twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy z tagiem: przemyślenia

Wiosną tego roku pewna sarkastycznie rzecz ujmując – firma, właściciel super nowoczesnego portalu rozpoczął zewnętrzną kampanię reklamową. W większych miastach w Polsce na bilbordach zawisły wielkoformatowe plakaty przedstawiające jedną kobietę przebraną w diabełka, a drugą w aniołka. Na pierwszy rzut oka, wydawało się, iż reklama zachęca do ciekawego serwisu poświęconego fantastyce, a nawet bajką. Szczególnie niektórym dzieciom przypadła do gustu. Panie na plakacie przypominały wróżki z bajek o Barbie. Zarówno więc treść, jak i same rozmiary niedające się nie zauważyć wręcz przykuwały uwagę młodego odbiorcy. Dziecko jadące samochodem, będące przechodniem jest tak samo odbiorcą informacji, co niestety jest często zapominane przez agencje reklamowe kreujące co rusz bardziej śmiałe reklamy.

Na wspomnianym bilbordzie między „lalkami” duże napisy adresu portalu. Dziecko umiejące czytać i pisać bez problemu zapamięta proste słowa, a dziecko już 8-letnie będzie próbowało zajrzeć na stronę podaną na ciekawym dużym plakacie. Zatem w dzisiejszych czasach mając do dyspozycji internet, który stał się głównym nośnikiem informacji i jest obecny niemalże w każdym gospodarstwie domowym, dziecko z ciekawości skorzysta z owego dostępnego połączenia z siecią, wrzuci adres strony i ajjjjjj…..ajjjjjj…..ajjjjjjj PORNOGRAFIA. Owszem pojawia się informacja, iż serwis poświęcony jest dla osób , które ukończyły 18 lat. Lecz cóż z tego, przecież dzieciaki mogą zostać tym bardziej skuszone. Zakazany owoc smakuje lepiej.

I właśnie gdyby to była zwykła lekka pornografia, pokazująca zdjęcia kochających się par heteroseksualnych, to jeszcze dziecku można wytłumaczyć, iż seks jest dla ludzi, iż seks jest miłością i takie tam. Może nawet dałoby nam to pole do obszerniejszego poruszenia tematu. Tymczasem po kliknięciu TAK WCHODZĘ, ukazują się filmiki z obnażającymi się ludźmi, wykonującymi śmiałe praktyki seksualne na polecenie osób im się przyglądających ze swoich komputerów w domach. Osoby te wydają polecenia, ponieważ wcześniej zapłaciły za to wysyłając specjalne smsy lub wykupując w tym serwisie specjalne żetony. Zatem wchodzą tu także korzyści majątkowe.

 

zdjęcie dzięki imageworld.pl

Przez chwilę badałam sprawę. Zajrzałam do kodeksu karnego.

Zgodnie z Art. 202.§: Kto publicznie prezentuje treści pornograficzne w taki sposób, że może to narzucić ich odbiór osobie, która tego sobie nie życzy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. § 2. Kto małoletniemu poniżej lat 15 prezentuje treści pornograficzne lub udostępnia mu przedmioty mające taki charakter albo rozpowszechnia treści pornograficzne w sposób umożliwiający takiemu małoletniemu zapoznanie się z nimi, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Biorąc pod uwagę i wizualizację plakatu zachęcającą dzieci, na nim napis adresu strony pornograficznej, bez żadnej zamieszczonej informacji o tym, iż jest to serwis tylko dla dorosłych, mogłabym zarzucić, iż w tym przypadku został naruszony art. 202 kk. Tymczasem okazuje, iż nie. Sam bilbord i to co przedstawia plakat nie jest treścią pornograficzną. Podobnie rzecz ma się z innymi reklamami pornograficznymi, chociażby w licznych gazetkach, w telewizji. Żadna z nich nie jest typową treścią pornograficzną. To tak jakbyśmy poszli z dzieckiem do kiosku kupić jedynie dziennik lub gumę do żucia i gdzieś z brzegu zauważylibyśmy okładkę pisma pornograficznego. I wówczas też, ni jak ma się art. 202 kk. Ni jak ma się? Może jednak ma się, tylko nie jest przestrzegany? Pytanie co jest treścią pornograficzną i jakie są drogi, techniki zachęcające do oglądania treści pornograficznych. Mamy zatem prawo, które jest prawem dowolnie interpretowanym? Lub też prawem nie chroniącym w dostateczny sposób naszych dzieci. Są nałożone restrykcje odnośnie reklam alkoholu i papierosów, ale jeśli chodzi o pornografię…. sądzę, że mamy lukę w prawie. Czyżby w przyszłości mielibyśmy mieć społeczeństwo wolne seksualnie? Już przecież „galerianki” i „świnki” są. I czy my dorośli za to nie odpowiadamy?

 

 

 

Agnieszka

Wyścig szczurów w pieluchach

0

To było większe spotkanie na grillu u znajomych. Przybyli wszyscy fajni; osoby siedzące na wysokich stanowiskach w korporacjach, freestylerzy, ludzie reklamy i marketingu, początkujący artyści…. z dziećmi. Młode małżeństwa ze swoimi pociechami jeszcze w pieluchach. Wyluzowani tatusiowie z konikiem na bluzeczce trzymający na rękach dzieci z kolejną metką na ubiorze, wylansowane matki podające butelki i grzechotki do małych rączek. Przepych wózków, leżaczków, chodzików … zabranych tylko na to jedno popołudnie. Lekki zamęt, choć uporządkowany, bo dokładnie widać kto jest z kim, żony chwalą mężów, mężowie żony. Wszyscy mówią o tym jak im się świetnie układa. Przy piwie i dobrym jedzeniu, język im się rozwiązuje; mówią więc o tym gdzie byli, co widzieli, co kupili, jak awansowali, gdzie bywają i w reszcie…jakie cudowne mają dzieci.

Nieprawdopodobne, że ich maleństwo już w wieku czterech miesięcy zaczynało siadać! Innych główkę podnosić nie na kilka sekund , ale na kilkanaście, już mając dwa miesiące …. bo ktoś nawet liczył stoperem. Inni chwalą swoje dzieci, za to że mówią baba, wawa , tata i mama w wieku dziewięciu miesięcy. Natomiast matka jednego z najstarszych brzdąców, przekonywała wszystkich, że dziecko tuż po ukończeniu roczku powinno już dawno chodzić. Usłyszawszy to, ta inna jeszcze z dzieckiem w wózku, mocno przełknęła ślinę, by tylko nic nie powiedzieć …. bo cóż mogła, skoro jej syn skończył już rok i dwa miesiące, ale wciąż tylko raczkuje – „Czy z nim coś jest nie tak?” – zapewne szybko przez głowę przeszła jej taka myśl.

Przekleństwo naszych czasów? Przymus bycia najlepszym?

Mam wrażenie, iż dzisiejsi rodzice o których oczekuje się, iż jako ludzie XXI wieku będą efektywnymi pracownikami pełnymi pasji, aktywnymi z burzą pomysłów w środowisku osób im podobnych, także i zapragną mieć super-dziecko. Tymczasem nasze maluchy nie znają wyścigu szczurów.

 

Ostatnio wpadł mi w ręce świetny artykuł „Przez Dotyk” opublikowany na łamach Zwierciadła, w którym Paweł Zawitkowski , fizjoterapeuta w rozmowie Aliną Gutek wyjaśnia, iż dziecko dla rodziców nie powinno być kolejnym ważnym życiowym projektem. W jakiś sposób dziecko, które jest częścią nas samych już od urodzenia staje się czymś w rodzaju „ulepię Cię jak najlepiej potrafię” i „ozdobię czymś wyjątkowym”. Tymczasem „Dziecko nie jest androidem, tylko istotą społeczną” – czytamy w artykule. Nasz maluch rozwija się we własnym tempie; to co z tego, że nie potrafi chodzić ! Ma na to czas do półtora roku, a umiejętności siadania może posiąść nawet do 10 miesięcy. Więcej; czasem samo nadmierne opiekowanie się dzieckiem i ograniczanie mu ruchu i swobody zakłóca mu rozwój. „Jeśli w okresie niemowlęcym maluch siedzi od rana do wieczora w foteliku albo zasuwa w chodziku, wszyscy na niego chuchają i dmuchają, żeby się przypadkiem nie spocił, nie pobrudził – trudno doskonalić mu czucie ciała, podłoża, reakcje obronne, ocenę przestrzeni i inne niezbędne do harmonijnego rozwoju doświadczenia” Ze względu na specyfikę wychowania, dziecko niekiedy nie ma możliwości trenowania …bo przecież każde upuszczenie zabawki, chowanie smoczka, podnoszenie główki, rączek, nóżek, próba mówienia, mlaskania, klaskania dla małego dziecka jest niesamowitym wysiłkiem. I zakłócenie tychże mechanizmów, trzymania dziecka w najlepszym chodziku świata, najdroższym krzesełku z milionem światełek i przycisków nie umożliwi małemu brzdącowi na zwykłe doznania cielesne. Później posiądzie naukę siadania, bo po co ma się wysilać, skoro ma wygodne oparcie i rączkami wszędzie sięga. I odwrotnie; zbytnie trenowanie dziecka – bo i ten sposób wychowania jest zauważalny, nadmiernie obciąża malucha. Trenujemy na super -malucha, a potem się dziwimy, że nasze dziecko bywa nieznośne i krzyczy. Paweł Zawitkowski, więc wyjaśnia, iż u dziecka granica między akceptacją, a totalnym sprzeciwem jest bardzo cienka. I to, że przez chwilę dziecko, które uczymy chodzić będzie zadowolone z tegoż powodu, za chwilę może mieć po prostu dość. „Jedynym sensownym wspólnym mianownikiem każdej relacji czy pracy z dzieckiem powinny być jego emocjonalne potrzeby”

Bycie spełnionym rodzicem i w najprostszy sposób szczęśliwym dzieckiem nie jest tożsame z byciem najlepszym – tłumaczy Paweł Zawitkowski

Zatem, nie to jak je ubierzemy, jak będziemy trenować, jakie damy do dyspozycji krzesełka, stoliczki, wózeczki, zabaweczki, nie ważne … jak bardzo będziemy chcieli być najlepszymi rodzicami, to i tak nie spowodujemy, że nasze dziecko będzie się rozwijało dokładnie tak jak sobie to zaplanowaliśmy. Dziecko to nie wynik, na którego składają się liczby, współczynnik ryzyka, plany rozwojowe, koszty, dochody. Dziecko to też nie my. Skoro od nas wymagają bycia najlepszymi, bądźmy…ale nasze dziecko traktujmy z miłością, bo ono nie zna wyścigu szczurów. „Gorzej, jeśli zabraknie mu dotyku, czułości, kołysania, rozmów, miłości.”

