twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy z tagiem: rodzina

Pamiętacie film „Dzień Świstaka” z Billem Murrayem? Jego główny bohater, prezenter telewizyjny, jedzie do małego miasteczka, aby nakręcić reportaż o dniu, w którym mały gryzoń przepowiada (lub nie) nadejście wiosny. Dziennikarz nie jest zachwycony swoją robotą, stwierdza wręcz, że to najgorszy dzień w jego życiu. Niestety, kiedy budzi się następnego poranka, szybko orientuje się, że… znów jest Dzień Świstaka! I tak w kółko…

Gdy rozmawiam z moimi przyjaciółkami, śmiejemy się, że opieka nad małym dzieckiem i bycie w domu przypomina taki właśnie „Dzień Świstaka”. Kiedy bowiem trochę „ogarniemy się” po porodzie, nauczymy się organizować sobie codzienność, a nasz niemowlak zacznie mieć regularny cykl dnia, szybko dojdziemy do wniosku, że dzień w dzień powielamy te same czynności o stałych porach. Rano – pobudka, trzeba zrobić śniadanie, wyszykować starsze dziecko do szkoły, młodsze nakarmić, ubrać, zabawić. Nastawić pranie, posłać łóżka, ogarnąć dom. Zrobić picie maluchowi, pobawić się, położyć na drzemkę. Po południu – przygotować jedzenie, wyszykować na spacer, wyjść. Zrobić po drodze zakupy. Ogarnąć starsze dziecko po powrocie ze szkoły, zrobić obiad dzieciom i sobie. Pobawić się z maluchem, położyć na drzemkę popołudniową. Starsze dziecko pogonić do zadań domowych lub/i na zajęcia dodatkowe. Zająć się młodszym dzieckiem, poświęcając mu maksimum uwagi, bo wieczorami jest już nieco marudne. Wykąpać malucha, nakarmić, położyć spać. Zrobić kolację, zagonić starszego do łazienki, następnie do łóżka, przeczytać mu książkę, zgasić światło. Usiąść w fotelu, złapać oddech i zabrać się za sprzątanie całodziennego rozgardiaszu… A rano… pobudka i… wszystko zaczyna się od nowa. Na dodatek to tylko dzień w dużym skrócie, bo do tego dochodzi mnóstwo dodatkowych, drobnych czynności, które też powtarzają się w kółko. Przewijanie, przebieranie, sprzątanie, zmywanie, prasowanie, gotowanie… uff.

Podziwiam kobiety, które doskonale sprawdzają się i realizują w domowych warunkach, a na dodatek umieją wszystko zrobić ze spokojem i zachować pogodę ducha. Ja – chociaż uważam się za osobę nieźle zorganizowaną, a na dodatek lubię mieć wszystko zaplanowane i nie znoszę nieprzewidzianych sytuacji – na dłuższą metę męczę się w domowym kieracie i po kilku dniach marzę, żeby uciec, zrobić coś innego, albo po prostu poprzebywać w świecie wyłącznie ludzi dorosłych. I choć kocham moje dzieci miłością absolutną i bezwarunkową, nauczyłam się znajdować sobie sposoby na taką właśnie domową nudę. Może ktoś z Was też zechce z nich skorzystać?

Po pierwsze – staraj się robić jak najwięcej rzeczy dla siebie. Kiedy maluch śpi (a zwłaszcza jeśli ma już mniej więcej regularne drzemki), zostaw prace domowe i zrób coś, co sprawi Ci przyjemność. Weź relaksującą kąpiel, zrób sobie manicure, obejrzyj odcinek ulubionego serialu, poczytaj książkę, posurfuj w internecie. Cokolwiek. Niech to będzie czas tylko Twój. Wiem, że to nie jest takie proste, kiedy w łazience nie domyka się kosz na pranie, czeka sterta rzeczy do prasowania, czy góra brudnych naczyń. Ale trzeba czasem odpuścić, a prace domowe można też wykonywać, kiedy maluch nie śpi. Posadź go wtedy w foteliku, albo połóż na dywanie – niech obserwuje Cię w trakcie domowych działań, to często samo w sobie stanowi dla dziecka rozrywkę. Nie działa? Wymyśl, coś, co je zajmie dodatkowo, np. włącz muzykę i zacznij tańczyć wieszając pranie. Moja córka jest tym zachwycona! Niezłą zabawę stanowi też dla niej rozładowywanie zmywarki – brzękanie garnków, talerzy i sztućców jest zawsze fascynujące. Jeśli masz nosidełko lub chustę, wsadź do niej malucha, niech niektóre prace domowe „wykonuje” z Tobą (o ile za bardzo Cię to nie męczy). Każdy sposób jest dobry, aby jak najwięcej zrobić w trakcie „czuwania” niemowlaka, a jego sen wykorzystać na relaks.

