twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy z tagiem: proza

Uwięziony – opowiadanie

4


 Był akurat na Rakowieckiej w Warszawie. Nie odpuściłam tej okazji. Umówiliśmy się telefonicznie. Zjawiłam się w pierwszą sobotę września. Samochód zaparkowałam tuż przed wejściem, które wcale nie różniło się od innych w budynkach przy tej samej ulicy. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało strasznie, miałam wrażenie, że wchodzę do urzędu gminy. W środku jednak, okienko do pana z chytrymi oczkami, nieprzyjazną miną. Wypytywał do kogo, w jakim celu, czy wizyta została zapowiedziana, czy coś mam do przekazania, i tak dalej. Sprawdził moje rzeczy osobiste. Jakbym tak żyła? – pomyślałam – Co miesiąc odwiedzała swojego męża, chłopaka, brata? Łączyła oba życia, to za murami i to w murach. Dyskretnie spojrzałam na ludzi za mną. W kolejce – kobiety w długich zwisających tanich kolczykach i w plastikowych paskach w spodniach, na przemian przeplatane z pseudo księżniczkami w drogich ciuchach, tipsach i doczepionych rzęsach, młodzi mężczyźni z umięśnionymi barkami, że ledwo można było dostrzec ich karki, młode kobiety o postarzałej cerze, zaniedbane przez życie, starsi ludzie – ubrani jak do kościoła – różny sort. Przyszli odwiedzić swoich krewnych, skazanych przez system sprawiedliwości . Ten sam system, który umieszczając ich krewnych za tym szarym murem zabrał im wolność i marzenia. Tak jak i oni zabrali wolność i marzenia odbierając innym dech w piersiach. Chytre i tępe spojrzenie pana w okienku, mogło napawać mnie lękiem, ale może to był jego lęk przede mną, przed tymi ludźmi, krewnymi morderców, bo ten pan w okienku mógł wierzyć, że krew bliska krwi. Że jeden i drugi człowiek z tej samej krwi może dopuścić się tych samych czynów. Tymczasem oni – niespokojni oczekiwali na wizytę, nie rozumieli nieżyczliwości strażników, a ich w ich umysłach targały myśli o niesprawiedliwości, jaka spotkała ich ludzi dobrych. Dlaczego to oni, mieli brata, męża, ojca w więzieniu? Dlaczego nie ktoś inny?

Miałam czekać. I czekałam wraz z nimi w sali z trzema oknami. Strażnicy nie poinformowali jak długo mamy tak obgryzać paznokcie z nudów, mieliśmy po prostu czekać. Patrzyłam przez okno. Młodzi mężczyźni z niechlujnie wyjętymi koszulami ze spodni, w skórzanych kurtkach, z zarostem, , wolnym krokiem idący najprawdopodobniej do swoich domów po wczorajszej piątkowej imprezie, pan z wąsem i kapeluszem, jakich mało już teraz na ulicach, młoda kobieta mocno trzymająca za rękę dwójkę swoich dzieci w obawie, by żadne z nich nie wybiegło na ulicę, dwunastoletni chłopiec z plecakiem spieszył do autobusu, roześmiane studentki jeszcze nie znające smaku goryczy, żywnie gawędzące może o facetach, może o planach, wakacjach; i wielu innych przechodniów, spacerowiczów porannej soboty.

Po około dwóch godzinach, przyszedł strażnik, wyczytał nazwiska. Mojego nie. – może jednak, to głupi pomysł i niewarty mych sił. Pójdę sobie – rozważałam. – Za oknem słonce świeci, ostatnie chwile, kiedy jest ciepło, a ja w sobotę siedzę za murem więziennym. Beznadziejna sprawa.

Po trzech i pół godzinie od czasu wejścia na tę poczekalnię, wyczytali moje nazwisko. No w końcu – pomyślałam. – Zaczynamy.

Przechodziliśmy przez dwór do innego budynku. Szliśmy za strażnikiem, który kolejno otwierał bramy, furtki, drzwi, aż doprowadził nas do obszernej innej sali ze stoliczkami i krzesłami. Po tym jak naoglądałam się wszelakich lepszych i gorszych filmów, spodziewałam się raczej pleksi i słuchawki. Tym razem ku mojemu zdziwieniu, wszyscy byli w jednej sali. Więźniowie i ich krewni. Jedni i drudzy raz na miesiąc napawali się radością lub nie radością wspólnego przebywaniem ze sobą. Ileż osób wcale nie chciało tam być. Iluż krewnych nie chciało spędzać soboty za murem. Iluż krewnych cały tydzień ciężko pracuje, kiedy ich bliscy bezczynnie siedzą w celi, marząc o najdrobniejszym obowiązku. Iluż krewnych dałoby wiele, by w tę sobotę pospać dłużej, wyjść na spacer i zapomnieć o tym cholernym miejscu.

 

Podszedł do mnie. Wysoki i masywny, łysy, pewny siebie. Usiadł przy stoliku. Uprzejmie podał mi rękę na przywitanie. Uśmiechnięty, zupełnie nie przypominającego targanego przez los człowieka. Z jedną różnicą, silnie widoczną w jego oczach. To były oczy samurajskiego zwycięzcy. Groźnie patrzył. Czułam powiew wentylatorów w tej dusznej sali, rodzącej przerażenie i chęci ucieczki, a zarazem dającej jedyny kontakt bliskości jednych i drugich. W sali, która przez lata przełykała łzy dzieci i kobiet, złość na Boga, zemstę, sali będącej basenem miłości i nienawiści. Poczułam nagle, że się utopię, jeśli za chwilę, czegoś nie zrobię. Musiałam wypłynąć na powierzchnię.

Włączyłam dyktafon i zaczęłam

- Długo już tu jesteś?

- Osiem lat trzy miesiące i jeden tydzień – zauważyłam, iż mechanicznie gestykuluje rękoma. Czyżby był zdenerwowany?

- A dla ciebie … – przetrzymałam to dłuższą ciszą i w końcu zapytałam – to długo?