 

 

Agnieszka

 

Zespół zadowolenia z życia połączony momentami euforii i ogólnego optymizmu jest pragnieniem każdego z nas. Pragnieniem tak wielkim, iż niejeden poszukiwacz szczęścia mógłby równać się poszukiwaczom złota. Pragnienie tak drogocenne unikatowe, że mogłoby przypadać jedynie tym urodzonym pod szczęśliwą gwiazdą czy też w przysłowiowym czepku. Nic bardziej mylnego.

Przez ostatnie niemalże 10 lat grzebałam w swoim życiu, wiecznie doszukując się odpowiedzi na słowo dlaczego. Każdy większy problem, rozdrabniałam na inne mniejsze, a te z kolei wciąż analizowałam. Mówiłam o swoich problemach, radziłam się innych, porównywałam je do doświadczeń osób w podobnych sytuacjach, czytałam książki psychologiczne oraz korzystałam z terapeutów, a nawet za namową znajomych niekiedy z porad wróżbiarskich. W mojej głowie wiecznie żyły moje problemy, stały się częścią mnie i mojego życia.

” Na tym polega problem. Większość ludzi myśli o tym, czego nie chce, i zastanawia się, dlaczego to co niechciane bezustannie pojawia się”
Sekret Rhonda Byrne

Mapa Myśli z Freepik.com Na jej podstawie, zobacz jak możesz rozciągnąć swój problem

Mniej więcej rok temu, trafiłam na film, a potem na samą książkę „Sekret”Rhonda Byrne. Zapewne większość z Was wie, o czym traktuje książka i zna tajemnice Wielkiego Sekretu. Jednak dla tych, którzy po raz pierwszy zetknęli się z tym tytułem wspomnę, iż chodzi w niej o prawo przyciągania. Książka traktuje o tym, iż myśli działają jak magnes i przyciągają to o czym myślimy. Oznacza to, iż każda nasza myśl jest odzwierciedleniem naszego życia. I jeśli myślimy negatywnie, wówczas nasze życie jest pełne trosk i obaw. Gdyż rozgrzebywanie problemów bywa bardzo często naszą trucizną, którą zresztą sami sobie podajemy.

Przytoczę prosty przykład: jadąc samochodem na spotkanie trafiasz na zakorkowaną ulicę i stoisz dobrych kilka minut, jaka wówczas pierwsza myśl przychodzi Ci do głowy? Dam Ci chwilę do namysłu…………………………………………………………. Większość z was zapewne odpowiedziałaby :”żeby się nie spóźnić”. W sytuacji odmierzającej czas, powtórzylibyście te słowa jeszcze wielokrotnie „żeby się nie spóźnić”, a owe nawracające myśli nabrałyby więcej mocy i realizmu i w konsekwencji….? Spóźnilibyście się. Według Rhonda Byrne pojawiająca myśl, bez względu na to w jaki sposób my ją chcemy widzieć lub słyszeć, jest myślą która ma swoje odzwierciedlenie w naszym życiu. To jest jak samospełniająca się przepowiednia. Zresztą podobnego zachowania można się dopatrzeć u osób po wyjściu od „wróżek”. Pamiętam dwie kobiety, którym wizjonerka przepowiedział rozpad małżeństwa z powodu zdrady męża. Oczywiście owa wizjonerka podała też masę rad w postaci zabobonów i innych rytuałów, za które należy dodatkowo płacić, ale które to miały uchronić kobiety przed dramatem. Jedna z nich, śmiała się z tego głośno i nigdy więcej nie wróciła do tematu. Po prostu uznała to za oszustwo i tyle. Nawet więcej o tym nie wspominała, chociażby dlatego iż rozpowiadanie takich rzeczy byłoby dla niej wielce wstydliwe. Natomiast ta druga, po wyjściu od wizjonerki, diametralnie zmieniła swoje zachowanie. Jej myśli głównie skupiały się na słowie zdrada, której na siłę wszędzie się doszukiwała, a domniemaną kochankę widziała w każdej innej kobiecie dookoła. Zazdrość oraz poczucie straty na stałe zagnieździły się w jej myślach. Tylko, że dziś obie są już dobrze po czterdziestce, i ta pierwsza jest w dalszym ciągu szczęśliwą mężatką od dwudziestu lat, a ta druga samotną rozwódka już od około ośmiu.

„Jeśli potrafisz myśleć o tym, czego chcesz i uczynić z tego dominującą myśl, to sprawisz, że pojawi się to w Twoim życiu. Zasadę tę można wyrazić w trzech prostych słowach. Myśli się urzeczywistniają! ” Rhond Byrne

I tak już pozostawiona świadomości własnych myśli; nauczyłam się więcej uśmiechać w mej głowie. Nie przyszło to łatwo. Tak jak będąc w ciszy bez problemu mogłam odsunąć negatywne myśl, to jednak gdy tylko usłyszałam muzykę niosącą wspomnienia, złe wiadomości w telewizji lub też słyszałam o problemach innych, od razu w mojej głowie narastał niepokój i lęk. Nagle te negatywne myśli w zastraszającym tempie ponownie się mnożyły, a ja znowu czułam ten ciężar. Zatem …. przestałam oglądać telewizję; wybieram jedynie programy naukowe lub przyrodnicze, a unikam wszystkich przedstawiających dramaty innych. (Pragnę zaznaczyć, iż niestety tych ostatnich jest cała litania na kanałach cyfrowych.) Jeśli zaś chcę dowiedzieć się czegoś z najświeższych informacji z kraju i ze świata, sięgam do sieci, gdzie mogę sama dokonać wyboru interesujących mnie wiadomości. Nie dopuszczam do mych uszu rzeczy zupełnie mi dalekich, które wpajane są nam do głów, że powinniśmy się nad nimi użalać lub je opłakiwać. Skoro nie mam żadnej mocy, zmienić sprawy, czemu więc moja głowa musi mieścić te problemy? Owszem przyjmuje do wiadomości, ale wcale nie mam zamiaru nad nimi ślęczeć.

Dodatkowo unikam słuchania powtarzających się problemów znajomych. Wybaczcie kochani :) Owszem mogę wysłuchać raz lub dwa, natomiast nie potrafię być na co dzień z nimi i się nimi niepokoić. Stałam się bardziej asertywna, wyobrażając sobie dookoła siebie taki płaszcz ochronny, którego nie pozwolę nikomu zniszczyć. W domu wybieram ciszę, bo ta mnie relaksuje i nadaje mojemu duchowi więcej optymizmu.

Na codzień przestałam karmić się problemami świata. I pokochałam życie na nowo, odnajdując w nim małe szczęścia.

I to nie jest tak, że nie mam żadnych problemów. Mam i nawet w dalszym ciągu się nimi dzielę. Szczerze doceniam tych, z którymi mogę o tym porozmawiać. Tylko jest pewna zasadnicza różnica. Powiem raz, dwa i koniec. I uwierzcie mi to działa !!! Problemy nie narastają, ja się nie zamartwiam. Czuję się zdecydowanie lepiej. I zauważyłam, iż więcej radości zaczęły sprawiać mi najprostsze rzeczy, zwykłe widoki, wspaniałe zapachy. Staram się odnajdywać więcej zadowolenia w rzeczach nie tych, które pragnę, ale w tych które mam. I TO DZIAŁA, bowiem dziś wiem, że szczęścia są małe jak w tej wspaniałej piosence Roberta Jansona Małe szczęście.

Na koniec tylko wspomnę, iż pisałam ten artykuł wielokrotnie. Co napisałam, jak nigdy wcześniej, ciągle mi się coś psuło i w konsekwencji nic nie zapisywało. Myślałam, że coś mną zaraz tąpnie, aż w końcu sama zauważyłam, że przecież piszę o problemach i o negatywnych myślach, więc sama przywołuję je do siebie. Zatem uśmiechnęłam się na całego i głośno pomyślałam : „Tym razem skończę ten artykuł, bo jestem w tym najlepsza”

Myślcie o sobie właśnie w ten sposób, bo jesteście wspaniali i macie w sobie potężną moc, którą możecie zmienić swoje życie.

 

 

Agnieszka

Moje heurystyki oceniania – anegdota

39

„(… )nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże.”

„ Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche mama.”

To było ciepłe niedzielne popołudnie. Wiosna już w pełnej krasie, powiew zielonych pęków, drzew i ta świeżość, otaczająca atmosferę. Idealna pora na spacer. Wydeptaną ścieżką prowadzącą z ulicy Sikorskiego w Warszawie, aż do Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie zobaczysz matki pchające wózek z dzieckiem, biegające dwulatki z opiekunką lub babcią, starców mieszkających nieopodal, a nawet kury wybiegające zza płotu małej działki jeszcze pamiętającej lata 70’ ubiegłego wieku. To taki inny świat, a odległy zaledwie kilkadziesiąt metrów od jednej z ważniejszych ulic w tym rejonie Warszawy. Część owej ścieżki, mniej więcej na tyłach kampusu wyższej uczelni, przechodzi przez kawałek lasu. Pamiętam jeszcze, że jak byliśmy dziećmi biegaliśmy tam bawiąc się w rowerowe podchody. Często podzieleni w dwie grupki zastawialiśmy się przeszkodami, nawzajem wyznaczaliśmy sobie zadania. Wyprawa do lasu usłana wręcz była tajemniczością, a celem nierzadko znalezienie skarbu. Mając dziesięć lat i zgraną paczkę podwórkową, osiedle i najbliższa okolica stają się siatką, planem na mapie jeszcze nieodkrytych terytoriów, w które można zapuszczać się dalej i jeszcze dalej. I podczas jednej z takich wypraw, mając bagaż przytwierdzony z tyłu do mojego „Pelikana”, wyruszyliśmy na podbój jaszczurkom. Nasza ekipa, tuż za rozłożystymi krzakami, w odległości około stu metrów od ścieżki, rozbiła swoją bazę, a następnie szperała w ściółce, liściach, korach drzew, by znaleźć choć jednego gada, gdy nagle usłyszeliśmy warkot silników. Zauważyliśmy, że w naszą stronę zbliża się około dziesięciu motocyklistów. Poczuliśmy strach. Z naszej kryjówki obserwowaliśmy: jak się zatrzymali, krzyczeli, przeklinali. Byli młodzi, ubrani zupełnie na czarno, w skórzane kurtki z jakimiś srebrnymi szpikulcami, a na szyjach u niektórych widoczna była dziwnie zaciśnięta obręcz. Ich niecodzienny strój i zachowanie, wprawiały nas w narastający niepokój, który apogeum osiągnął, kiedy owi młodzi ustawili się w krąg i zaczęli mówić jakimś dziwnym językiem. Później, gdy tylko usłyszeliśmy satan, nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże. Nigdy później nie pedałowałam tak szybko jak tego dnia. Sataniści próbowali nas przegonić, z tyłu słyszałam, jak krzyczeli, że nie wolno nam się samym pałętać po lesie. I coś jeszcze, że im przeszkodziliśmy w jakimś obrzędzie.

