twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy z tagiem: opowiadania

Bajki dla dzieci naszego autorstwa

0

 

Kilka ładnych lat temu napisałam bajkę dla dzieci. Czytałam im ją dość często, zazwyczaj wieczorami, kiedy wykąpane leżały już w swoich łóżeczkach. Lubiły jej słuchać. Nawet dziś poprosiłam dzieciaki, by namalowały mi jakieś rysuneczki do tej bajki. Córka namalowała, a syn przyniósł ptaszka, którego wcześniej zrobił w przedszkolu. Tymczasem zachęcam Was drogie czytelniczki do lektury. Proponuję byście najpierw same przeczytały i spróbowały pobawić się głosem. Im bardziej nasze czytanie na głos wyraża ekspresje i nie jest monotonne, tym bardziej dzieci wkręcają się w opowieść i chcą więcej i więcej.

Ta bajka jest dla dzieci starszych między piątym, a jedenastym rokiem życia. Czytając tym mniejszym, proszę róbcie więcej przerw. Jeśli wasze pociechy zechcą zrobić własne rysunki do tej bajki, to chętnie umieszczę je tutaj na tej stronie.

Miłej lektury :-)

Pucek, Szczotka i Przyjaciele

Daleko za miastem, gdzie nie ma żadnych ludzi, a jedynie żyją zwierzęta , w pewnej norce na łące mieszka rodzinka Pucków : Mama Pucek, Tata Pucek i mały synek Pucek. Są to myszki, szare polne myszki, z długimi ogonkami, które mają wygodny domek tuż pod powierzchnią ziemi. Tata Pucek, ciężko pracując zbudował tam długie korytarze, dzięki którym udawało im się przedostawał na plantację kukurydzy. I jak sami wiecie, kukurydza jest przepyszna ! Dlatego na śniadanko i na obiad myszki biegły korytarzem, by schrupał smaczną, żółtą kukurydzę. Na kolacje zaś, pozostawiały sobie owoce leśne. Bowiem, gdy słonce już zachodziło i na dworze robiło się już ciemno, cała rodzinka wychodziła z norki. Najpierw Tata Pucek, potem Mama Pucek i na końcu mały Synek Pucek. Wszyscy maszerowali prosto do pobliskiego lasu, gdzie czekały jagody, maliny, borówki, jeżyny – larytas dla podniebienia małych polnych myszek.
I tak w dostatku mijały dni, tygodnie i miesiące… Mały Pucek w tym czasie dorósł, a Mama i Tata Puckowie zestarzeli się i nie mieli już tyle siły biegać. Nie byli już tak zwinni i szybcy. Woleli przesiadywał w swoim domku, niż chadzad na wycieczki. Mama Puckowa często już zajmowała się tylko domem, a Tata Pucek znajdował zajęcia przy naprawie domku, w którym cały czas coś stukało lub coś odpadało. I nie ma się czemu dziwid, bo i na dworze robiło się coraz to chłodniej, wiatry z dnia na dzieo były większe, woda z nieba kapała. Robiły się wielkie kałuże, które zalewały norkę myszek.
Na plantację po kukurydzę biegał już sam młodzieniec , Synek Pucek , ale do czasu. Wkrótce pokazały się pierwsze przymrozki, a na polu, na którym jeszcze można było znaleźć choćby kilka ziaren , spadł śnieg. I już wtedy, nawet mały Pucek, nie potrafił nazbierał wystarczającej ilości jedzonka. Bardzo się martwił.
Pewnego dnia postanowił udał się do lasu – cóż może tam coś do jedzenia będzie – powiedział Mamie
- oj synku, kochany ty mój, może zostało; a jak jakiś ptak cię porwie !!! I zje!!!
- mamo, jestem zwinny jak wiewiórka, szybki jak ZIG ZAG i cwany jak lis, dam sobie radę – pochwalił się mały Pucek
- Młody jeszcze jesteś, życie przed tobą, a tam, na zewnątrz, sam zagrożenia czyhają na Ciebie – dodał od siebie Tata
-Tato, Mamo, ale jeśli nie znajdę pożywienia, to jak przeżyjemy do wiosny? – słusznie zauważył Pucek
I tak, tego samego jeszcze dnia, po zachodzie słońca, Synek Pucek wziął ze sobą mały plecak i … zdążył się jedynie wychylić z norki, kiedy nagle wielka śnieżyca zawiała i porwała myszkę gdzieś daleko. Leciał tak wysoko pomiędzy konarami drzew, niczym kulka śniegu. Skulony, mocno trzymając plecak, drżącym głosem mówił do siebie – nie bój się Pucek, jesteś wielki jak lew …no może przesadzam z tym lwem, ale na pewno, jestem zwinny jak wiewiórka… i jeszcze do tego latam, o latam, ja latam , wszystko będzie dobrze, będzie dobrze.
I tak, unoszony z wiatrem ponad ziemię, frunął jeszcze dobrych kilka chwil… , aż w końcu spadł na kopę śniegu tuż obok małej Szczotki.
*
Pucek, jak tylko poczuł, że być może już nie lata, że nic się nie unosi, a raczej, że on sam się nie unosi w górę, otrzepał się ze śniegu, odkasłał, przetarł oczy i co…? Wrzasnął AAAAAA Przed Puckiem pokazała się dziwna postać, przypominająca mysz, jednak z krótkim ogonem, takimi samymi krótkimi uszami, jakie on sam miał, z większą mordką, jakby wypchaną czymś po bokach i o wiele dłuższą sierścią na grzbiecie.
- Co tak się drzesz – powiedziała ta dziwna mysz, jednocześnie chrupiąc jakiegoś gryzaka, trzymanego w łapkach.
- aaa, przepraszam najmocniej – odezwał się Pucek – nie spodziewałem się tutaj nikogo
- hmm, raczej, ja nie sądziłam, że jak wyjdę na taras, to z nieba spadnie coś zaraz
- ale, jaki taras, że że niby co, ja spadłem na Pani taras?
- a co ja?
- no tak, jeszcze raz najmocniej przepraszam, ale nie chciałem spaść Pani na taras, nie wiedziałem gdzie spadnę
- przestać z tą Panią ! Wyglądam na staruchę? Popatrz no, tylko – okręciła się niczym modelka na wybiegu
- ależ oczywiście, że nie – Pucek tak naprawdę nie wiedział, kim jest ta dziwna mysz i szybko postanowił się dowiedzieć – Może pozwolisz, że się przedstawię
- a, no… pozwolę – odpowiedziała
- Jestem Mały Pucek, z rodziny z dziada i pradziada Pucków. Jesteśmy szlachetnie urodzonymi myszami polnymi. A ty z jakiej rodziny mysz jesteś?
- hahahaha, hihihihi – zaczęła się potwornie śmiać Szczotka, gryzaka puszczając na podłogę. Brzuszek miała napełniony, co szybko zauważył głodny Pucek, gdy ta się przewróciła ze śmiechu. – czy ja wyglądam na mysz? Hahahaha
- no, no … nie wiem , trochę do mnie podobna jesteś, tylko ogon masz jakby przykrótki i na grzbiecie więcej sierści
Szczotka szybko się oburzyła i przerwała
- ej, nie pozwalaj sobie za wiele, to są moje piękne włosy, szczotkuję je i dbam o nie co chwilę, dlatego nazywają mnie Szczotka. I nie jestem żadną myszą, a tym bardziej polną. Jestem chomikiem syryjskim. I mieszkałam z taką jedną dziewczynką …Mają, ale któregoś dnia, myśląc że będę się dobrze bawić, wybiegłam z klatki i uciekłam do ogrodu. Kiedy chciałam wrócić, nagle podleciała straszna jaskółka i porwała mnie. Wypuściła mnie dopiero w lesie, a stamtąd na szczęście udało mi się uciec. I tak znalazłam się tutaj, gdzie zbudowałam ten maleńki domek, z tym oto tarasem, który właśnie zniszczyłeś.
-ojej, to też nie miałaś lekko – powiedział Pucek i też wyjaśnił, dlaczego i jakim sposobem znalazł się daleko od domu.
Szczotka okazała się być życzliwym chomikiem, zabawnym nad to uprzejmym. Dużo mówiła, o Majce, za która bardzo tęskniła, o swoim kołowrotku, w którym się wiecznie kręciła, o rekordach, jakie na nim pobijała, o tym jak skubała marchewkę i się nią omal nie zadławiła. Szczotka była też niezwykłą czyścioszką, wiecznie się myła, nawet wówczas gdy jeszcze nie zdążyła się zabrudzić. Szczególnie dbała o swoje futerko, czesała je co chwilę. Szczotka też zauważyła, że Pucek jest wychudzony, wobec tego ze swojej buźki wyjęła pyszne pestki słonecznika i podarowała myszce.
- Ale ja tak, nie mogę z twojego brzucha jeść – oznajmił Pucek
- Mały wariacie, to nie z brzucha, tylko z moich worków
- Jakich worków, gdzie je trzymasz, nie widzę
- Tutaj- pokazała Szczotka , rozdziewając swoją mordkę i wskazując palcem na wewnętrzną stronę swoich policzków – ooo, widzisz
- jacie , jakie fajne – najwyraźniej spodobało się Puckowi – szkoda, że ja takich nie mam – pożałował przez chwilę i zabrał się za pałaszowanie pestek słonecznika
- Pucek, a może byśmy tak, no wiesz..razem….
- co razem? – zapytał pełną buzią pestek
- no wiesz, poszlibyśmy do mojego prawdziwego domu, do Mai. Tam jest bardzo dużo jedzenia. Mógłbyś je wziąć ze sobą , dla siebie i rodziców.
- To całkiem niegłupi pomysł –oznajmił Pucek
*
I tak, o świcie wyruszyli w drogę. Na dworze wcale nie było przyjemnie. Choć zamieci już nie było, jak zeszłego wieczoru, to jednak nasypało tyle śniegu, ile jeszcze tej zimy nigdzie nie było. Pucek sprytnie pomyślał i namówił Szczotkę by oboje drążyli tunel w śniegu. – W ten sposób jakoś się przedostaniemy – wyjaśnił – Zgadzam się, tylko, powiedz mi spryciarzu, skąd będziemy wiedzieli gdzie jesteśmy, skoro w śniegu będziemy buszować, ha ? – zirytowała się chomiczka – Szczotka, zrobimy z ciebie peryskop – odpowiedział Pucuś
- Jaki znowu peryskop? Skąd ty takie słowa znasz?
- a znam, uczyłem się w mysiej szkole przetrwania…. ale było fajnie tam, mówię ci Szczotka, czasem musieliśmy nawet wspinać się wysoko na jakiś rurkach, robić z liści materace, z szyszek szałasy…
- dobra, dobra, już się nie chwal swoimi umiejętnościami, powiedz lepiej co to ten peryskop – domagała się chomiczka
- łódź podwodna, by móc zlokalizować, co jest nad powierzchnią ziemi, wysuwa właśnie taką jakby lupę , czyli peryskop
- a, przepraszam, to jak ty chcesz mnie wysunąć???!!!- zdziwiła się Szczotka
- Ty wskoczysz na mnie, staniesz na dwóch tylnich łapach i wynurzysz swój poczciwy pyszczek zza śniegu i zobaczysz gdzie jesteśmy. – wytłumaczył Pucek
- aaa, no może i tak. Tak, a propos szyszek, wiesz nadają się do czesania, mają takie fajne grzebienie, ładnie później ….
- Szczotka, obiecuje ci znaleźć taką szyszkę, … ale teraz to najmniej ważne, już przestań…. Wskakuj na mnie
Chomiczka, więc wtarabaniła się na Myszkę. Szczotka była tak ciężka, że nie tylko Pucka rozbolały plecy, co i dla niej samej, było wręcz niemożliwością stanąć na dwóch tylnych łapach.
- no Szczotka, dasz radę – dopingował Pucek – musisz tylko się podbić i stanąć
- ok., ok., poczekaj , może się uda
Szczotka wyczyniała istne wygibasy na grzbiecie biednego Pucka. Kręciła się niemiłosiernie, to w prawo, to w lewo. Swoim niemałym kuferkiem tylnim przygniatała głowę Pucka. Raz próbowała odbić się od tylnych łapek, innym razem od przednich. Próbowała także jakiś pozycji z jogi , myśląc, że może i to pomoże. Jednak dla małej myszki polnej, to już był za duży ciężar.
- Szczotka, daruj już sobie. Zejdź proszę. Ja wejdę na Ciebie.
- Najpierw karzesz mi się tu wtarabaniać, potem wyczyniać figury niczym z cyrku, a potem złazić. I z tego wszystkiego zobacz jak wyglądam. Ojej, moje futerko – lamentowała Szczotka, przewrażliwiona na punkcie czystości.
Pucek jednak zwinnie niczym wiewiórka wskoczył na Chomiczkę, stanął na łapkach i wynurzył się zza śniegu. Dokładnie opisał Szczotce lokalizację, w której się znajdują. I dzięki temu, chomiczka wiedziała, którędy mają iść do Mai.
Droga wcale nie była męcząca. Tylko rzeczywiście , oboje ciężko pracując drążyli tunel, a Pucek co jakiś czas sprawdzał, czy podążają w dobrym kierunku. Szli lasem i polem. Przechodzili także przez zamarznięte kałuże. Niekiedy zatrzymywali się by coś przekąsid. Wtedy chomiczka ze swojej mordki wyjmowała drobiny suchej marchwi lub pestki dyni. A gdy poczuli się zmęczeni,