- Bo ja wiem… będę jeszcze garować z pięć lat. Świeżakiem już nie jestem. Tylko wpienia mnie to przenoszenie

- Nie lubisz zmian?

- A wyprowadzasz się co dwa lata? – uśmiechnął się do mnie i wydał mi się całkiem atrakcyjny, zmieniając ten ostry wyraz twarzy, który dominował w jego wyglądzie

- Nie

- A ja tak, zmieniam miejsce praktycznie co dwa lata.

- I musisz, wszystko organizować od nowa?

- Wiesz, nie jest tak źle. Mam już opinię człowieka, nie młotka, więc spoko

- Dostałeś wyrok … za morderstwo?

- Tia, ale szumnie to nazwałaś ! Kręci cię to? Kręci Cię śmierć? – Mrużąc oczy ponownie zaostrzył swoje rysy

- Piszę o niej

- Po co?

- Bo może wcale nie jest taka straszna, jak się wszystkim wydaje; albo może jest po prostu zupełnie niezrozumiała

- A co tu rozumieć, facet wykorkował – splunął na podłogę, dając wyraźnie do zrozumienia, że człowiek zasłużył sobie na to – He, jak jesteś rzeźnikiem, nie jesteś cwelem. Rozumiesz?

- Czyli lepiej zasłużyć na karę, niż siedzieć za nieudane włamanie?

- No no, dobra jesteś – kiwał lekko przechyloną na bok głową. Puścił mi oczko, a ja poczułam lekkie drżenie. Nie bałam się, tylko hipokrytka ze mnie. Przecież jestem wierząca. Morderstwo to grzech – pomyślałam i niechybnie powiedziałam na głos ostatnie zdanie.

- Laska ! – wydarł się – w dupie mam grzech, w dupie mam tego faceta. Pomściłem przyjaciela, on zrobiłby to dla mnie. I chciałem żyć !  – Przyciskał pięść do swojej obszernej klatki piersiowej

- Tylko, że… ty żyjesz tutaj – poszłam na całość

- I?

- Nie wolałbyś być tam?

- Gdzie?

- Za murem?

- A ty gdzie jesteś?- zapytał

- Za murem

- Jakim murem? – dalej dopytywał

- Tym, tutaj na Rakowieckiej. Mam mieszkanie, pracę, znajomych. Jeśli chcę to wychodzę na miasto, spotykam się z ludźmi, wyjeżdżam , zwiedzam – chciałam dodać jeszcze wiele czasowników, ale pohamowałam się. Przez chwile wystraszyłam się, iż mogę wzniecić jego pożądanie wolności, co mogłoby narodzić w nim agresję.

- I zaraz powiesz mi, że to co nazywasz swoim życiem, to wolność? – Ku mojemu zdziwieniu, spokojnie zapytał

Milczałam.

- Słuchaj, – zaczął mówić dalej – to co ty nazywasz wolnością, jest do dupy. Mieszkasz sobie gdzieś tam, ale za to płacisz. Żeby za to zapłacić, musisz tyrać. Jesteś tak samo uwięziona. Znajomi, powiadasz. Oddaliby za Ciebie życie?

- Nie wiem, nigdy nie byłam w takiej sytuacji

- Za Banana, ten koleś wykorkował za Banana. Parę tygodni wcześniej wzięli go na fleki. Banan leżał na oiomie. Nikt do niego nie przychodził, tylko my. My , bo to nasz brat. – Palcem wskazującym mocno dotykał stołu – Szybko się zorientowaliśmy, że to kolesie od Krasnala tak go załatwili. Ja zabrałem się za Młodego. I co, chcesz posłuchać o śmierci?

- Chcę

- Umówiłem, się z Młodym, że niby mam do niego sprawę. Wiesz, żeniłem bałach na wydrę. Że Kransal ma zamiar jad wrzucić jego lasce. Niby miał na nią ochotę. Łyknął to – zaczął się śmiać – Młody się wkurzył i nawet dziękował mi za cynk. Był milutki. – Cieszył się – Spotkaliśmy się pod mostem. Nie chciałem go pokroić. Miał tylko porządnie dostać. Tak, by wiedział, że my : Gruby, Rudy, Banan i ja to jedność. Jak dotkniesz jednego, dotykasz wszystkich. Jak  muszkieterowie, wszyscy za jednego, jeden za wszystkich. Tylko, ten – mocno zacisnął zęby, jakby ugryzł się w język – w trakcie szamotaniny wsadził mi nóż w nogę. Miał nóż, a ja nie. To on chciał zabić mnie. I ty mówisz o wolności? Gdzie bym był teraz, jakby nie było mnie tu?

- Broniłeś się?

- Nie, nie broniłem. Musiałem po prostu być pierwszy

-Bałeś się? Patrzyłeś w oczy śmierci?

- Patrzyłem na nią od małego. Jedzenia też nie zawsze miałem. Głodny byłem. Od tego chyba też się umiera, prawda? – Wstał i podszedł do maszyny z napojami.

Po chwili przyniósł dwie herbaty i cukier w saszetkach. Usiadł na swoim miejscu, naprzeciwko mnie –proszę, to dla Pani – uśmiechnął się. Podał mi herbatę, na którą zresztą wcale nie miałam ochoty. W istocie, pragnęłam już wyjść z tego miejsca, ogarnęła mnie klaustrofobiczna aura. Brakowało świeżego powietrza. Tylko te wentylatory, z których już nie czułam tego powiewu, szumiały mi w uszach. Dziś koniecznie pójdę na spacer – pomyślałam, upijając łyk herbaty, tylko po to by go nie zrazić, dokończyć wywiad i uciec.

- Dużo słodzisz – oznajmiłam, zauważywszy, iż sypie sześć saszetek cukru do małego swojego kubeczka

- Lubię słodkie – odpowiedział mieszając – Widzisz, to kosztuje. Życie kosztuje. I o jaką wolność ci chodzi? Opowiem ci coś… Jak byłem dzieciakiem, w naszej miejscowości były wybory do parlamentu. Jeden taki przyszedł do matki i obiecywał góry za to, że pokarze jakie my biedne. Zrobił z nas ofiary poprzedniego rządu. I wiesz, wygrali. Udało się i weszli do sejmu. Nie to, że dzięki nam, ale tak wiesz… ogólnie wygrali. Matka czekała, aż przyjdą, ale nie przyszli. To później napisała list do nich, że dzieci mają buty dziurawe, że głodne są. Nie odpisali. I ty, chcesz mi powiedzieć o wolności? Wolności już dawno nie ma. I mówisz mi o śmierci?