Później, już ze swoim dzieckiem, ilekroć przechodziłam tą drogą, uciekałam się do retrospekcji. Słyszałam w sobie ciche „uważaj”. I mimo, że tak naprawdę nigdy mi nic nie groziło, nawet ze strony tamtych motocyklistów, bo przecież tylko krzyczeli; a krzyczała także często i sąsiadka Malicka, to jednak emocje, które powstały tego dnia, w tym lesie, wiele lat temu, głęboko zakorzeniły się w mojej świadomości. Bo do owego wiosennego niedzielnego popołudnia, zagrożenia- jeśli już miałam upatrywać się w ludziach, to tylko w tych odbiegających od norm społecznych. Jakkolwiek inaczej ubrana postać, niezwyczajne zachowanie, inny wyraz twarzy, glany i skóra, podbite oko ; chwytałam mocniej córkę by ustrzec ją przed ewentualnym niebezpieczeństwem. I sama z uwagą, ostrożnością przechodziłam obok tych „dziwnych”.

Heurystyka jest to reguła myślenia, uproszczona i często służąca do rozwiązywania jakiegoś problemu. Na przykład: jeśli kupię produkt w sklepie ze zdrową żywnością, wówczas z pewnością będzie on dobry dla mnie. Jeśli widzę schludnie ubranych,spokojnych ludzi, jestem przekonana, że nic mi nie grozi w ich towarzystwie.

I właśnie ścieżką mych doświadczeń lat dzieciństwa, tego wiosennego dnia, z 4-letnią córką i małym szczeniakiem rasy seter irlandzki, wracałyśmy do domu. Dookoła, nie widziałam żadnego zagrożenia, żadnych niezwyczajnych postaci. Ba, więcej…dało się usłyszeć z pobliskiego kościoła dzwon bijący na koniec mszy. To od razu wzbudziło we mnie jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa; mogłam więc beztrosko poddać się niedzielnej aurze, wtopić się w tłum tych zwyczajnych i nie myśleć o żadnym zagrożeniu. Po drodze śpiewałyśmy piosenki, zbierałyśmy bazie, prowadziłyśmy naszego szczeniaka na smyczy, mijałyśmy innych: również z pieskami, rodziny z dziećmi, pary starsze i młodsze, wnuków z dziadkami.

Jak widać z moich dwóch historii, wierząc swoim utartym przekonaniom, w życiu można się bardzo zdziwić.

W którymś momencie zauważyłam wyłaniającą się zza horyzontu, podążającą z na przeciwka starszą, bo mniej więcej po sześćdziesiątce parę. Oboje poruszali się wolnym i spokojnym spacerowym krokiem. Kobieta w strojnym kapeluszu i eleganckim płaszczu oraz mężczyzna siwy, szczupły o pociągłej twarzy, dobrze wyglądający, również dostojnie ubrany. Szli blisko siebie, kobieta pod rękę trzymała mężczyznę. Pamiętam, iż patrząc na nich z daleka, pomyślałam, że z pewnością są małżeństwem z długim stażem i najprawdopodobniej wyszli właśnie z kościoła. Z córką śpiewałyśmy wtedy „Stokrotka rosła polna…” i byłyśmy rozkosznie zabawne, całkowicie nie spodziewałyśmy się żadnego zagrożenia, które miało zajść za niecałą minutę. Wcale nie złapałam swojej córki mocno za rękę, by ją wcześniej ustrzec, wcale nie byłam czujna, w głowie nie brzęczało mi ciche „uważaj”, bo dookoła najzwyczajniej nie widziałam żadnego niebezpieczeństwa. Dopiero wtedy, gdy się mijaliśmy…mężczyzna bardzo władczo i stanowczo powiedział –Zabieraj tego psa. – Nie wiedziałam o jakiego psa mu chodzi, o tego mojego małego Artesa, idącego grzecznie na smyczy? Nie ważne, i tak nie miałam nawet chwili do namysłu, bo mężczyzna wyjął nagle coś z kieszeni i zaczął pryskać. Opryskał mnie, córkę i psa. Od razu upadłyśmy, obie.Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche „mama”. Po paru sekundach uświadomiłam sobie, że facet, bo mężczyzną nazwać go nie można, dosłownie potraktował nas gazem obezwładniającym. Ile sił mogłam, chwyciłam córkę na ręce i z trudem, naprawdę z trudem wygrzebałam się z tego miejsca. Chciałam byśmy oddaliły się od tego punktu, gdzie został puszczony gaz. I gdy tylko to zrobiłyśmy, kazałam córce wdychać głęboko czyste powietrze. Obie byłyśmy bardzo roztrzęsione. Nasz Artes schował się w krzakach i ledwo dyszał. Odciągnęłam go również. I wtedy spojrzałam przed siebie, ci ludzie, wolnym krokiem szli dalej, jakby nigdy nic. Nie mogłam w to uwierzyć. To był normalny atak z ich strony, widzieli, że obie przez chwilę leżałyśmy, a oni nic….dalej szli swoim wolnym krokiem. Jedynie z całych sił wykrzyczałam „wy skur……..”. Nie myślałam o wzywaniu policji, a o nas. By jak najszybciej dotrzeć do domu, zdjąć ubrania, porządnie zmyć z siebie opary i umyć psa, który ledwo dyszał mając w sierści szkodliwą substancję.

Jak widać czasem heurystyka oceniania potrafi bardzo zmylić

 

 

Agnieszka

 

Przez ostatnie lata mocno zauważalne staje się zainteresowanie pedagogiką i rodzicielstwem Pojawiają się nowe opracowania odnośnie wychowywania, kształcenia, ukierunkowania młodych obywateli. Pedagodzy nieustannie mają szkolenia, rozpieczętowywane są nowe poglądy na temat wszelakich zespołów zaburzeń emocjonalnych i tych uchodzących za chorobowe. Głośno stało się na temat ADHD, modny stał się Asperger, wykrywa się liczne problemy integracji sensorycznej. Znani psychologowie, pediatrzy oraz profesorowie stawiają nowe tezy na temat wychowania. Do głosu dochodzą rodzice, stacje telewizyjne, sieć, radio. Powstają liczne ruchy rodzicielskie ukierunkowane w konkretnym celu, prowadzone są publiczne dyskusje odnośnie podstaw programowych lub chociażby zasadności szczepienia na niektóre choroby. Innymi słowy, dziś społeczeństwo skupia się głównie na naszych dzieciach i ich problemach. Bynajmniej, nie chcę głosić, iż tak być nie powinno. Wręcz, przeciwnie; cieszy fakt, iż staranie przykładamy się do kształcenia naszych obywateli. Obywateli, którzy już za dziesięć, dwadzieścia lat będą stanowili o naszym kraju, naszej przyrodzie, naszym społeczeństwie. To oni wykształceni, zdiagnozowani od dzieciństwa, ukierunkowani zasiądą na stanowiskach, będą lekarzami, informatykami, nauczycielami, artystami. .. No właśnie, będą.

Lekarz Endokrynolog z prywatnej warszawskiej kliniki : Wiem, że niektórzy traktują osoby po 65 r. życia, tak jak na odstrzał. Przepisują różne leki i nawet nie tłumaczą jakie są konsekwencje ich zażywania.

A co dzisiaj? Odnoszę wrażenie, że idąc mocnym zainteresowaniem młodym pokoleniem jednocześnie zapominamy o innych. Na siłę próbujemy kreować młodych, skupiamy się na sobie i naszych potrzebach. I im bardziej brniemy w tę stronę, tym mniejsze jest nasze zaangażowanie się w niesieniu pomocy ludziom starszym. Odważnie, śmiem stwierdzić, iż w owym dzisiejszym chaosie dnia codziennego zapominamy o ich potrzebach, niekiedy przechodzimy zupełnie obojętni widząc, chociażby jak starsza pani na ulicy ma problem przy wejściu do klatki po schodach. Ile czasu media poświęcają tematyce dotyczącej potrzebom tych najstarszych, naszych dziadków i babć, ludziach, którzy tworzyli nasze państwo, nasze społeczeństwo. Pokazali kierunek, uczyli nas, kształcili i wychowywali przez lata. Jak my się im teraz odwdzięczamy?

Byłem u sąsiada z matką, to był Uniewski. Miał sklep u nas we wsi. Matka załatwiała tam swoje sprawunki, kiedy ja podszedłem do Uniewskiego. Siedział ze słuchawkami przypiętymi do takiej długiej sztycy, po której szedł kabel od dołu do góry. Pamiętam, że był bardzo przejęty. I do dziś, nie zapomnę; podał mi na chwilę te słuchawki. Usłyszałem transmisję z pogrzebu Piłsudskiego. Tak, to był dobry gospodarz. Tak mówili moi rodzice i cała wieś. Trzymał mocno Polskę.