wtulali się w siebie nawzajem i zasypiali pod śniegiem. I tak minęły trzy dni wędrówki, aż w końcu dotarli do pewnej rzeczki.
*
Pucek robiąc z siebie peryskop oznajmił – Hm, Szczotka … przez rzeczkę to my raczej nie przejdziemy pod śniegiem.
- no jak to nie, przecież zamarznięta jest pewnie – uznała zdziwiona chomiczka
- Szczotka, rzeczka zimą nie zamarza. Jeziora, stawy i inne zbiorniki wodne, w których woda stoi to tak, ale nie rzeka. Rzeka cały czas płynie. – wytłumaczył uczony Pucek
- Ty , a w tej swojej szkole przetrwania to uczyłeś się może jak się przedostać przez wielką rzekę, He ?
- No nie bardzo. Muszę pomyśleć.
Pucek myślał i myślał, a w tym czasie Szczotka jak zwykle myła się i szczotkowała. Trwało to jakiś czas.
- I co wymyśliłeś? – spytała w końcu, gdy uporała się ze swoimi czynnościami pielęgnacyjnymi. – Bo ja już skończyłam. Wyglądam tak pięknie, że normalnie mogłabym startować w wyrobach miss chomiczek – ciągnęła dalej
- Hmm, musimy znaleźć patyk i przejść po nim. Tylko to musi by wielki patyk – olśniło Pucka
- Cudownie ! – sarkastycznie wykrzyczała Szczotka – świetny pomysł. Ja czegoś takiego w życiu bym nie wymyśliła.
-Nie marudź – oburzył się Pucek – tylko zacznijmy poszukiwania. Idziemy. Musimy wyjśd z tego śniegu. Za mną ! – niczym dowódca armii wydał rozkaz
Rozglądali się dookoła, lecz żadnego patyka nie znaleźli. Bardzo się martwili. Rzeka którą Wy moglibyście przejść czyniąc jedynie około 5 kroków, i mocząc nóżki jedynie po stópki, dla małych zwierzątek myszki i chomika była ogromnym zbiornikiem wodnym, po którym raczej łatwiej byłoby pływać. Dlatego tym razem, to Szczotka wpadła na genialny pomysł. Zauważyła bowiem, duży dębowy liść, który jeszcze na szczęście pod śniegiem się uchował.
Dojrzała także kilka małych patyczków. I przyciągnęła znaleziska do brzegu rzeki. Z dumą oznajmiła – Przepłyniemy na tratwie. – I tak oboje wpakowali się na duży liść i odpychali się patyczkami. I wszystko poszłoby jak z płatka, gdyby nie wielki krokodyl. Tak, tak krokodyl, który nie wiadomo skąd i jak znalazł się w tej rzece. Pucek i Szczotka podśpiewując sobie marynarskie piosenki, nagle poczuli chlust wody. Gdy się odwrócili, by zobaczyć, co takiego ich oblało, zdrętwieli z przerażenia. Oboje się bardzo wystraszyli.
- czyyyyczyyy tttyy wiiidziiiszsz ttto ccco jjjja? – spytała Szczoteczka
- tttooo mmma zzzęeeebyyy, wwwilekie zęby – odpowiedział Pucek
- iii, cc cały jest wielki, ma ogon – zauważyła chomiczka
Krokodyl zbliżał się.
- ojej, on tu płynie, Szczotka wiosłuj, uciekamy
- on nas zje, zje. A ja nie chciałam być zjedzona. Już nie zobaczę Mai i swojej klatki – z przerażeniem krzyczała chomiczka, której łzy lały się już po całym futerku.
Nie mogli uciec daleko, wystarczyło, iż krokodyl raz się zamachał i już był blisko nich. W końcu, podpłynął tak blisko, że aż dotykał końcem swojej mordki ich tratwę, co wcale nie było przyjemne dla zwierzątek, które już chciały wskoczył do wody, gdyby nie to, że krokodyl nagle przemówił :
- Jestem Dzik. Szukam pomocy. – powiedział, bardzo niewyraźnie.
- Ja Pucek
- a ja Szczotka, a czy dobrze usłyszałam Dzik?
- tak, tak – potwierdził krokodyl –
- głodny jesteś i chcesz nas zjeść ? – wyskoczyła z pytaniem chomiczka
- Tak, jestem głodny, ale nie mogę jeść
- Pucek, dawaj uciekamy, on szuka pożywienia, tak jak ty. Zje nas zaraz – łkała Szczoteczka
- Nie nie, ja nie jem zwierząt. Jestem wegetarianinem. Nie mogę tylko skubać tych kasztanów, które nazbierałem jesienią. Bardzo boli mnie ząbek. O tutaj – nasz długi zielony bohater otworzył swoją wielką uzębioną paszczę.
- Uuuu, paskudny stan zapalny – zauważył Pucek – trzeba wyrwać
- chyba żartujesz, Pucek, masz zamiar wyrywać zęba temu, wielkiemu potworowi? – wrzeszczała chomiczka
- Ale ja nie jestem wcale potworem – obraził się krokodyl. – Boli mnie ząbek. Pomóżcie mi.
- Przecież nie zostawimy go tutaj tak – Puckowi przykro się zrobiło, z powodu krokodyla. Gdybyśmy go tutaj zostawili i nie pomogli, wówczas bez jedzenia kasztanów, gad mógłby rzeczywiście umrzeć z głodu.
- W porządku, to jak masz zamiar bawić się w dentystę? – zapytała Szczotka
Pucek, sprytny Pucek ze swojego plecaka wyciągnął linę. Wskoczył na zielonego gada. Przywiązał jeden koniec liny do ząbka Krokodylka. Następnie poprosił by Dzik uniósł swój ogonek i trzymał go mocno w górze. Wtedy Pucek wspiął się na czubek zielonego dużego ogona i ciasno przywiązał na nim drugi koniec liny. Na polecenie Pucka, krokodyl szybko zamachał ogonem tak, że sam wyrwał sobie ząbka. Akcja ratunkowa się powiodła, wszyscy odetchnęli z ulga i zaczęli się bardzo cieszyć.
- dziękuję, bardzo dziękuję Wam. Pucek jesteś prawdziwym bohaterem. – oznajmił Dzik, który następnie wyjął kasztany i podzielił się nimi z nowymi przyjaciółmi. Dzik opowiedział swoją historię, o tym jak mieszkał w pewnym terarium, ale nie spodobał się właścicielowi. Ten właściciel chcąc się pozbyć krokodylka, wrzucił go do rzeki. Później prąd rzeki niósł krokodyla bardzo długo, aż w końcu, pozostawił go na tym brzegu. Dzik opowiadał, jak tu poznał Czaplę, która naniosła mu jedzenia i zaopiekowała się nim, do czasu, kiedy ponownie zyskał siły. To właśnie Czapla nazwała go Dzikiem. Bo jest dziki wśród lisów, wiewiórek, łosi, jaskółek, wróbelków i wielu innych zwierzątek. Czapla i Dzik to prawdziwi przyjaciele.
To też, jak do grona zwierzątek pałaszujących kasztany, dołączyła Czapla, która przyleciała zziajana i najbardziej zasmucona, jak tylko może być zasmucony
ptaszek, informując iż niestety nie znalazła żadnego dentysty, który byłby godzien wyrwać ząbka, Dzik uśmiechnął się najszerzej jak tylko mógł ciesząc się, iż widzi ptaszka. I Czapla zauważywszy , iż krokodylek już nie ma chorego ząbka, jej smutna minka szybko zmieniła się w radosnego dzioba. I zakwiczała – Hoooo, Hoooo, Hoooo. Heeee,heee, heee, hi iii, hi iii, hi iii………………………………………….. I ćwierkała dalej, gdy Szczotka zapytała
- A, ona, to tak długo jeszcze może
- Ojjj, może, może … będzie jeszcze heee, huuu, hyyy, haaa długo jeszcze -odpowiedział krokodylek, który i tak machał ogonem, wtórując czapli i tym samym dodając rytmu i basu jej ćwierkaniu.
- Mają swoją piosenkę – słusznie zauważył Pucek.
Czapla była bardzo mądrym ptaszkiem i szybko zorientowała się, że Pucek i Szczotka mają zamiar iść do miasta. Czapla często fruwa nad miastem i wie, że spacer po mieście małej chomiczki i jeszcze mniejszej myszki może źle się skończyć. Wystarczy ruch na ulicach i tłum przechodniów, by mogłaby stad się krzywda małym zwierzątkom. Dlatego Czapla, zaproponowała pomoc. Ptaszek, chętnie weźmie do swojego dzioba zwierzątka i razem z nimi pofrunie do domu Mai.
- świetny pomysł – powiedział Pucek
- Pucek, jakoś ostatnio chętnie nas wszyscy do swoich paszczy zapraszają, albo w dzioby biorą …no, ale w sumie… chętnie się przelecę. Ostatnio jak z tą jaskółką leciałam, to nic nie widziałam. Wtedy oczy zamknęłam i tak się trzęsłam. No, a teraz …to zupełnie co innego. Tylko rezerwuję lot pierwszą klasą, z pełnym wypasem – zażądała chomiczka
Czapla niczym konkordat zabrała zwierzaczki na pokład i poszybowała daleko do miasta, a wylądowała tuż przy drzwiach do ogrodu Mai, dokładnie tych samych, którymi po raz ostatni Szczotka wychodziła.
-ojej .. mój dom – powiedziała chomiczka, najwyraźniej bardzo wzruszona.
- Hmmm, tylko nikogo chyba nie ma – powiedział Pucuś – jak masz zamiar tam wejść?
- tak jak weszłam, przez tę szparkę o tu…widzisz – Szczotka wskazała małą dziurkę pomiędzy oknem, a ścianą. Zadowolona podeszła do niej bliżej i zaczęła
się wpychać. No właśnie zaczęła, bo dalej już nie poszła. Jedynie głowa szczotki weszła do środka, reszta została. Chomiczka okazała się szersza niż ta dziurka.
- Szczotka, a ile ty tych pestek słonecznika jadałaś przez ten czas, jak Ciebie tu nie było?
- Pucek, to nie jest śmieszne. Ja naprawdę się mieściłam!
- Daj, ja wejdę i jakoś otworzę te drzwi dla żarłocznej chomiczki.- żartował Pucek
Pucek zwinnie, przedostał się do domu. I był oczarowany tym miejscem. Nagle zrobiło mu się tak ciepło, tak przytulnie, zapachniało pysznym pieczonym serem, a na podłodze pod łapkami czuł miękki dywan. Było wręcz wspaniale. Przypomniał sobie swój domek, rodziców. Zapach obiadów Puckowej mamy, parzonej kawy taty. Przypomniał sobie swój pokój, oj…jak bardzo chciałaby teraz się znaleźć….. a to co? Pucek usłyszał stukanie. Ach tak, to Szczotka ośnieżona i trzęsąca się chomiczka za oknem upominała się, by Pucek wreszcie wpuścił ją do środka. Czapli już nie było, poleciała pozałatwiać swoje sprawunki i obiecała, że jak będzie wracać to zabierze z powrotem ze sobą Pucka.
- Myślałam,że zaraz zaśniesz, a ja tu będę dalej marzła. Oczy ci się zamykały – powiedziała Szczotka, otrzepując się ze śniegu po tym, jak już weszła do domku. Chomiczka zaraz pobiegła do swojej klatki. Wydobyła z niej cały grom jedzenia, które zapakowała w kilka plecaków dla Pucka i jego rodziny. Następnie oboje uradowani zaczęli biegać w kołowrotu niczym zawodowcy, skakali po przeszkodach, biegali w specjalnych rurkach dla gryzoni, zjeżdżali ze zjeżdżalni. Trwałoby to bardzo długo, gdyby nie Czapla, którą w końcu usłyszeli zza oknem, stukającą dziobem w okno.
- Czas się pożegnani – powiedział Pucek
- Możesz tu ze mną zostać – oznajmiła chomiczka
- Bardzo chętnie, jest tutaj bardzo miło, ale nie mogę…muszę wracał do rodziców, obiecałem im. I tęsknię za nimi.
- ja będę tęsknił za Tobą. To była najwspanialsza przygoda w życiu.- wyznała Szczotka
- I dla mnie też. Lepsze od mysiej szkoły przetrwania hehe . Szczotka, poproszę Czaplę i przylecę do ciebie na wiosnę.
- świetnie, pokażę Ci wtedy ogród. Wiesz mamy taką małą fontannę i
- dobrze, dobrze na wiosnę mi pokażesz. I dziękuję Ci bardzo za pożywienie.
Oboje się uściskali na pożegnanie.
Czapla zabrała Pucka, jego plecaki i odfrunęła.
Pucek przespał całą drogę, lecz gdy się obudził, ptaszek właśnie wylądował tuż przy wejściu do norki myszek.
- Czapla, jak ja się cieszę, jestem w końcu w domu. Bardzo ci dziękuję za pomoc. Jesteś wspaniałym przyjacielem.
- Możesz na mnie liczyć
Ptaszek swoim pazurkiem dotknął łapki myszki na pożegnanie i odleciał.
Nie trzeba mówić, jaką wielką radością wszyscy cieszyli się w domu Pucka. Rodzice płakali ze szczęścia i byli bardzo dumni ze swoje synka, który przez kolejne tygodnie opowiadał o swoich niebywałych przygodach i nowych przyjaciołach. Pucek, Szczotka, Dzik i Czapla są przyjaciółmi do dziś i może jeszcze nie jeden raz o nich usłyszymy.

