twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy z tagiem: Psychologia i dziecko

 

Dylematy indywidualizacji w kształceniu

„- To dziecko jest zbyt gadatliwe, powinno być spokojniejsze. To dziecko jest zbyt małomówne powinno brać większy udział na lekcjach. To dziecko zbyt mało się bawi, powinno bawić się częściej. To dziecko jest mało aktywne, powinno ruszać się więcej. To dziecko zbyt się wymądrza, powinno być cichsze i uważać co i do kogo mówi.” – Można jeszcze usłyszeć takie rozmowy w pokoju nauczycielskim. Co by nie robiło, i tak zawsze coś jest nie tak. Wydaje się, że musi stać się standardowym, uśrednionym dzieckiem, by spełniać oczekiwania swoich nauczycieli, być pośrodku krzywej Gaussa. Nie wyróżniać się niczym niezwykłym, nie sprawiać problemów, nie przeszkadzać nadmiernie, nie podejmować zbyt kreatywnych działań. Bo każde odchylenie od tej normy jest - dla takich nauczycieli z takim podejściem - zachwianiem równowagi w klasie i każdy taki „nietypowy” uczeń powinien w związku z tym mieć „przylepioną etykietkę” z zaburzeniem emocjonalnym, społecznym, rozwojowym lub nawet chorobą psychiczną. I gdy uczennica z II klasy nie radzi sobie z czytaniem, ma problem ze skupieniem się na zajęciach, wówczas najczęściej są organizowane dla niej specjalne lekcje tzw. zajęcia wyrównawcze, które odbywają się już po obowiązkowych lekcjach. Niektóre szkoły nazywają to indywidualizacją w kształceniu. I tu pojawia się pierwszy dylemat, czy opisana wyżej sytuacja jest indywidualizacją w kształceniu, jak to wiele szkół jeszcze dziś przedstawia?Viele Hände halten leere Tafel

By mówić o indywidualizacji w kształceniu, należałoby zdefiniować pojęcie indywidualności, która w tym ujęciu pedagogicznym dotyczy dziecka. Wyjątkowość, samodzielność, specyficzność, odmienność, jednostkowość, oryginalność,odrębność, inność to zbór pojęć obejmujących różnorodność. Różnorodność mówi nam, że my wszyscy z osobna ludzie, jesteśmy niepowtarzalni. Jesteśmy niepowtarzalni jako jednostki i niepowtarzalni jako kultury i społeczeństwa. Każde dziecko powinno czuć, że to co go odróżnia od pozostałych jest czymś cennym, jego indywidualnością, czymś co ma zasięg globalny, dzięki czemu życie na ziemi jest ciekawe i bogate. Jak mamy sprawić, by ceniono różnorodność, jak sami jej nie rozumiemy? To, że mamy takie same prawa, nie oznacza że jesteśmy tacy sami. Dzieci są w jednej klasie i stanowią społeczność, jednak nie oznacza, że w tej samej klasie każde z nich będzie uczyło się w takim samym tempie, będzie miało podobne zainteresowania i motywację, będzie miało tak samo funkcjonującą koordynację, lateralizację, percepcję. Wpływ na naszą inność mają uwarunkowania wewnętrzne i zewnętrzne. Do tych pierwszych zaliczymy: dziedziczność (iloraz inteligencji, talenty wrodzone, inne cechy fizyczne ), specyfikę rozwoju( dziecko rozwija się skokowo w swoim tempie ), aktywność czyli również temperament, dynamikę procesu nerwowego, motywację, uzdolnienia, preferencje poznawcze. Do zewnętrznych zaliczmy środowisko społeczne, postawy, przekonania, systemy wartości. Wszystkie wymienione uwarunkowania wpływają na osobowość dziecka, która jest niepowtarzalna i jedyna. Little child play with book

Wyobraźmy sobie, iż w skład nowo stworzonej klasy I wchodzi ponad dwudziestu uczniów. Każdy z tych uczniów jest taką niepowtarzalną osobowością, różni się poziomem wiedzy, umiejętnościami, dojrzałością emocjonalną, predyspozycjami, talentami, słabymi i mocnymi stronami. I teraz w tej klasie dziecko musi sprostać wymaganiom stawianym przez nauczyciela, który będzie się starał rozwinąć umiejętności dzieci do tego samego jednego punktu zgodnie z Podstawą Programową. Nauczyciel będzie się starał zatem sprawić, by dzieci, które mają tzw. „ braki”, mogły kolokwialnie mówiąc – podgonić temat. Jest więc opcja, iż nauczyciel będzie skupiał większą uwagę na tych dzieciach, jednocześnie nie rozwijając dalej umiejętności dzieci zdolnych, bo te przecież już mogły osiągnąć punkt, do którego zmierza. Czy zatem zwiększoną pracę nad uczniem mniej zdolnym, można byłoby nazwać indywidualizacją w kształceniu? Spójrzmy na to z innej strony, ze strony ucznia zdolnego, na którego uwaga jest mniej skupiona, a materiał na lekcji bywa dla niego łatwy, a co za tym idzie, o wiele szybciej kończy ćwiczenia, ma więcej czasu na lekcjach, zaczyna się nudzić i w końcu przeszkadzać.

