twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy z tagiem: psychologia

Wyścig szczurów w pieluchach

0

To było większe spotkanie na grillu u znajomych. Przybyli wszyscy fajni; osoby siedzące na wysokich stanowiskach w korporacjach, freestylerzy, ludzie reklamy i marketingu, początkujący artyści…. z dziećmi. Młode małżeństwa ze swoimi pociechami jeszcze w pieluchach. Wyluzowani tatusiowie z konikiem na bluzeczce trzymający na rękach dzieci z kolejną metką na ubiorze, wylansowane matki podające butelki i grzechotki do małych rączek. Przepych wózków, leżaczków, chodzików … zabranych tylko na to jedno popołudnie. Lekki zamęt, choć uporządkowany, bo dokładnie widać kto jest z kim, żony chwalą mężów, mężowie żony. Wszyscy mówią o tym jak im się świetnie układa. Przy piwie i dobrym jedzeniu, język im się rozwiązuje; mówią więc o tym gdzie byli, co widzieli, co kupili, jak awansowali, gdzie bywają i w reszcie…jakie cudowne mają dzieci.

Nieprawdopodobne, że ich maleństwo już w wieku czterech miesięcy zaczynało siadać! Innych główkę podnosić nie na kilka sekund , ale na kilkanaście, już mając dwa miesiące …. bo ktoś nawet liczył stoperem. Inni chwalą swoje dzieci, za to że mówią baba, wawa , tata i mama w wieku dziewięciu miesięcy. Natomiast matka jednego z najstarszych brzdąców, przekonywała wszystkich, że dziecko tuż po ukończeniu roczku powinno już dawno chodzić. Usłyszawszy to, ta inna jeszcze z dzieckiem w wózku, mocno przełknęła ślinę, by tylko nic nie powiedzieć …. bo cóż mogła, skoro jej syn skończył już rok i dwa miesiące, ale wciąż tylko raczkuje – „Czy z nim coś jest nie tak?” – zapewne szybko przez głowę przeszła jej taka myśl.

Przekleństwo naszych czasów? Przymus bycia najlepszym?

Mam wrażenie, iż dzisiejsi rodzice o których oczekuje się, iż jako ludzie XXI wieku będą efektywnymi pracownikami pełnymi pasji, aktywnymi z burzą pomysłów w środowisku osób im podobnych, także i zapragną mieć super-dziecko. Tymczasem nasze maluchy nie znają wyścigu szczurów.

 

Ostatnio wpadł mi w ręce świetny artykuł „Przez Dotyk” opublikowany na łamach Zwierciadła, w którym Paweł Zawitkowski , fizjoterapeuta w rozmowie Aliną Gutek wyjaśnia, iż dziecko dla rodziców nie powinno być kolejnym ważnym życiowym projektem. W jakiś sposób dziecko, które jest częścią nas samych już od urodzenia staje się czymś w rodzaju „ulepię Cię jak najlepiej potrafię” i „ozdobię czymś wyjątkowym”. Tymczasem „Dziecko nie jest androidem, tylko istotą społeczną” – czytamy w artykule. Nasz maluch rozwija się we własnym tempie; to co z tego, że nie potrafi chodzić ! Ma na to czas do półtora roku, a umiejętności siadania może posiąść nawet do 10 miesięcy. Więcej; czasem samo nadmierne opiekowanie się dzieckiem i ograniczanie mu ruchu i swobody zakłóca mu rozwój. „Jeśli w okresie niemowlęcym maluch siedzi od rana do wieczora w foteliku albo zasuwa w chodziku, wszyscy na niego chuchają i dmuchają, żeby się przypadkiem nie spocił, nie pobrudził – trudno doskonalić mu czucie ciała, podłoża, reakcje obronne, ocenę przestrzeni i inne niezbędne do harmonijnego rozwoju doświadczenia” Ze względu na specyfikę wychowania, dziecko niekiedy nie ma możliwości trenowania …bo przecież każde upuszczenie zabawki, chowanie smoczka, podnoszenie główki, rączek, nóżek, próba mówienia, mlaskania, klaskania dla małego dziecka jest niesamowitym wysiłkiem. I zakłócenie tychże mechanizmów, trzymania dziecka w najlepszym chodziku świata, najdroższym krzesełku z milionem światełek i przycisków nie umożliwi małemu brzdącowi na zwykłe doznania cielesne. Później posiądzie naukę siadania, bo po co ma się wysilać, skoro ma wygodne oparcie i rączkami wszędzie sięga. I odwrotnie; zbytnie trenowanie dziecka – bo i ten sposób wychowania jest zauważalny, nadmiernie obciąża malucha. Trenujemy na super -malucha, a potem się dziwimy, że nasze dziecko bywa nieznośne i krzyczy. Paweł Zawitkowski, więc wyjaśnia, iż u dziecka granica między akceptacją, a totalnym sprzeciwem jest bardzo cienka. I to, że przez chwilę dziecko, które uczymy chodzić będzie zadowolone z tegoż powodu, za chwilę może mieć po prostu dość. „Jedynym sensownym wspólnym mianownikiem każdej relacji czy pracy z dzieckiem powinny być jego emocjonalne potrzeby”

Bycie spełnionym rodzicem i w najprostszy sposób szczęśliwym dzieckiem nie jest tożsame z byciem najlepszym – tłumaczy Paweł Zawitkowski

Zatem, nie to jak je ubierzemy, jak będziemy trenować, jakie damy do dyspozycji krzesełka, stoliczki, wózeczki, zabaweczki, nie ważne … jak bardzo będziemy chcieli być najlepszymi rodzicami, to i tak nie spowodujemy, że nasze dziecko będzie się rozwijało dokładnie tak jak sobie to zaplanowaliśmy. Dziecko to nie wynik, na którego składają się liczby, współczynnik ryzyka, plany rozwojowe, koszty, dochody. Dziecko to też nie my. Skoro od nas wymagają bycia najlepszymi, bądźmy…ale nasze dziecko traktujmy z miłością, bo ono nie zna wyścigu szczurów. „Gorzej, jeśli zabraknie mu dotyku, czułości, kołysania, rozmów, miłości.”

 

 

Agnieszka

 

Zespół zadowolenia z życia połączony momentami euforii i ogólnego optymizmu jest pragnieniem każdego z nas. Pragnieniem tak wielkim, iż niejeden poszukiwacz szczęścia mógłby równać się poszukiwaczom złota. Pragnienie tak drogocenne unikatowe, że mogłoby przypadać jedynie tym urodzonym pod szczęśliwą gwiazdą czy też w przysłowiowym czepku. Nic bardziej mylnego.

Przez ostatnie niemalże 10 lat grzebałam w swoim życiu, wiecznie doszukując się odpowiedzi na słowo dlaczego. Każdy większy problem, rozdrabniałam na inne mniejsze, a te z kolei wciąż analizowałam. Mówiłam o swoich problemach, radziłam się innych, porównywałam je do doświadczeń osób w podobnych sytuacjach, czytałam książki psychologiczne oraz korzystałam z terapeutów, a nawet za namową znajomych niekiedy z porad wróżbiarskich. W mojej głowie wiecznie żyły moje problemy, stały się częścią mnie i mojego życia.

” Na tym polega problem. Większość ludzi myśli o tym, czego nie chce, i zastanawia się, dlaczego to co niechciane bezustannie pojawia się”
Sekret Rhonda Byrne

Mapa Myśli z Freepik.com Na jej podstawie, zobacz jak możesz rozciągnąć swój problem

Mniej więcej rok temu, trafiłam na film, a potem na samą książkę „Sekret”Rhonda Byrne. Zapewne większość z Was wie, o czym traktuje książka i zna tajemnice Wielkiego Sekretu. Jednak dla tych, którzy po raz pierwszy zetknęli się z tym tytułem wspomnę, iż chodzi w niej o prawo przyciągania. Książka traktuje o tym, iż myśli działają jak magnes i przyciągają to o czym myślimy. Oznacza to, iż każda nasza myśl jest odzwierciedleniem naszego życia. I jeśli myślimy negatywnie, wówczas nasze życie jest pełne trosk i obaw. Gdyż rozgrzebywanie problemów bywa bardzo często naszą trucizną, którą zresztą sami sobie podajemy.