 

KONIEC

 

Agnieszka

Moje heurystyki oceniania – anegdota

39

„(… )nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże.”

„ Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche mama.”

To było ciepłe niedzielne popołudnie. Wiosna już w pełnej krasie, powiew zielonych pęków, drzew i ta świeżość, otaczająca atmosferę. Idealna pora na spacer. Wydeptaną ścieżką prowadzącą z ulicy Sikorskiego w Warszawie, aż do Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie zobaczysz matki pchające wózek z dzieckiem, biegające dwulatki z opiekunką lub babcią, starców mieszkających nieopodal, a nawet kury wybiegające zza płotu małej działki jeszcze pamiętającej lata 70’ ubiegłego wieku. To taki inny świat, a odległy zaledwie kilkadziesiąt metrów od jednej z ważniejszych ulic w tym rejonie Warszawy. Część owej ścieżki, mniej więcej na tyłach kampusu wyższej uczelni, przechodzi przez kawałek lasu. Pamiętam jeszcze, że jak byliśmy dziećmi biegaliśmy tam bawiąc się w rowerowe podchody. Często podzieleni w dwie grupki zastawialiśmy się przeszkodami, nawzajem wyznaczaliśmy sobie zadania. Wyprawa do lasu usłana wręcz była tajemniczością, a celem nierzadko znalezienie skarbu. Mając dziesięć lat i zgraną paczkę podwórkową, osiedle i najbliższa okolica stają się siatką, planem na mapie jeszcze nieodkrytych terytoriów, w które można zapuszczać się dalej i jeszcze dalej. I podczas jednej z takich wypraw, mając bagaż przytwierdzony z tyłu do mojego „Pelikana”, wyruszyliśmy na podbój jaszczurkom. Nasza ekipa, tuż za rozłożystymi krzakami, w odległości około stu metrów od ścieżki, rozbiła swoją bazę, a następnie szperała w ściółce, liściach, korach drzew, by znaleźć choć jednego gada, gdy nagle usłyszeliśmy warkot silników. Zauważyliśmy, że w naszą stronę zbliża się około dziesięciu motocyklistów. Poczuliśmy strach. Z naszej kryjówki obserwowaliśmy: jak się zatrzymali, krzyczeli, przeklinali. Byli młodzi, ubrani zupełnie na czarno, w skórzane kurtki z jakimiś srebrnymi szpikulcami, a na szyjach u niektórych widoczna była dziwnie zaciśnięta obręcz. Ich niecodzienny strój i zachowanie, wprawiały nas w narastający niepokój, który apogeum osiągnął, kiedy owi młodzi ustawili się w krąg i zaczęli mówić jakimś dziwnym językiem. Później, gdy tylko usłyszeliśmy satan, nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże. Nigdy później nie pedałowałam tak szybko jak tego dnia. Sataniści próbowali nas przegonić, z tyłu słyszałam, jak krzyczeli, że nie wolno nam się samym pałętać po lesie. I coś jeszcze, że im przeszkodziliśmy w jakimś obrzędzie.

Później, już ze swoim dzieckiem, ilekroć przechodziłam tą drogą, uciekałam się do retrospekcji. Słyszałam w sobie ciche „uważaj”. I mimo, że tak naprawdę nigdy mi nic nie groziło, nawet ze strony tamtych motocyklistów, bo przecież tylko krzyczeli; a krzyczała także często i sąsiadka Malicka, to jednak emocje, które powstały tego dnia, w tym lesie, wiele lat temu, głęboko zakorzeniły się w mojej świadomości. Bo do owego wiosennego niedzielnego popołudnia, zagrożenia- jeśli już miałam upatrywać się w ludziach, to tylko w tych odbiegających od norm społecznych. Jakkolwiek inaczej ubrana postać, niezwyczajne zachowanie, inny wyraz twarzy, glany i skóra, podbite oko ; chwytałam mocniej córkę by ustrzec ją przed ewentualnym niebezpieczeństwem. I sama z uwagą, ostrożnością przechodziłam obok tych „dziwnych”.

Heurystyka jest to reguła myślenia, uproszczona i często służąca do rozwiązywania jakiegoś problemu. Na przykład: jeśli kupię produkt w sklepie ze zdrową żywnością, wówczas z pewnością będzie on dobry dla mnie. Jeśli widzę schludnie ubranych,spokojnych ludzi, jestem przekonana, że nic mi nie grozi w ich towarzystwie.