Gdyby cofnąć się daleko wstecz do Prus, kiedy kształtowany był obecny system szkolnictwa, wówczas mówić moglibyśmy o koncepcji behawiorystycznej, gdzie nauczyciel adaptacyjny-technik na lekcjach podawał wiedzę niczym kapsułkę, a każdy z uczniów wbrew swojej indywidualności był zmuszony przestrzegać bezwzględnych ram, za które nie było możliwości się wychylić. Każde odchylenie groziłoby ostrą karą i oceną. Być może dlatego w tamtych latach nie było „niegrzecznych” uczniów. Na szczęście te czasy już minęły, jednak w dalszym ciągu obowiązujący system herbartowski nakłada na nauczycieli system oceniania. Co prawda w klasach I-III w Polsce formalnie zniesiono oceny, jednak w dalszym ciągu nauczyciele w własnym zakresie korzystają z punktacji, różnych kropek, uśmiechniętych buziek. Oceny nie tylko dotyczą rozwoju umiejętności językowych, matematycznych, plastycznych, przyrodniczych itd., ale w większości przypadków są stosowane wobec zachowywania się uczniów, ich uczestnictwa i pracy na lekcjach.

Wracając do sytuacji opisanej wyżej: ów zdolny uczeń może zostać źle oceniony ( pochmurną buźką, czarną kropką ) za swoje zachowanie. Im więcej takich buziek i przyczepionych łatek, tym gorsza prognoza. Nie bez powodu światowe badania[i] prowadzone liniowo, potwierdzają, że 98 % dzieci w wieku przedszkolnym jest dziećmi zdolnymi, geniuszami. Natomiast pięć lat później, badania na tej samej grupie dzieci, tylko już w wieku 8-10 lat pokazują, że jedynie 50% uczniów jest uczniami zdolnymi i niestety ta tendencja się utrzymuje. W następnych latach, im dzieci są starsze maleje procent uczniów zdolnych. Oczywiście o samej zdolności uczniów można byłoby napisać odrębną pracę, jednak warto w tym miejscu zacytować Tadeusza Lewowickiego „ Zdolności przejawiają się w różnorodnych czynnościach, przy czym niektóre czynności, nazywane ogólnymi, przejawiają się w wielu ( niektórzy twierdzą nawet że we wszystkich) czynnościach, inne, nazwane specjalnymi, przejawiają się tylko w pewnych określonych czynnościach)[ii]. Uczeń zdolny w opisywanym przykładzie może więc być zdolnym ogólnie, ale w klasie mogą być również inni uczniowie zdolni tylko w niektórych aspektach. Czy wobec tego, mówiąc o indywidualizacji kształcenia można mówić o możliwości rozwoju uczniów zdolnych? Jak wobec tego nauczyciel może wspierać uczniów zdolnych? Jak nauczyciel może w ogóle taką zdolność ucznia zauważyć, kiedy na pierwszy rzut oka uczeń może się właściwie wydawać niegrzecznym?

Dochodzimy, więc do roli nauczyciela. Mówiąc o indywidualizacji kształcenia ma ona kluczowe znaczenie, by owa indywidualizacja w ogóle miała miejsce. Bowiem, to czy nauczyciel określi zachowanie ucznia jako problemowe[iii], zależy w dużej mierze od jego wrażliwości wychowawczej oraz tolerancji wobec określonych form zachowań. Nauczyciel powinien być nastawiony allocentrycznie tzn. nastawiony ku innym ludziom, zazwyczaj właściwość ta kształtuje się pod wpływem doświadczeń życiowych. Niezmiernie istotną cechą jest obserwacja, diagnoza uczniów, metody, którymi się posługuje przy poznawaniu uczniów.

W szkole problemem nie jest materiał tylko specyficzne traktowanie. Stawianie zadań i rozliczanie ich, pozostawanie nieruchomo, zakaz swobodnego kontaktowania się dzieci między sobą, kiedy tego chcą oraz rytm, inny rozkład sal, brak zabawek ...

.

Poznanie wysuwa się na pierwsze miejsce, jako główny element w indywidualizacji kształcenia. Nauczyciel poznaje możliwości dziecka i poznaje jego potrzeby. Bez tych dwóch czynników, nikt dziś nie mówiłby o indywidualizacji w kształceniu. Bo właśnie poznanie potrzeb i możliwości uczniów otwiera drogę na reakcję nauczyciela, który podejmuje się sprawczych działań umożliwiających rozwój umiejętność w różnych sferach w taki sposób, by każda indywidualna osoba, mogła czynnie brać udział w zajęciach. Indywidualizacja nauczania nie ma bowiem na celu tego, aby w określonym czasie doprowadzić umiejętności wszystkich uczniów do tego samego poziomu. Chodzi o taką organizację procesu nauczania, aby każdy uczeń w sposób samodzielny i odpowiedzialny uczył się dalej z tego punktu, w którym się aktualnie znajduje pod względem rozwoju i możliwości. W ten sposób dziecko nie tylko uczy się najefektywniej, ale także rozwija pozytywne nastawienie do uczenia się i nabywa przyzwyczajeń, które pozwolą mu być zainteresowanym, zaciekawionym i pełnym zapału do nowych odkryć. Zadaniem nauczyciela jest umożliwienie nauki każdego dziecka na „krawędzi” jego umiejętności. Ćwiczenia powinny być wystarczająco trudne, aby umożliwić zdobywanie nowych umiejętności – a jednocześnie nie mogą być zbyt trudne, aby nie powodować zniechęcenia i braku wiary we własne możliwości. Spełnienie tego warunku wobec wszystkich dzieci w klasie, podczas gdy poziom ich umiejętności jest bardzo zróżnicowany stanowi dla nauczyciela wielkie wyzwanie.[iv]

Agnieszka D.