Przytoczę prosty przykład: jadąc samochodem na spotkanie trafiasz na zakorkowaną ulicę i stoisz dobrych kilka minut, jaka wówczas pierwsza myśl przychodzi Ci do głowy? Dam Ci chwilę do namysłu…………………………………………………………. Większość z was zapewne odpowiedziałaby :”żeby się nie spóźnić”. W sytuacji odmierzającej czas, powtórzylibyście te słowa jeszcze wielokrotnie „żeby się nie spóźnić”, a owe nawracające myśli nabrałyby więcej mocy i realizmu i w konsekwencji….? Spóźnilibyście się. Według Rhonda Byrne pojawiająca myśl, bez względu na to w jaki sposób my ją chcemy widzieć lub słyszeć, jest myślą która ma swoje odzwierciedlenie w naszym życiu. To jest jak samospełniająca się przepowiednia. Zresztą podobnego zachowania można się dopatrzeć u osób po wyjściu od „wróżek”. Pamiętam dwie kobiety, którym wizjonerka przepowiedział rozpad małżeństwa z powodu zdrady męża. Oczywiście owa wizjonerka podała też masę rad w postaci zabobonów i innych rytuałów, za które należy dodatkowo płacić, ale które to miały uchronić kobiety przed dramatem. Jedna z nich, śmiała się z tego głośno i nigdy więcej nie wróciła do tematu. Po prostu uznała to za oszustwo i tyle. Nawet więcej o tym nie wspominała, chociażby dlatego iż rozpowiadanie takich rzeczy byłoby dla niej wielce wstydliwe. Natomiast ta druga, po wyjściu od wizjonerki, diametralnie zmieniła swoje zachowanie. Jej myśli głównie skupiały się na słowie zdrada, której na siłę wszędzie się doszukiwała, a domniemaną kochankę widziała w każdej innej kobiecie dookoła. Zazdrość oraz poczucie straty na stałe zagnieździły się w jej myślach. Tylko, że dziś obie są już dobrze po czterdziestce, i ta pierwsza jest w dalszym ciągu szczęśliwą mężatką od dwudziestu lat, a ta druga samotną rozwódka już od około ośmiu.

„Jeśli potrafisz myśleć o tym, czego chcesz i uczynić z tego dominującą myśl, to sprawisz, że pojawi się to w Twoim życiu. Zasadę tę można wyrazić w trzech prostych słowach. Myśli się urzeczywistniają! ” Rhond Byrne

I tak już pozostawiona świadomości własnych myśli; nauczyłam się więcej uśmiechać w mej głowie. Nie przyszło to łatwo. Tak jak będąc w ciszy bez problemu mogłam odsunąć negatywne myśl, to jednak gdy tylko usłyszałam muzykę niosącą wspomnienia, złe wiadomości w telewizji lub też słyszałam o problemach innych, od razu w mojej głowie narastał niepokój i lęk. Nagle te negatywne myśli w zastraszającym tempie ponownie się mnożyły, a ja znowu czułam ten ciężar. Zatem …. przestałam oglądać telewizję; wybieram jedynie programy naukowe lub przyrodnicze, a unikam wszystkich przedstawiających dramaty innych. (Pragnę zaznaczyć, iż niestety tych ostatnich jest cała litania na kanałach cyfrowych.) Jeśli zaś chcę dowiedzieć się czegoś z najświeższych informacji z kraju i ze świata, sięgam do sieci, gdzie mogę sama dokonać wyboru interesujących mnie wiadomości. Nie dopuszczam do mych uszu rzeczy zupełnie mi dalekich, które wpajane są nam do głów, że powinniśmy się nad nimi użalać lub je opłakiwać. Skoro nie mam żadnej mocy, zmienić sprawy, czemu więc moja głowa musi mieścić te problemy? Owszem przyjmuje do wiadomości, ale wcale nie mam zamiaru nad nimi ślęczeć.

Dodatkowo unikam słuchania powtarzających się problemów znajomych. Wybaczcie kochani :) Owszem mogę wysłuchać raz lub dwa, natomiast nie potrafię być na co dzień z nimi i się nimi niepokoić. Stałam się bardziej asertywna, wyobrażając sobie dookoła siebie taki płaszcz ochronny, którego nie pozwolę nikomu zniszczyć. W domu wybieram ciszę, bo ta mnie relaksuje i nadaje mojemu duchowi więcej optymizmu.

Na codzień przestałam karmić się problemami świata. I pokochałam życie na nowo, odnajdując w nim małe szczęścia.

I to nie jest tak, że nie mam żadnych problemów. Mam i nawet w dalszym ciągu się nimi dzielę. Szczerze doceniam tych, z którymi mogę o tym porozmawiać. Tylko jest pewna zasadnicza różnica. Powiem raz, dwa i koniec. I uwierzcie mi to działa !!! Problemy nie narastają, ja się nie zamartwiam. Czuję się zdecydowanie lepiej. I zauważyłam, iż więcej radości zaczęły sprawiać mi najprostsze rzeczy, zwykłe widoki, wspaniałe zapachy. Staram się odnajdywać więcej zadowolenia w rzeczach nie tych, które pragnę, ale w tych które mam. I TO DZIAŁA, bowiem dziś wiem, że szczęścia są małe jak w tej wspaniałej piosence Roberta Jansona Małe szczęście.

Na koniec tylko wspomnę, iż pisałam ten artykuł wielokrotnie. Co napisałam, jak nigdy wcześniej, ciągle mi się coś psuło i w konsekwencji nic nie zapisywało. Myślałam, że coś mną zaraz tąpnie, aż w końcu sama zauważyłam, że przecież piszę o problemach i o negatywnych myślach, więc sama przywołuję je do siebie. Zatem uśmiechnęłam się na całego i głośno pomyślałam : „Tym razem skończę ten artykuł, bo jestem w tym najlepsza”

Myślcie o sobie właśnie w ten sposób, bo jesteście wspaniali i macie w sobie potężną moc, którą możecie zmienić swoje życie.

 

 

Agnieszka

Moje heurystyki oceniania – anegdota

39

„(… )nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże.”

„ Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche mama.”

To było ciepłe niedzielne popołudnie. Wiosna już w pełnej krasie, powiew zielonych pęków, drzew i ta świeżość, otaczająca atmosferę. Idealna pora na spacer. Wydeptaną ścieżką prowadzącą z ulicy Sikorskiego w Warszawie, aż do Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie zobaczysz matki pchające wózek z dzieckiem, biegające dwulatki z opiekunką lub babcią, starców mieszkających nieopodal, a nawet kury wybiegające zza płotu małej działki jeszcze pamiętającej lata 70’ ubiegłego wieku. To taki inny świat, a odległy zaledwie kilkadziesiąt metrów od jednej z ważniejszych ulic w tym rejonie Warszawy. Część owej ścieżki, mniej więcej na tyłach kampusu wyższej uczelni, przechodzi przez kawałek lasu. Pamiętam jeszcze, że jak byliśmy dziećmi biegaliśmy tam bawiąc się w rowerowe podchody. Często podzieleni w dwie grupki zastawialiśmy się przeszkodami, nawzajem wyznaczaliśmy sobie zadania. Wyprawa do lasu usłana wręcz była tajemniczością, a celem nierzadko znalezienie skarbu. Mając dziesięć lat i zgraną paczkę podwórkową, osiedle i najbliższa okolica stają się siatką, planem na mapie jeszcze nieodkrytych terytoriów, w które można zapuszczać się dalej i jeszcze dalej. I podczas jednej z takich wypraw, mając bagaż przytwierdzony z tyłu do mojego „Pelikana”, wyruszyliśmy na podbój jaszczurkom. Nasza ekipa, tuż za rozłożystymi krzakami, w odległości około stu metrów od ścieżki, rozbiła swoją bazę, a następnie szperała w ściółce, liściach, korach drzew, by znaleźć choć jednego gada, gdy nagle usłyszeliśmy warkot silników. Zauważyliśmy, że w naszą stronę zbliża się około dziesięciu motocyklistów. Poczuliśmy strach. Z naszej kryjówki obserwowaliśmy: jak się zatrzymali, krzyczeli, przeklinali. Byli młodzi, ubrani zupełnie na czarno, w skórzane kurtki z jakimiś srebrnymi szpikulcami, a na szyjach u niektórych widoczna była dziwnie zaciśnięta obręcz. Ich niecodzienny strój i zachowanie, wprawiały nas w narastający niepokój, który apogeum osiągnął, kiedy owi młodzi ustawili się w krąg i zaczęli mówić jakimś dziwnym językiem. Później, gdy tylko usłyszeliśmy satan, nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże. Nigdy później nie pedałowałam tak szybko jak tego dnia. Sataniści próbowali nas przegonić, z tyłu słyszałam, jak krzyczeli, że nie wolno nam się samym pałętać po lesie. I coś jeszcze, że im przeszkodziliśmy w jakimś obrzędzie.