I właśnie ścieżką mych doświadczeń lat dzieciństwa, tego wiosennego dnia, z 4-letnią córką i małym szczeniakiem rasy seter irlandzki, wracałyśmy do domu. Dookoła, nie widziałam żadnego zagrożenia, żadnych niezwyczajnych postaci. Ba, więcej…dało się usłyszeć z pobliskiego kościoła dzwon bijący na koniec mszy. To od razu wzbudziło we mnie jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa; mogłam więc beztrosko poddać się niedzielnej aurze, wtopić się w tłum tych zwyczajnych i nie myśleć o żadnym zagrożeniu. Po drodze śpiewałyśmy piosenki, zbierałyśmy bazie, prowadziłyśmy naszego szczeniaka na smyczy, mijałyśmy innych: również z pieskami, rodziny z dziećmi, pary starsze i młodsze, wnuków z dziadkami.

Jak widać z moich dwóch historii, wierząc swoim utartym przekonaniom, w życiu można się bardzo zdziwić.

W którymś momencie zauważyłam wyłaniającą się zza horyzontu, podążającą z na przeciwka starszą, bo mniej więcej po sześćdziesiątce parę. Oboje poruszali się wolnym i spokojnym spacerowym krokiem. Kobieta w strojnym kapeluszu i eleganckim płaszczu oraz mężczyzna siwy, szczupły o pociągłej twarzy, dobrze wyglądający, również dostojnie ubrany. Szli blisko siebie, kobieta pod rękę trzymała mężczyznę. Pamiętam, iż patrząc na nich z daleka, pomyślałam, że z pewnością są małżeństwem z długim stażem i najprawdopodobniej wyszli właśnie z kościoła. Z córką śpiewałyśmy wtedy „Stokrotka rosła polna…” i byłyśmy rozkosznie zabawne, całkowicie nie spodziewałyśmy się żadnego zagrożenia, które miało zajść za niecałą minutę. Wcale nie złapałam swojej córki mocno za rękę, by ją wcześniej ustrzec, wcale nie byłam czujna, w głowie nie brzęczało mi ciche „uważaj”, bo dookoła najzwyczajniej nie widziałam żadnego niebezpieczeństwa. Dopiero wtedy, gdy się mijaliśmy…mężczyzna bardzo władczo i stanowczo powiedział –Zabieraj tego psa. – Nie wiedziałam o jakiego psa mu chodzi, o tego mojego małego Artesa, idącego grzecznie na smyczy? Nie ważne, i tak nie miałam nawet chwili do namysłu, bo mężczyzna wyjął nagle coś z kieszeni i zaczął pryskać. Opryskał mnie, córkę i psa. Od razu upadłyśmy, obie.Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche „mama”. Po paru sekundach uświadomiłam sobie, że facet, bo mężczyzną nazwać go nie można, dosłownie potraktował nas gazem obezwładniającym. Ile sił mogłam, chwyciłam córkę na ręce i z trudem, naprawdę z trudem wygrzebałam się z tego miejsca. Chciałam byśmy oddaliły się od tego punktu, gdzie został puszczony gaz. I gdy tylko to zrobiłyśmy, kazałam córce wdychać głęboko czyste powietrze. Obie byłyśmy bardzo roztrzęsione. Nasz Artes schował się w krzakach i ledwo dyszał. Odciągnęłam go również. I wtedy spojrzałam przed siebie, ci ludzie, wolnym krokiem szli dalej, jakby nigdy nic. Nie mogłam w to uwierzyć. To był normalny atak z ich strony, widzieli, że obie przez chwilę leżałyśmy, a oni nic….dalej szli swoim wolnym krokiem. Jedynie z całych sił wykrzyczałam „wy skur……..”. Nie myślałam o wzywaniu policji, a o nas. By jak najszybciej dotrzeć do domu, zdjąć ubrania, porządnie zmyć z siebie opary i umyć psa, który ledwo dyszał mając w sierści szkodliwą substancję.

Jak widać czasem heurystyka oceniania potrafi bardzo zmylić

 

 

Agnieszka

 

Maciuś mieszkał ze swoją mamą i babcią. Mieli nieduży domek z garażem. Mama i babcia zajmowały jeden pokoju, a Maciuś i jego zabawki drugi. Pokój Maciusia wcale też nie był duży, przeciwnie. Stało w nim łóżko, mały stoliczek do rysowania ,zmieściła się też szafa na ubrania i półki na zabawki. Maciuś miał ich dużo. Wśród nich były: samochodziki, plastikowe żołnierzyki, dmuchana kaczka do pływania, trzy łódki, pająk, robot, hula hop, maskotki, pluszaki małe i duże, bobas na baterie, pistolety, psikawki , pociągi z torami, miś Puchacz, wiewiórka Ruda Kita i wiele, wiele innych

Maciuś nigdy nie miał dość zabawek. Rytuałem było wrzeszczenie na biedną babcię . Po drodze z przedszkola do domu, Maciuś nie zważając na śnieg, słońce czy deszcz, siadał na chodniku i krzyczał – Ja chcę zabawkę ! – a nawet stawiał żądania –Ja nie wstanę, aż mi nie powiesz, że kupisz mi to jojo, które dziś miał Karol w przedszkolu! – Cóż miała robić biedna babcia, przecież nie mogła pozwolić by wnuk siedząc na zimnym betonie zaziębił się. Brała zatem wnuka pod pachę i szybko biegła do sklepu po nową zabawkę, by przypadkiem Maciuś znowu nie usiadł i nie wrzeszczał na całą okolicę. Zresztą, co sąsiadki pomyślałyby o babci, a zwłaszcza pani Malicka, która wiecznie o wszystko ma pretensje.

Tym sposobem Maciuś każdego dnia wracał z nowo nabytą rzeczą, która stawał się jego głównym bohaterem zabaw, podczas gdy babcia zajęta była gotowaniem obiadu. Maciuś bawił się w pokoju, ale jak… ho ho ho ! Biegał, krzyczał, rozrzucał rzeczy, gonił się z wielkimi niedźwiedziami, ruszał na polowania, pływał statkami, budował domy z kloców i stołków… Po obiedzie jego pokój wyglądał jak pobojowisko.

Zabawnie było dopiero jak do domu wracała mama. Mamusia, która bardzo długo pracowała i była bardzo zmęczona, siadywała na kanapie przed telewizorem i odpoczywała. Maciuś przybiegał wtedy i siadał jej na kolana, obejmował mamę, mówił, że ją bardzo kocha i wraz z nią oglądał telewizję. Czekał jednak na reklamy.

- Mamusiu, zobacz, zobacz – podekscytowany Maciuś łapał obiema rękoma brodę mamy i trzymał w kierunku telewizora, by przypadkiem się nie odchyliła i nie ominęła ją reklama fantastycznego ludzika, który po złożeniu i mógł być także statkiem kosmicznym. I do tego wszystkiego on sam latał, a przynajmniej tak twierdziły dzieci, w tej reklamie.

- Wiesz, jak ja bym miał taką zabawkę, to cały czas siedziałbym grzecznie w pokoju i się nią bawił – rzekł chłopiec wpatrując się w mamę anielskimi oczami.

- Synku, ale ty już masz bardzo dużo zabawek – mama próbowała nie dać się uwieść tym spojrzeniem.

- Ale takiej nie mam, mamusiu, proszę, proszę kup mi tego ludzika –nie dawał za wygraną.

Maciuś, nie schodził z kolan mamy, tylko męczył ja potwornie, skakał po niej niby dla zabawy, niby dla pociechy, a jednocześnie cały czas prosząc się o tegoż ludzika.

- Kochanie, zejdź ze mnie, ciężko mi jest, jak tak skaczesz po mnie – irytowała się mama

- A kupisz mi ? kupisz? Widziałaś, on lata!

- Synek, on nie lata, to tylko reklama – tłumaczyła

- Nieprawda – uniósł się Maciuś – on lata, ty się nie znasz ! – zaczął krzyczeć

I już koncert wieczorny Maciusia się rozpoczynał. Maciuś grał pierwsze skrzypce, tak, że aż pani Malicka pukała do domu i skarciła biedną babcie myśląc, iż obdziera wnuka ze skóry. Groziła też palcem na mamę i mówiła, że policję będzie wzywać.

I tak o to, kolejną bitwę o zabawkę wygrał mały chłopiec. Następnego dnia mama przyniosła do domu tego ludzika, który zmieniał się w statek kosmiczny. Na jego widok Maciusiowi zajaśniały oczy, szeroki uśmiech na buzi się pojawił. Złapał nową zabawkę i popędził z nią do pokoju. I tak jak w reklamie pokazywano, złożył ludzika w statek kosmiczny , mocno się zamachał i puścił, tak samo jak wtedy dzieci. Ależ jakie było zdziwienie Maciusia, kiedy jednak statek spadł na podłogę i odłamał się kawałek skrzydła.

- Mamo !!!- wrzasnął, aż ściany całe chodziły

- Jej, co się dzieje ? – mama rzuciła pranie i nie zdążyła jeszcze wytrzeć rąk, kiedy weszła cała roztrzęsiona do pokoju do synka, myśląc, ze coś poważnego się stało. Tak przynajmniej mogła pomyśleć usłyszawszy potworny krzyk swojego synka.

- Ludzik nie lata, a do tego złamało się ! – wył Maciuś

- Kochanie, myślałam, że cos się stało?

- Bo się stało I – tupał i wrzeszczał

- Przecież, mówiłam Ci, że ten ludzik nie będzie latał, prawda? Reklamy specjalnie są tak nagrywane, by dzieci mogły sobie wyobrazić jak można się bawić zabawkami. Prawdziwa magia bowiem jest tu – wskazała na serce i główkę Maciusia – w naszych umysłach i wyobrażeniach, w naszych snach. I tam gdzie owa magia istnieje, dzieją się prawdziwe cuda.

Mama uspokoiła Maciusia, tuliła go ciepło.

I po tej historii Maciuś chyba zrozumiał, że reklamy nie pokazują prawdy do końca. Jednak czegoś innego Maciuś jeszcze nie zrozumiał.

Otóż biedny ludzik, ten sam z reklamy, którym tak żywnie bawił się przed chwilą Maciuś, teraz zepchnięty w kąt miedzy szafą, a łóżkiem z odłamanym skrzydłem cichutko płakał.