 


[i] Zmiana Paradygmatu Edukacji
http://edukacjademokratyczna.pl/filmy#sudbury

[ii] Tadeusz Lewowicki „Kształcenie uczniów zdolnych”

[iii] W. Okoń

[iv]
http://indywidualizacja-nauczania.pl

Kolorowe kredki i rzecz o mym komuniźmie

0

 

Kolejki ciągnęły się po kilkadziesiąt metrów, a każda z nas stała tam mniej więcej po dwie godziny. Każda, bo na jedną osobę przypadała paczka kawy i cukru. Mama ustawiała nas niczym klocki, tylko po to by móc zaopatrzyć się na kilka następnych nie – wiadomo jak długich tygodni…niekiedy miesięcy. Nie pamiętam byśmy w tamtych czasach nadmiernie marudziły lub narzekały, raczej grałyśmy swoje role i potulnie stałyśmy wśród reszty szaroburych klocków. To było nasze życie. Ta wszechogarniająca szarość, jedynie czasem ożywiona nocą po przez neony SUPERSAM, KINO MOSKWA, DOMY TOWAROWE, PEWEX oraz sygnalizację świetlną mieniącą się kolorami zieleni, pomarańczy i czerwieni. Owe zmieniające się światła dużo gęściej i częściej oznaczały, iż jesteśmy w samym sercu Warszawy, wtedy jeszcze dalekie od Ursynowa –osiedli mieszkaniowych położonych w polach. Na kilkanaście takich bloków mieszkaniowych przypadał jeden warzywniak, w którym kupowałyśmy pyszną oranżadę w butelce i lizaki. I tylko ten jeden o zaledwie dwudziestu metrach kwadratowych powierzchni sklepik pamiętam zaopatrzonego w towar świeżych warzyw wprost ze wsi. Kilka lat później jeszcze przyszła moda na hubbę bubbę i gumy z Kaczorem Donaldem. Dlatego jeszcze chętniej latałyśmy do warzywniaka. I także później poznałam smak banana, tak miękki na podniebieniu, nie słodki i nie gorzki. I tylko wtedy mogłam cieszyć się jego wyjątkowością, bo później aż do dziś nie poczułam go już nigdy więcej. Soczyste pomarańcze i rozpływająca się w ustach czekolada przesyłana z USA najczęściej na Boże Narodzenie była namiastką późniejszego mego życia, o czym miałam się przekonać dziesięć lat później. Sięgając jeszcze wcześniej i patrząc oczami trzy, cztero- latka widzę pełno żołnierzy poustawianych niczym mumie na ulicach. Podchodziłam do nich i za ręce lub nogi łapałam, pragnęłam tylko sprowokować, być choć okiem mrugnęli, poruszyli swoimi karabinami, by wreszcie coś z siebie wydusili. Lecz mumie stały nieruchomo, mimo mojego pokaźnego języka.

Szarość nabierała barw majem, kilkanaście przeplatających się odcieni zieleni, żółty, fiolet i czerwień. Zapach był inny, taki orzeźwiający, naturalny. Mlecze połyskiwały przy warszawskich ulicach. Bzy świeciły swoim jasnym blaskiem odbijając świetliste promienie słoneczne.

Był rok 1987 mój tata po raz pierwszy przyjechał zagranicznym samochodem, marki Nissan także w odcieniach szarości, tak jakby sam samochód nie mógłby być soczystej czerwieni lub wiśni. Skoro był zagraniczny, musiał być szary? Oczywiście według mojego taty, to wcale nie był szary kolor, ale grafit. I tak należało mówić : Nissan jest w kolorze grafitu. Tata swój nowy nabytek parkował pod blokiem i był bardzo zdruzgotany, kiedy z szóstego piętra nijaki Godlewski zrzucał jajka. Rozbijały się na masce i w szczególny sposób rysowały karoserię. W następstwie w szarości połyskiwały srebrzyste wiązki nitek na widok, których mój tata dostawał barwnego szału. Było to w odległości kilkuset metrów, jedyne takie auto i oczywiście według niektórych sąsiadów nie mogło błyszczeć swoim jednolitym grafitem. Dziś oglądając te stare filmy, śmieję się widząc jak wszyscy z podwórka podbiegają zobaczyć nowy zagraniczny samochód. Do dziś ten obraz mam w głowie i pewnie pozostanie do końca mych dni.