Tato zmarł, kiedy byłem mały. Wojna szła i wieści, że do Buga mają iść Niemcy, a zza Buga Ruscy. Tato się bardzo denerwował. I coś źle zaczął się czuć. I jak w piątek się położył w 1939, to za tydzień w niedzielę zmarł. Zostali my sami z matką. Ja najstarszy, potem mój brat i trzy siostry. Miałem 9 lat, a mój brat 6, kiedy zaczęli my pracować na gospodarstwie. Najsamprzód matka wzięła parobka, który nas uczył, a potem już my sami wszystko robili. Tak, Agnieszko…nie to co dziś. ( śmiech ) , że dzieci siedzą przed telewizorem i się im jeszcze podaje. My o 4.00 rano przy krowach już byli, a na 7.00 w szkole. Po szkole obiad matka dawała i znowu się pracowało na gospodarstwie. A jak, wojsko przyszło, to ja uciekł z pięcioma krowami w pole i las. I tam dwa tygodnie siedziałem. Tylko brat donosił mi chleba. A no, uciekł…bo wojsko w ten czas zabierało wszystko z gospodarstw. I jakby te krowy zabrali, to źle byłoby dla nas. Później, jeszcze Niemcy u nas sobie obóz rozbili. Bo to tak było, że jak szli, to wynajdywali sobie gospodarstwo i jakiś czas mieli tam swoją tak jakby kwaterę. Jeden pokój matki wzięli. My wszyscy spali w kuchni. Pewnie, żem się bali. Tylko bardziej Ruskich.

Żydzi? Byli, wioskę dalej, mieszkało ich dużo. Wywieźli, opustoszało. Tylko pamiętam jednego dzieciaka, znałem ja go ze szkoły. Chyba się został, bo przychodził od czasu do czasu. Jakm go widział, to pajdę chleba mu dawałem. A, co ty byś nie dała? A, no pewno, że dałabyś. Dzieciak, ledwo chodził. Biedny był bardzo.

W 1946 roku, zaraz po wojnie, kiedy miałam 16 lat siostra mojej matki, wzięła mnie do Warszawy. Pamiętam jak dziś, na Wileńskim byli tacy mali chłopcy i krzyczeli „Na Wilsona”, „Na Wilsona”. Powozili. Ja później też furmaniłem, 8 lat. Ciotka miała taką firmę, zakupiła konia z wozem. Ja na nim jeździłem, a później zarobili my pieniądze na drugiego konia z wozem i wreszcie też na trzeciego konia z wozem. Odgruzowywałem Warszawę, śpiewałem piosenki, budowałem, poznałem babcię, ściągnąłem brata do pracy. Najsamprzód Stasiek furmanił, ale później kupił przedwojenną Dekawkę ( śmiech ), myślał, że będzie więcej zarabiał, ale wiecznie ją remontował.

Później kupiłem plac przy ulicy Tuszyńskiej, dokładnie na Agrafki 44. Postawiłem dom i stajnie. W tej stajni później było moje wesele z babcią. Niedużo osób było, tylko rodzina …no może czterdzieści parę. I za jakiś czas z tej stajni zrobiłem drugi dom, w którym już zamieszkaliśmy. Tam na świat przyszły nasze córki.

Później dom z babcią wybudowałem na Sadybie. Do dziś tam mieszkamy. To piękny dom. I wiesz, nas stać było na ten dom, na samochód i na kupienie mieszkania jednej z córek. Ja pracowałem tyle lat i nigdy nie miałem takiego problemu z pracą, jak teraz się słyszy. Bo ja wiedziałem, że jak odejdę z jednej roboty, to zaraz pójdę do drugiej. Nie tak jak teraz porobili, że trzeba gdzieś dzwonić, umawiać się, coś wysyłać, czekać miesiące, aż się odezwą. Tak, tak… praca kiedyś była. I wbrew temu co dziś gadają, w tamtych czasach było nam lepiej żyć. Bo Agnieszko, ja mam żal. Bo teraz z takiej pracy jak my kiedyś mieli, nikt domu nie postawi. I żal, bo wszystko wyprzedali. Zobacz, elektrownie, fabryki, tereny … toż wszystko com odgruzowywali, budowali, sprzątali … wszystko, co przynosiło olbrzymie pieniądze, dziś się nie opłaca. Im się nie opłaca! Tym, co na tych stołkach siedzą! Im się nie opłaca!!! W takim razie ja się pytam : czy nam się opłacało odbudowywać kraj?

Do głosu żalu dochodzi jeszcze ten jeden „czy nas ludzi starszych jeszcze słyszycie?”

Ludmiła lat 78: Od wielu lat mam problemy z nogą. Trudno mi się chodzi. I kiedy chcę przejść przez jezdnię,długo muszę stać. U nas nie ma świateł, a żaden nie chce się zatrzymać

Waldemar lat 80: Nie mogłem wypełnić tego druczku. Była kolejka i nikt mi nie pomógł. Nie widziałem dobrze tych małych literek, zresztą nie na moją głowę. Wprowadzają jakieś rzeczy, a ja tego nie rozumiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy w gąszczu tych wszystkich naszych sprawunków, zniknęła nasza wrażliwość na ludzi, którzy przeżyli dużo więcej niż my? Dlaczego zapominamy? Przecież oni mają nam do opowiedzenia piękne historie i jest dosłownie jeszcze chwilka czasu, by to usłyszeć. Za zasłoną zmarszczek, niekiedy wolniejszych ruchów, brakiem refleksu kryją się ludzie, którzy w swoich głowach czują się tak jak Wy teraz. Ile jest zorganizowanych klubów seniora, ile prowadzonych badań związanych z opieką nad nimi, ile wątków poruszanych publicznie, ile nowych kierunków otwieranych na uczelniach związanych z tematyką osób starszych? Czy wiemy, jak się czują dziś? Na pytanie, jak się czuje moje dziecko w danej chwili, w danym momencie, potrafimy wypowiedzieć się poruszając różne sfery, tymczasem jak się czuje Twoja babcia, Twój dziadek? Potrafisz odpowiedzieć? Wiesz, o czym marzy? Czego żałuje, czego potrzebuje? Jak wygląda ich dzień, czy się nudzą, co ich interesuje? Opowiedzieli Ci już swoją historię? Pokazywali Ci swoje zdjęcia, opowiadali o obyczajach tamtych lat? Mówili o radościach? Ile razy ich odwiedzasz, ile razy im pomagasz? Jak społeczeństwo wspiera tę najstarszą grupę?

Dziś ucząc naszych maluchów i poświęcając im ogrom czasu, w jakiś sposób ich rozpieszczamy. I dzieci to czują , wyraźnie słyszą od nas: „tak wy, jesteście dla nas bardzo ważni”. Wcale nie neguję tego, tylko czy nasze dzieci słyszą także inny przekaz „wasi pradzidkowie i dziadkowie są również dla nas bardzo ważni i należy o nich pamiętać ”? Ten ostatni jest słabo słyszalny. Istnieje, wiec obawa, iż rzeczywiście wychowamy doskonałych obywateli, którzy będą tymi lekarzami, informatykami, nauczycielami, artystami, prawnikami i innymi specjalistami wyedukowanymi w różnych dziedzinach życia, ale bez wpojonego przekazu, by pomagać ludziom starszym…. czyli w przyszłości także nam. To trochę tak, jakbyśmy sami sobie wbijali gola.

 

Piszę o tym, gdyż twardamatka to nie tylko matka, ale także wnuczka.

 

 

Agnieszka

 

 

 

List Matki do Córki

7

Dziś natknęłam się na przepiękny tekst, który Małgorzata Kalicińska zamieściła na facebooku. Powieściopisarka rodzinnej sagi „Dom nad rozlewiskiem” przetłumaczyła z włoskiego LETTERA DI UNA MADRE A SUA FIGLIA. Podczas dzisiejszej korespondencji z Panią Małgorzatą, otrzymałam oficjalne pozwolenie na opublikowanie niniejszego tłumaczenia. Muszę, wam drodzy Czytelnicy, powiedzieć iż list ten, napisany tak lekko i prosto w sposób zupełnie oczywisty, wyraża bardzo głębokie emocje, które mam nadzieję i Was poruszą.

 

 

Jeśli pewnego dnia zobaczysz, że jestem stara, że się brudzę przy jedzeniu, że nie potrafię się ubrać, miej cierpliwość….

Przypomnij sobie czas, który przeznaczyłam na nauczenie Cię tego wszystkiego, jak byłaś mała.

Jeśli ciągle powtarzam te same rzeczy, nie przerywaj mi, posłuchaj…..Kiedy byłaś mała, musiałam wysłuchiwać w kółko tej samej historii dopóki nie zasnęłaś.

Jeśli czasem nie mam ochoty się umyć, nie potępiaj mnie I nie zawstydzaj.…

Przypomnij sobie ile razy musiałam biegać za Tobą, wymyślając różne argumenty, bo nie chciałaś się kąpać.

Jeśli widzisz, ze nie nadążam za nowinkami technicznymi, daj mi czas na poznanie ich I nie patrz na mnie z tym ironicznym uśmiechem.…

Ja miałam dużo cierpliwości, kiedy uczyłam Cię alfabetu I pomagałam w odrabianiu lekcji.

Jeśli czegoś nie pamiętam, albo gubię wątek w rozmowie, daj mi czas na przypomnienie sobie, a jeśli nie jestem w stanie sobie przypomnieć, nie denerwuj się, najważniejsze dla mnie nie jest to, co mówię, ale potrzeba Twojej bliskości, potrzeba pewności, że jesteś obok i mnie słuchasz…

Jeśli moje stare nogi nie dotrzymują Ci kroku, nie traktuj mnie jak ciężar…Podejdź do mnie wyciągając swoje ręce w moją stronę w taki sam sposób jak robiłam to ja, kiedy stawiałaś swoje pierwsze kroki…

Jeśli mówię, ze chciałabym umrzeć, nie irytuj się…

Pewnego dnia zrozumiesz, co mnie zmusza do tego, żeby tak mówić I spróbuj zrozumieć, ze w moim wieku już się nie żyje a egzystuje..

Pewnego dnia zrozumiesz, że mimo błędów, które popełniłam, zawsze chciałam dla Ciebie jak najlepiej, że próbowałam przetrzeć Ci drogę.

Poświęć mi troszkę swojego czasu, odrobinę swojej cierpliwości, daj mi swoje ramię, na którym mogę się wesprzeć tak, jak ja dawałam Ci zawsze swoje..

Kocham Cię córeńko I modlę się za Ciebie nawet wtedy jak mnie nie dostrzegasz.

 

 

Oryginalny wpis : https://www.facebook.com/photo.php?fbid=671849456166183&set=a.153264904691310.29688.153035914714209&type=1&theater

 

Pani Małgorzato, bardzo dziękuję.