 

*

Chaos wśród zabawek panował, kiedy Maciuś w przedszkolu siedział. Wszystkie naraz zaczynały wstawać, ruszać się, rozmawiać ze sobą, a nawet kłócić się. Bo gdy tak całe popołudnia oraz noce powyginane i powgniatane jedno na drugim leżały, bardzo chciały choć na chwilkę zmienić niewygodną pozycję. Zresztą to był jedyny czas, kiedy nikogo nie było w domu. Babcia o tej porze bywała w czytelni na Jasnej, a mama w pracy liczyła swoje księgi rachunkowe przy komputerze. To też, zabawki wykorzystywały wolną chwilę na oglądaniu strat jakie poniosły przez ostatnie popołudnie w trakcie zabaw z Maciusiem.

- Widzieliście gdzieś moje tory? Mam tylko jeden kawałek, ale reszty nie widzę – zapytał smutny pociąg Tomek , włócząc się z trudem po włochatym dywanie, który wkręcał się w jego koła.

- Są tam ! – wskazała na miejsce pod szafą Ruda Kita

- I tu – wskazał palcem Robot, a następnie zapytał wszystkich – Ej słuchajcie, a gdzie jest ten nowy?

- Hej, hej, czy ktoś mi pomoże ? – zawył bobas w oddali – potrzebuję włożyć te baterie, ale nie mogę – błagał dalej

- Ok, ja pomogę – przyleciała Ruda Kita do bobasa. Wygoniła z niego pistolety i z trudem przekręciła go na brzuszek. Na jego pleckach otworzyła klapkę i włożyła baterie. Bobas nagle zaczął gadać i gruchać po swojemu. Był bardzo uradowany.

- No właśnie – wtrąciła Ruda Kita po wykonanym zabiegu na bobasie. – Gdzie jest ten nowy? Ciekawe, czy jest poobijany?

Nagle zza szafy wyłonił się Ludzik, kulejąc wyszedł na środek pokoju. Płakał.

- Stary, nie becz – zeskoczył Robot z półki i podszedł do Ludzika. Podał mu rękę na przywitanie- jestem Robot, a to moi przyjaciele. Niestety nie mamy łatwo. Wiele ran odnosimy w trakcie zabaw. Także, nie płacz. Pokaż co się stało.

Ludzik wysunął nóżkę i ze smutkiem wskazał:

- Tutaj, nie mam skrzydła i kawałka nogi. Bo u mnie skrzydło i noga to jedno.

- Jasne, zaraz alarm uruchomię , nie przejmuj się – Robot obejrzał nogę Ludzika, rozejrzał się w koło i w końcu stanął na najwyższej półce. Stamtąd krzyknął do wszystkich – Proszę o ciszę ! Mam coś ważnego do powiedzenia ! Nasz nowy kolega – wskazał Robot na Ludzika – potrzebuje pomocy. Ma odłamany kawałek, który się zgubił. Czy ktoś widział złamaną część Ludzika? Bez niej będzie już kulał na zawsze. Dlatego to jest takie pilne. Nie możemy dopuścić, by Maciek znalazł pierwszy tę część i wyrzucił ją do kosza.

- Dobrze, dobrze, będziemy szukać w tym bałaganie – odpowiedziały zabawki

Wszystkie zabawki mocno wzięły się za poszukiwania. Sprawdzały wszystkie kąty, szafki, półki, szuflady, zaglądały pod książkami, a nawet sprawdzały pluszaki sprawdzały czy przypadkiem owa część nie zawieruszyła się w ich miękkich materiałach. Niestety, po długich godzinach zabawki, które jeszcze nie znalazły nóżko-szkydełka Ludzika, musiały przerwać poszukiwania. Maciuś wraa z babcią wrócili do domu.

 

*

Chłopiec jak torpeda wleciał do swojego pokoju by pobawić się nową zabawką, którą właśnie wymusił swoim sposobem od biednej babci. Tym razem był to taki maleńki ptaszek kupiony wraz z guma do żucia. Maciuś wepchał do swojej niedużej buzi kilka takich gum, złapał ptaszka i latał z nim po całym pokoju. Fikał, skakał, wywracał inne zabawki, kręcił się niemiłosiernie, aż w końcu natrafił na jakiś plastik.

- A co to ? – powiedział do siebie, oglądając rzecz i mocno się jej przypatrując

Zauważył to Robot, którego pięć minut wcześniej, Maciuś wrzucił pod stoliczek do rysowania, gdzie na dodatek stał jeszcze śmietnik na papiery. –Pssst – powiedział Robot cichutko do Ludzika – To twoja zgubiona część.

- Widzę, ale co z tego, jak i tak nie mogę po nią wyjść. – wyszeptał Ludzik

I w zasadzie nie miał już po co Ludzik wychodzić, gdyż Maciuś, stwierdził, że nie wie skąd ta rzecz się wzięła u niego. Mały chłopiec sięgnął ręką do kosza obok Robota i wrzucił tę część do pudła ze śmieciami – papierami. Robot jak tylko zobaczył, że Maciuś skazał Ludzika na wieczne kulenie, tak się zezłościł, że aż cały poczerwieniał i zaczął sam rdzewieć.

Maciuś jednak nie przestawał się bawić dalej. Machał rękoma, brał do ręki kolejne zabawki, a później pyrgał je gdzie popadnie. Żadne z nich nie miało swojego miejsca. Na dmuchanej kaczce stały plastikowe żołnierzyki, klocki na bobasie, z którego znowu wystawały baterie, Ruda Kita ogonem w dół zwisała z półki, pająk przykleił się do misia Puchacza gumą do żucia, którą Maciusiowi nie udało się wrzuć do kosza, samochodziki się porozchodziły, a tory ponownie można było znaleźć w każdym kącie. Istny bałagan. Maciuś jednak, nie widział żadnego nieporządku. Uważał, że jego pokój jest super.

*

- Jak mnie przekłujecie i pęknę, to będę strasznie zła, a teraz schodzić ze mnie. Maćka nie ma w domu ! – już następnego ranka krzyczała kaczka do żołnierzyków

- To co my możemy poradzić na to, że Maciek nas tu położył – wszystkie trzy poirytowane żołnierzyki odpowiedziały dmuchanej kaczce. – Już schodzimy z ciebie.- Żołnierzyki raz, dwa zeskoczyły ze grzbietu kaczki i popędziły na pomoc pająkowi i Puchaczowi. Rozejrzały się w sytuacji niczym detektywi, pomacały gumę, do której zostały zabawki przyklejone, obeszły dookoła, namyśliły się i powiedziały

- Dramat !

- Jak to dramat? – zaciekawił się Puchacz, którego futerko z boku było całe zafajdane od gumy.

- No, mówcie , jaki dramat? – dodał od siebie pająk.

Żołnierzyki spojrzały na siebie porozumiewawczo i wspólnie stwierdziły

- Trzeba ciąć

- Coooo? – wykrzyczały razem Puchacz z Pająkiem

- Tak, tak , żołnierzyki mają rację, bez ostrych narzędzi się nie obejdzie. Potrzebne będą nożyczki – wtrąciła się Kaczka, która właśnie się doczłapała.

- O blada kaczka – powiedział zmartwiony pająk, którego dwa odnóża tkwiły w zmieszanej gumie i futerku Misia

- Ale ja wcale nie jestem blada! – poirytowała się kaczka – tylko całkiem żółciutka, no może rzeczywiście troszkę zbladłam, ale bez przesady

- Ojej, jakaś ty głupiutka …. to takie powiedzenie Pająka „blada kaczka” – wtrącił Robot, który wyszedł spod stoliczka . Pająk tak zawsze mówi, jak coś się dzieje. – wyjaśnił Kacze, a następnie podszedł do Pająka i Misia. Za głowę się złapał – Tu w pokoju nie ma żadnych nożyczek, musimy ich szukać w całym domu – zmartwił się Robot.

- A może ja bym wam mógł pomóc ?– piskliwym głosikiem odezwał się nowy przybysz, Ptaszek – Mam ostry dzióbek, mógłbym spróbować.

- O blada kaczka – znowu się zmartwił pająk, na myśl, że może go dziobać jakiś dziobak.

- A on znowu o mnie – zirytowała się kaczka – może lepiej byś mówił „o żółta kaczka”, przynajmniej byłoby mi milej – denerwowała się

- Ojj, nie przejmuj się – zwróciła się Ruda Kita do Kaczki, a następnie rzekła do wszystkich – Wiecie, to chyba dobry pomysł, żeby Ptaszek spróbował ich odkleić. Pająk, Puchacz , co wy na to?

- Skoro nie ma innego wyjścia – zgodził się zrezygnowany Miś

Ptaszek, więc przystąpił do żmudnego wydziobywania gumy z futerka Puchacza i nóżek Pająka. Tymczasem Robot i inni postanowili użyć wielkiej siły, by przewrócić śmietnik z papierami. Próbowali na różne sposoby, ale niestety zabawki nie dały rady.

- Przykro mi Ludzik – powiedział Robot – jest już za późno.

Biedny Ludzik, schował się pod łóżko i rzewnie płakał. Wcale nie chciał takiego życia. Spodziewał się, że kupi go jakieś dziecko, które go pokocha i będzie się nim ładnie bawiło. Tymczasem skończył w pod ciemnym łóżkiem, kulawy.

Robot, który ze złości już sam rdzewiał, stanął na półkę, z której widział jak Ludzik rozpacza, jak Ptaszek usiłuje rozdzielić pająka z Puchaczem, jak Tomek ponownie szuka swoich torów, jak Bobas znowu płacze, bo nie ma baterii, a ciężkie klocki na nim leżą, to się tak zdenerwował, że aż wykrzyczał

- Dłużej tego nie zniosę !

Jego słowa podniosły nagle wszystkich. Spojrzeli się na Robota, którego ręce opadały w dół, a on sam siadłszy na półce zniżonym głosem zaczął mówić:

- Spójrzcie na to wszystko, jak my żyjemy, w wiecznym bałaganie, ciągle nam coś doskwiera. Maciuś nawet o nas nie dba. Jesteśmy wiecznie poszkodowani, po jego hulankach. Tak nie może być. Musimy coś z tym zrobić.

– Tak, tak, my też tak nie chcemy – potwierdziły zabawki. Nawet Ludzik wyszedł z pod łóżka i jako pierwszy zaproponował – Uciekajmy stąd

- O blada kaczka – wtrącił Pająk jeszcze przyklejony do Puchacza

- Tak, tak , to świetny pomysł – Robot przystał na propozycję

- Świetnie, tylko niby gdzie uciekniemy? – słusznie zauważyła Ruda Kita

- Ja proponuję garaż – mozolnie powiedział Tomek – byłem, tam kiedyś. Wiem jak mamy iść.