I tym samym posrebrzonym Nissanem wyjechaliśmy w pierwszą daleką podróż. Wtedy też miałam przekonać się, iż na mapie świata nie istnieje tylko Polska i „zagranica”, ale Polska i cała masa innych kolorowych flag, kultur, tradycji oraz powyginanych języków. W tę podróż ciągnąc za sobą małą białą przyczepkę wybraliśmy się całą rodziną. My z siostrą na tylnej kanapie, mama prawie zawsze dobrze pilotująca i tata świetny kierowca swojego wspaniałego samochodu, który jak się później okazało, w obliczu innych szalonych barw wyglądał dość smutno w swym graficie. Sama „zagranica”, tuż za granicą nie miała innych drzew i innych ludzi, więc nie wtedy dowiedziałam się o tym drugim świecie. Było to w pierwszym większym mieście w Austrii , w którym zatrzymaliśmy się na przysłowiowe lody. Moje oczy nigdy nie widziały tylu smaków kulek: cytrynowe, bananowe, malinowe, wiśniowe, pistacjowe, orzechowe i inne. Ślinka ciekła z kącików ust . Lody były tak piękne i jednocześnie dostępne, że szkoda było wybrać jedynie trzy kulki i pozostawić resztę nie spróbowawszy ich nawet. Każdy z nas zatem wybrał inną kulkę. Próbując nawzajem tych wszystkich smakowych larytasów, podniecając się nowymi odczuciami na podniebieniu, nie dało się nie zauważyć lekko kolorowo ubranych ludzi i piękne witryny sklepowe. Wypełnione po brzegi różnościami, jakich nawet nigdy nie widziałam. Aż do tej pory były mi znane tylko trzy rodzaje kubków i talerzy. Na przykład u jednej ciotki był ten pierwszy rodzaj, u dziadków ten drugi, u nas znowu ten pierwszy, a u wujka ten trzeci i tak dalej. Tymczasem tego dnia dostałam oczopląsu, widząc tylko zza witryny na raz kilka zestawów zastawy stołowej. W następnych witrynach : ręczniki, skórzane portfele, zegarki i antyki, jeszcze dalej pończochy i inna bielizna, garnitury, maskotki i zabawki. Zabawki ! Szybko wyrwałam się swoim rodzicom i pobiegłam do sklepu. I dech stanął w mym sercu, gdy tylko przekroczyłam próg. Nigdy w życiu nie widziałam tylu kolorów na trzech ścianach, z góry na dół – podobnie jak witryny, a nawet bardziej – wypełnionymi czymś co wówczas było dla mnie jak dla mojego taty ten posrebrzany grafitowy Nissan. Stanęłam po środku i tylko głową kręciłam w każdą stronę. Potem jak zaczarowana szłam i delikatnie dotykałam owych zabawek, aż w końcu w moje ręce dostał się mały dzidziuś, który w dotyku był tak miękki, jak prawdziwe dziecko. Podeszłam do zdyszanego taty, który szukał mnie w tym czasie i w tej samej chwili wpadł cały roztrzęsiony. Spojrzałam na niego i zapytałam, czy może mi kupić tę lalę. Po wielu latach dowiedziałam się, iż kosztowała bardzo dużo, a moi rodzice wówczas mieli mocno ograniczony budżet, ze względu na poczynione inwestycje w nową firmę. Z wielkim żalem rozstałam się z lalą, której każdy centymetr pamiętam do dziś. To była lala mojego życia. Łzy ciekły mi po policzkach, a ja jedynie wydusiłam z siebie: Dlaczego u nas nie ma takich sklepów? Dlaczego u nas jest inny świat?

Po powrocie, mój brat cioteczny zapytał się mnie jaka jest „zagranica”. Powiedziałam, że u nas jest komunizm, a u nich jest demokracja. – A co to jest komunizm – pytał dalej – o jej … zobacz – energicznym ruchem wyrwałam kartki z bloku i dałam mu jedną z nich. – U mnie jest komuna, a u ciebie nie. A teraz będziemy rysować domek. Każdy z nas ma po cztery kredki brązową, zieloną, czarną i niebieską. Pozostałe kredki czerwone, błękitne, różowe, granatowe będą leżały tu, na oddzielnej kupce, widzisz?

- Tak – uważnie patrząc na mnie, przytaknął

- Tylko ja nie mogę z tej kupki brać więcej kredek , a ty możesz – szybko rzekłam

-Dlaczego? – obruszył się

- Nie wiem…bo tak jest i koniec. I teraz rysujemy domki tymi kredkami.

Nie wiadomo, czy wtedy mój brat cioteczny zrozumiał istotę naszego ówczesnego systemu, ale z pewnością poczuł jakiś smutek i niesprawiedliwość, kiedy ujrzał, że mój domek jest o wiele brzydszy od jego kolorowego. Wtedy już przez długi czas wyobrażał sobie Polskę, której podarowano więcej kredek.

 

Agnieszka

„Ania ma dopiero niecałe dwa latka, a już doskonale potrafi postawić na swoim” – tak powiedziała jej mama, kiedy spotkałyśmy się na wspólnej kawie.  

Twarda Matka : Czy to w ogóle jest możliwe?