Później, już ze swoim dzieckiem, ilekroć przechodziłam tą drogą, uciekałam się do retrospekcji. Słyszałam w sobie ciche „uważaj”. I mimo, że tak naprawdę nigdy mi nic nie groziło, nawet ze strony tamtych motocyklistów, bo przecież tylko krzyczeli; a krzyczała także często i sąsiadka Malicka, to jednak emocje, które powstały tego dnia, w tym lesie, wiele lat temu, głęboko zakorzeniły się w mojej świadomości. Bo do owego wiosennego niedzielnego popołudnia, zagrożenia- jeśli już miałam upatrywać się w ludziach, to tylko w tych odbiegających od norm społecznych. Jakkolwiek inaczej ubrana postać, niezwyczajne zachowanie, inny wyraz twarzy, glany i skóra, podbite oko ; chwytałam mocniej córkę by ustrzec ją przed ewentualnym niebezpieczeństwem. I sama z uwagą, ostrożnością przechodziłam obok tych „dziwnych”.

Heurystyka jest to reguła myślenia, uproszczona i często służąca do rozwiązywania jakiegoś problemu. Na przykład: jeśli kupię produkt w sklepie ze zdrową żywnością, wówczas z pewnością będzie on dobry dla mnie. Jeśli widzę schludnie ubranych,spokojnych ludzi, jestem przekonana, że nic mi nie grozi w ich towarzystwie.

I właśnie ścieżką mych doświadczeń lat dzieciństwa, tego wiosennego dnia, z 4-letnią córką i małym szczeniakiem rasy seter irlandzki, wracałyśmy do domu. Dookoła, nie widziałam żadnego zagrożenia, żadnych niezwyczajnych postaci. Ba, więcej…dało się usłyszeć z pobliskiego kościoła dzwon bijący na koniec mszy. To od razu wzbudziło we mnie jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa; mogłam więc beztrosko poddać się niedzielnej aurze, wtopić się w tłum tych zwyczajnych i nie myśleć o żadnym zagrożeniu. Po drodze śpiewałyśmy piosenki, zbierałyśmy bazie, prowadziłyśmy naszego szczeniaka na smyczy, mijałyśmy innych: również z pieskami, rodziny z dziećmi, pary starsze i młodsze, wnuków z dziadkami.

Jak widać z moich dwóch historii, wierząc swoim utartym przekonaniom, w życiu można się bardzo zdziwić.

W którymś momencie zauważyłam wyłaniającą się zza horyzontu, podążającą z na przeciwka starszą, bo mniej więcej po sześćdziesiątce parę. Oboje poruszali się wolnym i spokojnym spacerowym krokiem. Kobieta w strojnym kapeluszu i eleganckim płaszczu oraz mężczyzna siwy, szczupły o pociągłej twarzy, dobrze wyglądający, również dostojnie ubrany. Szli blisko siebie, kobieta pod rękę trzymała mężczyznę. Pamiętam, iż patrząc na nich z daleka, pomyślałam, że z pewnością są małżeństwem z długim stażem i najprawdopodobniej wyszli właśnie z kościoła. Z córką śpiewałyśmy wtedy „Stokrotka rosła polna…” i byłyśmy rozkosznie zabawne, całkowicie nie spodziewałyśmy się żadnego zagrożenia, które miało zajść za niecałą minutę. Wcale nie złapałam swojej córki mocno za rękę, by ją wcześniej ustrzec, wcale nie byłam czujna, w głowie nie brzęczało mi ciche „uważaj”, bo dookoła najzwyczajniej nie widziałam żadnego niebezpieczeństwa. Dopiero wtedy, gdy się mijaliśmy…mężczyzna bardzo władczo i stanowczo powiedział –Zabieraj tego psa. – Nie wiedziałam o jakiego psa mu chodzi, o tego mojego małego Artesa, idącego grzecznie na smyczy? Nie ważne, i tak nie miałam nawet chwili do namysłu, bo mężczyzna wyjął nagle coś z kieszeni i zaczął pryskać. Opryskał mnie, córkę i psa. Od razu upadłyśmy, obie.Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche „mama”. Po paru sekundach uświadomiłam sobie, że facet, bo mężczyzną nazwać go nie można, dosłownie potraktował nas gazem obezwładniającym. Ile sił mogłam, chwyciłam córkę na ręce i z trudem, naprawdę z trudem wygrzebałam się z tego miejsca. Chciałam byśmy oddaliły się od tego punktu, gdzie został puszczony gaz. I gdy tylko to zrobiłyśmy, kazałam córce wdychać głęboko czyste powietrze. Obie byłyśmy bardzo roztrzęsione. Nasz Artes schował się w krzakach i ledwo dyszał. Odciągnęłam go również. I wtedy spojrzałam przed siebie, ci ludzie, wolnym krokiem szli dalej, jakby nigdy nic. Nie mogłam w to uwierzyć. To był normalny atak z ich strony, widzieli, że obie przez chwilę leżałyśmy, a oni nic….dalej szli swoim wolnym krokiem. Jedynie z całych sił wykrzyczałam „wy skur……..”. Nie myślałam o wzywaniu policji, a o nas. By jak najszybciej dotrzeć do domu, zdjąć ubrania, porządnie zmyć z siebie opary i umyć psa, który ledwo dyszał mając w sierści szkodliwą substancję.

Jak widać czasem heurystyka oceniania potrafi bardzo zmylić

 

 

Agnieszka

 

Przez ostatnie lata mocno zauważalne staje się zainteresowanie pedagogiką i rodzicielstwem Pojawiają się nowe opracowania odnośnie wychowywania, kształcenia, ukierunkowania młodych obywateli. Pedagodzy nieustannie mają szkolenia, rozpieczętowywane są nowe poglądy na temat wszelakich zespołów zaburzeń emocjonalnych i tych uchodzących za chorobowe. Głośno stało się na temat ADHD, modny stał się Asperger, wykrywa się liczne problemy integracji sensorycznej. Znani psychologowie, pediatrzy oraz profesorowie stawiają nowe tezy na temat wychowania. Do głosu dochodzą rodzice, stacje telewizyjne, sieć, radio. Powstają liczne ruchy rodzicielskie ukierunkowane w konkretnym celu, prowadzone są publiczne dyskusje odnośnie podstaw programowych lub chociażby zasadności szczepienia na niektóre choroby. Innymi słowy, dziś społeczeństwo skupia się głównie na naszych dzieciach i ich problemach. Bynajmniej, nie chcę głosić, iż tak być nie powinno. Wręcz, przeciwnie; cieszy fakt, iż staranie przykładamy się do kształcenia naszych obywateli. Obywateli, którzy już za dziesięć, dwadzieścia lat będą stanowili o naszym kraju, naszej przyrodzie, naszym społeczeństwie. To oni wykształceni, zdiagnozowani od dzieciństwa, ukierunkowani zasiądą na stanowiskach, będą lekarzami, informatykami, nauczycielami, artystami. .. No właśnie, będą.

Lekarz Endokrynolog z prywatnej warszawskiej kliniki : Wiem, że niektórzy traktują osoby po 65 r. życia, tak jak na odstrzał. Przepisują różne leki i nawet nie tłumaczą jakie są konsekwencje ich zażywania.

A co dzisiaj? Odnoszę wrażenie, że idąc mocnym zainteresowaniem młodym pokoleniem jednocześnie zapominamy o innych. Na siłę próbujemy kreować młodych, skupiamy się na sobie i naszych potrzebach. I im bardziej brniemy w tę stronę, tym mniejsze jest nasze zaangażowanie się w niesieniu pomocy ludziom starszym. Odważnie, śmiem stwierdzić, iż w owym dzisiejszym chaosie dnia codziennego zapominamy o ich potrzebach, niekiedy przechodzimy zupełnie obojętni widząc, chociażby jak starsza pani na ulicy ma problem przy wejściu do klatki po schodach. Ile czasu media poświęcają tematyce dotyczącej potrzebom tych najstarszych, naszych dziadków i babć, ludziach, którzy tworzyli nasze państwo, nasze społeczeństwo. Pokazali kierunek, uczyli nas, kształcili i wychowywali przez lata. Jak my się im teraz odwdzięczamy?

Byłem u sąsiada z matką, to był Uniewski. Miał sklep u nas we wsi. Matka załatwiała tam swoje sprawunki, kiedy ja podszedłem do Uniewskiego. Siedział ze słuchawkami przypiętymi do takiej długiej sztycy, po której szedł kabel od dołu do góry. Pamiętam, że był bardzo przejęty. I do dziś, nie zapomnę; podał mi na chwilę te słuchawki. Usłyszałem transmisję z pogrzebu Piłsudskiego. Tak, to był dobry gospodarz. Tak mówili moi rodzice i cała wieś. Trzymał mocno Polskę.

