niej podejść. Nie zrobiłam tego. Niby co, miałam jej powiedzieć? Tłumaczyć się, dlaczego nie dzwoniłam kilka lat temu? Zresztą wyglądałam ładnie, nie tak jak w szkole. Jako kobieta, stałam się atrakcyjna, nosiłam się gustownie i potrafiłam zadbać o makijaż. Gdyby mnie zobaczyła? Czy nie zrobiłoby się jej przykro?

Gdy tak siedziałyśmy na szkolnym korytarzu, nigdy w życiu nie pomyślałabym, że to właśnie ona z nas wszystkich pierwsza odejdzie. Marta naprawdę miała ikrę, potrafiła walczyć o siebie, o swój wizerunek, reputację. Umiejętnie dążyła do wyznaczonego celu. Żyła. Była lubiana, znana. I co? Jej życie w sumie skończyło się w trzy lata po zakończeniu szkoły. Później już tylko chorowała. Podczas, gdy ja zdążyłam już dawno mieć suknię z welonem, urodzić dziecko, patrzeć jak rośnie, założyć i zamknąć firmę, rozwieść się, wejść w drugi związek, zaznawać rozkoszy seksualnych, zwiedzić świat, smakować wykwintnych dań, bywać w operze, ona była wycinana. Ja pier…., jak to brzmi : była wycinana.

Umarła. Już jej nie ma.

To właśnie, tak miało być? I dlatego w liceum doznała, tych rzeczy, do których mi wtedy było daleko? Dlatego, że ktoś tam na górze dał jej tylko 30 lat życia? I miała jego namiastkę podczas tych kilu lat w liceum? Do jasnej cholery, czy mamy przyjść na ten świat, odwalić już z góry zaplanowaną robotę i odejść? Czy też może mamy sobie zasłużyć na to odejście…, jeśli tak, to czym Marta sobie zasłużyła?

Gdyby nie zachorowała? Jaką osobą byłaby? Czy po trupach dążyłaby do wygodnego życia? Czy może wykazałby się pracowitością i dobrocią, zrozumiałaby, że wcześniej potrafiła krzywdzić innych. Wiem, że nie tylko mnie krzywdziła. Kilka osób przyznało się, że również byli podobnie traktowani, jednak kwitowali to słowami „ wiesz, jaka była Marta” . Wiem, dobrze wiem.

Zadzwoniłam do Agaty.

- Hej, wiesz, nie będę myśleć o pogrzebie.

- Bo ?- spytała

- Bo nie pójdę na niego

- Ja też się nie wybieram – wyznała Agata.

 

Agnieszka

 

Opowiadanie to napisałam dwa lata temu, kiedy dowiedziałam się o chorobie Aldony, mojej niedoszłej przyjaciółki obok której mieszkałam kilka lat. Z wielką siłą i wolą walki powiedziała mi o swoim nowotworze. Umierała rok. Marta i narratorka w opowiadaniu są odbiciem sprzecznych emocji, lustrem przejaskrawionym, pokazującym złość, żal, smutek. Marta powstała na skutek trzech zupełnie niezależnych historii, ale inspiracją były słowa, przede wszystkim złość na tę wstrętną chorobę poszerzającą swoje kręgi.

Bo w pięć minut możemy sprawić, iż nasz związek zacznie chylić się ku końcowi. Wystarczy coś powiedzieć, jakoś zachować się nieodpowiednio, dać coś do zrozumienia i już cała piękna atmosfera przeinacza się w milczące nieporozumienia dążące powoli ku przepaści. Owszem, rzadko bywa tak, że po dosłownych pięciu minutach, facet powie nam : słuchaj, ale jak chcesz to możemy zostać przyjaciółmi. Mnie raczej chodzi o te pięć minut, które jest początkiem końca-do tej pory dobrze funkcjonującego związku lub dobrze zapowiadającej się znajomości. Tylko tym razem, nie będę nagabywać mężczyzn, ich niewierności, pijaństwa, braku zainteresowania dziećmi, wiecznym przebywaniem w pracy i tak dalej. Tym razem pragnę skupić, drogie Panie, Waszą uwagę na postępowanie wobec męża czy życiowego partnera. Gdyż my kobiety, często nie pozostajemy bez winy i też wiele od nas samych zależy to, na jaki tor przerzucimy nasz związek, jak bardzo nasza druga połówka będzie chciała wracać do domu, tulić nas i rozpieszczać słowami.

Od tego jakiego mężczyznę będziemy mieć u boku i jaki będzie nasz związek, wiele zależy od nas samych. Bo czasem wystarczy 5 minut, by podbudować relację między partnerami i odwrotnie – by je zniszczyć, doprowadzając do serii niepowodzeń chylących związek ku upadkowi.