- Ten polityk też chciał być pierwszy

- Nadążasz laska

- Jak zabiłeś Młodego?

- Normalnie, jak dostałem kosą w nogę, to tak się spieniłem, że wystarczyło, iż sięgnąłem po kamień. Walnąłem z całej siły w jego czaszkę. Nie miał szans. Mocno dostał. Farba się polała.

- I nie miałeś żadnych wyrzutów sumienia?

- Nie, nie pociłem się. Wygrałem, tak?

- Chciałam się tylko Ciebie podpytać jeszcze o jedną rzecz, którą zauważyłam podczas naszej rozmowy…

- Dawaj

- Ty nie przeklinasz, prawda?

- Nie przeklinam. A rano jak wstaję, mówię dzień dobry. Zresztą chyba ładnie się przywitałem z Tobą? Dobra, wszystko pięknie, ale posmarujesz ze dwa kafle, tak jak obiecałaś przez telefon?

Wieczorem, usiadłam w kafejce na Starówce ze znajomymi. Poszliśmy na piwo. Patrzyłam na ludzi przechodzących obok w ten jeszcze ciepły wieczór września. Zauważyłam, iż większość z nich chce się w jakiś sposób wyróżnić. Te dziwne fryzury, zbyt kolorowe ubrania, przekrzykujące się stroje z widocznymi emblematami. Więcej kochających inaczej, raczej nie chowających się, a coraz częściej ujawniających się, by być zauważonym, modnym. Coraz lepsze auta, pogoń za tym by być cool. Każdy się ściga, każdy chce być pierwszy. Swój wzrok skierowałam na znajomych; uśmiechnięci, życzliwi, nieświadomi moich myśli związanych z rywalizacją i pojmowaniu wolności; rozmawiali o zwykłych przyziemnych sprawach, kiedy nagle zadałam im proste, w sumie też przyziemne pytanie – a gdyby tak, okazało się, że muszę zebrać kupę kasy na operację, pożyczylibyście mi?

- Ty to zawsze masz pytania od czapy – odpowiedział kolega

 

 

Agnieszka

 

Dżako Mako – opowiadanie

0

Jakieś dwa lata temu napisałam to opowiadanie i dziś mocno zastanawiałam się czy powinnam je opublikować. Zastanawiałam się, bo mnie ono się po prostu nie podoba, wydaje się być mega banalne niczym zasłodzony dżem, po którym mdło się robi, ale żadnego ucisku w brzuchu nie ma.

 

Dżako Mako

 

Obudziło go słońce padające przez iluminator. Delikatnie odsunął rękę Julki ze swego ramienia i wstał z koji. Schylony założył na siebie koszulkę i wyszedł na pokład wyczarterowanej w Giżycku Omegi. Zapach kwitnącego jeziora i świeżego czerwcowego poranka budziły czaple, wydające głośne „frank”. Marcin napawał się radością na myśl o czekających go dwóch miesiącach bez uczniów, klasówek, pani dyrektor. Miał już serdecznie dość tych wszystkich swoich podopiecznych. Bez wątpienia, nie znosił tej posady. Nigdy nie spodziewał się, że będzie nauczycielem. Tego dnia jednak, nie myślał już o tym. Zapowiadała się wspaniała pogoda w ich drugi dzień rejsu. Było pięknie. Z Julką na szczęście pogodził się, a Wojtek z Kaśką nie byli na tyle męczącym towarzystwem, by mogli sprawić jakieś kłopoty. Pełen relaks – myślał. Rozłożony na pokładzie sięgnął ręką do radia, przekręcił korbkę… w tle kończyła się kolejna durna reklama, a tuż po niej

Nie żyje Michael Jackson. Król popu, wczoraj trafił do szpitala w Los Angeles po zatrzymaniu akcji serca, której nie udało się lekarzom przywrócić. Michael Jackson miał 50 lat. Piosenkarz był jedną z największych legend w historii muzyki. Jego umiejętności wokalne i taneczne ujawniły się we wczesnym okresie dzieciństwa, kiedy wraz z rodzeństwem rozpoczął swoją karierę w zespole The Jackson 5. Szczyt kariery Michalea Jacksona to lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Jego album Thriller sprzedał się w ponad stu milionach egzemplarzy, a kolejne Bad z 1987 roku, Dangerous z 1991 r., HI Story z 1995 roku sięgały najwyższych pozycji list przebojów na całym świecie. Tego lata Król popu planował wielki powrót i serię koncertów. 26 czerwca, imieniny: Jana, Pawła, Dawida i Jeremiasza, w tej chwili 18 stopni na Warmii i Mazurach, zapraszamy na Poranne Wiadomości. Kolejna fala uderzeń…

Marcin wstał i wyłączył radio. Jego oczy zgasły, a twarz przybrała nieco kafkowski wyraz. Przez chwilkę bezwładnie patrzył przed siebie, gdzieś usunął się. I nawet nie zauważywszy, że Julka właśnie wychodzi z kajuty, pospiesznie opuścił żaglówkę, i ruszył w kierunku widocznego z łodzi cyplu. – Marcin ! – krzyknęła zdziwiona Julka. Nie reagował, szedł dalej prosto przed siebie. – Kochanie, co się dzieje? – dalej wołała. Zdezorientowana zaszłą sytuacją, szybko nałożyła na siebie krótką sukienkę i popędziła za chłopakiem. I gdy tylko dogoniła go przy drugim molo, idąc tuż za nim lekko dotknęła jego ramienia

- Kochanie co się dzieje ? – powtórzyła

- Nic, zostaw mnie – szarpnął się

- No, przecież widzę, że coś cię gryzie? Jesteś zły na mnie? – nalegała Julka

- Jezu!!! – przystanął na chwilkę i spojrzał się w jej oczy, by powiedzieć – Czy zawsze wszystko musi być na ciebie? Co ty, królewna śnieżka jesteś, że tylko przez ciebie można być złym ! – krzyczał wymachując rękoma – Czy nie mogę mieć chwili prywatności? Wstałaś? Tak wstałaś, to teraz idź i zrób sobie kawę , jak to zawsze rano robisz i zajmij się tymi swoimi pierdołami. Ok.?!