Tato zmarł, kiedy byłem mały. Wojna szła i wieści, że do Buga mają iść Niemcy, a zza Buga Ruscy. Tato się bardzo denerwował. I coś źle zaczął się czuć. I jak w piątek się położył w 1939, to za tydzień w niedzielę zmarł. Zostali my sami z matką. Ja najstarszy, potem mój brat i trzy siostry. Miałem 9 lat, a mój brat 6, kiedy zaczęli my pracować na gospodarstwie. Najsamprzód matka wzięła parobka, który nas uczył, a potem już my sami wszystko robili. Tak, Agnieszko…nie to co dziś. ( śmiech ) , że dzieci siedzą przed telewizorem i się im jeszcze podaje. My o 4.00 rano przy krowach już byli, a na 7.00 w szkole. Po szkole obiad matka dawała i znowu się pracowało na gospodarstwie. A jak, wojsko przyszło, to ja uciekł z pięcioma krowami w pole i las. I tam dwa tygodnie siedziałem. Tylko brat donosił mi chleba. A no, uciekł…bo wojsko w ten czas zabierało wszystko z gospodarstw. I jakby te krowy zabrali, to źle byłoby dla nas. Później, jeszcze Niemcy u nas sobie obóz rozbili. Bo to tak było, że jak szli, to wynajdywali sobie gospodarstwo i jakiś czas mieli tam swoją tak jakby kwaterę. Jeden pokój matki wzięli. My wszyscy spali w kuchni. Pewnie, żem się bali. Tylko bardziej Ruskich.

Żydzi? Byli, wioskę dalej, mieszkało ich dużo. Wywieźli, opustoszało. Tylko pamiętam jednego dzieciaka, znałem ja go ze szkoły. Chyba się został, bo przychodził od czasu do czasu. Jakm go widział, to pajdę chleba mu dawałem. A, co ty byś nie dała? A, no pewno, że dałabyś. Dzieciak, ledwo chodził. Biedny był bardzo.

W 1946 roku, zaraz po wojnie, kiedy miałam 16 lat siostra mojej matki, wzięła mnie do Warszawy. Pamiętam jak dziś, na Wileńskim byli tacy mali chłopcy i krzyczeli „Na Wilsona”, „Na Wilsona”. Powozili. Ja później też furmaniłem, 8 lat. Ciotka miała taką firmę, zakupiła konia z wozem. Ja na nim jeździłem, a później zarobili my pieniądze na drugiego konia z wozem i wreszcie też na trzeciego konia z wozem. Odgruzowywałem Warszawę, śpiewałem piosenki, budowałem, poznałem babcię, ściągnąłem brata do pracy. Najsamprzód Stasiek furmanił, ale później kupił przedwojenną Dekawkę ( śmiech ), myślał, że będzie więcej zarabiał, ale wiecznie ją remontował.

Później kupiłem plac przy ulicy Tuszyńskiej, dokładnie na Agrafki 44. Postawiłem dom i stajnie. W tej stajni później było moje wesele z babcią. Niedużo osób było, tylko rodzina …no może czterdzieści parę. I za jakiś czas z tej stajni zrobiłem drugi dom, w którym już zamieszkaliśmy. Tam na świat przyszły nasze córki.

Później dom z babcią wybudowałem na Sadybie. Do dziś tam mieszkamy. To piękny dom. I wiesz, nas stać było na ten dom, na samochód i na kupienie mieszkania jednej z córek. Ja pracowałem tyle lat i nigdy nie miałem takiego problemu z pracą, jak teraz się słyszy. Bo ja wiedziałem, że jak odejdę z jednej roboty, to zaraz pójdę do drugiej. Nie tak jak teraz porobili, że trzeba gdzieś dzwonić, umawiać się, coś wysyłać, czekać miesiące, aż się odezwą. Tak, tak… praca kiedyś była. I wbrew temu co dziś gadają, w tamtych czasach było nam lepiej żyć. Bo Agnieszko, ja mam żal. Bo teraz z takiej pracy jak my kiedyś mieli, nikt domu nie postawi. I żal, bo wszystko wyprzedali. Zobacz, elektrownie, fabryki, tereny … toż wszystko com odgruzowywali, budowali, sprzątali … wszystko, co przynosiło olbrzymie pieniądze, dziś się nie opłaca. Im się nie opłaca! Tym, co na tych stołkach siedzą! Im się nie opłaca!!! W takim razie ja się pytam : czy nam się opłacało odbudowywać kraj?

Do głosu żalu dochodzi jeszcze ten jeden „czy nas ludzi starszych jeszcze słyszycie?”

Ludmiła lat 78: Od wielu lat mam problemy z nogą. Trudno mi się chodzi. I kiedy chcę przejść przez jezdnię,długo muszę stać. U nas nie ma świateł, a żaden nie chce się zatrzymać

Waldemar lat 80: Nie mogłem wypełnić tego druczku. Była kolejka i nikt mi nie pomógł. Nie widziałem dobrze tych małych literek, zresztą nie na moją głowę. Wprowadzają jakieś rzeczy, a ja tego nie rozumiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy w gąszczu tych wszystkich naszych sprawunków, zniknęła nasza wrażliwość na ludzi, którzy przeżyli dużo więcej niż my? Dlaczego zapominamy? Przecież oni mają nam do opowiedzenia piękne historie i jest dosłownie jeszcze chwilka czasu, by to usłyszeć. Za zasłoną zmarszczek, niekiedy wolniejszych ruchów, brakiem refleksu kryją się ludzie, którzy w swoich głowach czują się tak jak Wy teraz. Ile jest zorganizowanych klubów seniora, ile prowadzonych badań związanych z opieką nad nimi, ile wątków poruszanych publicznie, ile nowych kierunków otwieranych na uczelniach związanych z tematyką osób starszych? Czy wiemy, jak się czują dziś? Na pytanie, jak się czuje moje dziecko w danej chwili, w danym momencie, potrafimy wypowiedzieć się poruszając różne sfery, tymczasem jak się czuje Twoja babcia, Twój dziadek? Potrafisz odpowiedzieć? Wiesz, o czym marzy? Czego żałuje, czego potrzebuje? Jak wygląda ich dzień, czy się nudzą, co ich interesuje? Opowiedzieli Ci już swoją historię? Pokazywali Ci swoje zdjęcia, opowiadali o obyczajach tamtych lat? Mówili o radościach? Ile razy ich odwiedzasz, ile razy im pomagasz? Jak społeczeństwo wspiera tę najstarszą grupę?

Dziś ucząc naszych maluchów i poświęcając im ogrom czasu, w jakiś sposób ich rozpieszczamy. I dzieci to czują , wyraźnie słyszą od nas: „tak wy, jesteście dla nas bardzo ważni”. Wcale nie neguję tego, tylko czy nasze dzieci słyszą także inny przekaz „wasi pradzidkowie i dziadkowie są również dla nas bardzo ważni i należy o nich pamiętać ”? Ten ostatni jest słabo słyszalny. Istnieje, wiec obawa, iż rzeczywiście wychowamy doskonałych obywateli, którzy będą tymi lekarzami, informatykami, nauczycielami, artystami, prawnikami i innymi specjalistami wyedukowanymi w różnych dziedzinach życia, ale bez wpojonego przekazu, by pomagać ludziom starszym…. czyli w przyszłości także nam. To trochę tak, jakbyśmy sami sobie wbijali gola.

 

Piszę o tym, gdyż twardamatka to nie tylko matka, ale także wnuczka.

 

 

Agnieszka

 

 

 

TM : Pozwól, że na początek przytoczę wypowiedź jednego z forumowiczów nto.pl. Użytkownik kryjący się pod pseudonimem Benon w wątku” Tusk wyciąga ręce po sześciolatki” tak oto – dla mnie zaskakująco – wyjaśnia :  Tuskowy rząd – w szczególności sam premier i minister oświaty Krystyna Szumilas – chce wysłać dzieci do szkoły o jeden rok wcześniej. Jeden rok to dla sześciolatka aż jedna szósta jego życia. Premier Donald Tusk ma ukończone 56 lat, minister Krystyna Szumilas – 57 lat. Jedna szósta ich wieku to przeszło dziewięć lat. Można zatem powiedzieć, że 1 rok życia sześciolatka odpowiada przeszło 9-ciu latom życia osoby w wieku Pana Premiera czy Pani Minister. Czy Donald Tusk i Krystyna Szumilas chcieliby na przykład już dzisiaj być w takiej kondycji psychofizycznej w jakiej będą za 9 lat, czyli w wieku 65-ciu czy 66-ciu lat? Inne są możliwości 65-latka i inne – 55-latka, tak jak odmienne są możliwości sześciolatka i siedmiolatka. Dlatego wymagania stawiane człowiekowi muszą być adekwatne do okresu rozwojowego, w którym się on znajduje.