Mama Ani : Oczywiście, bez dwóch zdań. To jest kochane dziecko i nie mamy z nią większych problemów. Potrafi się ładnie bawić, często się śmieje. Tylko, widzisz… jest pewna czynności higieniczna do której trudno jest nam ją przekonać. Zmiana pieluszki.

Twarda Matka : Jak się jej zdejmie pieluszkę, to nie lubi zakładać nowej?

Mama Ani : Nie, nie. Ona nie lubi zdejmować tej zabrudzonej. W innym przypadku nie byłabym aż taka zniecierpliwiona.

Twarda Matka : To rzeczywiście troszkę na odwrót . Zazwyczaj dzieci lubią latać na golaska i same z przyjemnością zdejmują pieluszkę.

Mama Ani : Dokładnie tak. Tymczasem, jak widzę już pełną pieluszkę, to mówię jej, że już czas na zmianę. Tylko, że ona nie przyjmuje tego do świadomości. Krzyczy „ nie ” i ucieka. Ja oczywiście biegam za nią po domu. I kiedy w końcu ją dogonię i złapię , co zresztą wcale nie jest takie trudne, ona się wygina i wykręca, absolutnie nie dając zdjąć z siebie pieluszki. Ile mnie nerwów to kosztuje ( westchnienie ) . Muszą ją dobrze trzymać. I naprawdę boję się, że niechcący zrobię jej coś złego, np. wygnę za mocno nóżkę. Ona tak mocno się wykręca z moich rąk, a przecież nie mogę pozwolić na to by została w brudnej pieluszce, gdyż mogłoby dojść do odparzenia pupy.

Twarda Matka : I do dziś nie znalazłaś sposobu?

Mama Ani : Moja niania znalazła świetny ( sarkastyczny śmiech )

Twarda matka : To znaczy?

Mama Ani : Bo widzisz, Ania tak reaguje nie tylko na mnie, ale także na męża i nianię. Nikomu nie pozwala zmienić sobie pieluszki. Dlatego moja niania, wymyśliła, iż będzie ją karała. Z początku miała to być kara siedzenia w łóżeczku.

Twarda Matka: W łóżeczku?

Mama Ani : Tak. Ania ma jeszcze takie łóżeczko ze szczebelkami. Oczywiście ten pomysł zupełnie mi się nie spodobał. Przecież łóżeczko powinno się jej kojarzyć z czymś dobrym, gdzie śpi i odpoczywa, a nie odbywa karę.

Twarda Matka : Zatem, niania musiała zrezygnować z tego pomysłu?

Mama Ani: Owszem, ale szybko znalazła równie mądry sposób. Wymyśliła, że Ania karę odbywać będzie na stole w jadalni!

Twarda Matka: Z tą brudną pieluchą? !

Mama Ani: Pieluszkę udało się jej zdjąć. Za to Ani spodobało się siedzenie na stole z gołą pupą. I wyobraź sobie, że potrafiła tak siedzieć dwie lub trzy godziny. Niania musiała stać koło niej. Nie było mowy, by się ruszyła. Gdyby zechciała ją zdjąć z tego stołu, wówczas Ania dałaby niani do wiwatu jeszcze lepiej.

Twarda Matka : Innymi słowy twoja córka była zachwycona?

Mama Ani : Ależ oczywiście.

Twarda Matka : Ania ze stołu mogła spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy. Zastanawia mnie tylko zachowanie niani. Czy macie do niej zaufanie?

Mama Ani: Tak mam. Tylko z Anią rzeczywiście jest problem, jeśli chodzi o zmianę tej pieluszki. I rozumiem, że niania szukała jakiś sposobów. Nie były dobre. I też się dziwiłam jej pomysłom. Wyobraź sobie, iż w konsekwencji któregoś dnia w piaskownicy Ania , zaczęła przy innych dzieciach i ich matkach krzyczeć kara kara kara.

Twarda mata : ( śmiech ) Wyszłaś na mamę, która karze swoje dziecko, za to, że zrobiło w pieluszkę?

Mama Ani : Wtedy wcale nie było mi do śmiechu, jak się spojrzeli na mnie. Doszłam do wniosku, iż takie dzieci kar zupełnie jeszcze nie rozumieją. Są zbyt małe. Ja jednak zauważyłam, iż Ania po prostu stawia na swoim, by zwrócić na siebie uwagę. Gdy tak biegam za nią by zmienić jej tę pieluszkę, ona cała szczęśliwa mi ucieka. Śmieje się i bawi ze mną. I to jest głównym powodem. Zauważyłam, iż wówczas cała moja uwaga poświęcona jest tylko jej . I tak naprawdę sami mogliśmy sprowokować jej zachowanie. Tak jak to chociażby siedzenie na stole, które jej się bardzo spodobało.

Twarda Matka : Czyli z twojej historii wynika, iż my rodzice powinniśmy baczniej obserwować zachowanie naszych dzieci. Gdyż ich niechęć do wykonania pewnych czynności może wynikać z samego sposobu którego używamy by je zachęcić do tych czynności?