Na pomysł napisania tego artykułu wpadłam po tym jak ostatnio siedząc w kawiarni na Starym Mieście  byłam świadkiem rozmowy dwóch atrakcyjnych kobiet. Właściwie powinnam powiedzieć:  ich narzekania.  Jedna przez drugą biadoliły: o kłótniach z teściową, o problemach małżeńskich na tle finansów, o sprawach łóżkowych, albo nawet o tym, że ich mężowie nie robią im spontanicznych niespodzianek … i tak dalej. Od razu się lekko zmieszałam. Wyrażały się dość głośno o swoich intymnych sprawach.  Wyglądało to dość groteskowo, gdyż koło mnie naprawdę siedziały laski, które na pierwszy rzut, wydawało się, iż mogą mieć każdego faceta bez żadnego problemu i z żadnym problemem. Tymczasem moje rozczarowanie sięgnęło zenitu, kiedy do kawiarni weszła fajna parka i zajęła stolik dalej. Rzeczywiście dziewczyna mocno odbiegająca urodą od tych dwóch biadolących i bardzo przystojny mężczyzna. Jednak między tą parą widać było wielką namiętność i czułość. Cały czas zajęci byli sobą, rozmawiali, śmiali się.  On wpatrzony w nią niemalże jak w obrazek, mimo iż te dwie zaczęły nagle dziwnie prężyć się i poprawiać kosmyki swoich włosów. Usilnie próbowały zwrócić  jego uwagę na siebie. I nagle usłyszałam tekst jednej z nich – Co taki facet, robi z taką dziewuchą?

Nie minęło piętnaście minut, kiedy do stolika tychże obcesowych dwóch dam doszli obgadani już ich mężowie. I od razu  zostali zaatakowani pytaniami, gdzie tak długo byli, co robili, czy coś pili, po co tyle wydali…- jak się nie podoba to do mamusi. Na szczęście cała czwórka szybko opuściła kawiarnię pozostawiając pusty stolik na spojrzeniu, którego utkwiły moje przemyślenia.

Nie powiem, bym ja była święta i nigdy w życiu nie zastanawiała się co ta inna ma, czego ja nie mam, że on woli ją. Czemu niektóre kobiety wiecznie przytakują swoim mężom np. Tak Krzysztof, oczywiście, masz rację. I odwrotnie; czemu są też takie sytuacje, jak ta w kawiarni?  Ja też jestem po rozwodzie i byłam już w trzech związkach nim trafiłam na mojego obecnego partnera, z którym jestem naprawdę szczęśliwa. Nie mam co biadolić na niego! Czy tu chodzi o dojrzałość moją lub jego? Czy może o to, że wreszcie poczytałam troszkę książek na temat związków i wzięłam sobie do serca rady kobiet z poprzedniej dekady? Moja mama, ciotka, babka i wiele starszych, z którymi zetknęłam się zawodowo lub na licznych bankietach zawsze powtarzały te same zasady, jakimi powinna kierować się kobieta. I dopiero niedawno naprawdę uwierzyłam w nie :
• Nie wolno poniżać faceta przy innych
• Trzeba często do mężczyzny mówić : jestem z Ciebie kochanie dumna
• Nie wolno się kłócić z facetem przy ludziach
• Pod żadnym pozorem nawet w żartach nie wolno negować jego przyrodzenia
• Częściej się uśmiechać
• Dać chwile samotności facetowi – nie stać mu non stop nad głową
• Nie powinno się negować jego kochanej mamusi
• Pozwolić facetowi myśleć, że to on tu rządzi 
• Dać ,mu do zrozumienia, ze bez niego jesteśmy słabe i bezbronne

Jest kilka zasad, którymi powinnyśmy się kierować w związku. Tych zasad nauczyły nas nasze matki i babki. Nauczmy się nie negować swoich mężów i partnerów przy innych osobach, nie obrażajmy ich mam, uśmiechajmy się częściej.