PD i TM : ( śmiech )

TM: Myślę, iż forumowicz dobrze to zobrazował.

PD : Bo ma rację; dziecko na tym etapie rozwoju nie jest jeszcze gotowe do pracy w pierwszej klasie. Są fenomeny, zdarzają się dzieci, które są już rozwinięte emocjonalnie, społecznie i intelektualnie i wyprzedzają swoich rówieśników, jednak są to tylko przypadki. By móc to zrozumieć, należy wiedzieć, że wszystkie teorie rozwojowe mówią o rozwoju skokowym, a nie liniowym. Różnice pojawiają się nagle i są to różnice jakościowe, nie ilościowe. Tak jest od samego początku. Warto to pokazać na kilku przykładach z różnych okresów rozwoju, żeby dobrze zrozumieć na czym polega problem.

Faza w której noworodek nie widzi otoczenia, nie koncentruje wzroku na obiektach różni się od fazy w której on zaczyna to robić. To jest skok dosłownie z dnia na dzień. To nie jest po prostu więcej tego samego co wcześniej, tylko inny poziom. Wcześniej dla noworodka obiektów nie było, teraz są -inny świat. I dalej też tak jest. Manipulowanie przedmiotami to inna epoka niż ta wcześniejsza, kiedy tylko się na nie patrzyło. Faza samodzielnej lokomocji różni się od fazy, w której dziecko jest zdane na to, że inni będą je przemieszczać. Zresztą wcześniej też mamy taki skok, bo do pewnego momentu matka jest dla dziecka tym samym co pierś, a od pewnej chwili staje się całą osobą. To odkrycie nie do przecenienia, ale ono następuje niemal w jednej chwili.

Jest na przykład taki czas, kiedy dziecko nie potrafi zachować w umyśle obrazu opiekuna, jeśli on nie jest fizycznie obecny. Opiekun znika, to znika na zawsze. Później ta zdolność się pojawia i z tygodnia na tydzień znikanie opiekuna staje się zdarzeniem zupełnie innego rodzaju. Różnica skokowa.

Podobnie z jest wtedy, kiedy dziecko nie ma jeszcze w głowie obrazu siebie i swojego ciała jako całości, a później np. widzi siebie w lustrze. Mówi się o fazie lustra, bo uświadomienie sobie siebie, to odkrycie, pomyślenie „ja jestem, to właśnie ja”. Szympans nigdy tego nie osiąga, a dla samego dziecka świat przed i po tym odkryciu, to zupełnie coś innego. I znów – to nie jest różnica osiągana stopniowo, tylko pewien skok. To się dzieje bardzo szybko, ale każde dziecko przeżywa to w swoim momencie. Ponieważ jesteśmy w internecie, można sobie tę fazę lustra obejrzeć na filmie. https://www.youtube.com/watch?v=8DW-pyip7Yo

” (…) Oczywiście można dziecko wytresować, żeby posługiwało się liczbami na lekcji, nawet jak ma pięć lat, ale jemu na tym etapie rozwoju nie jest to potrzebne, gdyż nie myśli abstrakcjami.To jak chodzik do chodzenia. W niczym nie przyspiesza rozwoju, tylko kręci dorosłych -popatrzcie, jak zasuwa. Bez sensu. (…)”

Piaget – jeden z bardziej znanych teoretyków rozwoju poznawczego – mówi o czterech fazach rozwoju dziecka.

1 faza – [0 do 2 roku życia] sensoryczno – motoryczna – dzieci uczą się przez zmysły.

2 faza – [2 do 7 roku życia] – przedoperacyjna – dzieci starają się uaktywnić swoją wyobraźnię; mają bardzo egocentryczne spojrzenie na świat (egocentryzm oznacza niemożność zrozumienia punktu widzenia innych ludzi).

3 faza – [7-11 lat] faza operacji konkretnej – stosowanie logiki i alternatywnych perspektyw (rozumienie perspektywy innej osoby), pomaga dziecku pojąć związki przyczynowo skutkowe; dzieci mają problem z pojęciami abstrakcyjnymi.

4 faza – [ od 12 roku życia] – dzieci zaczynają myśleć abstrakcyjnie pozwala ona przekroczyć granicę czasu i przestrzeni.

I teraz najważniejsza sprawa – przejścia do kolejnej fazy nie da się wywołać sztucznie. Na przykład: jeśli dziecko nie chodzi, to w niczym nie przyśpieszysz jego chodzenia kupując mu chodzik. Dopóki nie siada, w niczym go nie pośpieszysz sadzając na siłę. Każdy człowiek ma swój rytm i właściwy dla siebie moment, kiedy to się samo uruchomi. Jeśli chodzi o młodsze dzieci w tych pierwszych dwóch latach z teorii Piageta (faza sensoryczno – motoryczna) to polecam publikacje Pawła Zawitkowskiego, gdzie on to bardzo dobrze tłumaczy i m.in. wyjaśnia, czemu naciskanie na zbyt szybki rozwój może więcej zepsuć niż naprawić.

TM: Poruszyłam ten problem w artykule „Wyścig szczurów w pieluchach” . Jednak, w dalszym ciągu nie bardzo rozumiem, jak te skoki rozwojowe mają się do dzieci 6 i 7 –letnich.

PD: W późniejszym wieku jest podobnie. Siedem lat, to nie jest przypadkowy wiek. Dużo dzieje się właśnie w tym czasie i dlatego Piaget mówi o tym przejściu – zyskiwaniu nowej perspektywy – właśnie wtedy. I znowu – skoro to jest internet, proponuję obejrzeć filmy, bo obrazem można więcej i szybciej przekazać. https://www.youtube.com/watch?v=gnArvcWaH6I , https://www.youtube.com/watch?v=GLj0IZFLKvg , https://www.youtube.com/watch?v=gA04ew6Oi9

Niestety na youtube są filmy z eksperymentami Piageta jedynie po angielsku. O co tu chodzi? Dziecko przed osiągnięciem tzw. etapu operacji konkretnej, nie posługuje się pojęciem ilości. Dostaje na przykład dwa równe rządki po pięć monet i owszem, liczy je, ale w swoim intuicyjnym myśleniu. Gdyż w oglądzie świata, który stosuje- naturalnie nie posługuje się liczbą. Zatem, kiedy jeden z rządków zostaje rozstawiony szerzej i staje się optycznie dłuższy, dziecko mówi, że to właśnie tam jest więcej monet – bo widzi dłuższy szereg. Oczywiście ono może już umieć zrobić „raz, dwa, trzy, cztery, pięć” i tak dalej, ale nie używa liczby do rozumienia świata, jeśli nie zostanie do tego zmuszone. Oczywiście można dziecko wytresować, żeby posługiwało się liczbami na lekcji nawet, jak ma pięć lat, ale jemu na tym etapie rozwoju nie jest to potrzebne, gdyż nie myśli abstrakcjami. To jak chodzik do chodzenia. W niczym nie przyśpiesza rozwoju, tylko kręci dorosłych. Popatrzcie, jak zasuwa. – Bez sensu.

To co widać na filmach nie ma nic wspólnego z ilorazem inteligencji. Po prostu pewne rodzaje operacji myślowych są dziecku w pewnym wieku niedostępne. Tak jest na przykład z argumentowaniem. Do pewnego wieku dzieci spierają się po prostu przekrzykując się opiniami. Na przykład:

- mój tata jest najsilniejszy

- a nie, bo mój

- nie, bo mój

A w pewnym momencie pojawia się nowy poziom:

– mój tata jest silniejszy, bo jest wyższy

To skok rozwojowy, bo mamy tezę, ale mamy też argument za tezą. Tego się nie przyśpieszy, ani nie wyuczy na pamięć. To po prostu trzeba osiągnąć samemu, wraz z uzyskaniem nowego poziomu rozwoju, dokładnie tak jak w pewnym momencie dziecko wstaje na nogi, albo zaczyna siadać.