Mama Ani : Tak. To jest taka moja sugestia i rada. Ania stawia na swoim, gdyż to jest po prostu przyjemne dla niej. Ona chce być ganiana, chce być zabawiana i pragnie naszej absolutnej uwagi. Zresztą jak każde dziecko :-D

 

 

Agnieszka

 

 

 

 

 

W przedszkolu, mój syn miał edukacyjną wycieczkę do stomatologa. Wycieczka w połączeniu z przeglądem ząbków, opowiastką pani dentystki miała na celu zapoznanie dzieci z gabinetem lekarskim i znajdującymi się w nim urządzeniami, a w rezultacie wpojenie maluchom, jak ważne jest dbanie o zęby. Dzieciom tak bardzo spodobała się praca dentysty, iż zaraz wszystkie zapragnęły w przyszłości zostać stomatologami. Z gabinetu wyszły zadowolone i obładowane specjalnymi kalendarzami, na których zaznacza się mycie ząbków, z naklejkami oraz innymi gadżetami. Mój syn w domu z euforią opowiadał o wizycie, mówił, że ma trzy dziury i musi je koniecznie wyleczyć. Nalegał by, jak najszybciej zapisać go do dentysty. Co zresztą uczyniliśmy. I już tydzień później w wieku 6 lat, po raz pierwszy miał leczonego zęba. Pani stomatolog opowiadała o każdej czynności, którą właśnie wykonywała. Mówiła o robakach buszujących w ząbkach, i o tym, że należy je szybko pogonić. Mojemu synowi bardzo się to podobało. I nie minęło 17 minut, jak ząbek został oczyszczony, a dziurka zaplombowana. Moje dziecko, nawet nie jęknęło. Wstał z fotela zadowolony, a ja poczułam ogarniającą mnie dumę. Nie miał żadnego znieczulenia, żadnego rozweselającego gazu i nawet nie pisnął. Byłam tak szczęśliwa, iż sobie przypisywałam jego odwagę. Wszystkim się chwaliłam, jakiego dzielnego mam syna i jaka ze mnie wspaniała matka, która potrafi wytłumaczyć swojemu dziecku, iż wizyta u dentysty to nic złego. Byłam pyszna i dumna. I w rezultacie to mnie zgubiło.

Przez cały tydzień moje dziecko było świadkiem nie tylko mojego chwalipięctwa, ale przede wszystkim odpowiedzi na nie. Mówili : „Tak naprawdę, to super. Dzielny chłopak, bo mnie to zawsze boli”, „ I nic cię nie bolało i nawet nie powiedział ał. To dobrze, bo mój Mateuszek, to straszenie płakał”, „ Oj, to chłopak ma krzepę, bo ja jak widzę dentystę, to uciekam, gdzie pieprz rośnie”, „ Kochany, to musisz przekonać Amelkę, by poszła do dentysty. Bo ona bardzo się boi” i tak dalej w tym samym klimacie. Słyszał te słowa od ludzi, których znał, których podziwiał – np. od znajomego silnego i barczystego, którego – jak twierdził mój syn- nic nie powinno boleć.

Tydzień później na fotelu u dentysty, moje dziecko dostało ataku szału i nie pozwoliło nawet się dotknąć. Wszystko go bolało. Płakał i się trząsł, uciekał z fotela, niemal pobił tę samą miłą panią dentystkę. Nie leczyliśmy zęba. I żadne moje przekonania nie były skuteczne. On twierdził, że już nigdy nie pójdzie do stomatologa.

Długo zastanawiałam się gdzie popełniłam błąd w ciągu tego jednego tygodnia? Cóż tak bardzo zniechęciło moje dziecko? I jak teraz mogę odmienić tę sytuację?

Odpowiedzi znalazłam podczas rozmowy z Martą. Jest moją serdeczną sąsiadką i wspaniałą mamą 4-letniego Wiktora.

Marta: Ja sama bardzo bałam się tej pierwszej wizyty mojego syna u dentysty. Może nie tyle wizyty, ale samego leczenia. Wiesz są zęby, które bolą. I ja ten ból wytrzymam, ale niekoniecznie 4-latek.

Twardamatka : I jak do tego podeszłaś?

Marta: Przede wszystkim dużo o tym nie mówiłam.

Twardamatka : Nie mówiłaś o bólu? O tym, że to może troszkę boleć?

Marta: Nawet starałam się, by o tym nie słyszał od innych!

Twardamatka: No właśnie, a ja wręcz odwrotnie.

Marta: Wystraszył się, to zupełnie normalne.

Twardamatka: Jak Wiktora przygotowałaś do tej pierwszej wizyty?

Marta : Zajęło nam to trochę czasu. Z początku jedynie opowiadałam o tym, że pani dentystka ma specjalną szczoteczkę, która jest bardzo dobra i usuwa bakterie dużo lepiej od tej, którą mamy w domu. Następnie umówiłam się do dentysty. I to był czas dla niego, by mógł zapoznać się z gabinetem, zobaczyć urządzenia, poczuć zapach, zasiąść w fotelu.

Twardamatka: Jednym słowem- oswoić się?

Marta: Dokładnie tak. Zależało mi na tym by poczuł się swobodnie. Poza tym wybrałam dentystkę, która leczy dzieci. Chciałam, by miała odpowiednie podejście do Wiktora. I muszę przyznać, że babeczka naprawdę ma sposób i aż miło posłuchać jej jak fajnie radzi sobie z małymi pacjentami.