Julka zupełnie straciła poczucie humoru i wcale nie było jej zabawnie, kiedy wróciwszy na łódkę, Wojtek będący najprawdopodobniej jeszcze pod wpływem wczorajszego alkoholu, zaczął drzeć się snując historyjkę o Marcinie, który – jak to określił – się zdenerwował, bo mu w nocy baba nie dała. Julka zdołała tylko spojrzeć oschle na Wojtka, by jego cwana mimika szybko zmieniła się w ciężką, opadłą przypominającą spłoszonego psa. Nagłe otrzeźwienie – pomyślała Julka.

- Wojtusiu, może byś tak po wodę poszedł, zrobił coś pożytecznego – dodała z przekąsem Kaśka, podając mu baniak wody. Chłopak na znak, iż zupełnie niechętnie się zgadza , mozolnie długo wstawał i ruszał z miejsca. Trwało to tyle, ile Kaśka zdążyła zalogować się w necie, by sprawdzić przewidywaną siłę wiatru. Nietrudno jej było przypadkiem trafić na informacje, które pojawiały się na każdej stronie serwisów – wiecie, że Michael Jackson nie żyje? – powiedziała

- Jak to? – ożył Wojtek, wymachując baniakiem w ręku – Dżako Mako?

- No tak, słuchajcie … – Po tym , jak Kaśka przeczytała wiadomości o artyście Wojtek cały czas z twarzą skarconego psa, oświadczył, iż nieodzownym komponentem układanki wcale nie prostego życia Marcina zawsze był Dżako Mako. Wiadomość, o jego śmierci może nieść za sobą jego dzisiejszy zły nastrój.

- Jasne – syknęła ironicznie Julka – tak samo jak przed chwilą stwierdziłeś, iż spowodowała to baba, co mu w nocy nie dała !

- Nie Julka, powaga – rzekł żywnie gestykulując baniakiem w ręku, by dodać wiary swoim słowom

- Nie osłabiaj mnie proszę. Marcin miałby się wkurzyć na mnie i zepsuć cały nasz poranek, a może nawet i dzień, lub nie daj boże cały wyjazd, czyli mój jedyny urlop w te wakacje, bo dowiedział się o śmierci jakiegoś kolesia, którego nigdy nawet nie znał?

- Wiesz – Wojtek przełknął ślinę, patrząc na zapiekłą Julkę – to nie jakiś koleś czy nawet jakiś artysta. To Dżako Mako. Sama się zapytaj o to Marcina.

Julka nie wytrzymała.

Tak, będzie mnie obrażać, mówić, że mam z rana jakieś pierdoły do zrobienia, to ja już mu pokażę. Gnojek cholerny – myślała, nerwowym krokiem idąc na cypel. – Hrabia jeden, kuźwa… to jacyś totalni fani się tak zachowują. Chryste, mój facet jest fanem Michaela Jacksona i do tego jeszcze Marcin nazywa go pieszczotliwie jakimś Dżako Mako. To mnie, nigdy nie nazywał myszką, czy słoneczkiem, tylko wiecznie drze się JULKA. Cholera, a może on jest gejem. Marcin jest gejem? Nie, bez przesady, to niemożliwe. A może jednak… bądź co bądź, w zeszłym roku jak mój kuzyn do nas przyjechał, a on bezwątpienia jest gejem, to oboje z Marcinem się świetnie bawili. Nie, nie Julka daj spokój, zacznij myśleć logicznie – powiedziała do siebie, kiedy zbliżyła się już na cypel. Marcin siedział nad samym Niegocinem ze schowaną głową między kolanami. Nic nie mówił. Widziała jedynie jego długie zaokrąglone plecy . Dookoła cisza, jak na tę porę lata, nie było jeszcze zbyt wielu turystów, więc pola bez namiotów dawały przestrzeń na rozmyślania, tym razem były to rozmyślania Marcina.

- Dżako Mako? – cichutko wydusiła z siebie, stojąc tuż nim

Marcin nie reagował dobre kilka minut. Domyślał się, że jego kumpel Wojtek nie pozwoli mu samemu załatwić sprawy, tylko bezczelnie zacznie klepać swoim długim językiem. Wiedział, że musi przerwać to milczenie, więc wstał i nie odwracając się do Julki, która bezczynnie jeszcze stała i czekała na absolutne wyjaśnienia swojego chłopaka, zaczął opowiadać

- w 1983 roku, kiedy siedziałem z rodzicami w Stanach, a miałem wtedy z 6 lat, próbowałem z ojcem moonwalk; he … wiesz, to wcale nie jest łatwe. W tym roku, Michael po raz pierwszy pokazał ten krok, a ja w domu miałem MTV . Byłem fanem tego programu. Ojciec przychodził do mnie do pokoju i patrzył na mnie jak tańczyłem. Raz na głowie miałem kapelusz, a na stopach białe skarpety. I wtedy powiedział do mnie Dżako Mako. Pięć lat później wróciliśmy do Polski. To znaczy rodzice wrócili, bo ja przyjechałem tu pierwszy raz wtedy. Dla mnie to był szok, rozumiesz? – Odwrócił się do Julki i energicznie machnął ręką – Nie, ty nie zrozumiesz tego. Wcześniej byłem, gdzieś ; gdzie wszystko w zasadzie miałem w zasięgu ręki : moich kolegów, szkołę do której chodziłem ubrany jak mi się podoba, kino z popcornem, ulubione lody na rogu obok domu, plac zabaw, gdzie do dziś pamiętam te fajne zjeżdżalnie. I nagle trafiłem do kraju, gdzie baba z czepkiem na głowie sprzedawała mięso w sklepie, w którym śmierdziało. I ta sama baba, na rogu sklepu paliła. Kiedy przychodzili klienci krzyczała : zaraz, w kolejkę się ustawiać! Trafiłem do miejsca oddalonego o tysiące kilometrów, gdzie zabawek nie było, a cokolwiek się chciało posiadać, nawet te najdrobniejsze rzeczy, to należało wpierw wystać swoje kilka godzin. O lodach, zapomnij ! Takich lodów później nie jadłem przez z kilka ładnych lat. Kino? Owszem w telewizji na drugim kanale w soboty o 12.00 leciały bajki i filmy. Raz w tygodniu. I wiesz co…. Tylko te kasety mi pozostały z jego muzyką. Każdego dnia słuchałem Dżako Mako.