*

Jeszcze tego samego ranka, po tym jak Ptaszkowi udało się rozdzielić sklejonego Pająka z Puchaczem, wszyscy ustawieni w szeregu schowali się za rogiem tuż przy wejściu do domu. Podekscytowani, uradowani szeptali do siebie „ Jeden po drugim, wchodzimy, kiedy tylko drzwi do garażu się uchylą”.

Ogarnął ich strach, jednak żadne z nich nie chciałąo się wycofać. Pragnęli tej ucieczki.

I kiedy wróciwszy z przedszkola, babcia z wnukiem,wchodząc do domu pozostawili przez chwilę otwarte drzwi do garażu, sprytne zabawki wykorzystały sytuację i rychło popędziły tuż za prowadzącym Tomkiem pociągiem. Gdy tylko weszły do ciemnego garażu, który wcale nie był przyjemnym miejscem , posmutniały. Garaż, wcale nie był przyjemnym miejscem. Było tam zimno i zupełnie niewygodnie.

- No masz ci swój garaż, Tomek – zaczęła Ruda Kita

- Nie marudź, lepsze to, niż być targanym przez Maćka – skrzyczał Robot wiewiórkę

- O blada kaczka – wtrącił Pająk

- No, teraz to nawet powiedziałabym ciemna kaczka – zawtórowała Pająkowi sama Kaczka

- Słuchajcie – powiedział Robot do wszystkich zabawek – nie pozostaje nam nic innego, jak tu zostać. Na ulice przecież nie wyjdziemy, bo tam zginiemy, a jeśli zostaniemy w pokoju u Maćka, to się zepsujemy już do końca. I tak zabawki postanowiły pozostać w ciemnym garażu. By było im radośniej, wymyślały sobie przeróżne zabawy; bawiły się w pomidora, w głuchy telefon, w zgadywanki, śpiewały piosenki. I mimo, iż ze sobą czuły się znakomicie, to jednak tęskniły za swoim pokojem oraz za Maćkiem. Pragnęły jednak by Maciek dbał o nie oraz darzył je szacunkiem.

 

*

 

Nie da się opisać miny, jaką miał sam Maciuś, po tym jak wszedł do pokoju i zobaczył…. hmmm … właściwie, nie zobaczył żadnej zabawki. Z początku myślał, że to może mama z babcią tak posprzątały chowając mu wszystkie rzeczy. Zaczął, więc nerwowo rozglądać się po pokoju, wywracał pościel na łóżku, zaglądał pod szafę, a nawet wywrócił swój śmietnik na nieudane rysunki, z którego też wypadła plastikowa część Ludzika. Maciuś nie mógł uwierzyć, on wielki kolekcjoner i zdobywca zabawek, nie miał zabawek. Jak to możliwe? Jak to się mogło stać? W te pędy ruszył na pomoc do babci, by ta uchyliła rąbka tajemnicy i powiedziała cóż takiego mogło się wydarzyć?

- Maciusiu, ale ja nic nie wiem. – babcia jednak rozłożyła ręce

Później, gdy mama wróciła do domu, Maciuś szybko podbiegł do niej z tym samym zapytaniem. I usłyszał tę samą odpowiedź. Ani mama, ani babcia nie wiedziały co mogło stać się z zabawkami.

Maciuś tego dnia, następnego i kolejnego był bardzo smutny. Nie wrzeszczał już, a nawet nie za Robotem, Rudą Kitą, pająkiem, Bobasem, Puchaczem, Tomkiem, który zawsze chciał jeździć po torach i zawsze był wesoły.

wymuszał nowych zabawek. Bardzo tęsknił za swoimi starymi,za Robotem, Rudą Kitą, pająkiem, bobasem, Puchaczem, Tomkiem, który zawsze chciał jeździć po torach i zawsze był wesoły. Jak tak siedział na krawędzi łóżka i wspominał zauważył tę plastikową część, nad którą się zastanawiał kilka dni temu. Teraz sobie przypomniał, poleciał do mamy- Mamo, mamo, zobacz… to jest od mojego Ludzika, od jego nóżki!

- Widzisz, trzeba to skleić

- Ale kiedy, ja nie wiem, gdzie są moje zabawki!

- Synek, poszukaj dobrze, na pewno je gdzieś wszystkie upchałeś – upierała się mama

- Oj mamo – jęczał Maciuś

- No już, idź, idź szukaj, a ja tymczasem zejdę do garażu i rozejrzę się za klejem, bo wydaje mi się, że gdzieś go tam widziałam

Struty Maciek siedział na łóżku, łzy kapały mu po policzkach, kiedy na dole w garażu zabawki nagle zaczęły się szamotać, usłyszawszy klamkę od drzwi – Znajdą nas, znajdą – krzyczały do siebie nawzajem

- No proszę, a wy tu się chowacie – powiedziała mama do zabawek – Maciek ! – zawołała synka

Maciuś jak tylko ujrzał swoje wszystkie zabawki, zaczął je całować i tulić do siebie, jak nigdy dotąd. Poprosił mamę, by wytarła je wszystkie z kurzu, a z robota starła rdzę. Puchacza mama wyprała, tak, że po gumie nie było śladu. Ludzik przestał kuleć, a bobas zawsze już miał baterie, bowiem mama naprawiła klapkę. Maciuś staranie ułożył wszystkie zabawki na swoje miejsce. Spojrzał się na nie i powiedział

- Bardzo was przepraszam, kocham was i lubię się z wami bawić. Wiem, że was niszczyłem i nie dbałem o was, ale obiecuję poprawę.

Na te słowa, Robot puścił oko Rudej Kity, Ruda Kita do pająka, pająk do żółtej dmuchanej Kaczki, kaczka do Puchacza, Puchacz do Ludzika, Ludzik do bobasa, a bobas do Tomka.

 

KONIEC

 

Agnieszka

 

Kolorowe kredki i rzecz o mym komuniźmie

0

 

Kolejki ciągnęły się po kilkadziesiąt metrów, a każda z nas stała tam mniej więcej po dwie godziny. Każda, bo na jedną osobę przypadała paczka kawy i cukru. Mama ustawiała nas niczym klocki, tylko po to by móc zaopatrzyć się na kilka następnych nie – wiadomo jak długich tygodni…niekiedy miesięcy. Nie pamiętam byśmy w tamtych czasach nadmiernie marudziły lub narzekały, raczej grałyśmy swoje role i potulnie stałyśmy wśród reszty szaroburych klocków. To było nasze życie. Ta wszechogarniająca szarość, jedynie czasem ożywiona nocą po przez neony SUPERSAM, KINO MOSKWA, DOMY TOWAROWE, PEWEX oraz sygnalizację świetlną mieniącą się kolorami zieleni, pomarańczy i czerwieni. Owe zmieniające się światła dużo gęściej i częściej oznaczały, iż jesteśmy w samym sercu Warszawy, wtedy jeszcze dalekie od Ursynowa –osiedli mieszkaniowych położonych w polach. Na kilkanaście takich bloków mieszkaniowych przypadał jeden warzywniak, w którym kupowałyśmy pyszną oranżadę w butelce i lizaki. I tylko ten jeden o zaledwie dwudziestu metrach kwadratowych powierzchni sklepik pamiętam zaopatrzonego w towar świeżych warzyw wprost ze wsi. Kilka lat później jeszcze przyszła moda na hubbę bubbę i gumy z Kaczorem Donaldem. Dlatego jeszcze chętniej latałyśmy do warzywniaka. I także później poznałam smak banana, tak miękki na podniebieniu, nie słodki i nie gorzki. I tylko wtedy mogłam cieszyć się jego wyjątkowością, bo później aż do dziś nie poczułam go już nigdy więcej. Soczyste pomarańcze i rozpływająca się w ustach czekolada przesyłana z USA najczęściej na Boże Narodzenie była namiastką późniejszego mego życia, o czym miałam się przekonać dziesięć lat później. Sięgając jeszcze wcześniej i patrząc oczami trzy, cztero- latka widzę pełno żołnierzy poustawianych niczym mumie na ulicach. Podchodziłam do nich i za ręce lub nogi łapałam, pragnęłam tylko sprowokować, być choć okiem mrugnęli, poruszyli swoimi karabinami, by wreszcie coś z siebie wydusili. Lecz mumie stały nieruchomo, mimo mojego pokaźnego języka.

Szarość nabierała barw majem, kilkanaście przeplatających się odcieni zieleni, żółty, fiolet i czerwień. Zapach był inny, taki orzeźwiający, naturalny. Mlecze połyskiwały przy warszawskich ulicach. Bzy świeciły swoim jasnym blaskiem odbijając świetliste promienie słoneczne.

Był rok 1987 mój tata po raz pierwszy przyjechał zagranicznym samochodem, marki Nissan także w odcieniach szarości, tak jakby sam samochód nie mógłby być soczystej czerwieni lub wiśni. Skoro był zagraniczny, musiał być szary? Oczywiście według mojego taty, to wcale nie był szary kolor, ale grafit. I tak należało mówić : Nissan jest w kolorze grafitu. Tata swój nowy nabytek parkował pod blokiem i był bardzo zdruzgotany, kiedy z szóstego piętra nijaki Godlewski zrzucał jajka. Rozbijały się na masce i w szczególny sposób rysowały karoserię. W następstwie w szarości połyskiwały srebrzyste wiązki nitek na widok, których mój tata dostawał barwnego szału. Było to w odległości kilkuset metrów, jedyne takie auto i oczywiście według niektórych sąsiadów nie mogło błyszczeć swoim jednolitym grafitem. Dziś oglądając te stare filmy, śmieję się widząc jak wszyscy z podwórka podbiegają zobaczyć nowy zagraniczny samochód. Do dziś ten obraz mam w głowie i pewnie pozostanie do końca mych dni.