Po drugie – znajdź sposoby na odskocznię od codziennej rutyny. Dla mnie na początku nawet zwykłe wyjście z maluchem do lekarza na wizytę kontrolną urastało do rangi nie lada wydarzenia. Wymagało bowiem ode mnie innej organizacji dnia, a czas automatycznie płynął wtedy szybciej. Wiadomo, że chodzenie z malutkim dzieckiem do dużych supermarketów, czy galerii handlowych nie jest wskazane (zbyt dużo bodźców, zarazków), ale jeśli maluch nieco podrośnie, a Ty masz ochotę na takie właśnie wyjście to – nie przesadzajmy – raz na jakiś czas można sobie na to pozwolić. Tym bardziej jeśli nie mamy dziecka z kim zostawić w ciągu dnia. Spotykaj się ze znajomymi, z rodziną. Jeśli nie chcesz „targać” dzieciaka wszędzie ze sobą, zapraszaj ludzi do siebie. Tobie na pewno dobrze to zrobi, maluch będzie miał rozrywkę widząc nowe twarze. Przebywanie wśród osób dorosłych i oderwanie się od ustawicznego karmienia i przewijania to najlepsze lekarstwo na monotonię i depresję.

Po trzecie – wychodź na długie spacery. Tak, tak, wiem, w naszym klimacie często nie jest to łatwe. Doskonale to znam – obydwoje moich dzieci urodziło się jesienią. Zwłaszcza z synem było mi ciężko – kiedy mógł już wychodzić na dwór była połowa listopada, na dworze szaruga, a ja byłam tak nieogarnięta, że często, kiedy wreszcie się zebrałam, robiło się już ciemno. Mimo to wychodzenie z dzieckiem na zewnątrz jest konieczne – inaczej po krótkim czasie będziemy czuć się jak w więzieniu! Obecna pora zimowa, która na szczęście już się kończy, jest wyjątkowo łaskawa. Przez cały październik, listopad i grudzień, chodziłam z córką na dwugodzinne przechadzki, z czego obie byłyśmy zawsze bardzo zadowolone. Ponieważ nie przepadam za chodzeniem bez celu, każdego dnia wyznaczałam sobie nowe zadanie, np. pójść do dalekiej piekarni po pieczywo, zrobić zakupy w aptece, obejrzeć nowy blok pod lasem itp. A gdy brakuje mi pomysłów, albo nie mam ochoty niczego załatwiać, po prostu zakładam słuchawki, włączam muzykę albo audiobooka i chodzę w kółko po osiedlu. Kiedy pogoda zupełnie nie nadaje się na przechadzkę, wybieram się na przejażdżkę samochodową, żeby zrobić najpilniejsze zakupy, lub po prostu chociaż na chwilę gdzieś się ruszyć.

Po czwarte – zostaw dziecko pod opieką i wyjdź z domu. Oczywiście idealnie jest, jeśli mamy do pomocy dyspozycyjnych dziadków lub kogoś z rodziny, ale czasem bywa z tym ciężko. Dziadkowie daleko, ciocie pracują, mąż / partner wraca zmęczony wieczorem i przebąkuje, że najchętniej to od razu by się położył, albo posiedział przed telewizorem. Nieważne! Warto, naprawdę warto, znaleźć sposób, żeby wyjść z domu samemu. Jeśli nie mamy do pomocy nikogo z rodziny, może uda nam się znaleźć jakąś godną zaufania, niedrogą nianię na godziny? Albo sąsiadkę, dla której w zamian za opiekę nad maluchem, możemy oddać jakąś przysługę? I dlaczego to takie ważne? Ponieważ kiedy wychodzimy z domu bez dzieci, najlepiej odpoczywamy psychicznie. Pod warunkiem, że podczas takiego wyjścia nie myślimy cały czas o tym, co dzieje się z dzieckiem (a zapewniam, że jeśli zostawimy je z osobą godną zaufania, dziecku NAPRAWDĘ nie stanie się krzywda). Jeśli już naprawdę trudno o zorganizowanie opieki osób trzecich, połóż dziecko spać wieczorem, zostaw z tatą, a sama idź do kina. Albo chociaż na godzinny spacer lub pobiegać. Albo na zakupy – cokolwiek, co Cię chociaż na trochę oderwie od domowych spraw. Jedna z moich przyjaciółek mająca trójkę dzieci, po urodzeniu ostatniego, bardzo szybko – zmuszona przez życie – częściowo wróciła do pracy. Gdy stwierdziłam, że musi jej być ciężko, odparła, że wcale nie, że wręcz lubi chodzić na służbowe spotkania, bo kiedy wraca do domu, od razu kocha swoje dzieci jeszcze bardziej… I to jest to!