W kolejnych latach, wraz z tym jak zmieniała się Polska, zmieniałem się ja. Byłem nieco wyżej od kolegów, ja znałem rzeczy, które dopiero w tym kraju się pojawiały. W 99’zacząłem pracę w korporacji. Michael Jackson leciał w mym aucie każdego dnia jak wracałem z roboty. Nawet zamontowałem jedne z lepszy głośników w swoim Audi Cupe. Poderwałem na nie pewną modelkę. Niezła laska była – ostatnie słowa Marcina, Julka mocno odczuła pod sercem, przez chwilę myślała by się odwrócić i uciec, ale zdecydowała się zostać i słuchać dalej, starała się . – Zarabiałem szmat pieniędzy. Byłem królem, jak Dżako Mako. Gdy wchodziłem do Klubu, przybijałem piątkę ze wszystkimi, tańczyłem do jego utworów. A teraz? Julka spójrz na mnie? Nie mam kasy, nawet nie stać mnie żeby zaprosić cię do tej knajpy – wskazał na wykwintną Karczmę usytuowaną nieopodal – po kryzysie straciłem wszystko, pracę, dom, swoją łódź, a nawet znajomi się ode mnie odwrócili. I wiesz kto pozostał tylko ? Niezawodny Dżako Mako.

Marcin zaczął się śmiać.

- Był przy mnie od dziecka, tam w Stanach, potem w tym cholernym PRL-u, później kiedy sam czułem się jak król. I nie odszedł, kiedy wszystko straciłem. Julka, tylko teraz, to i jego już nie mam. Odszedł. Trzymał mnie jakąś nicią z tymi dobrymi czasami, a ja miałem cały czas nadzieję na powrót. Już raz przecież dzięki niemu wróciłem, prawda? Szedł wraz ze mną z krainy bajek w Stanach, po przez dziuplę zaszytą komunistycznymi dechami, do królestwa końca XX wieku i początku XXI. Później kamień spadł, ale póki był Dżako Mako, miałem nadzieję. Dziś dowiedziałem się, że on się poddał. To i ja się poddaję.

Julka osłupiała. Nie potrafiła wydusić słowa. Patrzyła na Marcina, wiedziała, że musi coś powiedzieć, ale nie potrafiła. Zupełnie nie poznawała, ani jego, ani jego słów. Zdołała jedynie wydusić

- To nie na moje buty

 

Pół roku później, siedząc w swoim mieszkaniu i sprawdzając klasówki uczniów, zadzwonił telefon. Spojrzała na swoją komórkę . Marcin. Nie kontaktowali się ze sobą od lata. – odebrać, nie odebrać? – zastanawiała się. Odebrała.

- Tak słucham?

- Hej. Co słychać ? – zapytał z lekkim zawahaniem?

- Nic, dobrze. – co za hipokryzja, myślała, wcale przecież nie było dobrze. Przez ostatnie miesiące po rozstaniu, nie może dojść do siebie. Wsiadła wtedy w pociąg i szybko wróciła do Krakowa. Urlop spędziła na wyprowadzce od niego. Teraz mieszka na stancji u pani Kleczowskiej. Po pracy przychodzi i zamyka się w swoim pokoju, zaprzestała treningów na basenie, nie widuje się z koleżankami, przestała czytać. Jedynie pracuje, sprawdza klasówki, udziela korepetycji. I tak dzień po dniu.

- Julia, dzwonie, bo chciałbym cię zaprosić na Sylwestra. Organizuje w naszej szkole.

- Tak wiem, coś tam słyszałam

- Proszę Cię , przyjdź

 

Kiedy Julka trzymając w ręku szampana weszła na sale, mile zaskoczyła ją panująca atmosfera, wystrój oraz przygotowany podest i sprzęt grający. Zauważyła, iż przybyła dość liczna grupa, z czego większość stanowili znajomi z pracy. Gdzieś przy wyodrębnionym miejscu przeznaczonym na bar, dostrzegła Kaśkę i Wojtka. Podeszła do nich.

- Fajnie, że przyszłaś – zaczęła Kaśka

- Może nie będzie tak źle – na siłę się roześmiała, jednocześnie stawiając szampana na barze

- Czego się napijesz? – zapytał Wojtek

- Nie wiem, zrób mi jakiegoś drinka – zaproponowała

- Uważaj – pogroziła palcem Kaśka – bo jak on zrobi drinka, to możesz nie dotrwać do dwunastej. Usłyszał to Marcin, który niespodziewanie zjawił się tuż obok i sam zaoferował

- Julia, pozwól, że ja Ci zrobię

Marcin do wysokiej szklanki włożył pół limonki , kilka liści mięty i starannie ją rozgniótł. Następnie wyjął cukier trzcinowy i odmierzył dwie łyżeczki, które wsypał do przygotowywanego trunku. Wszystko wymieszał niczym profesjonalny barman oraz dosypał skruszony lód i dolał rum.

- Proszę, twoje mojito -podał i oddalił się by przywitać kolejnych gości

Julka zdziwiona spojrzała na niego, bowiem wcześniej nigdy nie widziała, żeby kiedykolwiek przyrządzał drinki. Kojarzyła go tylko z piwem w ręku.

- Co , zdziwiona ? – zapytał Wojtek

- Raczej – odpowiedziała

- Poczekaj, nie tylko drinków nauczył się robić. Dziś zobaczysz starego mistrza w tańcu solo oraz nowego Marcina Koszyńskiego.