Obie atrakcyjne kobiety absolutnie złamały ten zasadowy kod. I nie chodzi bynajmniej, o to że zrobiły to w tej kawiarni, lecz najprawdopodobniej robiły to na co dzień. Ich mężowie więc, czuli się zaszczuci, wiecznie dźwigający jakiś ciężar, negowani i obrażani. Mówiono o nich jak o mami-synkach w obrączce, a ich kobiety – żony w jakiś dziwny sposób zdawały sobie sprawę ze swojej siły, ze względu na urodę. I ową urodą mogły szantażować swoich mężów. Nie, nie mówiły o niej wprost. Po prostu wiecznie podkreślały swoje walory i dawały do zrozumienia, że sobie poradzą bez nich. I co śmieszniej; takie kobiety nawet po rozwodzie znajdując kolejnego mężczyznę i nie stosując się do wyżej wymienionych zasad, ponownie skręcają na ten sam tor na którym był ich poprzedni związek. I nie chodzi tu tylko o kobiety atrakcyjne. To był jedynie przykład. Mam na myśli  nas wszystkie. Są wśród nas takie, które posiadają inne walory niż uroda, dzięki którym czują się równie mocno oraz takie, które bezustannie mają kompleksy na różnych punktach i tym samym negują innych, w tym przypadku swoich mężów lub partnerów. Natomiast mężczyzna w związku, w którym będzie czuł się doceniony, silny, męski, spełniający oczekiwania, wychwalany, będzie oddawał to samo kobiecie okazując swoje zainteresowanie, troskę i czułość. Niestety, mężczyzna to taki typ, którego im dłużej gotujemy, doprawiamy, tym lepiej oddaje swoje walory smakowe.Tutaj też można pokusić się o stwierdzenie, iż nie stosowanie się do zasad może wywołać kompleksy u mężczyzn, którzy za wszelką cenę szukając dowartościowania będą się pocieszać i dopieszczać w ramionach innej. Bo przecież ta inna z początku będzie niezwykle adorować swojego kochanka lub faceta, którego najzwyklej będzie próbowała odbić.

Z początku przeważnie każdy związek zaczyna się od adoracji, uśmiechów, wielkiej namiętności….lecz później wszystko przechodzi w falę normalności i rzeczywistości. Partnerzy zaczynają się docierać, przekomarzać, ustawiać. I to jest jak najbardziej normalnym zjawiskiem, tylko my kobiety w tej fazie związku również pamiętajmy o naszych zasadach. Bo jeśli choć raz coś wspomniemy o seksie z innym i jego przyrodzeniu, nasz ukochany może już mieć duże wątpliwości co do swojej atrakcyjności seksualnej. Jeśli będziemy mówić i negować jego zachowanie przy innych osobach, nie będzie nam już ufał. Jeśli będziemy wiecznie narzekać i się nie uśmiechać, on będzie robił to samo. Jeśli będziemy wiecznie stać u jego boku, nie dając mu chwili wytchnienia, w końcu odejdzie.

I czasem wystarczy właśnie pięć minut, kiedy złamiemy zasady jedną po drugiej, a nasz mężczyzna już będzie miał wątpliwości co do nas i co do siebie.

Agnieszka i Magda

I mąż musi zabiegać o swoją żonę

1

Kilka dni temu, tuż po opublikowaniu mojego artykułu w sieci, na facebook-u zobaczyłam poniższy wpis dotyczący tego jak mężczyźni powinni traktować swoje kobiety i żony. Wyznanie Brada Pita uważam za genialne tylko nasuwa mi się pewna refleksja, ale o tym później. Dla tych, którzy jeszcze nie czytali, proszę :

 

Wise words. Brad Pitt about his wife:

 

„My wife got sick. She was constantly nervous because of problems at work, personal life, her failures and children. She lost 30 pounds and weighted about 90 pounds. She got very skinny and was constantly crying. She was not a happy woman. She had suffered from continuing headaches, heart pain and jammed nerves in her back and ribs. She did not sleep well, falling asleep only in the mornings and got tired very quickly during the day. Our relationship was on the verge of a break up. Her beauty was leaving her somewhere, she had bags under her eyes, she was poking her head, and stopped taking care of herself. She refused to shoot the films and rejected any role. I lost hope and thought that we’ll get divorced soon… But then I decided to act. After all I’ve got the most beautiful woman on earth. She is the idol of more than half of men and women on earth, and I was the one allowed to fall asleep next to her and to hug her. I began to shower her with flowers, kisses and compliments. I surprised and pleased her every minute. I gave her a lot of gifts and lived just for her. I spoke in public only about her. I incorporated all themes in her direction. I praised her in front of her own and our mutual friends. You won’t believe it, but she blossomed. She became better. She gained weight, was no longer nervous and loved me even more than ever. I had no clue that she CAN love that much.

 

And then I realized one thing: the woman is the reflection of her man.

 

If you love her to the point of madness, she will become it.”

 

-Brad Pit

 

Dopiero, co napisałam artykuł o tym, jak nie stracić faceta, łamiąc podstawowe zasady jego obsługi, tymczasem Brad Pit pisze mniej więcej o tym samym, ale odnośnie kobiet. Mówi, że kobieta jest odzwierciedleniem mężczyzny. OK, w takim razie pytam się sama siebie: więc kto na kogo ma większy wpływ: kobieta na mężczyznę; czy też mężczyzna na kobietę? A może jest tak, że w związku istnieje silniejsza jednostka, która może mieć wpływ na tę drugą słabszą? I bywa tak, że ową silniejszą lub słabszą nie różnicuje się ze względu na płeć? Czy też może chodzi tu o wzajemne uzupełnianie się?

