twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy z tagiem: niemowle

Pamiętacie film „Dzień Świstaka” z Billem Murrayem? Jego główny bohater, prezenter telewizyjny, jedzie do małego miasteczka, aby nakręcić reportaż o dniu, w którym mały gryzoń przepowiada (lub nie) nadejście wiosny. Dziennikarz nie jest zachwycony swoją robotą, stwierdza wręcz, że to najgorszy dzień w jego życiu. Niestety, kiedy budzi się następnego poranka, szybko orientuje się, że… znów jest Dzień Świstaka! I tak w kółko…

Gdy rozmawiam z moimi przyjaciółkami, śmiejemy się, że opieka nad małym dzieckiem i bycie w domu przypomina taki właśnie „Dzień Świstaka”. Kiedy bowiem trochę „ogarniemy się” po porodzie, nauczymy się organizować sobie codzienność, a nasz niemowlak zacznie mieć regularny cykl dnia, szybko dojdziemy do wniosku, że dzień w dzień powielamy te same czynności o stałych porach. Rano – pobudka, trzeba zrobić śniadanie, wyszykować starsze dziecko do szkoły, młodsze nakarmić, ubrać, zabawić. Nastawić pranie, posłać łóżka, ogarnąć dom. Zrobić picie maluchowi, pobawić się, położyć na drzemkę. Po południu – przygotować jedzenie, wyszykować na spacer, wyjść. Zrobić po drodze zakupy. Ogarnąć starsze dziecko po powrocie ze szkoły, zrobić obiad dzieciom i sobie. Pobawić się z maluchem, położyć na drzemkę popołudniową. Starsze dziecko pogonić do zadań domowych lub/i na zajęcia dodatkowe. Zająć się młodszym dzieckiem, poświęcając mu maksimum uwagi, bo wieczorami jest już nieco marudne. Wykąpać malucha, nakarmić, położyć spać. Zrobić kolację, zagonić starszego do łazienki, następnie do łóżka, przeczytać mu książkę, zgasić światło. Usiąść w fotelu, złapać oddech i zabrać się za sprzątanie całodziennego rozgardiaszu… A rano… pobudka i… wszystko zaczyna się od nowa. Na dodatek to tylko dzień w dużym skrócie, bo do tego dochodzi mnóstwo dodatkowych, drobnych czynności, które też powtarzają się w kółko. Przewijanie, przebieranie, sprzątanie, zmywanie, prasowanie, gotowanie… uff.

Podziwiam kobiety, które doskonale sprawdzają się i realizują w domowych warunkach, a na dodatek umieją wszystko zrobić ze spokojem i zachować pogodę ducha. Ja – chociaż uważam się za osobę nieźle zorganizowaną, a na dodatek lubię mieć wszystko zaplanowane i nie znoszę nieprzewidzianych sytuacji – na dłuższą metę męczę się w domowym kieracie i po kilku dniach marzę, żeby uciec, zrobić coś innego, albo po prostu poprzebywać w świecie wyłącznie ludzi dorosłych. I choć kocham moje dzieci miłością absolutną i bezwarunkową, nauczyłam się znajdować sobie sposoby na taką właśnie domową nudę. Może ktoś z Was też zechce z nich skorzystać?