- Już się nie mogę doczekać – troszkę sarkastycznie ujęła to Julka, choć szybko zmieniłaby nastój gdyby wiedziała co ma usłyszeć za parę chwil.

Marcin, podszedł do Julki.

- Jestem nauczycielem angielskiego w Liceum. Mam mieszkanie na Litewskiej w Krakowie, mam fajnych znajomych i całkiem niedawno straciłem kobietę, która kocham. Straciłem ciebie tylko dlatego, że sam nie mogłem pogodzić się z faktem, że dziś żyję inaczej niż kiedyś. Tylko, gdybym żył dalej tak jak żyłem, nie poznałabym ciebie. I nie poznałbym siebie. Na koniec tego roku, sam odetnę się od przeszłości.

Marcin odsunął się na środek parkietu, dał znak Wojtkowi, który już szperał przy sprzęcie i nagłośnieniu. Po krótkiej chwili ciszy, wszyscy usłyszeli „Leave me alone” Michaela Jacksona . Marcin niczym zawodowy tancerz, unosił się swoje ciało niewątpliwie przypominając taniec samego wykonawcy. Julka patrzyła na niego i zrozumiała, że Marcin dopiero dorósł.

 

Agnieszka

Kometa i inne zjawiska – anegdota

2

15 lutego 2013 roku o godzinie 18.30 wysiadałam właśnie z samochodu, kiedy chwiejnym krokiem podszedł do mnie starszy , nie ogolony, siwy, w jakimś zupełnie trudnym do zapamiętania szarym codziennym stroju mężczyzna, a w zasadzie jego cień. Kiedyś z pewnością był mężczyzną. Dziś trzymając w jednym ręku otwartą butelkę piwa, a w drugim powiewającą na wietrze białą reklamówkę zdążył zaledwie otworzyć usta, kiedy ja w obawie przed jego pijackim monologiem, napięcie odwróciłam się. Szybko jeszcze złapałam za klamkę, by sprawdzić czy rzeczywiście dobrze zamknęłam samochód i udałam się na zakupy. Był to taki mały przydrożny sklepik usytuowany w pobliżu mojej miejscowości. Taki z tych do których podjeżdżasz autem, parkujesz niemalże zaraz przy wejściu i kupujesz to, czego akurat zabrakło w domu. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu w sklepie nikogo nie było. Uwielbiam to. Sklepik ten jest mały, więc już sześciu klientów ma problem z przemieszczaniem się buszując po półkach. Nie znoszę przeciskania się, dźwięku obcierających się o siebie koszyków, wiecznej uwagi by swym ciałem nie zrzucić jakiś słoików czy też butelek. Tymczasem owego wieczoru miałam dla siebie cały sklep. Mogłam do woli cieszyć się wyborem różnorakich produktów. I byłabym o wiele bardziej ucieszona, gdyby nie fakt, iż w tle z radia słyszałam wiadomości, jeszcze raz wiadomości i specjalne wiadomości. Prawdę mówiąc wiecznie mówili o tym samym, a mianowicie o deszczu meteorytów, który spadł rankiem w okolicy Czelabińska. I gdyby nie to, że o godzinie 11.00 przed południem zadzwoniła do mnie koleżanka z doniesieniami o tym wydarzeniu, wówczas w tym sklepie usłyszałabym tę informację po raz pierwszy.

 

Agnieszka słyszałaś, to dziś…na sto procent dziś uderzy w nas ta kometa – Jaka kometa, o czym ty mówisz? – dziwiłam się – No jak to, to ty nic nie wiesz, wiadomości nie oglądasz? – Nie, nie oglądam – odpowiedziałam. – No to słuchaj, dziś po godzinie 20.00 ma przelecieć koło Ziemi kometa, ma być bardzo blisko ziemi i jest ryzyko, że może uderzyć. I co więcej, to ryzyko rośnie, bo dziś rano spadł ogon tej komety. Nad Uralem uderzył deszcz meteorytów. Setki osób rannych, w całym mieście powybijane szyby, sparaliżowany jest cały ruch i życie tamtejszych mieszkańców .

- Ok. Może i rzeczywiście zaraz coś w nas uderzy – spojrzałam szybko na zegarek, by upewnić, się, że do tej 20.00 zdążę zrobić jeszcze zakupy i wrócić do domu. W rezultacie, chodząc między rzędami półek zaczęłam wrzucać co chwilę do koszyka produkty na tzw. zapas. Już wyobrażałam sobie, że przy większej katastrofie odłączą prąd, więc kupiłam świece oraz zapalniczki. Obładowałam się także zgrzewką wody na wypadek , gdyby wodociągi przestały pracować. Oczywiście więcej papieru toaletowego, chusteczek, mleka, słoików i zupek chińskich, makaronu, ryżu, chleba, konserw i… mogłabym tutaj wymieniać. Cały czas myśli moje krążyły w około słów z Apokalipsy : „(…) i gwiazdy będą spadać z nieba” – Czy ta kometa, może w nas uderzyć? – z zawstydzeniem usłyszałam nagle swoje własne myśli.

- Pani kochana- odpowiedziała sprzedawczyni, najprawdopodobniej koło pięćdziesiątki. Wyraźnie dało się zauważyć jej ładnie ułożone włosy w kok, oraz zmęczoną twarz z ostatnimi śladami makijażu. Błyszczała jedynie jej biżuteria i krzyżyk zawieszony na łańcuszku. – O przepraszam – szybko odpowiedziałam

– Pani nie przeprasza – ciągnęła dalej, jednocześnie nabijając kasę i przekładając rzeczy. – Pani nie wierzy w żadne bzdury o meteorytach, nie ma takich rzeczy.

– O – pomyślałam – konkret babka, realistka.