 

Agnieszka

 

 

 

 

Bo w pięć minut możemy sprawić, iż nasz związek zacznie chylić się ku końcowi. Wystarczy coś powiedzieć, jakoś zachować się nieodpowiednio, dać coś do zrozumienia i już cała piękna atmosfera przeinacza się w milczące nieporozumienia dążące powoli ku przepaści. Owszem, rzadko bywa tak, że po dosłownych pięciu minutach, facet powie nam : słuchaj, ale jak chcesz to możemy zostać przyjaciółmi. Mnie raczej chodzi o te pięć minut, które jest początkiem końca-do tej pory dobrze funkcjonującego związku lub dobrze zapowiadającej się znajomości. Tylko tym razem, nie będę nagabywać mężczyzn, ich niewierności, pijaństwa, braku zainteresowania dziećmi, wiecznym przebywaniem w pracy i tak dalej. Tym razem pragnę skupić, drogie Panie, Waszą uwagę na postępowanie wobec męża czy życiowego partnera. Gdyż my kobiety, często nie pozostajemy bez winy i też wiele od nas samych zależy to, na jaki tor przerzucimy nasz związek, jak bardzo nasza druga połówka będzie chciała wracać do domu, tulić nas i rozpieszczać słowami.

Od tego jakiego mężczyznę będziemy mieć u boku i jaki będzie nasz związek, wiele zależy od nas samych. Bo czasem wystarczy 5 minut, by podbudować relację między partnerami i odwrotnie – by je zniszczyć, doprowadzając do serii niepowodzeń chylących związek ku upadkowi.

Na pomysł napisania tego artykułu wpadłam po tym jak ostatnio siedząc w kawiarni na Starym Mieście  byłam świadkiem rozmowy dwóch atrakcyjnych kobiet. Właściwie powinnam powiedzieć:  ich narzekania.  Jedna przez drugą biadoliły: o kłótniach z teściową, o problemach małżeńskich na tle finansów, o sprawach łóżkowych, albo nawet o tym, że ich mężowie nie robią im spontanicznych niespodzianek … i tak dalej. Od razu się lekko zmieszałam. Wyrażały się dość głośno o swoich intymnych sprawach.  Wyglądało to dość groteskowo, gdyż koło mnie naprawdę siedziały laski, które na pierwszy rzut, wydawało się, iż mogą mieć każdego faceta bez żadnego problemu i z żadnym problemem. Tymczasem moje rozczarowanie sięgnęło zenitu, kiedy do kawiarni weszła fajna parka i zajęła stolik dalej. Rzeczywiście dziewczyna mocno odbiegająca urodą od tych dwóch biadolących i bardzo przystojny mężczyzna. Jednak między tą parą widać było wielką namiętność i czułość. Cały czas zajęci byli sobą, rozmawiali, śmiali się.  On wpatrzony w nią niemalże jak w obrazek, mimo iż te dwie zaczęły nagle dziwnie prężyć się i poprawiać kosmyki swoich włosów. Usilnie próbowały zwrócić  jego uwagę na siebie. I nagle usłyszałam tekst jednej z nich – Co taki facet, robi z taką dziewuchą?

Nie minęło piętnaście minut, kiedy do stolika tychże obcesowych dwóch dam doszli obgadani już ich mężowie. I od razu  zostali zaatakowani pytaniami, gdzie tak długo byli, co robili, czy coś pili, po co tyle wydali…- jak się nie podoba to do mamusi. Na szczęście cała czwórka szybko opuściła kawiarnię pozostawiając pusty stolik na spojrzeniu, którego utkwiły moje przemyślenia.

Nie powiem, bym ja była święta i nigdy w życiu nie zastanawiała się co ta inna ma, czego ja nie mam, że on woli ją. Czemu niektóre kobiety wiecznie przytakują swoim mężom np. Tak Krzysztof, oczywiście, masz rację. I odwrotnie; czemu są też takie sytuacje, jak ta w kawiarni?  Ja też jestem po rozwodzie i byłam już w trzech związkach nim trafiłam na mojego obecnego partnera, z którym jestem naprawdę szczęśliwa. Nie mam co biadolić na niego! Czy tu chodzi o dojrzałość moją lub jego? Czy może o to, że wreszcie poczytałam troszkę książek na temat związków i wzięłam sobie do serca rady kobiet z poprzedniej dekady? Moja mama, ciotka, babka i wiele starszych, z którymi zetknęłam się zawodowo lub na licznych bankietach zawsze powtarzały te same zasady, jakimi powinna kierować się kobieta. I dopiero niedawno naprawdę uwierzyłam w nie :
• Nie wolno poniżać faceta przy innych
• Trzeba często do mężczyzny mówić : jestem z Ciebie kochanie dumna
• Nie wolno się kłócić z facetem przy ludziach
• Pod żadnym pozorem nawet w żartach nie wolno negować jego przyrodzenia
• Częściej się uśmiechać
• Dać chwile samotności facetowi – nie stać mu non stop nad głową
• Nie powinno się negować jego kochanej mamusi
• Pozwolić facetowi myśleć, że to on tu rządzi 
• Dać ,mu do zrozumienia, ze bez niego jesteśmy słabe i bezbronne

Jest kilka zasad, którymi powinnyśmy się kierować w związku. Tych zasad nauczyły nas nasze matki i babki. Nauczmy się nie negować swoich mężów i partnerów przy innych osobach, nie obrażajmy ich mam, uśmiechajmy się częściej.

Obie atrakcyjne kobiety absolutnie złamały ten zasadowy kod. I nie chodzi bynajmniej, o to że zrobiły to w tej kawiarni, lecz najprawdopodobniej robiły to na co dzień. Ich mężowie więc, czuli się zaszczuci, wiecznie dźwigający jakiś ciężar, negowani i obrażani. Mówiono o nich jak o mami-synkach w obrączce, a ich kobiety – żony w jakiś dziwny sposób zdawały sobie sprawę ze swojej siły, ze względu na urodę. I ową urodą mogły szantażować swoich mężów. Nie, nie mówiły o niej wprost. Po prostu wiecznie podkreślały swoje walory i dawały do zrozumienia, że sobie poradzą bez nich. I co śmieszniej; takie kobiety nawet po rozwodzie znajdując kolejnego mężczyznę i nie stosując się do wyżej wymienionych zasad, ponownie skręcają na ten sam tor na którym był ich poprzedni związek. I nie chodzi tu tylko o kobiety atrakcyjne. To był jedynie przykład. Mam na myśli  nas wszystkie. Są wśród nas takie, które posiadają inne walory niż uroda, dzięki którym czują się równie mocno oraz takie, które bezustannie mają kompleksy na różnych punktach i tym samym negują innych, w tym przypadku swoich mężów lub partnerów. Natomiast mężczyzna w związku, w którym będzie czuł się doceniony, silny, męski, spełniający oczekiwania, wychwalany, będzie oddawał to samo kobiecie okazując swoje zainteresowanie, troskę i czułość. Niestety, mężczyzna to taki typ, którego im dłużej gotujemy, doprawiamy, tym lepiej oddaje swoje walory smakowe.Tutaj też można pokusić się o stwierdzenie, iż nie stosowanie się do zasad może wywołać kompleksy u mężczyzn, którzy za wszelką cenę szukając dowartościowania będą się pocieszać i dopieszczać w ramionach innej. Bo przecież ta inna z początku będzie niezwykle adorować swojego kochanka lub faceta, którego najzwyklej będzie próbowała odbić.

Z początku przeważnie każdy związek zaczyna się od adoracji, uśmiechów, wielkiej namiętności….lecz później wszystko przechodzi w falę normalności i rzeczywistości. Partnerzy zaczynają się docierać, przekomarzać, ustawiać. I to jest jak najbardziej normalnym zjawiskiem, tylko my kobiety w tej fazie związku również pamiętajmy o naszych zasadach. Bo jeśli choć raz coś wspomniemy o seksie z innym i jego przyrodzeniu, nasz ukochany może już mieć duże wątpliwości co do swojej atrakcyjności seksualnej. Jeśli będziemy mówić i negować jego zachowanie przy innych osobach, nie będzie nam już ufał. Jeśli będziemy wiecznie narzekać i się nie uśmiechać, on będzie robił to samo. Jeśli będziemy wiecznie stać u jego boku, nie dając mu chwili wytchnienia, w końcu odejdzie.

I czasem wystarczy właśnie pięć minut, kiedy złamiemy zasady jedną po drugiej, a nasz mężczyzna już będzie miał wątpliwości co do nas i co do siebie.

Agnieszka i Magda

TM : Pozwól, że na początek przytoczę wypowiedź jednego z forumowiczów nto.pl. Użytkownik kryjący się pod pseudonimem Benon w wątku” Tusk wyciąga ręce po sześciolatki” tak oto – dla mnie zaskakująco – wyjaśnia :  Tuskowy rząd – w szczególności sam premier i minister oświaty Krystyna Szumilas – chce wysłać dzieci do szkoły o jeden rok wcześniej. Jeden rok to dla sześciolatka aż jedna szósta jego życia. Premier Donald Tusk ma ukończone 56 lat, minister Krystyna Szumilas – 57 lat. Jedna szósta ich wieku to przeszło dziewięć lat. Można zatem powiedzieć, że 1 rok życia sześciolatka odpowiada przeszło 9-ciu latom życia osoby w wieku Pana Premiera czy Pani Minister. Czy Donald Tusk i Krystyna Szumilas chcieliby na przykład już dzisiaj być w takiej kondycji psychofizycznej w jakiej będą za 9 lat, czyli w wieku 65-ciu czy 66-ciu lat? Inne są możliwości 65-latka i inne – 55-latka, tak jak odmienne są możliwości sześciolatka i siedmiolatka. Dlatego wymagania stawiane człowiekowi muszą być adekwatne do okresu rozwojowego, w którym się on znajduje.

PD i TM : ( śmiech )

TM: Myślę, iż forumowicz dobrze to zobrazował.

PD : Bo ma rację; dziecko na tym etapie rozwoju nie jest jeszcze gotowe do pracy w pierwszej klasie. Są fenomeny, zdarzają się dzieci, które są już rozwinięte emocjonalnie, społecznie i intelektualnie i wyprzedzają swoich rówieśników, jednak są to tylko przypadki. By móc to zrozumieć, należy wiedzieć, że wszystkie teorie rozwojowe mówią o rozwoju skokowym, a nie liniowym. Różnice pojawiają się nagle i są to różnice jakościowe, nie ilościowe. Tak jest od samego początku. Warto to pokazać na kilku przykładach z różnych okresów rozwoju, żeby dobrze zrozumieć na czym polega problem.