Po pierwsze – staraj się robić jak najwięcej rzeczy dla siebie. Kiedy maluch śpi (a zwłaszcza jeśli ma już mniej więcej regularne drzemki), zostaw prace domowe i zrób coś, co sprawi Ci przyjemność. Weź relaksującą kąpiel, zrób sobie manicure, obejrzyj odcinek ulubionego serialu, poczytaj książkę, posurfuj w internecie. Cokolwiek. Niech to będzie czas tylko Twój. Wiem, że to nie jest takie proste, kiedy w łazience nie domyka się kosz na pranie, czeka sterta rzeczy do prasowania, czy góra brudnych naczyń. Ale trzeba czasem odpuścić, a prace domowe można też wykonywać, kiedy maluch nie śpi. Posadź go wtedy w foteliku, albo połóż na dywanie – niech obserwuje Cię w trakcie domowych działań, to często samo w sobie stanowi dla dziecka rozrywkę. Nie działa? Wymyśl, coś, co je zajmie dodatkowo, np. włącz muzykę i zacznij tańczyć wieszając pranie. Moja córka jest tym zachwycona! Niezłą zabawę stanowi też dla niej rozładowywanie zmywarki – brzękanie garnków, talerzy i sztućców jest zawsze fascynujące. Jeśli masz nosidełko lub chustę, wsadź do niej malucha, niech niektóre prace domowe „wykonuje” z Tobą (o ile za bardzo Cię to nie męczy). Każdy sposób jest dobry, aby jak najwięcej zrobić w trakcie „czuwania” niemowlaka, a jego sen wykorzystać na relaks.

Po drugie – znajdź sposoby na odskocznię od codziennej rutyny. Dla mnie na początku nawet zwykłe wyjście z maluchem do lekarza na wizytę kontrolną urastało do rangi nie lada wydarzenia. Wymagało bowiem ode mnie innej organizacji dnia, a czas automatycznie płynął wtedy szybciej. Wiadomo, że chodzenie z malutkim dzieckiem do dużych supermarketów, czy galerii handlowych nie jest wskazane (zbyt dużo bodźców, zarazków), ale jeśli maluch nieco podrośnie, a Ty masz ochotę na takie właśnie wyjście to – nie przesadzajmy – raz na jakiś czas można sobie na to pozwolić. Tym bardziej jeśli nie mamy dziecka z kim zostawić w ciągu dnia. Spotykaj się ze znajomymi, z rodziną. Jeśli nie chcesz „targać” dzieciaka wszędzie ze sobą, zapraszaj ludzi do siebie. Tobie na pewno dobrze to zrobi, maluch będzie miał rozrywkę widząc nowe twarze. Przebywanie wśród osób dorosłych i oderwanie się od ustawicznego karmienia i przewijania to najlepsze lekarstwo na monotonię i depresję.

Po trzecie – wychodź na długie spacery. Tak, tak, wiem, w naszym klimacie często nie jest to łatwe. Doskonale to znam – obydwoje moich dzieci urodziło się jesienią. Zwłaszcza z synem było mi ciężko – kiedy mógł już wychodzić na dwór była połowa listopada, na dworze szaruga, a ja byłam tak nieogarnięta, że często, kiedy wreszcie się zebrałam, robiło się już ciemno. Mimo to wychodzenie z dzieckiem na zewnątrz jest konieczne – inaczej po krótkim czasie będziemy czuć się jak w więzieniu! Obecna pora zimowa, która na szczęście już się kończy, jest wyjątkowo łaskawa. Przez cały październik, listopad i grudzień, chodziłam z córką na dwugodzinne przechadzki, z czego obie byłyśmy zawsze bardzo zadowolone. Ponieważ nie przepadam za chodzeniem bez celu, każdego dnia wyznaczałam sobie nowe zadanie, np. pójść do dalekiej piekarni po pieczywo, zrobić zakupy w aptece, obejrzeć nowy blok pod lasem itp. A gdy brakuje mi pomysłów, albo nie mam ochoty niczego załatwiać, po prostu zakładam słuchawki, włączam muzykę albo audiobooka i chodzę w kółko po osiedlu. Kiedy pogoda zupełnie nie nadaje się na przechadzkę, wybieram się na przejażdżkę samochodową, żeby zrobić najpilniejsze zakupy, lub po prostu chociaż na chwilę gdzieś się ruszyć.