Twardamatka: I podczas drugiej wizyty miał już leczonego zęba?

Marta : Absolutnie nie, dopiero po kilku wizytach. Wcześniej miał lapisowanie ząbków.

Twardamatka: Podobno małym dzieciom właśnie się tylko lapisuje, a dopiero starszym leczy.

Marta: I to byłoby najlepsze, ale niestety Wiktor miał siedem dziur, więc nie mogliśmy z mężem na to pozwolić. Zresztą sama nasza dentystka nalegała na leczenie.

Twrdamatka: Siedem, to rzeczywiście sporo.

Marta : To prawda. I to głównie przez słodycze i słodkie napoje. Wiktor na przykład uwielbia pić na noc bobofruty.

Twardamatka: Bałaś się tego pierwszego borowania i plombowania?

Marta: Byłam przerażona, dlatego zdecydowałam się na znieczulenie podtlenkiem azotu

Twardamatka: No właśnie, słyszałam, że dużo osób jednak z tego rezygnuje. Ma obawy.

Marta: Nie wiem, jak inni rodzice, przecież nie będę się za nich wypowiadać. Ja śmiało mogę powiedzieć podtlenkowi azotu- tak. Polecam wszystkim zestresowanym mamą. Nie ma powodów do obaw.

Twardamatka: Opisz jak to wygląda i jak to działa?

Marta: Dentystka nim założyła Wiktorowi maskę zapytała się jaka jest jego najlepsza bajka. Następnie przekonała go, że po założeniu jej może wyobraźnią udać się do świata tej bajki. Bo widzisz, to jest taka maska, którą zakłada się dziecku, a następnie odkręca ten podtlenek. Dziecko przez cały czas badania ma na sobie tę maskę. W tym czasie stomatolog może wyleczyć zęby, a dziecko nie odczuwa bólu, mimo iż jest cały czas świadome, znajduje się w takim błogim nastroju. Nasza pani dentystka przez ten cały czas rozmawiała z Wiktorem. Oczywiście rozmawiali o dinozaurach, rycerzach i innych postaciach z bajek.

Twardamatka : Jak długo dziecko po podaniu tego gazu rozweselającego dochodzi do siebie?

Marta : Szybko. Jak tylko skończy się badanie, dentystka zakręciła podtlenek azotu, a podała zwykły tlen. Wiktor natychmiast jakby przestał marzyć.

Twrdamatka : I z tego powodu nie miał żadnych negatywnych objawów?

Marta: Ależ skąd! W domu po pierwszym badaniu usłyszałam od niego tylko „ Mamo, kiedy my tu jeszcze przyjdziemy ?”

 

Marta pomogła mi zrozumieć, że nie warto przy dziecku mówić o bólu nawet jeśli chcemy zrobić z niego bohatera, tak jak ja to wcześniej uczyniłam.  Dziecko nasłuchawszy się od wszystkich innych, idzie do dentysty z pełnym przekonaniem o bólu, nawet jeśli same nie odczuwa go, aż tak intensywnie. Dziecko nie wie, że każdy człowiek ma inną odporność, że jednego to samo boli bardziej, a innego mniej. Dla dziecka już same słowo” Ból” może po porostu zaboleć.

Dlatego teraz by odwrócić niechęć mojego syna, powinnam na nowo, ale tym razem zupełnie porządnie przeprowadzić cały proces związany z wizytą u stomatologa. Idąc śladem Marty zacznę od lapisowania, a dopiero po kilku wizytach zdecyduje się na kolejne leczenie używając podtlenku azotu.  Oby nam się udało, trzymajcie kciuki 

 

Rozmawiała: Agnieszka

 

 

 

 

 

         Na osiedlu na którym mieszkam zauważyłam pewne niepokojące zjawisko.  Na dwór nie wychodzą dzieci, które skończyły już 6 lub 7 lat. Wiem, że mieszka ich tutaj spora grupka chociażby stąd, iż większość z nich uczęszcza do tego samego, pobliskiego  przedszkola. Mimo to, dzieci te widuję jedynie od czasu do czasu z rodzicami. I zazwyczaj słyszę :” tak nie wolno, nie biegaj za szybko, to nie jest twoja zabaweczka, załóż bluzę, bo się przeziębisz, uważaj bo się pobrudzisz…” Dzieci z asystą rodzica próbują się bawić. Podkreślam próbują, bo co to za zabawa, jeśli nie może popalać się w błotku, zabrudzić, się, upaść z rowerku na ( i uwaga !!!! ) czterech kółkach. Może jestem zbyt surowa….ale sama pamiętam, iż jako dzieci mieliśmy tę swobodę własnej kreatywności, rozwijania się po przez zabawę z koleżankami i kolegami na świeżym powietrzu.  Już od najmniejszych lat uczyliśmy się relacji w grupie, radzenia sobie z problemami. Kłóciliśmy się i bawiliśmy. Zatem, dlaczego dzisiejsi niektórzy rodzice trzymają swoje dzieci pod kloszem?  Owszem, nie jestem za tym by przeginać w drugą stronę i beztrosko puszczać swoje dziecko. Jednakże mieszkam na zamkniętym, chronionym osiedlu, a dzieci nigdzie stąd nie uciekną….