Faza w której noworodek nie widzi otoczenia, nie koncentruje wzroku na obiektach różni się od fazy w której on zaczyna to robić. To jest skok dosłownie z dnia na dzień. To nie jest po prostu więcej tego samego co wcześniej, tylko inny poziom. Wcześniej dla noworodka obiektów nie było, teraz są -inny świat. I dalej też tak jest. Manipulowanie przedmiotami to inna epoka niż ta wcześniejsza, kiedy tylko się na nie patrzyło. Faza samodzielnej lokomocji różni się od fazy, w której dziecko jest zdane na to, że inni będą je przemieszczać. Zresztą wcześniej też mamy taki skok, bo do pewnego momentu matka jest dla dziecka tym samym co pierś, a od pewnej chwili staje się całą osobą. To odkrycie nie do przecenienia, ale ono następuje niemal w jednej chwili.

Jest na przykład taki czas, kiedy dziecko nie potrafi zachować w umyśle obrazu opiekuna, jeśli on nie jest fizycznie obecny. Opiekun znika, to znika na zawsze. Później ta zdolność się pojawia i z tygodnia na tydzień znikanie opiekuna staje się zdarzeniem zupełnie innego rodzaju. Różnica skokowa.

Podobnie z jest wtedy, kiedy dziecko nie ma jeszcze w głowie obrazu siebie i swojego ciała jako całości, a później np. widzi siebie w lustrze. Mówi się o fazie lustra, bo uświadomienie sobie siebie, to odkrycie, pomyślenie „ja jestem, to właśnie ja”. Szympans nigdy tego nie osiąga, a dla samego dziecka świat przed i po tym odkryciu, to zupełnie coś innego. I znów – to nie jest różnica osiągana stopniowo, tylko pewien skok. To się dzieje bardzo szybko, ale każde dziecko przeżywa to w swoim momencie. Ponieważ jesteśmy w internecie, można sobie tę fazę lustra obejrzeć na filmie. https://www.youtube.com/watch?v=8DW-pyip7Yo

” (…) Oczywiście można dziecko wytresować, żeby posługiwało się liczbami na lekcji, nawet jak ma pięć lat, ale jemu na tym etapie rozwoju nie jest to potrzebne, gdyż nie myśli abstrakcjami.To jak chodzik do chodzenia. W niczym nie przyspiesza rozwoju, tylko kręci dorosłych -popatrzcie, jak zasuwa. Bez sensu. (…)”

Piaget – jeden z bardziej znanych teoretyków rozwoju poznawczego – mówi o czterech fazach rozwoju dziecka.

1 faza – [0 do 2 roku życia] sensoryczno – motoryczna – dzieci uczą się przez zmysły.

2 faza – [2 do 7 roku życia] – przedoperacyjna – dzieci starają się uaktywnić swoją wyobraźnię; mają bardzo egocentryczne spojrzenie na świat (egocentryzm oznacza niemożność zrozumienia punktu widzenia innych ludzi).

3 faza – [7-11 lat] faza operacji konkretnej – stosowanie logiki i alternatywnych perspektyw (rozumienie perspektywy innej osoby), pomaga dziecku pojąć związki przyczynowo skutkowe; dzieci mają problem z pojęciami abstrakcyjnymi.

4 faza – [ od 12 roku życia] – dzieci zaczynają myśleć abstrakcyjnie pozwala ona przekroczyć granicę czasu i przestrzeni.

I teraz najważniejsza sprawa – przejścia do kolejnej fazy nie da się wywołać sztucznie. Na przykład: jeśli dziecko nie chodzi, to w niczym nie przyśpieszysz jego chodzenia kupując mu chodzik. Dopóki nie siada, w niczym go nie pośpieszysz sadzając na siłę. Każdy człowiek ma swój rytm i właściwy dla siebie moment, kiedy to się samo uruchomi. Jeśli chodzi o młodsze dzieci w tych pierwszych dwóch latach z teorii Piageta (faza sensoryczno – motoryczna) to polecam publikacje Pawła Zawitkowskiego, gdzie on to bardzo dobrze tłumaczy i m.in. wyjaśnia, czemu naciskanie na zbyt szybki rozwój może więcej zepsuć niż naprawić.

TM: Poruszyłam ten problem w artykule „Wyścig szczurów w pieluchach” . Jednak, w dalszym ciągu nie bardzo rozumiem, jak te skoki rozwojowe mają się do dzieci 6 i 7 –letnich.

PD: W późniejszym wieku jest podobnie. Siedem lat, to nie jest przypadkowy wiek. Dużo dzieje się właśnie w tym czasie i dlatego Piaget mówi o tym przejściu – zyskiwaniu nowej perspektywy – właśnie wtedy. I znowu – skoro to jest internet, proponuję obejrzeć filmy, bo obrazem można więcej i szybciej przekazać. https://www.youtube.com/watch?v=gnArvcWaH6I , https://www.youtube.com/watch?v=GLj0IZFLKvg , https://www.youtube.com/watch?v=gA04ew6Oi9

Niestety na youtube są filmy z eksperymentami Piageta jedynie po angielsku. O co tu chodzi? Dziecko przed osiągnięciem tzw. etapu operacji konkretnej, nie posługuje się pojęciem ilości. Dostaje na przykład dwa równe rządki po pięć monet i owszem, liczy je, ale w swoim intuicyjnym myśleniu. Gdyż w oglądzie świata, który stosuje- naturalnie nie posługuje się liczbą. Zatem, kiedy jeden z rządków zostaje rozstawiony szerzej i staje się optycznie dłuższy, dziecko mówi, że to właśnie tam jest więcej monet – bo widzi dłuższy szereg. Oczywiście ono może już umieć zrobić „raz, dwa, trzy, cztery, pięć” i tak dalej, ale nie używa liczby do rozumienia świata, jeśli nie zostanie do tego zmuszone. Oczywiście można dziecko wytresować, żeby posługiwało się liczbami na lekcji nawet, jak ma pięć lat, ale jemu na tym etapie rozwoju nie jest to potrzebne, gdyż nie myśli abstrakcjami. To jak chodzik do chodzenia. W niczym nie przyśpiesza rozwoju, tylko kręci dorosłych. Popatrzcie, jak zasuwa. – Bez sensu.

To co widać na filmach nie ma nic wspólnego z ilorazem inteligencji. Po prostu pewne rodzaje operacji myślowych są dziecku w pewnym wieku niedostępne. Tak jest na przykład z argumentowaniem. Do pewnego wieku dzieci spierają się po prostu przekrzykując się opiniami. Na przykład:

- mój tata jest najsilniejszy

- a nie, bo mój

- nie, bo mój

A w pewnym momencie pojawia się nowy poziom:

– mój tata jest silniejszy, bo jest wyższy

To skok rozwojowy, bo mamy tezę, ale mamy też argument za tezą. Tego się nie przyśpieszy, ani nie wyuczy na pamięć. To po prostu trzeba osiągnąć samemu, wraz z uzyskaniem nowego poziomu rozwoju, dokładnie tak jak w pewnym momencie dziecko wstaje na nogi, albo zaczyna siadać.

” (…)W szkole problemem nie jest materiał tylko specyficzne traktowanie. Stawianie zadań i rozliczanie ich, pozostawanie nieruchomo, zakaz swobodnego kontaktowania się dzieci między sobą, kiedy tego chcą oraz rytm, inny rozkład sal, brak zabawek … Wiele sześciolatków radzi sobie z rozwiązywaniem pewnych zadań matematycznych, ale robią to przez dwie, trzy minuty. Co się stanie, jak to będzie czas wielokrotnie dłuższy? (…) „

TM: Idąc tropem twoich rozważań … wyczytałam, iż zdaniem pracowników Instytutu Gesella decyzja o rozpoczęciu nauki w szkole powinna być poprzedzona dojrzałością dziecka, nie zaś wieku biologicznego. Tylko widzisz, z jednej strony zgadzam się, iż testy oraz badania mogą nam pomóc w analizie rozwoju dziecka, z drugiej strony jednak mam obawę, że w pewnym momencie sami zapędzilibyśmy się w kozi róg, uznając iż dziecko dopiero 8-letnie jest gotowe do pójścia do pierwszej klasy, bo tak właśnie wyszły testy.

PD: W dzisiejszych czasach, w polskiej szkole – nierealne, więc nie powinnaś mieć żadnych obaw. Jak widać tendencja jest w drugą stronę. Teoretycznie można sobie wyobrazić taką sytuację, że drogą porządnych wieloletnich badań, eksperymentów, studiów, analiz, prób pilotażowych trwających wiele lat i kosztem naprawdę wielkich pieniędzy stworzono by taki program, metodykę i miejsca, gdzie dzieci 6 albo nawet 5-letnie otrzymywałyby porządny zastrzyk rozwojowy dobrze skrojony pod ich możliwości. I, że przygotowano by taką kadrę, która byłaby właśnie do tego i umiałaby wykonywać swoją pracę. Być może w niektórych krajach, gdzie dzieci uczy się wcześniej i my o tym słyszymy pod hasłem, że „przecież tam już nawet pięciolatki są w szkołach podstawowych i nie ma żadnego problemu” tak się właśnie dzieje. Ale szkoła szkole nierówna.

TM: No właśnie, pewna mama , która posłała swoje dziecko w wieku 6 lat do szkoły powiedziała, że drugi raz tego by nie zrobiła. Ma syna. I bynajmniej nie chodzi tu o to, że nie dawał sobie rady w nauce, bo w tej kwestii jest nawet b. dobrze…. tylko o jego ruchliwość na tym etapie rozwoju. To nie był jeszcze moment, by jej dziecko potrafiło skupić się, wyciszyć na dłuższą chwilę. Tymczasem – jak twierdzi owa mama- problem polegał na tym, iż nauczyciele nie byli przygotowani. Traktowali 6-latków na równo z 7-latkami ( mimo, iż klasy były oddzielnie tworzone dla tych dwóch grup ). Jej zdaniem zabrakło przeszkolenia nauczycieli, by ich podejście do 6-latków było troszkę inne jak do 7-latków.

PD : Głownie to jest problem koncentrowania się. Różne dzieci dochodzą do tego w różnych latach i przede wszystkim – nie mylmy rozwoju intelektualnego ze zdolnością bycia w szkole. To, że dziecko liczy i samo czyta nie oznacza, że poradzi sobie w szkole. W szkole problemem nie jest materiał, tylko specyficzne traktowanie. Stawianie zadań i rozliczanie ich, pozostawanie nieruchomo, zakaz swobodnego kontaktowania się dzieci między sobą kiedy chcą, rytm, inny rozkład sali, brak zabawek.. Wiele sześciolatków radzi sobie z rozwiązywaniem pewnych zadań matematycznych, ale robią to przez dwie, trzy minuty. Co się stanie, jak to będzie czas wielokrotnie dłuższy?