Po czwarte – zostaw dziecko pod opieką i wyjdź z domu. Oczywiście idealnie jest, jeśli mamy do pomocy dyspozycyjnych dziadków lub kogoś z rodziny, ale czasem bywa z tym ciężko. Dziadkowie daleko, ciocie pracują, mąż / partner wraca zmęczony wieczorem i przebąkuje, że najchętniej to od razu by się położył, albo posiedział przed telewizorem. Nieważne! Warto, naprawdę warto, znaleźć sposób, żeby wyjść z domu samemu. Jeśli nie mamy do pomocy nikogo z rodziny, może uda nam się znaleźć jakąś godną zaufania, niedrogą nianię na godziny? Albo sąsiadkę, dla której w zamian za opiekę nad maluchem, możemy oddać jakąś przysługę? I dlaczego to takie ważne? Ponieważ kiedy wychodzimy z domu bez dzieci, najlepiej odpoczywamy psychicznie. Pod warunkiem, że podczas takiego wyjścia nie myślimy cały czas o tym, co dzieje się z dzieckiem (a zapewniam, że jeśli zostawimy je z osobą godną zaufania, dziecku NAPRAWDĘ nie stanie się krzywda). Jeśli już naprawdę trudno o zorganizowanie opieki osób trzecich, połóż dziecko spać wieczorem, zostaw z tatą, a sama idź do kina. Albo chociaż na godzinny spacer lub pobiegać. Albo na zakupy – cokolwiek, co Cię chociaż na trochę oderwie od domowych spraw. Jedna z moich przyjaciółek mająca trójkę dzieci, po urodzeniu ostatniego, bardzo szybko – zmuszona przez życie – częściowo wróciła do pracy. Gdy stwierdziłam, że musi jej być ciężko, odparła, że wcale nie, że wręcz lubi chodzić na służbowe spotkania, bo kiedy wraca do domu, od razu kocha swoje dzieci jeszcze bardziej… I to jest to!

Po piąte – ciesz się każdym dniem, każdą nową umiejętnością, którą posiądzie Twoje dziecko. Paradoksalnie, kiedy wrócisz do pracy, będziesz pewnie tęsknić za tym, żeby posiedzieć w domu. Człowiek jest bowiem taką śmieszną istotą, że na ogół zawsze chce to, czego nie ma. Nuda i rutyna, która może być taka uciążliwa na urlopie macierzyńskim, po powrocie do pracy może Ci się wydawać najbardziej sielankowym i najpiękniejszym okresem w Twoim życiu… Dzieci są bowiem bardzo wymagające, a opieka nad nimi to ciężka praca, ale czas biegnie szybko, a one równie szybko rosną i wkrótce okazuje się, że w zasadzie to już niczego od nas nie chcą (oprócz pieniędzy, obiadu na stole i wypranych ciuchów…). Każdy okres w rozwoju dziecka niesie za sobą nowe odkrycia, a rodzicom daje różne możliwości na fajne spędzenie czasu z dziećmi. Wiem, że to banalne, ale czasem zapominamy o rzeczach najbardziej oczywistych.

Wiem też, że banalnie mogą brzmieć powyższe rady, ale naprawdę wszystkie te sposoby wypróbowałam na sobie i dzieciach. Jasne, bywają dni, kiedy nie działa nic, bo i dzieci i my miewamy swoje lepsze i gorsze momenty. I pewnie nie wszystkim moje sposoby wydałyby się godne wypróbowania, a niektóre z nich niemożliwe w realizacji z różnych względów. Każdy chyba musi wypracować własne antidotum na „Dzień Świstaka”, bo – choć podobne – u nikogo z nas te dni nie są przecież takie same… a ja chętnie podpatrzyłabym cudze sposoby na domową nudę – może jest coś, co nie przyszło mi do głowy, a mogłabym zastosować z powodzeniem?

Olga.

Nie spotkałam jeszcze lekarza, który nie twierdziłby, że karmienie piersią jest dla nowonarodzonego dziecka najlepsze. Pokarm matki ma bowiem za zadanie dostarczyć dziecku wszystkich potrzebnych wartości odżywczych, a także uodpornić i ochronić je przed potencjalnymi zagrożeniami ze świata zewnętrznego. Ale czy mama, która z konieczności lub z wyboru zdecyduje się na karmienie sztucznym mlekiem, powinna być z góry skazana na potępienie? Co jeśli pokarm matki nie wystarcza, aby dziecko najadło się do syta? Lub gdy karmienie piersią jest dla kobiety na tyle frustrujące, że zamiast przelewać swój stres na dziecko, wybierze podawanie mu mieszanki?