Po piąte – ciesz się każdym dniem, każdą nową umiejętnością, którą posiądzie Twoje dziecko. Paradoksalnie, kiedy wrócisz do pracy, będziesz pewnie tęsknić za tym, żeby posiedzieć w domu. Człowiek jest bowiem taką śmieszną istotą, że na ogół zawsze chce to, czego nie ma. Nuda i rutyna, która może być taka uciążliwa na urlopie macierzyńskim, po powrocie do pracy może Ci się wydawać najbardziej sielankowym i najpiękniejszym okresem w Twoim życiu… Dzieci są bowiem bardzo wymagające, a opieka nad nimi to ciężka praca, ale czas biegnie szybko, a one równie szybko rosną i wkrótce okazuje się, że w zasadzie to już niczego od nas nie chcą (oprócz pieniędzy, obiadu na stole i wypranych ciuchów…). Każdy okres w rozwoju dziecka niesie za sobą nowe odkrycia, a rodzicom daje różne możliwości na fajne spędzenie czasu z dziećmi. Wiem, że to banalne, ale czasem zapominamy o rzeczach najbardziej oczywistych.

Wiem też, że banalnie mogą brzmieć powyższe rady, ale naprawdę wszystkie te sposoby wypróbowałam na sobie i dzieciach. Jasne, bywają dni, kiedy nie działa nic, bo i dzieci i my miewamy swoje lepsze i gorsze momenty. I pewnie nie wszystkim moje sposoby wydałyby się godne wypróbowania, a niektóre z nich niemożliwe w realizacji z różnych względów. Każdy chyba musi wypracować własne antidotum na „Dzień Świstaka”, bo – choć podobne – u nikogo z nas te dni nie są przecież takie same… a ja chętnie podpatrzyłabym cudze sposoby na domową nudę – może jest coś, co nie przyszło mi do głowy, a mogłabym zastosować z powodzeniem?

Olga.

By dziecko Was nie rozdzieliło

117

Zadzwonił do mnie i tylko wykrzyczał – to pasożyt, je, sika, płacze i jeszcze wiecznie jest głodna. Ja po nocach nie mogę spać, bo się denerwuje, że jeszcze coś jej się stanie. Iga jest już tak zmęczona, ale nie ma wyjścia, bo ja przecież do pracy chodzę. W ciągu dnia musi dawać sobie sama radę!

Moi znajomi, piękni jak z Disneya – jak to ich określiła pewna mała osóbka na facebooku, prowadzili dotąd życie pełne spontanicznych wypadów do knajpek, klubów, galerii. W weekendy często wyjeżdżali raz w góry, raz nad morze, a innym razem zwiedzić kolejne europejskie miasto. Ich życie we dwoje było pełne romantyzmu, które zresztą uwieczniali na swoich zdjęciach rozwieszonych w domu. I tylko jednej jeszcze główki na tychże obrazach brakowało – dziecka. Już od dawna pragnęli mieć maleństwo. Marzyli o tym jakie będzie, jakby je wychowali i jak rozpieszczali. Pragnęli poświęcać mu czas. Wiktor marzył by w przyszłości składać z nim samoloty, grać w piłkę, a Iga patrzeć jak bawi się na placu zabaw. Chodzić z dzieckiem za rączkę i pokazywać świat, uczyć zarówno śmiałości i otwartości, a jednocześnie pokory. Długimi wieczorami często o tym rozmawiali. I wreszcie po wielu próbach, zdecydowali się na invitro. Ta pierwsza się nie udała. Rozpacz i żal, dopadł ich dwójkę. Ponownie wpadli w wir imprez, znajomych, warszawskich knajpek. I kiedy wreszcie uspokoili swoje smutki, po raz drugi spróbowali. Tym razem, Iga była w pewnej ciąży. Ich radość nie miała końca. On codziennie całował ją po brzuszku, rozpieszczał, było wspaniale. Mieli wszystkie nowe markowe ciuchy, wózki, mebelki, tylko odliczali dni do narodzin ich szczęścia. W końcu przyszedł ten dzień, była położna, Wiktor, cała rodzina na korytarzu – jak na filmach, idealnie.