Magda i Agnieszka

Metka – krótka anegdota

0

Powszechnie wzbudza podziw; mówi się, że jest szczególnym znakiem, symbolem luksusu, przynależności do tej innej grupy. Na ulicy„ noszący metkę” rozpoznają się wśród tego tłumu zwyklaków , bez żadnego emblematu. Choć jedna metka- obowiązkowo. I bynajmniej nie zastąpi ją auto za ponad 150 tyś złotych, bowiem koniecznością jest samo okrycie się choć jedną metką.

Tymczasem ona na półce w sklepie, w witrynach atelier woła i przyciąga niczym afrodyzjak. Wykręca się na różne sposoby, ubrana w wykwintne wzory i świecąca swym prestiżem. Pokazuje, że z nią jest się lepszym. I nie ważne, że portfel w kieszeni czy też w torebce, błaga o pomste do nieba, bo tylko przez chwilkę wahasz się, by w końcu wyjąć resztki z opłakanej prawie pustej sakiewki. Kupujesz metkę? Nie to ona kupuje Ciebie, kolejnego członka tej tajemniczej sektometki.

Zakładasz ją i czujesz się lepiej, bo teraz to ty jesteś ten lepszy. Nosisz na sobie emblemat i już należysz do „ nich”. Zdejmiesz emblemat, należysz do „tamtych”. Przykro mi. Uzależniasz się od „nich” i chcesz więcej metek. I im więcej ich masz, tym częściej jesteś wśród „nich”

I tu zaczyna się moja prosta na pozór historia i wątpliwości związane z niepasującym do mnie stylem bycia, a w rezultacie stylem życia. Bo ilekroć jestem wśród znajomych często słyszę nazwy metek ; tu jest cała litania tych już poznanych i druga litania, o których jeszcze nie słyszałam. Czy to wstyd? – pytam się. – Kto jak kto, ale ty powinnaś wiedzieć, co to za firma – odpowiadają. Tylko, ja nie wiem i tak naprawdę wcale nie chcę wiedzieć. Metki błyszczą i wypinają się jak tylko mogą, na wszystkich; a ja ich nie widzę. Straciłam wzrok? Mówią, mi że, że mają coś z najnowszej kolekcji tej jednej niebywałej metki, że posiadają karty VIP do tych ekskluzywnych salonów, że bywają na takich przyjęciach okraszonych emblematami spadającymi z nieba. Chyba bez konkretnego azymutu chwalą się swoją światowością, swoistym byciem i przynależnością do „nich”. Bo gdzie tu cel tych wszystkich opowieści, skoro już należą do sektometki? Zaraz, zaraz – a ja? Czy jestem „ich”?.

Dwa lata temu znajoma przywiozła ją z Paryża. Od razu bardzo mi się spodobała, w doskonałym kolorze i kroju. I na moje szczęście tak się złożyło, że ów znajoma stwierdziła, iż podobną torebkę ma już w swojej szafie, w związku z tym bez żalu zdecydowała się ją sprzedać. Następnego dnia, jako jej nowy właściciel z przyjemnością ją założyłam . Pasowała mi do wszystkiego, idealna i wygodna. Zauważyła to koleżanka mojej córki, po którą wtedy właśnie przyjechałam do szkoły. Z dużym entuzjazmem podbiegła do mnie. Podekscytowana zaczęła lekko dotykać moją torebkę i nazywać metkę po imieniu. Przez chwilę myślałam, że to jakiś gombrowiczowski absurd … ja dorosła baba, matka, a obok podekscytowana dziewięcioletnia dziewczynka o prawie trzydzieści centymetrów niższa ode mnie nazywa metki po imieniu, szasta znajomością modeli, dotyka skóry, ocenia czy prawdziwa. Patrzyłam na nią – nie wiedząc czy z podziwem, czy też z odrzuceniem. Zaczęła opowiadać o swojej mamie o i o jej metkach w szafie, rozmarzyła się snując plany o tym jakie ona sama w przyszłości będzie nosiła. Czy to ja stoję w miejscu i nie podążam za światem? Czy może świat idzie tak szybko, że ja nie potrafię go dogonić? – pytam się. Bo boję się, że wypadłam z tego biegu, że już za późno nauczyć się być wśród „nich”, chłonąć ten metkowy ideał. Stoję tak i wstyd mi, że ja nie wiem, nie znam prestiżu tej metki. Myślę sobie, ale to tylko torebka, moja torebka i bardzo mi się spodobała.

Po powrocie do domu postawiłam ją na komodzie, pośród znaczących dla mnie zdjęć, obrazów, figurek. Przez dłuższą chwilę patrzyłam się na nią… – aż w końcu przestała być tą zwykłą. Stała się czymś więcej. Skoro już małe dzieci wiedzą cóż oznaczają te wszystkie znaczki…….. Od tamtej pory moja torebka stała się moim emblematem. Zupełnie przypadkiem, bez pogoni za próżnością.

 

Agnieszka