Sama mam doświadczenie dwojakie. Kiedy urodziłam pierwsze dziecko, nastawiałam się na karmienie piersią i nawet do głowy mi nie przyszło, że mogłabym rozważać karmienie sztucznym mlekiem. Po porodzie w szpitalu utwierdzono mnie oczywiście w moich przekonaniach – wszystkie pielęgniarki i położne jak mantrę powtarzały w kółko te same stwierdzenia: „karmić tylko piersią, przystawiać jak najczęściej, na żądanie, jak za długo śpi, budzić na karmienie itp.”. W praktyce dla młodej mamy nie było to jednak takie proste – myślę, że przy pierwszym dziecku większość z nas zastanawia się, czy na pewno robi wszystko prawidłowo, czy dziecko się najada, czy powinno jeść częściej, czy rzadziej. Byłam ambitna i uparta, postanowiłam się więc dostosować do wszystkich zasłyszanych porad.

W szpitalu było to jeszcze w miarę proste – zawsze mogłam skonsultować się z położną tzw. „laktacyjną”, czy z lekarzem pediatrą. W domu zostałam sama z wiecznie drącym się maluchem, a przyczyn jego darcia upatrywałam głównie w tym, że był głodny lub, że miał kolkę. Tylko, który z powodów był słuszny i kiedy? Gdy zaczęliśmy chodzić na regularne kontrole do stałego pediatry, od pani doktor też słyszałam, że karmienie piersią jest najlepsze i że broń Boże nie wolno tego zmieniać. Na początku miałam karmić dziecko zawsze, kiedy tego chciało, a potem ewentualnie przestawiać je na jedzenie, co trzy godziny. Jednakże karmienie „na żądanie” oznaczało w praktyce, że w ciągu dnia mały jadł średnio co półtorej godziny, „wisząc na cycu” przez przynajmniej 20 minut, czyli przerwa między karmieniami wynosiła w zasadzie godzinę z hakiem. Masakra? Owszem. Nie tylko dlatego, że czułam się uwiązana, ale też dlatego, że mimo tak częstego karmienia, syn kiepsko przybierał na wadze. Kiedy krzyczał i awanturował się przystawiany do piersi, nie wiedziałam – czy boli go brzuszek, czy też denerwuje się, że nie może się najeść. Moja frustracja narastała.

Wreszcie, po trzech miesiącach, lekarka zadecydowała, że konieczne będzie jednak dokarmianie dziecka, ponieważ na kolejnej wizycie okazało się, że waga syna w zasadzie się zatrzymała. Na początku miał dostawać po trochu, 2-3 razy dziennie, sztuczne mleko, a potem stopniowo coraz więcej, przy czym za każdym razem przed podaniem butelki, miał jeść z piersi. Wierzcie lub nie – to było błogosławieństwo! Przerwy między karmieniami zaczęły się wydłużać, maluch się uspokoił, zaczął lepiej spać, a co najważniejsze – prawidłowo rosnąć. Jakość życia poprawiła się i jemu i mnie, jedyne, czego żałowałam to to, że nie zrobiłam tego wcześniej…

Dlatego kiedy urodziła się córka, wiedziałam, że jeśli konieczne będzie jej dokarmianie, nie będę się specjalnie wahać. Tym bardziej, że przez te kilka lat, podejście lekarzy i położnych nieco się zmieniło. Mimo, że mój drugi poród odbył się w tym samym szpitalu i przynajmniej częściowo spotkałam się z tym samym personelem, tym razem od razu usłyszałam: „pani córka urodziła się duża, więc z samej piersi na pewno nie będzie się najadać, trzeba ją dokarmiać”. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona – poprzednio trudno się było doprosić nawet o trochę glukozy, żeby dziecko nie płakało, zanim pokarm „ruszy” i piersi zaczną produkować go wystarczającą ilość, a teraz od razu dostałam butlę! Komuś, kto nie miał do czynienia z maluchem drącym się przez pół nocy z głodu, trudno być może zrozumieć, jak wielkie było to dla mnie ułatwienie, ale wierzcie mi – taka mała buteleczka z 20 ml mleka może naprawdę bardzo pomóc. Zwłaszcza kobiecie umęczonej porodem.