– To Ruscy ! – wykrzyknęła nagle, a ja jednak szybko zwątpiłam w jej realizm. – Gadają takie bzdury, żebyśmy wierzyli, bo chcą ukryć to, że coś tam wystrzelili. Ja dobrze wiem, bo mojej siostry kuzyn bratanka jest wojskowym i nie może o tym mówić. Ale nam powiedział. – żwawo gestykulowała i opowiadała – To tylko mydlenie oczu, Pani nie wierzy w meteoryty – uniosła się

Słuchając tej ciężko zapracowanej kobiety, która ku schyłku swej jeszcze „dojrzałej młodości” próbowała wydobyć z siebie nie tylko odrobinę urody, ale i szacunku, usłyszałam otwierające się drzwi sklepu. Kobieta w tej samej chwili zamilkła, jak do środka wszedł ten sam Cień mężczyzny, przed którym zdążyłam uciec. Tym razem, nie tylko podszedł bardzo blisko, ale i przemówił do mnie.

- a Pani co, nie czeka na pieniądze? -

- Jakiś wariat – pomyślałam.  Cień powtórzył. Ja jednakże udając, iż nie zauważam jegomościa sterczącego nade mną, ponownie zwróciłam się do sprzedawczyni. – No ale co to mogłoby być, jakieś ich próby rakietowe? – próbowałam oderwać uwagę Cienia ode mnie, jednakże i zresztą ku mojemu zdziwieniu sprzedawczyni już się nie odezwała.

– I co? Ile Pani chce, tysiąc, dwa tysiące, czy więcej ?- męczył dalej Cień z piwem. – Tusk będzie rozdawał pieniądze! – wymachiwał rękoma, a ja tym samym zmuszona zostałam dać krok w tył by nie dostać po głowie ową butelką.

- O czym Pan mówi? – już się zdenerwowałam . Ja obładowana zakupami, babka za ladą mówi, że nasi wschodni sąsiedzi mają jakieś próby, w radio słyszę o deszczu meteorytów, za chwilę ma przelecieć jakaś kometa, a ten ledwo stojący na nogach gada o tym, że premier będzie rozdawał kasę. Trafiłam do Twin  Peaks, czy co? Albo może jestem w Krainie Chichów Johnatana Carolla?

- Pani, to też premier będzie jeździł i rozdawał kasę. Może przyjść do Pani do domu nawet. – lekko szturchnął mnie w łokieć. – Bo w kraju jest bezrobocie, pracy nie ma nigdzie, wie Pani? Tak kiedyś nie było, kiedy ja byłem mały…

 

imageworld.pl

 

Kiedy Cień zanurzył się w swoją opowieść, do sklepu weszła jeszcze jedna osoba. Tym razem był to mężczyzna luksusowy, pachnący drogimi perfumami, pewny i dostojny mimo zbliżającej się sześćdziesiątki. Zdecydowanie należał do tych pijących markowe trunki, rozkoszujących się niestandardowymi dziełami sztuki, pływających jachtami po mazurskich jeziorach, bawiących się licznymi dziewkami. Pachniał wyższą półką. I z tej półki też przyglądał się sytuacji, stojąc tuż za mną. Najprawdopodobniej wpadł, by coś na szybko kupić przy kasie, bowiem nie zauważyłam przy nim żadnego koszyka.  Mimo to, już sam fakt stania w kolejce, zrobił z niego aktora tej sceny w tym małym i ciasnym sklepie.

Przemowa Cienia nie była zbyt długa, trwała zaledwie pół minuty. Ja jednak odczułam, iż te trzydzieści sekund nie ma końca. I sam Cień opowiadałby dalej o bezrobociu, mafii, kradzieży, komunizmie, prywatyzacji, sprzedaniu Polski , gdyby nie nagle wypowiedziane słowa Luksusowego

- No w tym kraju, to już nie ma na nikogo głosować.

- Ooo, Pan wie o czym ja mówię, a Pani ? – podłapał Cień

- I mydlą oczy – dodała sprzedawczyni

Kolej na mnie, pomyślałam. Jednak słów mi już zabrakło. Spojrzałam tylko na wózek, był już pusty, a sprzedawczyni wszystko policzyła. Podała sumę. Spojrzałam na zegarek, godz. 19.05. Zdążę do domu, pomyślałam

- I co chce Pani te pieniądze? – nie przestawał Cień

- Nie, premier ponoć nie będzie rozdawał – dodał Luksusowy

- O czym Panowie mówią?! – już wkurzona zapytałam

- No jak to, nie ogląda Pani telewizji? – obruszył się Cień

- Nie, nie oglądam żadnej telewizji. Po raz drugi to samo to samo pytanie dzisiaj ! W dupie mam te wiadomości, te wszystkie gadające głowy, meteoryty, wojny, katastrofy, podatki. Przyszłam tu jedynie kupić serek wiejski, chleb i piwo na wieczór.

Nie wiem, jak zareagowali i co mogli powiedzieć. Już się nie dowiedziałam, bowiem z hukiem wyleciałam. Zostawiając zakupy, za które zresztą nie zapłaciłam.

Po powrocie do domu, mój kochany mąż zobaczywszy mnie wkurzoną i bardzo zirytowaną, zapytał tylko – I co nie kupiłaś nic?

- Nie kochanie, była strasznie długa kolejka. Nie rozumiem, ludzie to idioci, zapasy robią. Całe wózki załadowane mają. Boją się tej komety. I cały czas gadają o tym. Nie chciało mi się już tam tak stać.

- To chodź, przytul się – jak zwykle tolerancyjny i wyrozumiały na moje liczne nerwy, otulił mnie swoim ramieniem.

Do późnego wieczora siedziałam w jego objęciach. Oglądaliśmy telewizję, ale tylko nasz ulubiony program Top Gear. Dzieci ładnie bawiły się  w swoim pokoju. Była cisza i spokój. I w chwili, kiedy kometa była blisko Ziemi, nie wydarzyło się zupełnie nic nadzwyczajnego.

 

Agnieszka

Puszki – anegdota

0

 

Z początku zdziwiłam się, że w Polsce są już takie ładne. Czysta elewacja budynku, zagospodarowanie terenu na zewnątrz, ławeczki i posadzona zieleń dają wrażenie, że zmierzamy do hotelu. Tymczasem obszernym oszklonym wejściem weszłam do olbrzymiego holu pośród, którego stały wygodne czerwone kanapy przeznaczone dla pacjentów w oczekiwaniu na izbę przyjęć. Obok stoliczki z gazetkami, automaty na napoje. Rozglądając się dookoła zauważyłam na prawej ścianie od wejścia zawieszony duży telewizor najprawdopodobniej ledowy, a po lewej wielkoformatowe reklamy.