I tym samym posrebrzonym Nissanem wyjechaliśmy w pierwszą daleką podróż. Wtedy też miałam przekonać się, iż na mapie świata nie istnieje tylko Polska i „zagranica”, ale Polska i cała masa innych kolorowych flag, kultur, tradycji oraz powyginanych języków. W tę podróż ciągnąc za sobą małą białą przyczepkę wybraliśmy się całą rodziną. My z siostrą na tylnej kanapie, mama prawie zawsze dobrze pilotująca i tata świetny kierowca swojego wspaniałego samochodu, który jak się później okazało, w obliczu innych szalonych barw wyglądał dość smutno w swym graficie. Sama „zagranica”, tuż za granicą nie miała innych drzew i innych ludzi, więc nie wtedy dowiedziałam się o tym drugim świecie. Było to w pierwszym większym mieście w Austrii , w którym zatrzymaliśmy się na przysłowiowe lody. Moje oczy nigdy nie widziały tylu smaków kulek: cytrynowe, bananowe, malinowe, wiśniowe, pistacjowe, orzechowe i inne. Ślinka ciekła z kącików ust . Lody były tak piękne i jednocześnie dostępne, że szkoda było wybrać jedynie trzy kulki i pozostawić resztę nie spróbowawszy ich nawet. Każdy z nas zatem wybrał inną kulkę. Próbując nawzajem tych wszystkich smakowych larytasów, podniecając się nowymi odczuciami na podniebieniu, nie dało się nie zauważyć lekko kolorowo ubranych ludzi i piękne witryny sklepowe. Wypełnione po brzegi różnościami, jakich nawet nigdy nie widziałam. Aż do tej pory były mi znane tylko trzy rodzaje kubków i talerzy. Na przykład u jednej ciotki był ten pierwszy rodzaj, u dziadków ten drugi, u nas znowu ten pierwszy, a u wujka ten trzeci i tak dalej. Tymczasem tego dnia dostałam oczopląsu, widząc tylko zza witryny na raz kilka zestawów zastawy stołowej. W następnych witrynach : ręczniki, skórzane portfele, zegarki i antyki, jeszcze dalej pończochy i inna bielizna, garnitury, maskotki i zabawki. Zabawki ! Szybko wyrwałam się swoim rodzicom i pobiegłam do sklepu. I dech stanął w mym sercu, gdy tylko przekroczyłam próg. Nigdy w życiu nie widziałam tylu kolorów na trzech ścianach, z góry na dół – podobnie jak witryny, a nawet bardziej – wypełnionymi czymś co wówczas było dla mnie jak dla mojego taty ten posrebrzany grafitowy Nissan. Stanęłam po środku i tylko głową kręciłam w każdą stronę. Potem jak zaczarowana szłam i delikatnie dotykałam owych zabawek, aż w końcu w moje ręce dostał się mały dzidziuś, który w dotyku był tak miękki, jak prawdziwe dziecko. Podeszłam do zdyszanego taty, który szukał mnie w tym czasie i w tej samej chwili wpadł cały roztrzęsiony. Spojrzałam na niego i zapytałam, czy może mi kupić tę lalę. Po wielu latach dowiedziałam się, iż kosztowała bardzo dużo, a moi rodzice wówczas mieli mocno ograniczony budżet, ze względu na poczynione inwestycje w nową firmę. Z wielkim żalem rozstałam się z lalą, której każdy centymetr pamiętam do dziś. To była lala mojego życia. Łzy ciekły mi po policzkach, a ja jedynie wydusiłam z siebie: Dlaczego u nas nie ma takich sklepów? Dlaczego u nas jest inny świat?

Po powrocie, mój brat cioteczny zapytał się mnie jaka jest „zagranica”. Powiedziałam, że u nas jest komunizm, a u nich jest demokracja. – A co to jest komunizm – pytał dalej – o jej … zobacz – energicznym ruchem wyrwałam kartki z bloku i dałam mu jedną z nich. – U mnie jest komuna, a u ciebie nie. A teraz będziemy rysować domek. Każdy z nas ma po cztery kredki brązową, zieloną, czarną i niebieską. Pozostałe kredki czerwone, błękitne, różowe, granatowe będą leżały tu, na oddzielnej kupce, widzisz?

- Tak – uważnie patrząc na mnie, przytaknął

- Tylko ja nie mogę z tej kupki brać więcej kredek , a ty możesz – szybko rzekłam

-Dlaczego? – obruszył się

- Nie wiem…bo tak jest i koniec. I teraz rysujemy domki tymi kredkami.

Nie wiadomo, czy wtedy mój brat cioteczny zrozumiał istotę naszego ówczesnego systemu, ale z pewnością poczuł jakiś smutek i niesprawiedliwość, kiedy ujrzał, że mój domek jest o wiele brzydszy od jego kolorowego. Wtedy już przez długi czas wyobrażał sobie Polskę, której podarowano więcej kredek.

 

Agnieszka

Dżako Mako – opowiadanie

0

Jakieś dwa lata temu napisałam to opowiadanie i dziś mocno zastanawiałam się czy powinnam je opublikować. Zastanawiałam się, bo mnie ono się po prostu nie podoba, wydaje się być mega banalne niczym zasłodzony dżem, po którym mdło się robi, ale żadnego ucisku w brzuchu nie ma.

 

Dżako Mako

 

Obudziło go słońce padające przez iluminator. Delikatnie odsunął rękę Julki ze swego ramienia i wstał z koji. Schylony założył na siebie koszulkę i wyszedł na pokład wyczarterowanej w Giżycku Omegi. Zapach kwitnącego jeziora i świeżego czerwcowego poranka budziły czaple, wydające głośne „frank”. Marcin napawał się radością na myśl o czekających go dwóch miesiącach bez uczniów, klasówek, pani dyrektor. Miał już serdecznie dość tych wszystkich swoich podopiecznych. Bez wątpienia, nie znosił tej posady. Nigdy nie spodziewał się, że będzie nauczycielem. Tego dnia jednak, nie myślał już o tym. Zapowiadała się wspaniała pogoda w ich drugi dzień rejsu. Było pięknie. Z Julką na szczęście pogodził się, a Wojtek z Kaśką nie byli na tyle męczącym towarzystwem, by mogli sprawić jakieś kłopoty. Pełen relaks – myślał. Rozłożony na pokładzie sięgnął ręką do radia, przekręcił korbkę… w tle kończyła się kolejna durna reklama, a tuż po niej

Nie żyje Michael Jackson. Król popu, wczoraj trafił do szpitala w Los Angeles po zatrzymaniu akcji serca, której nie udało się lekarzom przywrócić. Michael Jackson miał 50 lat. Piosenkarz był jedną z największych legend w historii muzyki. Jego umiejętności wokalne i taneczne ujawniły się we wczesnym okresie dzieciństwa, kiedy wraz z rodzeństwem rozpoczął swoją karierę w zespole The Jackson 5. Szczyt kariery Michalea Jacksona to lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Jego album Thriller sprzedał się w ponad stu milionach egzemplarzy, a kolejne Bad z 1987 roku, Dangerous z 1991 r., HI Story z 1995 roku sięgały najwyższych pozycji list przebojów na całym świecie. Tego lata Król popu planował wielki powrót i serię koncertów. 26 czerwca, imieniny: Jana, Pawła, Dawida i Jeremiasza, w tej chwili 18 stopni na Warmii i Mazurach, zapraszamy na Poranne Wiadomości. Kolejna fala uderzeń…

Marcin wstał i wyłączył radio. Jego oczy zgasły, a twarz przybrała nieco kafkowski wyraz. Przez chwilkę bezwładnie patrzył przed siebie, gdzieś usunął się. I nawet nie zauważywszy, że Julka właśnie wychodzi z kajuty, pospiesznie opuścił żaglówkę, i ruszył w kierunku widocznego z łodzi cyplu. – Marcin ! – krzyknęła zdziwiona Julka. Nie reagował, szedł dalej prosto przed siebie. – Kochanie, co się dzieje? – dalej wołała. Zdezorientowana zaszłą sytuacją, szybko nałożyła na siebie krótką sukienkę i popędziła za chłopakiem. I gdy tylko dogoniła go przy drugim molo, idąc tuż za nim lekko dotknęła jego ramienia

- Kochanie co się dzieje ? – powtórzyła

- Nic, zostaw mnie – szarpnął się

- No, przecież widzę, że coś cię gryzie? Jesteś zły na mnie? – nalegała Julka

- Jezu!!! – przystanął na chwilkę i spojrzał się w jej oczy, by powiedzieć – Czy zawsze wszystko musi być na ciebie? Co ty, królewna śnieżka jesteś, że tylko przez ciebie można być złym ! – krzyczał wymachując rękoma – Czy nie mogę mieć chwili prywatności? Wstałaś? Tak wstałaś, to teraz idź i zrób sobie kawę , jak to zawsze rano robisz i zajmij się tymi swoimi pierdołami. Ok.?!

Julka zupełnie straciła poczucie humoru i wcale nie było jej zabawnie, kiedy wróciwszy na łódkę, Wojtek będący najprawdopodobniej jeszcze pod wpływem wczorajszego alkoholu, zaczął drzeć się snując historyjkę o Marcinie, który – jak to określił – się zdenerwował, bo mu w nocy baba nie dała. Julka zdołała tylko spojrzeć oschle na Wojtka, by jego cwana mimika szybko zmieniła się w ciężką, opadłą przypominającą spłoszonego psa. Nagłe otrzeźwienie – pomyślała Julka.

- Wojtusiu, może byś tak po wodę poszedł, zrobił coś pożytecznego – dodała z przekąsem Kaśka, podając mu baniak wody. Chłopak na znak, iż zupełnie niechętnie się zgadza , mozolnie długo wstawał i ruszał z miejsca. Trwało to tyle, ile Kaśka zdążyła zalogować się w necie, by sprawdzić przewidywaną siłę wiatru. Nietrudno jej było przypadkiem trafić na informacje, które pojawiały się na każdej stronie serwisów – wiecie, że Michael Jackson nie żyje? – powiedziała

- Jak to? – ożył Wojtek, wymachując baniakiem w ręku – Dżako Mako?

- No tak, słuchajcie … – Po tym , jak Kaśka przeczytała wiadomości o artyście Wojtek cały czas z twarzą skarconego psa, oświadczył, iż nieodzownym komponentem układanki wcale nie prostego życia Marcina zawsze był Dżako Mako. Wiadomość, o jego śmierci może nieść za sobą jego dzisiejszy zły nastrój.

- Jasne – syknęła ironicznie Julka – tak samo jak przed chwilą stwierdziłeś, iż spowodowała to baba, co mu w nocy nie dała !

- Nie Julka, powaga – rzekł żywnie gestykulując baniakiem w ręku, by dodać wiary swoim słowom

- Nie osłabiaj mnie proszę. Marcin miałby się wkurzyć na mnie i zepsuć cały nasz poranek, a może nawet i dzień, lub nie daj boże cały wyjazd, czyli mój jedyny urlop w te wakacje, bo dowiedział się o śmierci jakiegoś kolesia, którego nigdy nawet nie znał?

- Wiesz – Wojtek przełknął ślinę, patrząc na zapiekłą Julkę – to nie jakiś koleś czy nawet jakiś artysta. To Dżako Mako. Sama się zapytaj o to Marcina.