Pozwól dziecku na samodzielność
Pozwól dziecku samodzielnie odkrywać świat. Pozwól mu oddalać się od siebie, zdobywać własne doświadczenia, popełniać własne błędy. Nie da się nauczyć życia tylko z opowiadań.
Dziecko powinno poznawać świat korzystając ze wszystkich swoich zmysłów, a nie tylko słuchu, gdy mu coś tłumaczysz lub czegoś zakazujesz. Czytamy w artykule „Dekalog Naturalnego Rodzicielstwa” zamieszczonym w portalu            To Twoja Okolica.

Ostatnio wpadł mi w ręce znakomity artykuł ” Dekalog Naturalnego Rodzicielstwa” zamieszczony w portalu To Twoja Okolica. ( Zresztą dwa fragmenty pozwoliłam sobie zacytować.) Zachęcam do przeczytania. Dowiemy się o tym jak ważna jest owa swoboda pozwalająca małemu człowiekowi na rozwój.  Bowiem trzymanie dziecka pod kloszem, tak by świat dla niego był jedynie piękny i bezproblemowy, może być dla niego gorszym doświadczeniem, niż to by mógł samodzielnie odkrywać ten świat i napotykać związane z tym trudności. To zrozumiałe, że jeśli dziecko zacznie od najmniejszych lat rozwiązywać swoje problemy, będąc starsze będzie lepiej sobie radziło. I z drugiej strony – owy klosz i wieczne asystowanie dzieciom na podwórku nie sprawi, iż będziemy rodzicami idealnymi. Tacy rodzice nie istnieją.

„Twoje dziecko nie potrzebuje idealnych rodziców, bo tacy po prostu nie istnieją. Dziecko też nigdy nie jest ideałem. Jest po prostu sobą i potrzebuje po prostu Ciebie. Jeśli do tego potrafisz zaufać dziecku i własnej intuicji, to czeka Was w życiu wiele radości.”

Tak jak odsuwamy dziecko od piersi, ale w dalszym ciągu jesteśmy odpowiedzialni za jego karmienie i rodzaj pożywienia, tak samo możemy odsuwać je od siebie, ale być odpowiedzialni za jego bezpieczeństwo. Zatem już od piaskownicy uczymy malucha prostych zasad. Pokazujemy jak się bawić, by innym dzieciom nie zrobić krzywdy, jak pożyczać zabawki, jak o nie dbać itd.  Później, gdy dziecko jest już starsze i ma mniej więcej od 3 do 7 lat, wspólnie z dzieckiem wychodzimy na dwór. Z początku jesteśmy przy nim, bawimy się z nim i jego rówieśnikami, ale z czasem- im jest starsze- oddalamy się i zwyczajnie siedząc na ławeczce obserwujemy naszą pociechę. I reagujemy w sytuacjach, kiedy widzimy, iż dziecko rzeczywiście przekracza pewne granice. Tak wychowane już dziecko w wieku  już prawie 7 lat może spokojnie biegać i bawić się na zamkniętym, chronionym osiedlu, a my spokojnie możemy usiąść na balkonie i z daleka mu się przyglądać. Możemy zająć się praniem, bowiem wiemy, iż dziecko same przybiegnie do nas, gdy tylko poczuje taką potrzebę.  Najprawdopodobniej nie raz będzie chciało się wyżalić : ” mamo, ale teraz była moja kolej, a on mi nie pozwolił…” – wtedy wystarczy, iż  odpowiemy ” kochanie, chętnie Cię wysłucham, ale tak naprawdę to są wasze problemy i wolałabym byście najpierw sami spróbowali je rozwiązać „. Z pewnością usłyszymy z początku opór, ale jednocześnie pozwolimy naszemu dziecku samemu stawić czoło napotkanej trudności. Oczywiście nie mam na myśli tego, by nie reagować na problemy. My jako rodzice intuicyjnie segregujmy problemy. Te łatwiejsze do rozwiązania zostawmy naszym dzieciom, a w tych trudniejszych pomóżmy im. Jednakże nie ingerujmy we wszystko.  I na koniec przytoczę jeszcze jeden doskonały fragment z artykułu ” Dekalog Naturalnego Rodzicielstwa” autorstwa A. Steina.

Dziecko nie jest własnością rodziców
Prawa rodziców zawsze muszą ustąpić, gdy są w konflikcie z prawami człowieka. Rodzicielstwo nie polega na rządzeniu ani bezustannym udowadnianiu swoich racji. Rodzicielstwo to sztuka towarzyszenia dziecku w rozwoju.
Dziecka nie wychowujemy dla siebie, tylko dla świata. Dziecko jest nam dane tylko na chwilę, a naszym zadaniem jest przygotować je do życia w świecie. Ani się obejrzysz, jak stanie się dorosłe i niezależne. Dlatego trzymając niemowlę w ramionach, ciesz się tą chwilą, aby potem móc się tak samo cieszyć samodzielnością swego starszego czy całkiem dorosłego już dziecka.

 

 

 

 

Agnieszka