Przy wypisie ze szpitala również otrzymałam zalecenie dokarmiania dziecka. Potwierdziła to pediatra na pierwszej wizycie kontrolnej, ale podczas kolejnych, kiedy uznała, że dziecko prawidłowo rośnie i się rozwija, zaleciła próbę przejścia na samo karmienie naturalne. Cóż było robić, ponownie ambitnie zastosowałam się do wszystkich zaleceń, karmiąc małą często i dodatkowo odciągając pokarm, aby jeszcze bardziej pobudzić laktację. Na próżno. Szybko okazało się, że córeczka nie przybiera na wadze tak, jak powinna, wróciłyśmy więc do karmienia mieszanego. I wygląda na to, że był to jednak strzał w dziesiątkę. Mała szybko przestawiła się na regularne jedzenie co cztery godziny, o stałych porach, przestała płakać wieczorami, zaczęła dobrze spać i w nocy i w dzień. Ja natomiast pozbyłam się stresu związanego z wychodzeniem z domu – nie musiałam się martwić, że nie zdążę na karmienie, bo po pierwsze zawsze wiedziałam, o której godzinie będę potrzebna, a po drugie, nawet gdybym miała się spóźnić, to ktoś, kto zostawał z dzieckiem, mógł podać mu butelkę.

Oczywiście wiem, że wiele osób o moim podejściu powie zapewne, że to pójście na łatwiznę. Tak też usłyszeliśmy z mężem od pewnej lekarki, do której dziecko trafiło na wizytę podczas podejrzenia choroby. „Wy młodzi to lubicie sobie życie ułatwiać. – powiedziała zasadniczym tonem pani doktor – Zawsze można wrócić do karmienia naturalnego, jeśli tylko się chce.” Nie mam do niej pretensji o tę reprymendę, w zasadzie to nawet ją rozumiem i być może miała rację. Ale co jeśli ja NIE CHCĘ wracać do samego karmienia naturalnego? Czy mam prawo do takiego wyboru, czy muszę wciąż od czasu do czasu spotkać się z naganą? Jedna z moich przyjaciółek spotkała się z takim właśnie potępieniem po urodzeniu swojego trzeciego dziecka. Pierwszego syna wykarmiła wyłącznie na piersi. Gdy urodził się drugi syn, pierwszy był jeszcze mały i bardzo zazdrosny, podjęli więc z mężem decyzję, że tym razem zastosują karmienie mieszane, żeby noworodek mógł być także karmiony przez tatę, a mama w tym czasie będzie miała czas dla starszego dziecka. Dwa lata później na świat przyszła córka, więc przyjaciółka i tym razem postanowiła uciec się do sprawdzonego sposobu karmienia. Kiedy prosząc w szpitalu o podanie sztucznego mleka, zaczęła tłumaczyć położnej, jakie są motywy jej decyzji, usłyszała: „ja też mam trójkę dzieci, karmiłam je wyłącznie piersią to i pani sobie poradzi”. A ja się pytam – jakim prawem jedna kobieta chce podejmować decyzję za drugą, uzurpując sobie prawo do wybierania, co jest dla niej najlepsze??