Julka nie wytrzymała.

Tak, będzie mnie obrażać, mówić, że mam z rana jakieś pierdoły do zrobienia, to ja już mu pokażę. Gnojek cholerny – myślała, nerwowym krokiem idąc na cypel. – Hrabia jeden, kuźwa… to jacyś totalni fani się tak zachowują. Chryste, mój facet jest fanem Michaela Jacksona i do tego jeszcze Marcin nazywa go pieszczotliwie jakimś Dżako Mako. To mnie, nigdy nie nazywał myszką, czy słoneczkiem, tylko wiecznie drze się JULKA. Cholera, a może on jest gejem. Marcin jest gejem? Nie, bez przesady, to niemożliwe. A może jednak… bądź co bądź, w zeszłym roku jak mój kuzyn do nas przyjechał, a on bezwątpienia jest gejem, to oboje z Marcinem się świetnie bawili. Nie, nie Julka daj spokój, zacznij myśleć logicznie – powiedziała do siebie, kiedy zbliżyła się już na cypel. Marcin siedział nad samym Niegocinem ze schowaną głową między kolanami. Nic nie mówił. Widziała jedynie jego długie zaokrąglone plecy . Dookoła cisza, jak na tę porę lata, nie było jeszcze zbyt wielu turystów, więc pola bez namiotów dawały przestrzeń na rozmyślania, tym razem były to rozmyślania Marcina.

- Dżako Mako? – cichutko wydusiła z siebie, stojąc tuż nim

Marcin nie reagował dobre kilka minut. Domyślał się, że jego kumpel Wojtek nie pozwoli mu samemu załatwić sprawy, tylko bezczelnie zacznie klepać swoim długim językiem. Wiedział, że musi przerwać to milczenie, więc wstał i nie odwracając się do Julki, która bezczynnie jeszcze stała i czekała na absolutne wyjaśnienia swojego chłopaka, zaczął opowiadać

- w 1983 roku, kiedy siedziałem z rodzicami w Stanach, a miałem wtedy z 6 lat, próbowałem z ojcem moonwalk; he … wiesz, to wcale nie jest łatwe. W tym roku, Michael po raz pierwszy pokazał ten krok, a ja w domu miałem MTV . Byłem fanem tego programu. Ojciec przychodził do mnie do pokoju i patrzył na mnie jak tańczyłem. Raz na głowie miałem kapelusz, a na stopach białe skarpety. I wtedy powiedział do mnie Dżako Mako. Pięć lat później wróciliśmy do Polski. To znaczy rodzice wrócili, bo ja przyjechałem tu pierwszy raz wtedy. Dla mnie to był szok, rozumiesz? – Odwrócił się do Julki i energicznie machnął ręką – Nie, ty nie zrozumiesz tego. Wcześniej byłem, gdzieś ; gdzie wszystko w zasadzie miałem w zasięgu ręki : moich kolegów, szkołę do której chodziłem ubrany jak mi się podoba, kino z popcornem, ulubione lody na rogu obok domu, plac zabaw, gdzie do dziś pamiętam te fajne zjeżdżalnie. I nagle trafiłem do kraju, gdzie baba z czepkiem na głowie sprzedawała mięso w sklepie, w którym śmierdziało. I ta sama baba, na rogu sklepu paliła. Kiedy przychodzili klienci krzyczała : zaraz, w kolejkę się ustawiać! Trafiłem do miejsca oddalonego o tysiące kilometrów, gdzie zabawek nie było, a cokolwiek się chciało posiadać, nawet te najdrobniejsze rzeczy, to należało wpierw wystać swoje kilka godzin. O lodach, zapomnij ! Takich lodów później nie jadłem przez z kilka ładnych lat. Kino? Owszem w telewizji na drugim kanale w soboty o 12.00 leciały bajki i filmy. Raz w tygodniu. I wiesz co…. Tylko te kasety mi pozostały z jego muzyką. Każdego dnia słuchałem Dżako Mako.

W kolejnych latach, wraz z tym jak zmieniała się Polska, zmieniałem się ja. Byłem nieco wyżej od kolegów, ja znałem rzeczy, które dopiero w tym kraju się pojawiały. W 99’zacząłem pracę w korporacji. Michael Jackson leciał w mym aucie każdego dnia jak wracałem z roboty. Nawet zamontowałem jedne z lepszy głośników w swoim Audi Cupe. Poderwałem na nie pewną modelkę. Niezła laska była – ostatnie słowa Marcina, Julka mocno odczuła pod sercem, przez chwilę myślała by się odwrócić i uciec, ale zdecydowała się zostać i słuchać dalej, starała się . – Zarabiałem szmat pieniędzy. Byłem królem, jak Dżako Mako. Gdy wchodziłem do Klubu, przybijałem piątkę ze wszystkimi, tańczyłem do jego utworów. A teraz? Julka spójrz na mnie? Nie mam kasy, nawet nie stać mnie żeby zaprosić cię do tej knajpy – wskazał na wykwintną Karczmę usytuowaną nieopodal – po kryzysie straciłem wszystko, pracę, dom, swoją łódź, a nawet znajomi się ode mnie odwrócili. I wiesz kto pozostał tylko ? Niezawodny Dżako Mako.

Marcin zaczął się śmiać.

- Był przy mnie od dziecka, tam w Stanach, potem w tym cholernym PRL-u, później kiedy sam czułem się jak król. I nie odszedł, kiedy wszystko straciłem. Julka, tylko teraz, to i jego już nie mam. Odszedł. Trzymał mnie jakąś nicią z tymi dobrymi czasami, a ja miałem cały czas nadzieję na powrót. Już raz przecież dzięki niemu wróciłem, prawda? Szedł wraz ze mną z krainy bajek w Stanach, po przez dziuplę zaszytą komunistycznymi dechami, do królestwa końca XX wieku i początku XXI. Później kamień spadł, ale póki był Dżako Mako, miałem nadzieję. Dziś dowiedziałem się, że on się poddał. To i ja się poddaję.

Julka osłupiała. Nie potrafiła wydusić słowa. Patrzyła na Marcina, wiedziała, że musi coś powiedzieć, ale nie potrafiła. Zupełnie nie poznawała, ani jego, ani jego słów. Zdołała jedynie wydusić

- To nie na moje buty

 

Pół roku później, siedząc w swoim mieszkaniu i sprawdzając klasówki uczniów, zadzwonił telefon. Spojrzała na swoją komórkę . Marcin. Nie kontaktowali się ze sobą od lata. – odebrać, nie odebrać? – zastanawiała się. Odebrała.

- Tak słucham?

- Hej. Co słychać ? – zapytał z lekkim zawahaniem?

- Nic, dobrze. – co za hipokryzja, myślała, wcale przecież nie było dobrze. Przez ostatnie miesiące po rozstaniu, nie może dojść do siebie. Wsiadła wtedy w pociąg i szybko wróciła do Krakowa. Urlop spędziła na wyprowadzce od niego. Teraz mieszka na stancji u pani Kleczowskiej. Po pracy przychodzi i zamyka się w swoim pokoju, zaprzestała treningów na basenie, nie widuje się z koleżankami, przestała czytać. Jedynie pracuje, sprawdza klasówki, udziela korepetycji. I tak dzień po dniu.

- Julia, dzwonie, bo chciałbym cię zaprosić na Sylwestra. Organizuje w naszej szkole.

- Tak wiem, coś tam słyszałam

- Proszę Cię , przyjdź

 

Kiedy Julka trzymając w ręku szampana weszła na sale, mile zaskoczyła ją panująca atmosfera, wystrój oraz przygotowany podest i sprzęt grający. Zauważyła, iż przybyła dość liczna grupa, z czego większość stanowili znajomi z pracy. Gdzieś przy wyodrębnionym miejscu przeznaczonym na bar, dostrzegła Kaśkę i Wojtka. Podeszła do nich.

- Fajnie, że przyszłaś – zaczęła Kaśka

- Może nie będzie tak źle – na siłę się roześmiała, jednocześnie stawiając szampana na barze

- Czego się napijesz? – zapytał Wojtek

- Nie wiem, zrób mi jakiegoś drinka – zaproponowała

- Uważaj – pogroziła palcem Kaśka – bo jak on zrobi drinka, to możesz nie dotrwać do dwunastej. Usłyszał to Marcin, który niespodziewanie zjawił się tuż obok i sam zaoferował

- Julia, pozwól, że ja Ci zrobię

Marcin do wysokiej szklanki włożył pół limonki , kilka liści mięty i starannie ją rozgniótł. Następnie wyjął cukier trzcinowy i odmierzył dwie łyżeczki, które wsypał do przygotowywanego trunku. Wszystko wymieszał niczym profesjonalny barman oraz dosypał skruszony lód i dolał rum.

- Proszę, twoje mojito -podał i oddalił się by przywitać kolejnych gości

Julka zdziwiona spojrzała na niego, bowiem wcześniej nigdy nie widziała, żeby kiedykolwiek przyrządzał drinki. Kojarzyła go tylko z piwem w ręku.

- Co , zdziwiona ? – zapytał Wojtek

- Raczej – odpowiedziała

- Poczekaj, nie tylko drinków nauczył się robić. Dziś zobaczysz starego mistrza w tańcu solo oraz nowego Marcina Koszyńskiego.

- Już się nie mogę doczekać – troszkę sarkastycznie ujęła to Julka, choć szybko zmieniłaby nastój gdyby wiedziała co ma usłyszeć za parę chwil.

Marcin, podszedł do Julki.

- Jestem nauczycielem angielskiego w Liceum. Mam mieszkanie na Litewskiej w Krakowie, mam fajnych znajomych i całkiem niedawno straciłem kobietę, która kocham. Straciłem ciebie tylko dlatego, że sam nie mogłem pogodzić się z faktem, że dziś żyję inaczej niż kiedyś. Tylko, gdybym żył dalej tak jak żyłem, nie poznałabym ciebie. I nie poznałbym siebie. Na koniec tego roku, sam odetnę się od przeszłości.

Marcin odsunął się na środek parkietu, dał znak Wojtkowi, który już szperał przy sprzęcie i nagłośnieniu. Po krótkiej chwili ciszy, wszyscy usłyszeli „Leave me alone” Michaela Jacksona . Marcin niczym zawodowy tancerz, unosił się swoje ciało niewątpliwie przypominając taniec samego wykonawcy. Julka patrzyła na niego i zrozumiała, że Marcin dopiero dorósł.

 

Agnieszka