” (…)W szkole problemem nie jest materiał tylko specyficzne traktowanie. Stawianie zadań i rozliczanie ich, pozostawanie nieruchomo, zakaz swobodnego kontaktowania się dzieci między sobą, kiedy tego chcą oraz rytm, inny rozkład sal, brak zabawek … Wiele sześciolatków radzi sobie z rozwiązywaniem pewnych zadań matematycznych, ale robią to przez dwie, trzy minuty. Co się stanie, jak to będzie czas wielokrotnie dłuższy? (…) „

TM: Idąc tropem twoich rozważań … wyczytałam, iż zdaniem pracowników Instytutu Gesella decyzja o rozpoczęciu nauki w szkole powinna być poprzedzona dojrzałością dziecka, nie zaś wieku biologicznego. Tylko widzisz, z jednej strony zgadzam się, iż testy oraz badania mogą nam pomóc w analizie rozwoju dziecka, z drugiej strony jednak mam obawę, że w pewnym momencie sami zapędzilibyśmy się w kozi róg, uznając iż dziecko dopiero 8-letnie jest gotowe do pójścia do pierwszej klasy, bo tak właśnie wyszły testy.

PD: W dzisiejszych czasach, w polskiej szkole – nierealne, więc nie powinnaś mieć żadnych obaw. Jak widać tendencja jest w drugą stronę. Teoretycznie można sobie wyobrazić taką sytuację, że drogą porządnych wieloletnich badań, eksperymentów, studiów, analiz, prób pilotażowych trwających wiele lat i kosztem naprawdę wielkich pieniędzy stworzono by taki program, metodykę i miejsca, gdzie dzieci 6 albo nawet 5-letnie otrzymywałyby porządny zastrzyk rozwojowy dobrze skrojony pod ich możliwości. I, że przygotowano by taką kadrę, która byłaby właśnie do tego i umiałaby wykonywać swoją pracę. Być może w niektórych krajach, gdzie dzieci uczy się wcześniej i my o tym słyszymy pod hasłem, że „przecież tam już nawet pięciolatki są w szkołach podstawowych i nie ma żadnego problemu” tak się właśnie dzieje. Ale szkoła szkole nierówna.

TM: No właśnie, pewna mama , która posłała swoje dziecko w wieku 6 lat do szkoły powiedziała, że drugi raz tego by nie zrobiła. Ma syna. I bynajmniej nie chodzi tu o to, że nie dawał sobie rady w nauce, bo w tej kwestii jest nawet b. dobrze…. tylko o jego ruchliwość na tym etapie rozwoju. To nie był jeszcze moment, by jej dziecko potrafiło skupić się, wyciszyć na dłuższą chwilę. Tymczasem – jak twierdzi owa mama- problem polegał na tym, iż nauczyciele nie byli przygotowani. Traktowali 6-latków na równo z 7-latkami ( mimo, iż klasy były oddzielnie tworzone dla tych dwóch grup ). Jej zdaniem zabrakło przeszkolenia nauczycieli, by ich podejście do 6-latków było troszkę inne jak do 7-latków.

PD : Głownie to jest problem koncentrowania się. Różne dzieci dochodzą do tego w różnych latach i przede wszystkim – nie mylmy rozwoju intelektualnego ze zdolnością bycia w szkole. To, że dziecko liczy i samo czyta nie oznacza, że poradzi sobie w szkole. W szkole problemem nie jest materiał, tylko specyficzne traktowanie. Stawianie zadań i rozliczanie ich, pozostawanie nieruchomo, zakaz swobodnego kontaktowania się dzieci między sobą kiedy chcą, rytm, inny rozkład sali, brak zabawek.. Wiele sześciolatków radzi sobie z rozwiązywaniem pewnych zadań matematycznych, ale robią to przez dwie, trzy minuty. Co się stanie, jak to będzie czas wielokrotnie dłuższy?

Warto też wspomnieć, że jest ogromna różnica między chłopcem a dziewczynką. Dziewczynki statystycznie rzecz biorąc o wiele łatwiej dostosują się do pozostawania nieruchomo w takim wieku. Chłopcy będą mieć kłopot. I to nie jest kwestia choroby (w krajach gdzie mówienie o różnicach płci nie uchodzi, takich chłopców się diagnozuje medycznie) tylko naszej biologii. Chłopcy generalnie (nie wszyscy oczywiście) biegają i szaleją więcej. Dlatego ten system premiuje dziewczynki i demotywuje chłopców.

TM: Może istnieje tu jakaś analogia, gdyż rozmawiając z rodzicami, zauważyłam, iż najczęściej właśnie Ci mający córki byli pozytywnej myśli co do pójścia 6-latków do pierwszej klasy. Na moje pytanie – dlaczego tak uważają? – Jedna z mam stanowczo mi odpowiedziała – Bo tak i już. Sama jestem po pedagogice i wiem.

PD: Być może jej córka się nadaje i mama wie co robi. W końcu zna swoje dziecko najlepiej. Statystyka nie mówi nam nic o jednostkach. Jest mnóstwo dzieci, które bez problemu poradzą sobie w szkole nawet w wieku pięciu lat. Mówmy jednak o całej Polsce.

TM: W takim razie, co powinien zrobić rodzic, jeśli jednak posłał swoje dziecko do klasy pierwszej, a teraz tego żałuje? Czy myślisz, że powtarzanie klasy byłoby dobrym rozwiązaniem?

PD: Nic nie da się powiedzieć, nie widząc konkretnego dziecka. Pamiętaj, że czytają nas różne osoby i mogą być one w całkiem różnych sytuacjach. Generalnie ja nie posyłałbym dziecka do szkoły, jeśli na początku miałbym jakiekolwiek wątpliwości, czy to nie za wcześnie. Natomiast jeśli już się to zrobiło i coś nie idzie, to najważniejsze jest znaleźć odpowiedź na pytanie gdzie jest problem. Czy dziecko nie radzi sobie z materiałem, czy z dłuższym koncentrowaniem się, czy z pozostawaniem dłużej nieruchomo, czy z rówieśnikami, czy z rozłąką..? A może sami mamy jakąś szkolną traumę i rzutujemy ją na dziecko? Dobrze zrozumieć istotę problemu, to więcej, niż połowa rozwiązania.

TM: Jeszcze do końca września, możemy zawrócić takie dziecko do klasy O. Także, jest jeszcze chwilka, by zaradzić ewentualnym problemom. No właśnie, tylko że na tę sugestię, jedno z rodziców wyraźnie stwierdziło, że to mogłoby być uderzeniem w policzek dla dziecka. Otóż, dziecko mogłoby poczuć się gorzej, że gdzieś spada, że nie daje rady. Dziecko mogłoby zamknąć się w sobie. Pomyśleć: „jak, to byłem w pierwszej klasie, a teraz jestem w zerówce?”

PD : No to jest jedna z tysiąca możliwości. Pewnie wiele zależy od tego jak się dziecku tę sytuację przedstawi i w jaki sposób rozmawia się o niej z innymi dorosłymi w czasie, kiedy dziecko siedzi obok, słyszy, a my, jak to dorośli, przekonani jesteśmy, że skoro nie mówimy do niego, to ono nie słyszy.

TM: Wiesz, ja sama zauważyłam, że niektóre szkoły dziś są zupełnie nieprzygotowane na przyjęcie 5 i 6- latków. Szkoły są przepełnione, brakuje sal do zajęć i organizacji. Dzieci pozostawione same na świetlicy rano w tym chaosie, nie radzą sobie z własnymi uczuciami. Początek września mnie uderzył. Był trudny także dla mojego syna, który poszedł do klasy 0.

PD: Przede wszystkim to niczemu nie służy. Z tego, że ośmio, albo dziewięciolatki będą lepiej wypadały w międzynarodowych testach, niż dotychczas – nie wynika, że dorośli będą wiedzieć więcej niż dziś wiedzą. Są międzynarodowe testy pokazujące wiedzę dorosłych o świecie. Robiono je w wielu krajach. I miejsce kraju w teście nie ma żadnego związku z tym, w jakim wieku rozpoczyna się naukę szkolną w tym kraju. Rzecz nie w tym : nie kiedy i jak wiele wiedzy wtłacza się dzieciom, tylko w tym, ile z tej wiedzy pozostanie i na jak długo. A o tym się w Polsce w ogóle nie rozmawia, bo gdyby zacząć, to byłoby bardzo niewesoło. Kiedy się pyta polityków o szkolną wiedzę (dziennikarze często robią takie prowokacje), oni zwykle odpowiadają coś w rodzaju „maturę zdałem dawno temu, więc nie odpowiem” i nikogo to nie szokuje. A to przecież przyznanie, że system poniósł totalną porażkę. Jeśli taka odpowiedź nikogo nie dziwi, to znaczy, że wszyscy godzimy się na uczestniczenie w jakiejś maskaradzie. Ludzie w Polsce po siedemnastu latach edukacji nie są w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytania. Czy rozgrzane powietrze wznosi się, czy opada? Jak zmierzyć wysokość drzewa nie wchodząc na nie? Czy kula ołowiana spada szybciej niż aluminiowa tej samej wielkości, czy wolniej? Jakich naukowców możesz wymienić oprócz Kopernika i Curie Skłodowskiej? I jest kiepsko z tymi odpowiedziami. Rok wcześniej zaczną, to będzie lepiej? Nie sądzę.