Warto też wspomnieć, że jest ogromna różnica między chłopcem a dziewczynką. Dziewczynki statystycznie rzecz biorąc o wiele łatwiej dostosują się do pozostawania nieruchomo w takim wieku. Chłopcy będą mieć kłopot. I to nie jest kwestia choroby (w krajach gdzie mówienie o różnicach płci nie uchodzi, takich chłopców się diagnozuje medycznie) tylko naszej biologii. Chłopcy generalnie (nie wszyscy oczywiście) biegają i szaleją więcej. Dlatego ten system premiuje dziewczynki i demotywuje chłopców.

TM: Może istnieje tu jakaś analogia, gdyż rozmawiając z rodzicami, zauważyłam, iż najczęściej właśnie Ci mający córki byli pozytywnej myśli co do pójścia 6-latków do pierwszej klasy. Na moje pytanie – dlaczego tak uważają? – Jedna z mam stanowczo mi odpowiedziała – Bo tak i już. Sama jestem po pedagogice i wiem.

PD: Być może jej córka się nadaje i mama wie co robi. W końcu zna swoje dziecko najlepiej. Statystyka nie mówi nam nic o jednostkach. Jest mnóstwo dzieci, które bez problemu poradzą sobie w szkole nawet w wieku pięciu lat. Mówmy jednak o całej Polsce.

TM: W takim razie, co powinien zrobić rodzic, jeśli jednak posłał swoje dziecko do klasy pierwszej, a teraz tego żałuje? Czy myślisz, że powtarzanie klasy byłoby dobrym rozwiązaniem?

PD: Nic nie da się powiedzieć, nie widząc konkretnego dziecka. Pamiętaj, że czytają nas różne osoby i mogą być one w całkiem różnych sytuacjach. Generalnie ja nie posyłałbym dziecka do szkoły, jeśli na początku miałbym jakiekolwiek wątpliwości, czy to nie za wcześnie. Natomiast jeśli już się to zrobiło i coś nie idzie, to najważniejsze jest znaleźć odpowiedź na pytanie gdzie jest problem. Czy dziecko nie radzi sobie z materiałem, czy z dłuższym koncentrowaniem się, czy z pozostawaniem dłużej nieruchomo, czy z rówieśnikami, czy z rozłąką..? A może sami mamy jakąś szkolną traumę i rzutujemy ją na dziecko? Dobrze zrozumieć istotę problemu, to więcej, niż połowa rozwiązania.

TM: Jeszcze do końca września, możemy zawrócić takie dziecko do klasy O. Także, jest jeszcze chwilka, by zaradzić ewentualnym problemom. No właśnie, tylko że na tę sugestię, jedno z rodziców wyraźnie stwierdziło, że to mogłoby być uderzeniem w policzek dla dziecka. Otóż, dziecko mogłoby poczuć się gorzej, że gdzieś spada, że nie daje rady. Dziecko mogłoby zamknąć się w sobie. Pomyśleć: „jak, to byłem w pierwszej klasie, a teraz jestem w zerówce?”

PD : No to jest jedna z tysiąca możliwości. Pewnie wiele zależy od tego jak się dziecku tę sytuację przedstawi i w jaki sposób rozmawia się o niej z innymi dorosłymi w czasie, kiedy dziecko siedzi obok, słyszy, a my, jak to dorośli, przekonani jesteśmy, że skoro nie mówimy do niego, to ono nie słyszy.

TM: Wiesz, ja sama zauważyłam, że niektóre szkoły dziś są zupełnie nieprzygotowane na przyjęcie 5 i 6- latków. Szkoły są przepełnione, brakuje sal do zajęć i organizacji. Dzieci pozostawione same na świetlicy rano w tym chaosie, nie radzą sobie z własnymi uczuciami. Początek września mnie uderzył. Był trudny także dla mojego syna, który poszedł do klasy 0.

PD: Przede wszystkim to niczemu nie służy. Z tego, że ośmio, albo dziewięciolatki będą lepiej wypadały w międzynarodowych testach, niż dotychczas – nie wynika, że dorośli będą wiedzieć więcej niż dziś wiedzą. Są międzynarodowe testy pokazujące wiedzę dorosłych o świecie. Robiono je w wielu krajach. I miejsce kraju w teście nie ma żadnego związku z tym, w jakim wieku rozpoczyna się naukę szkolną w tym kraju. Rzecz nie w tym : nie kiedy i jak wiele wiedzy wtłacza się dzieciom, tylko w tym, ile z tej wiedzy pozostanie i na jak długo. A o tym się w Polsce w ogóle nie rozmawia, bo gdyby zacząć, to byłoby bardzo niewesoło. Kiedy się pyta polityków o szkolną wiedzę (dziennikarze często robią takie prowokacje), oni zwykle odpowiadają coś w rodzaju „maturę zdałem dawno temu, więc nie odpowiem” i nikogo to nie szokuje. A to przecież przyznanie, że system poniósł totalną porażkę. Jeśli taka odpowiedź nikogo nie dziwi, to znaczy, że wszyscy godzimy się na uczestniczenie w jakiejś maskaradzie. Ludzie w Polsce po siedemnastu latach edukacji nie są w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytania. Czy rozgrzane powietrze wznosi się, czy opada? Jak zmierzyć wysokość drzewa nie wchodząc na nie? Czy kula ołowiana spada szybciej niż aluminiowa tej samej wielkości, czy wolniej? Jakich naukowców możesz wymienić oprócz Kopernika i Curie Skłodowskiej? I jest kiepsko z tymi odpowiedziami. Rok wcześniej zaczną, to będzie lepiej? Nie sądzę.

TM: Z pewnością powinno dać nam to wiele do myślenia. Myślę, że tym akcentem możemy spokojnie zakończyć. Paweł, bardzo dziękuję Ci za obszerną wypowiedź, za wywiad i poświęcony czas dla Twardej Matki. Mam nadzieję wkrótce spotkać się z Tobą ponownie i tym razem porozmawiać o relacjach w związku między kobietą, a mężczyzną.

PD: Z przyjemnością. Tylko wówczas zarezerwuj sobie więcej czasu ( śmiech ) Pozdrawiam czytelników .

 

Paweł Droździak – psycholog, psychoterapeuta, mediator rodzinny. Pracuje z osobami mającymi trudności w kontrolowaniu zachowań impulsywnych. Prowadzi psychoterapię osób uwikłanych w związki, w których występuje element uzależnienia emocjonalnego. Jest współautorem książek: „Zawsze bezpieczna – psychologiczne aspekty samoobrony kobiet”, „Blisko, nie za blisko” i autorem serii artykułów psychologicznych pisanych dla portalu Republika Kobiet. Występuje jako ekspert w programach radiowych i telewizyjnych.”

TVN24

http://skuteczna-psychoterapia.pl/ -autorska strona Pawła Droździaka

 

 

Rozmawiała : Agnieszka

 

Kolorowe kredki i rzecz o mym komuniźmie

0

 

Kolejki ciągnęły się po kilkadziesiąt metrów, a każda z nas stała tam mniej więcej po dwie godziny. Każda, bo na jedną osobę przypadała paczka kawy i cukru. Mama ustawiała nas niczym klocki, tylko po to by móc zaopatrzyć się na kilka następnych nie – wiadomo jak długich tygodni…niekiedy miesięcy. Nie pamiętam byśmy w tamtych czasach nadmiernie marudziły lub narzekały, raczej grałyśmy swoje role i potulnie stałyśmy wśród reszty szaroburych klocków. To było nasze życie. Ta wszechogarniająca szarość, jedynie czasem ożywiona nocą po przez neony SUPERSAM, KINO MOSKWA, DOMY TOWAROWE, PEWEX oraz sygnalizację świetlną mieniącą się kolorami zieleni, pomarańczy i czerwieni. Owe zmieniające się światła dużo gęściej i częściej oznaczały, iż jesteśmy w samym sercu Warszawy, wtedy jeszcze dalekie od Ursynowa –osiedli mieszkaniowych położonych w polach. Na kilkanaście takich bloków mieszkaniowych przypadał jeden warzywniak, w którym kupowałyśmy pyszną oranżadę w butelce i lizaki. I tylko ten jeden o zaledwie dwudziestu metrach kwadratowych powierzchni sklepik pamiętam zaopatrzonego w towar świeżych warzyw wprost ze wsi. Kilka lat później jeszcze przyszła moda na hubbę bubbę i gumy z Kaczorem Donaldem. Dlatego jeszcze chętniej latałyśmy do warzywniaka. I także później poznałam smak banana, tak miękki na podniebieniu, nie słodki i nie gorzki. I tylko wtedy mogłam cieszyć się jego wyjątkowością, bo później aż do dziś nie poczułam go już nigdy więcej. Soczyste pomarańcze i rozpływająca się w ustach czekolada przesyłana z USA najczęściej na Boże Narodzenie była namiastką późniejszego mego życia, o czym miałam się przekonać dziesięć lat później. Sięgając jeszcze wcześniej i patrząc oczami trzy, cztero- latka widzę pełno żołnierzy poustawianych niczym mumie na ulicach. Podchodziłam do nich i za ręce lub nogi łapałam, pragnęłam tylko sprowokować, być choć okiem mrugnęli, poruszyli swoimi karabinami, by wreszcie coś z siebie wydusili. Lecz mumie stały nieruchomo, mimo mojego pokaźnego języka.

Szarość nabierała barw majem, kilkanaście przeplatających się odcieni zieleni, żółty, fiolet i czerwień. Zapach był inny, taki orzeźwiający, naturalny. Mlecze połyskiwały przy warszawskich ulicach. Bzy świeciły swoim jasnym blaskiem odbijając świetliste promienie słoneczne.