Jest wiele kobiet, które wolą karmić wyłącznie naturalnie, bo dla nich to najwygodniejszy sposób (pokarm zawsze przy sobie, bez specjalnego przygotowania) oraz – bądźmy szczerzy – także i najtańszy (modyfikowane mleko dla niemowląt jest naprawdę drogie, a jedno opakowanie nie starcza na długo). Podziwiam to i szanuję. I nie potępiam nikogo za to, że chce trzymać dziecko jak najdłużej wyłącznie na piersi – jeśli dla dziecka jest to najlepsze rozwiązanie to niech tak będzie. Nikogo też nie próbuję przekonać, że sztuczne karmienie, czy karmienie mieszane, jest rozwiązaniem idealnym dla każdego – broń Boże! Myślę jednak, że niezależnie od tego, jaką matka podejmie decyzję (oczywiście po konsultacji z lekarzem, najlepiej takim bez uprzedzeń), powinna zrobić to w zgodzie ze swoim sumieniem, a wszyscy inni powinni to uszanować. Natomiast mamom, które wahają się, czy dokarmiać dziecko, mówię: nie ma się czego bać! Jeśli tylko macie wątpliwości, czy Wasze dziecko się najada, albo jeśli karmienie piersią sprawia Wam problemy i jest źródłem frustracji – dlaczego nie spróbować? Zawsze warto przeanalizować wszystkie „za” i „przeciw” i bez podejmowania decyzji pochopnie, zastanowić się, czy lepiej karmić piersią za wszelką cenę, nawet jeśli sprawia nam to problemy, czy może podarować dziecku mniej zestresowaną, spokojniejszą mamę i trochę mleka z butelki? Pamiętajmy może, aby zawsze – mimo kierowania się przede wszystkim dobrem dziecka – myśleć także o tym, co jest dobre dla nas.

Olga.

 

Ostatnio moje dziecko dostało nagłej temperatury. Nagłej, bo jeszcze kilka minut wcześniej czuł się doskonale, bawił się, gaworzył, uśmiechał. I dosłownie w jednej chwili jego główka zrobiła się ciepła. Zmierzyłam temperaturę, 38 °C. Oczywiście wystraszyłam się. Mój maluch ma 10 miesięcy, ale zrozumiałe jest, iż niezależnie od wieku dziecka, tak samo boimy się o te starsze, jak i o te młodsze. Jako, że mam ich już trójkę i doświadczenie w tych nagłych skokach temperatur, zdecydowałam się umieścić tutaj parę informacji o tym jak postępować i czego nie robić w takich przypadkach.

Co robić gdy temperatura u niemowlaka przekracza38°C

  • Nie wolno malca przegrzewać, temperatura w pokoju nie powinna przekraczać 20 –22 °C
  • Trzeba dużo poić naszą pociechę bo to pomaga w obniżeniu temperatury jak i zapobiega odwodnieniu organizmu.
  • Można zastosować okłady z letniej wody na klatkę piersiową, główkę lub ręce. Pamiętajmy by woda nie była zbyt zimna!!! Najlepiej stosować okłady po podaniu środka przeciwgorączkowego.
  • Można zastosować kąpiel w ciepłej ( takiej jak zawsze kąpiemy dziecko) wodzie. Najlepiej by woda była o2 °C niższa od temperatury ciała malca. Nie wolno kąpać malca w zimnej wodzie – to może tylko spowodować szok termiczny!!! Najlepiej stosować kąpiel po podaniu środka przeciwgorączkowego.
  • Można również zastosować czopki przeznaczone dla maluszków. Dostępne są czopki z ibuprofenem ( powyżej 3 miesiąca życia) lub paracetamolem. Najlepiej mieć jedne i drugie w domu by podawać takie czopki naprzemiennie. Zdarza się, że po podaniu czopka np. z ibuprofenem po 2-3 godzinach ponownie nasz malec ma gorączkę, a na ulotce jest napisane by nie stosować ich częściej niż co 6 godzin, i wtedy właśnie można podać czopek z paracetamolem. Warto jednak, to skonsultować z lekarzem.

Kiedy wzywać lekarza

  • Gdy temperatura przekroczy40 °Ci nie spada pomimo zastosowania powyższych metod.
  • Gdy pojawiają się drgawki.
  • Gdy gorączka utrzymuje się przed trzy dni.
  • Gdy pojawią się wymioty lub dziecko nie chce pić, bądź występuje sztywność karku i inne niepokojące objawy.