TM: Z pewnością powinno dać nam to wiele do myślenia. Myślę, że tym akcentem możemy spokojnie zakończyć. Paweł, bardzo dziękuję Ci za obszerną wypowiedź, za wywiad i poświęcony czas dla Twardej Matki. Mam nadzieję wkrótce spotkać się z Tobą ponownie i tym razem porozmawiać o relacjach w związku między kobietą, a mężczyzną.

PD: Z przyjemnością. Tylko wówczas zarezerwuj sobie więcej czasu ( śmiech ) Pozdrawiam czytelników .

 

Paweł Droździak – psycholog, psychoterapeuta, mediator rodzinny. Pracuje z osobami mającymi trudności w kontrolowaniu zachowań impulsywnych. Prowadzi psychoterapię osób uwikłanych w związki, w których występuje element uzależnienia emocjonalnego. Jest współautorem książek: „Zawsze bezpieczna – psychologiczne aspekty samoobrony kobiet”, „Blisko, nie za blisko” i autorem serii artykułów psychologicznych pisanych dla portalu Republika Kobiet. Występuje jako ekspert w programach radiowych i telewizyjnych.”

TVN24

http://skuteczna-psychoterapia.pl/ -autorska strona Pawła Droździaka

 

 

Rozmawiała : Agnieszka

 

Metka – krótka anegdota

0

Powszechnie wzbudza podziw; mówi się, że jest szczególnym znakiem, symbolem luksusu, przynależności do tej innej grupy. Na ulicy„ noszący metkę” rozpoznają się wśród tego tłumu zwyklaków , bez żadnego emblematu. Choć jedna metka- obowiązkowo. I bynajmniej nie zastąpi ją auto za ponad 150 tyś złotych, bowiem koniecznością jest samo okrycie się choć jedną metką.

Tymczasem ona na półce w sklepie, w witrynach atelier woła i przyciąga niczym afrodyzjak. Wykręca się na różne sposoby, ubrana w wykwintne wzory i świecąca swym prestiżem. Pokazuje, że z nią jest się lepszym. I nie ważne, że portfel w kieszeni czy też w torebce, błaga o pomste do nieba, bo tylko przez chwilkę wahasz się, by w końcu wyjąć resztki z opłakanej prawie pustej sakiewki. Kupujesz metkę? Nie to ona kupuje Ciebie, kolejnego członka tej tajemniczej sektometki.

Zakładasz ją i czujesz się lepiej, bo teraz to ty jesteś ten lepszy. Nosisz na sobie emblemat i już należysz do „ nich”. Zdejmiesz emblemat, należysz do „tamtych”. Przykro mi. Uzależniasz się od „nich” i chcesz więcej metek. I im więcej ich masz, tym częściej jesteś wśród „nich”

I tu zaczyna się moja prosta na pozór historia i wątpliwości związane z niepasującym do mnie stylem bycia, a w rezultacie stylem życia. Bo ilekroć jestem wśród znajomych często słyszę nazwy metek ; tu jest cała litania tych już poznanych i druga litania, o których jeszcze nie słyszałam. Czy to wstyd? – pytam się. – Kto jak kto, ale ty powinnaś wiedzieć, co to za firma – odpowiadają. Tylko, ja nie wiem i tak naprawdę wcale nie chcę wiedzieć. Metki błyszczą i wypinają się jak tylko mogą, na wszystkich; a ja ich nie widzę. Straciłam wzrok? Mówią, mi że, że mają coś z najnowszej kolekcji tej jednej niebywałej metki, że posiadają karty VIP do tych ekskluzywnych salonów, że bywają na takich przyjęciach okraszonych emblematami spadającymi z nieba. Chyba bez konkretnego azymutu chwalą się swoją światowością, swoistym byciem i przynależnością do „nich”. Bo gdzie tu cel tych wszystkich opowieści, skoro już należą do sektometki? Zaraz, zaraz – a ja? Czy jestem „ich”?.

Dwa lata temu znajoma przywiozła ją z Paryża. Od razu bardzo mi się spodobała, w doskonałym kolorze i kroju. I na moje szczęście tak się złożyło, że ów znajoma stwierdziła, iż podobną torebkę ma już w swojej szafie, w związku z tym bez żalu zdecydowała się ją sprzedać. Następnego dnia, jako jej nowy właściciel z przyjemnością ją założyłam . Pasowała mi do wszystkiego, idealna i wygodna. Zauważyła to koleżanka mojej córki, po którą wtedy właśnie przyjechałam do szkoły. Z dużym entuzjazmem podbiegła do mnie. Podekscytowana zaczęła lekko dotykać moją torebkę i nazywać metkę po imieniu. Przez chwilę myślałam, że to jakiś gombrowiczowski absurd … ja dorosła baba, matka, a obok podekscytowana dziewięcioletnia dziewczynka o prawie trzydzieści centymetrów niższa ode mnie nazywa metki po imieniu, szasta znajomością modeli, dotyka skóry, ocenia czy prawdziwa. Patrzyłam na nią – nie wiedząc czy z podziwem, czy też z odrzuceniem. Zaczęła opowiadać o swojej mamie o i o jej metkach w szafie, rozmarzyła się snując plany o tym jakie ona sama w przyszłości będzie nosiła. Czy to ja stoję w miejscu i nie podążam za światem? Czy może świat idzie tak szybko, że ja nie potrafię go dogonić? – pytam się. Bo boję się, że wypadłam z tego biegu, że już za późno nauczyć się być wśród „nich”, chłonąć ten metkowy ideał. Stoję tak i wstyd mi, że ja nie wiem, nie znam prestiżu tej metki. Myślę sobie, ale to tylko torebka, moja torebka i bardzo mi się spodobała.

Po powrocie do domu postawiłam ją na komodzie, pośród znaczących dla mnie zdjęć, obrazów, figurek. Przez dłuższą chwilę patrzyłam się na nią… – aż w końcu przestała być tą zwykłą. Stała się czymś więcej. Skoro już małe dzieci wiedzą cóż oznaczają te wszystkie znaczki…….. Od tamtej pory moja torebka stała się moim emblematem. Zupełnie przypadkiem, bez pogoni za próżnością.

 

Agnieszka

 

Nim zaczęła się walka z paleniem, rozpoczęła się wielka przygoda z papierosem. Przypomnijcie sobie, jak to było. Popalanie podczas imprez, spotkań towarzyskich, później częściej – podczas przerw w szkole, pracy. Nim się obejrzeliście, a okazało się, że wychodziliście na fajki już kilka razy dziennie, natomiast sama paczka była już w waszej kieszeni. Z kolei za jakiś czas, stwierdziliście, że dziesięć papierosów nie wystarcza w ciągu dnia, bo zaczęliście palić także i w domu, a niekiedy w samochodzie lub na przystanku autobusowym. Również, okazało się, że nie można wypić kawy bez przysłowiowego puszczenia dymka. Zatem przy każdej filiżance mocnej czarnej lub białej w ciągu dnia, obowiązywał papieros. Inni także zauważyli jego walory tuż po wysiłku fizycznym lub seksie. I najlepiej w sypialni, w łóżku, zaraz po akcie.

Sposób na pokonanie palenia metodą MP, to długotrwały proces polegający na oduczeniu naszego organizmu od przyjmowania uzależniających substancji zawartych w papierosie.

Minęło kilka lat, może kilkanaście…a Wy wciąż palicie…mimo, że już 100 razy próbowaliście rzucić to świństwo. Czy są super metody? Przykro mi, ale nie ma. Tak samo, jak nie ma żadnych metod na odchudzanie. Wszystkie metody szybkiego i cudownego odchudzenia zostały obalone. W tym ostatnim przypadku jedynie MŻ czyli „ Mniej Żreć”, wydaje się być tą najodpowiedniejszą. I podobna metoda, którą właśnie powołuje do życia czyli MP „Mniej Palić” może także okazać się skuteczna. I tak jak nie schudniesz trwale w ciągu kilku miesięcy, tak samo nie rzucisz trwale palenia w jednej chwili. Tym, który się to jednak udało ; wielkie Gratulacje. W mojej metodzie MP, nastawcie się jednak na pracę z organizmem przez rok lub dłużej.