Hmmm, i to wszystko z NFZ-u? – pomyślałam

Na czerwonej kanapie usiadłam z mężem. Ukradkiem patrzyłam na izbę przyjęć. Z tej perspektywy spodziewałam się w środku ładnego gabinetu. Tymczasem, gdy tylko wezwali mnie i zdążyłam zaledwie postawić tam pierwsze kroki, mój entuzjazm szybko opadł. Odrzucił mnie fetor alkoholu i brudu. Spojrzałam szybko na ściany, były szare, a sam gabinet okazał się być dość sporą salą przedzieloną kilkoma kurtynami pośród których leżeli pacjenci. No tak, polskie szpitale . Kilka kroków i cofasz się z pachnidełka do obszaru zatykającego twe nozdrza. – zmieniłam zdanie co do budynków naszej służby zdrowia.

Ulokowali mnie pomiędzy kurtyny, kazali położyć się i czekać na wstępne badania. Ok, nie położyłam się …jakoś nie mogłam…- kto wcześniej leżał na tym łóżku? – zapytałam siebie samą. Usiadałam i postanowiłam cierpliwie czekać.

- A co tu się dzieje? –usłyszałam młody męski głos zza kurtyny

- A no już chodzić nie daję rady – odpowiedział mu zachrypnięty i zmęczony starszy pan

- Chodzić? Dlaczego ?

- Noga, o tu – najprawdopodobniej wskazał bolące miejsce

- Pan pokaże. Nie, nie, ! Pan się nie rusza, tylko leży spokojnie. Ja zobaczę.

Po chwili – Pan ma odmrożoną nogę ! Opatrzymy ją – kontynuował młody głos

- Dobrze, dobrze. Pan może mi coś da, żeby tak nie bolało – poprosił

- A gdzie Pan mieszka? Bo nie podał Pan tutaj nic w rejestracji.

- A ja bezdomny jestem – bez zażenowania wyjaśnił

- Aaaa – zupełnie bez wzruszenia zareagował młody głos – No dobra, a był pan tu już ile razy?

- No jestem .. nie wiem który. Jak boli już mocno i chodzić nie mogę to przychodzę.

- Zima długa jest, to gdzie pan śpi? – spytał młody głos

- Aaa, to tu … to tam, jak się miejsce znajdzie. W piwnicach najczęściej.

- I co dobrze tam? – kontynuował, ale wydawało mi się, iż jednocześnie zaczął w końcu opatrywać ranę bezdomnego.

- Aaa dobrze, co ma być źle?

- A domu, rodziny pan nie ma ?

Znoszone buty imageworld.pl

- Miałem, ale żona odeszła, syna wzięła. Dom miałem, ale pogoniła mnie. Potem pracy nie znalazłem. Wie pan, jak to jest – rzekł już zrezygnowanym głosem

- Ale jak to , tak sama odeszła? Musiał pan chyba coś narozrabiać. Pił pan pewnie, co? – w jego głosie dało się usłyszeć tę pewność, którą wszyscy wyrażamy, kiedy jesteśmy niemalże w stu procentach przekonani o swojej racji.

- Jak nie, jak tak. Piłem. – przyznał bez ogródek.

- A teraz, pije pan ? – cały czas ciągnął zza język młody głos

- No się wypije od czasu do czasu. – wydawało mi się, że facet zdecydowanie lubił wypić, gdy tylko o tym mówił, wyraźnie się ożywiał.

- A nie lepiej gdzieś w schronisku nocować, szukał pan tam miejsca?

- Eee, panie, to się tak tylko mówi, że tam jest .. wie pan, dobrze. Jak mocne mrozy to idę tam, ale jak już jest tak powyżej minus dziesięciu w nocy to ja uciekam. Muszę zarobić przecie.

- Zarobić – tym razem i młody głos się ożywił

- No tak ! Puszki zbieram, złom zbieram, ale głównie puszki.

- Jaki złom? – z wyraźnym zainteresowaniem zaczął wypytywać

- No ostatnio przykładowo, chłodnicę znalazłem. Ludzie to dużo wyrzucają i nie mają pojęcia, że to warte. Wie pan?

- No to ile pan tak miesięcznie wyciąga z tego?

- Normalnie, to ze dwa tysiące, a jak jest lepiej to i ze trzy.

- Cooo?! – wykrzyknął młody mężczyzna- a podatek pan jakiś płaci?

- Hehehe, panie jaki podatek?

imageworld.pl

- To nie lepiej panu wynająć pokój, a nie tułać się po piwnicach? – zapytał zdziwiony

- A skąd…! – zaprzeczył bezdomny

- No wyciąga pan więcej niż ja na etacie

- He no wie pan – rzekł podbudowany stwierdzeniem opatrującego

Po chwili moja kurtyna się odsłoniła i ten sam młody głos zapytał mnie:

- A co tu się dzieje?

Młody głos, wcale nie należał do młodej osoby. To był mężczyzna mniej więcej w moim wieku, po trzydziestce. Był to lekarz pogotowia ratunkowego.

- U mnie wszystko ok – szybko odpowiedziałam – ale co będzie z tym bezdomnym, który nie może chodzić?

Mężczyzna lekko nachylił się w moim kierunku i przyciszonym głosem rzekł:

- A słyszała Pani, wyciąga więcej niż ja. Może zamiast tylu lat studiów, powinienem zbierać złom? Zastanawia mnie jedno, czemu facet nie wynajmie sobie nawet żadnego pokoju?

Po wszystkich badaniach wstępnych, wyszłam w końcu zza kurtyny. Gdy szłam tą samą salą, tym razem już z powrotem do pięknego holu,  spojrzałam tylko na tego bezdomnego. Leżał dalej i chyba już zasnął.

 

Agnieszka