Był rok 1987 mój tata po raz pierwszy przyjechał zagranicznym samochodem, marki Nissan także w odcieniach szarości, tak jakby sam samochód nie mógłby być soczystej czerwieni lub wiśni. Skoro był zagraniczny, musiał być szary? Oczywiście według mojego taty, to wcale nie był szary kolor, ale grafit. I tak należało mówić : Nissan jest w kolorze grafitu. Tata swój nowy nabytek parkował pod blokiem i był bardzo zdruzgotany, kiedy z szóstego piętra nijaki Godlewski zrzucał jajka. Rozbijały się na masce i w szczególny sposób rysowały karoserię. W następstwie w szarości połyskiwały srebrzyste wiązki nitek na widok, których mój tata dostawał barwnego szału. Było to w odległości kilkuset metrów, jedyne takie auto i oczywiście według niektórych sąsiadów nie mogło błyszczeć swoim jednolitym grafitem. Dziś oglądając te stare filmy, śmieję się widząc jak wszyscy z podwórka podbiegają zobaczyć nowy zagraniczny samochód. Do dziś ten obraz mam w głowie i pewnie pozostanie do końca mych dni.

I tym samym posrebrzonym Nissanem wyjechaliśmy w pierwszą daleką podróż. Wtedy też miałam przekonać się, iż na mapie świata nie istnieje tylko Polska i „zagranica”, ale Polska i cała masa innych kolorowych flag, kultur, tradycji oraz powyginanych języków. W tę podróż ciągnąc za sobą małą białą przyczepkę wybraliśmy się całą rodziną. My z siostrą na tylnej kanapie, mama prawie zawsze dobrze pilotująca i tata świetny kierowca swojego wspaniałego samochodu, który jak się później okazało, w obliczu innych szalonych barw wyglądał dość smutno w swym graficie. Sama „zagranica”, tuż za granicą nie miała innych drzew i innych ludzi, więc nie wtedy dowiedziałam się o tym drugim świecie. Było to w pierwszym większym mieście w Austrii , w którym zatrzymaliśmy się na przysłowiowe lody. Moje oczy nigdy nie widziały tylu smaków kulek: cytrynowe, bananowe, malinowe, wiśniowe, pistacjowe, orzechowe i inne. Ślinka ciekła z kącików ust . Lody były tak piękne i jednocześnie dostępne, że szkoda było wybrać jedynie trzy kulki i pozostawić resztę nie spróbowawszy ich nawet. Każdy z nas zatem wybrał inną kulkę. Próbując nawzajem tych wszystkich smakowych larytasów, podniecając się nowymi odczuciami na podniebieniu, nie dało się nie zauważyć lekko kolorowo ubranych ludzi i piękne witryny sklepowe. Wypełnione po brzegi różnościami, jakich nawet nigdy nie widziałam. Aż do tej pory były mi znane tylko trzy rodzaje kubków i talerzy. Na przykład u jednej ciotki był ten pierwszy rodzaj, u dziadków ten drugi, u nas znowu ten pierwszy, a u wujka ten trzeci i tak dalej. Tymczasem tego dnia dostałam oczopląsu, widząc tylko zza witryny na raz kilka zestawów zastawy stołowej. W następnych witrynach : ręczniki, skórzane portfele, zegarki i antyki, jeszcze dalej pończochy i inna bielizna, garnitury, maskotki i zabawki. Zabawki ! Szybko wyrwałam się swoim rodzicom i pobiegłam do sklepu. I dech stanął w mym sercu, gdy tylko przekroczyłam próg. Nigdy w życiu nie widziałam tylu kolorów na trzech ścianach, z góry na dół – podobnie jak witryny, a nawet bardziej – wypełnionymi czymś co wówczas było dla mnie jak dla mojego taty ten posrebrzany grafitowy Nissan. Stanęłam po środku i tylko głową kręciłam w każdą stronę. Potem jak zaczarowana szłam i delikatnie dotykałam owych zabawek, aż w końcu w moje ręce dostał się mały dzidziuś, który w dotyku był tak miękki, jak prawdziwe dziecko. Podeszłam do zdyszanego taty, który szukał mnie w tym czasie i w tej samej chwili wpadł cały roztrzęsiony. Spojrzałam na niego i zapytałam, czy może mi kupić tę lalę. Po wielu latach dowiedziałam się, iż kosztowała bardzo dużo, a moi rodzice wówczas mieli mocno ograniczony budżet, ze względu na poczynione inwestycje w nową firmę. Z wielkim żalem rozstałam się z lalą, której każdy centymetr pamiętam do dziś. To była lala mojego życia. Łzy ciekły mi po policzkach, a ja jedynie wydusiłam z siebie: Dlaczego u nas nie ma takich sklepów? Dlaczego u nas jest inny świat?

Po powrocie, mój brat cioteczny zapytał się mnie jaka jest „zagranica”. Powiedziałam, że u nas jest komunizm, a u nich jest demokracja. – A co to jest komunizm – pytał dalej – o jej … zobacz – energicznym ruchem wyrwałam kartki z bloku i dałam mu jedną z nich. – U mnie jest komuna, a u ciebie nie. A teraz będziemy rysować domek. Każdy z nas ma po cztery kredki brązową, zieloną, czarną i niebieską. Pozostałe kredki czerwone, błękitne, różowe, granatowe będą leżały tu, na oddzielnej kupce, widzisz?

- Tak – uważnie patrząc na mnie, przytaknął

- Tylko ja nie mogę z tej kupki brać więcej kredek , a ty możesz – szybko rzekłam

-Dlaczego? – obruszył się

- Nie wiem…bo tak jest i koniec. I teraz rysujemy domki tymi kredkami.

Nie wiadomo, czy wtedy mój brat cioteczny zrozumiał istotę naszego ówczesnego systemu, ale z pewnością poczuł jakiś smutek i niesprawiedliwość, kiedy ujrzał, że mój domek jest o wiele brzydszy od jego kolorowego. Wtedy już przez długi czas wyobrażał sobie Polskę, której podarowano więcej kredek.

 

Agnieszka

Metka – krótka anegdota

0

Powszechnie wzbudza podziw; mówi się, że jest szczególnym znakiem, symbolem luksusu, przynależności do tej innej grupy. Na ulicy„ noszący metkę” rozpoznają się wśród tego tłumu zwyklaków , bez żadnego emblematu. Choć jedna metka- obowiązkowo. I bynajmniej nie zastąpi ją auto za ponad 150 tyś złotych, bowiem koniecznością jest samo okrycie się choć jedną metką.

Tymczasem ona na półce w sklepie, w witrynach atelier woła i przyciąga niczym afrodyzjak. Wykręca się na różne sposoby, ubrana w wykwintne wzory i świecąca swym prestiżem. Pokazuje, że z nią jest się lepszym. I nie ważne, że portfel w kieszeni czy też w torebce, błaga o pomste do nieba, bo tylko przez chwilkę wahasz się, by w końcu wyjąć resztki z opłakanej prawie pustej sakiewki. Kupujesz metkę? Nie to ona kupuje Ciebie, kolejnego członka tej tajemniczej sektometki.

Zakładasz ją i czujesz się lepiej, bo teraz to ty jesteś ten lepszy. Nosisz na sobie emblemat i już należysz do „ nich”. Zdejmiesz emblemat, należysz do „tamtych”. Przykro mi. Uzależniasz się od „nich” i chcesz więcej metek. I im więcej ich masz, tym częściej jesteś wśród „nich”

I tu zaczyna się moja prosta na pozór historia i wątpliwości związane z niepasującym do mnie stylem bycia, a w rezultacie stylem życia. Bo ilekroć jestem wśród znajomych często słyszę nazwy metek ; tu jest cała litania tych już poznanych i druga litania, o których jeszcze nie słyszałam. Czy to wstyd? – pytam się. – Kto jak kto, ale ty powinnaś wiedzieć, co to za firma – odpowiadają. Tylko, ja nie wiem i tak naprawdę wcale nie chcę wiedzieć. Metki błyszczą i wypinają się jak tylko mogą, na wszystkich; a ja ich nie widzę. Straciłam wzrok? Mówią, mi że, że mają coś z najnowszej kolekcji tej jednej niebywałej metki, że posiadają karty VIP do tych ekskluzywnych salonów, że bywają na takich przyjęciach okraszonych emblematami spadającymi z nieba. Chyba bez konkretnego azymutu chwalą się swoją światowością, swoistym byciem i przynależnością do „nich”. Bo gdzie tu cel tych wszystkich opowieści, skoro już należą do sektometki? Zaraz, zaraz – a ja? Czy jestem „ich”?.

Dwa lata temu znajoma przywiozła ją z Paryża. Od razu bardzo mi się spodobała, w doskonałym kolorze i kroju. I na moje szczęście tak się złożyło, że ów znajoma stwierdziła, iż podobną torebkę ma już w swojej szafie, w związku z tym bez żalu zdecydowała się ją sprzedać. Następnego dnia, jako jej nowy właściciel z przyjemnością ją założyłam . Pasowała mi do wszystkiego, idealna i wygodna. Zauważyła to koleżanka mojej córki, po którą wtedy właśnie przyjechałam do szkoły. Z dużym entuzjazmem podbiegła do mnie. Podekscytowana zaczęła lekko dotykać moją torebkę i nazywać metkę po imieniu. Przez chwilę myślałam, że to jakiś gombrowiczowski absurd … ja dorosła baba, matka, a obok podekscytowana dziewięcioletnia dziewczynka o prawie trzydzieści centymetrów niższa ode mnie nazywa metki po imieniu, szasta znajomością modeli, dotyka skóry, ocenia czy prawdziwa. Patrzyłam na nią – nie wiedząc czy z podziwem, czy też z odrzuceniem. Zaczęła opowiadać o swojej mamie o i o jej metkach w szafie, rozmarzyła się snując plany o tym jakie ona sama w przyszłości będzie nosiła. Czy to ja stoję w miejscu i nie podążam za światem? Czy może świat idzie tak szybko, że ja nie potrafię go dogonić? – pytam się. Bo boję się, że wypadłam z tego biegu, że już za późno nauczyć się być wśród „nich”, chłonąć ten metkowy ideał. Stoję tak i wstyd mi, że ja nie wiem, nie znam prestiżu tej metki. Myślę sobie, ale to tylko torebka, moja torebka i bardzo mi się spodobała.

Po powrocie do domu postawiłam ją na komodzie, pośród znaczących dla mnie zdjęć, obrazów, figurek. Przez dłuższą chwilę patrzyłam się na nią… – aż w końcu przestała być tą zwykłą. Stała się czymś więcej. Skoro już małe dzieci wiedzą cóż oznaczają te wszystkie znaczki…….. Od tamtej pory moja torebka stała się moim emblematem. Zupełnie przypadkiem, bez pogoni za próżnością.

 

Agnieszka