To tak jakbyśmy przewijali do tyłu kasetę z naszą papierosową przygodą.

Zakładam, że palisz wszędzie, gdzie to tylko jest możliwe. I bardzo chcesz rzucić ten nauk ze względów zdrowotnych i finansowych. Bowiem, paczka dobrych markowych papierosów, to koszt rzędu 13, 50 zł . Biorąc pod uwagę, że palisz właśnie paczkę dziennie, twoje wydatki to prawie 95 zł tygodniowo. Tyle, co miesięcznie za prąd lub abonament telefoniczny. Dużo ! Poza tym: twoja cera poszarzała, chcesz zajść w ciąże, masz problemy z gardłem, z sercem, nie dajesz rady podczas wysiłków fizycznych, twoja druga połówka wiecznie krzyczy na Ciebie, bo śmierdzi Ci z budzi i z buziaków nici. I od dziś chcesz przestać palić. Tylko uwaga, jeśli dziś rzucisz się na niepalenie, zapewniam Cię – będziesz dalej palić. Ta metoda nie podziała. Bo przede wszystkim w niepaleniu, chodzi o to, by oduczyć swój organizm od zażywania nikotyny i substancji smolistych. I zrobisz to w ten sam sposób, w jaki go przyzwyczaiłeś/aś. Bo Ty i Twój organizm, wbrew temu co się mówi, nie jest tylko uzależniony od nikotyny, ale od wszystkich substancji zawartych w papierosach. Wystarczy spojrzeć na te elektryczne , które mają tak, jakby czystą nikotynę. I co? Pomagają? Jednym na pewno, bo mniej palą tych tradycyjnych, ale jednak palą…lub wracają do zwykłego papierosa. Nasz organizm, źle zniósłby nagły brak substancji, które dostarczaliśmy mu od lat. Tak jak zaczynaliśmy palić…. Te pierwsze krztuszenie się, nauka zaciągania, wtedy uczyliśmy nasz organizm. Teraz kasetę przewijamy do tyłu. Oduczamy.

Zasada MP :  Nie wolno rzucać palenia w jednej chwili, to tak samo jak nie zaczynaliśmy palić paczki dziennie.

Krok pierwszy:

Zakładamy, że przestajemy palić w samochodzie i w domu,i tylko w tych miejscach. Wszędzie, gdzie to tylko możliwe palmy i wręcz napalmy się. Natomiast w samochodzie ( lub przystanku autobusowym , jeśli jeździmy komunikacją miejską ) kategorycznie zabrania się palenia. I tego musicie się trzymać. Nauczcie się niepalenia w tych miejscach, to bardzo ważne, by móc iść o krok dalej. Wychodźcie na balkon, wychodźcie z samochodu. Sami zobaczycie, że ograniczycie palenie. W dalszej podróży jadąc samochodem, wyprzedzając inne auta, nie będzie Wam się chciało zatrzymywać, by zapalić. Zimą na balkon też się nie będzie chciało wychodzić. I to nie tylko z tego powodu, że się nie będzie chciało – to też dlatego, że nauczycie swój organizm, swoją psychikę, że w tych miejscach nie palicie. Z drugiej zaś strony, wasza psychika i wasz organizm będzie dalej wiedział, że możecie dalej palić, że macie przy sobie paczkę papierosów, że w każdej chwili możecie wyjść z zakazanego miejsca i zapalić. Na tym etapie i na każdym kolejnym, psychika musi być w komfortowej sytuacji, bo inaczej nie uda się rzucić palenia. Ten etap ma trwać tak długo, by na 100 % oduczyć się palenia w tych miejscach. Być może to potrwa 2 lub 3 miesiące.

Krok drugi;

W następnym etapie uczysz swój organizm niepalenia ciągiem, od momentu przebudzenia się, do godziny 12.00 w południe. Jeśli z początku wyda się to trudne, skróć ten czas do 11. Z czasem jednak zwiększ o tę jedną godzinę. Z tego okresu pamiętam jak cieszyłam się, kiedy wybiła 12.00, bo później mogłam palić do woli, oczywiście z wyjątkiem tylko tych zastrzeżonych miejsc czyli domu i samochodu ( opcjonalnie przystanku autobusowego ) i innych, w których nie jest zakazane palenie. Wtedy też nauczyłam się pić kawę, bez  papierosa.

Ten drugi etap również trwa długo. Może nawet i dłużej od tego pierwszego. Dajmy, więc sobie na początek 4 miesiące, na totalne przyzwyczajenie swojego organizmu. To kiedy to nastąpi, rozpoznamy po tym jak rano wstaniemy i nawet nie pomyślimy o papierosie oraz nie będziemy odliczali czasu do godziny 12.00. To ma stać się dla nas zupełnie naturalne, że nie palimy do południa. I uwierzcie, to przychodzi dużo łatwiej niż, jakbyśmy nagle zrezygnowali z palenia w ogóle. W tym przypadku powoli rezygnujemy, oduczamy nasz organizm od tych uzależniających substancji. I nasza psychika, wie że będzie mogła zapalić po godzinie 12.00

Krok trzeci;

Zrezygnuj  z kolejnego przyzwyczajenia. Pamiętaj już od kilu miesięcy nie palisz w domu, nie palisz na przystanku i w samochodzie. Od czterech miesięcy nie palisz także do godziny 12.00. Gratuluję. Palisz, zdecydowanie mniej, jeśli nawet wydaj Ci się inaczej. Zobacz, że już niecodziennie kupujesz paczkę, ale co drugi, trzeci, a nawet czwarty dzień. Świetnie. Twój organizm nie krzyczy o fajka, kiedy tylko chce, bo nauczyłaś/eś go palenia o określonych porach, w określonych miejscach. Teraz przyszła kolej na następne utrudnienie. Na przykład; do tej pory po lunchu i kolacji paliłeś/aś. Postanów,  więc sobie, że od tego momentu przestajesz palić po posiłku. Możesz też wybrać inne przyzwyczajenie, np. palenie przy piwie, palenie na spacerze z psem, palenie po wysiłku fizycznym lub po seksie. Z jednego przyzwyczajenia w jednej chwili zrezygnuj. I ucz się, walcz z tym miesiąc. Nauka na tym etapie przyjdzie już dużo łatwiej.

Krok 1: Zrezygnuj z palenia w domu, samochodzie i na przystanku autobusowym.
Krok 2: Naucz się niepalenia ciągiem do godziny 12.00 w południe
Krok 3: Zrezygnuj z jednego przyzwyczajenia
Krok 4: Przedłuż czas niepalenia do godziny 15.00
Krok 5: Mniej zawsze przy sobie paczkę papierosów i trzymaj się zasad
Krok 6: Przedłuż czas niepalenia do godziny 17.00
Krok 7: Zrezygnuj z kolejnego przyzwyczajenia
Krok 8 : Wydłuż czas niepalenia do godziny 19.00
Krok 9 : Zrezygnuj z kolejnego przyzwyczajenia, jeśli takie jeszcze istnieje po godzinie 19.00
Krok 10: Pal tylko po godzinie 21.00
Krok 11: Pal tylko po godzinie 21.00, ale tylko dwa papierosy
Krok 12: Pozostań przy kroku 11 tak długo, aż samemu zauważysz, że nie palisz codziennie.

 

Jak widać z powyższego zdjęcia, kolejne kroki się powtarzają. Jednak by nasza psychika czuła się dobrze i nie protestowała, proszę noście przy sobie paczkę papierosów z absolutnym zastrzeżeniem, by przestrzegać zasad i kroków. Czasem najdzie  Was potworna ochota by zapalić, a  już będzie to ” w godzinach palenia”,  wówczas dobrze jest mieć przy sobie papierosa i zapalić, niż później złamać zasady i przekreślić to, co już zostało wypracowane. Czasem psychice okaże się wystarczająca tylko wiedza posiadania przez was papierosa. Tak było w moim przypadku. Wystarczyło, iż dotknęłam paczkę papierosów, i gdzieś ta chęć się zagłuszyła. W każdym razie, zawsze miałam przy sobie papierosy. W późniejszych etapach, po roku oduczania organizmu, więcej nosiłam ową paczkę, niż z niej korzystałam. Któregoś dnia zauważyłam, że palę paczkę na tydzień, później jeszcze mniej.  To był sukces. I tego sukcesu życzę Wam. Byście mogli skutecznie oduczyć swój organizm od palenia. Stosując się do kolejnych kroków metodą MP, po pewnym czasie zauważycie, iż po papierosa sięgacie okazjonalnie lub wcale. Bo właśnie tak, sami zaprogramowaliście swój organizm.

 

Agnieszka