Urodziła się piękna Marysia – tak wspaniała, jak to sobie wyobrazili. Po dwóch dniach, w końcu, przyjechali do domu. Pokoik czekał na malutką. Pierwsza kąpiel miała być nagrywana, ale maleństwo płakało, więc Wiktor odłożył kamerę i szybko z pomocą pobiegł do Igi. W nocy ułożyli Marysię do łóżeczka i sami szczęśliwi położyli się spać. Jeszcze nie zasnęli, a mała już się przebudziła na karmienie, więc mamusia nakarmiła. Po 30 minutach wróciła do sypialni, ale mała nie dała jej pospać dłużej nić 1,5 godziny. W nocy też i Wiktor był zaangażowany w zmianę pieluszek. Na drugi dzień niewyspany tata, jeszcze przed pracą szybko przeniósł łóżeczko do sypialni i przewijak. Pokoik maluszka nie wyglądał już tak uroczo.

Gdy Wiktor po całym dniu ciężkiej pracy wrócił do domu, zastał bałagan, nie było tak jak zwykle romantycznej kolacji z lampką dobrego wina, tylko rozhisteryzowana niezbyt atrakcyjna żona. Dostał do rąk płaczące dziecko… a przeciąż był zmęczony, miał odpocząć i obejrzeć mecz, bo to przecież EURO 2012. Tak to życie zaczęło przebiegać dzień po dniu. I któregoś dnia Wiktor zadzwonił, że już nie daje rady.

Niedoświadczeni rodzice tłumaczyli sobie, że za miesiąc od narodzi będzie lepiej, później, że za rok, … ale przecież za rok dziecko będzie chodziło i trzeba będzie jeszcze bardziej pilnować malucha, dosłownie latać za nim w ciągu dnia. Tymczasem noce dalej będą nieprzespane, bo w tym okresie dziecko cały czas jeszcze budzi się np. na picie.

Prawda jest taka, że dzieci zmieniają nasze życie i nie jest ono już takie jak dawniej. I niestety, dzieje się to z dnia na dzień. Nagle pojawia się maluszek, który całkowicie jest od nas uzależniony. I co gorsza, bez nas nie przeżyje. Ta odpowiedzialność za drugiego człowieka często przerasta dzisiejszych dotychczas wiecznie imprezujących i zapracowanych ludzi. Jednym przychodzi łatwiej pogodzenie się z tą zmianą, ale innym dużo trudniej. Na przykład moi znajomi niestety się rozwiedli. Kiedy Marysia miała prawie dwa latka, Wiktor uciekł od żony, do innej atrakcyjnej młodej brunetki … ale przecież ona też będzie chciała mieć dziecko i koszmar powróci.

To prawda, że dziecko przewraca do góry nogami całe życie. Sama mam maleństwo w domu, i wiem ile czasu trzeba jemu poświęcać. Czy warto decydować się na dziecko? Czy warto poświęcać się dla tej chwili, gdy dziecko patrzy na ciebie z bezgraniczną miłością i uśmiecha się do Ciebie tylko dlatego, że jesteście przy nim? Moim zdaniem tak. Jednak wówczas życie nie będzie wyglądało tak jak poprzednio. Nowy nawał obowiązków w dotychczas spokojnym domu może przyprawiać o zawrót głowy, rodzice między sobą zaczynają się kłócić, obwiniać się, a nawet ostrzej – popadają w paranoje. Dlatego bardzo ważne jest by dwójka rodziców mogła znaleźć czas wyłącznie dla siebie. Proponuję zaangażować do pomocy rodzinę lub przyjaciół, którzy mogliby zostać dzieckiem godzinę lub dwie. I ten czas wolny, mama z tatą mogą poświęcić na wspólne wyjście chociażby do kina i na chwilkę się oderwać od obowiązków rodzicielskich. Te chwile umacniają więź miedzy kobietą i mężczyzną.

 

Magda i Agnieszka

 

 

Moje heurystyki oceniania – anegdota

39

„(… )nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże.”

„ Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche mama.”

To było ciepłe niedzielne popołudnie. Wiosna już w pełnej krasie, powiew zielonych pęków, drzew i ta świeżość, otaczająca atmosferę. Idealna pora na spacer. Wydeptaną ścieżką prowadzącą z ulicy Sikorskiego w Warszawie, aż do Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie zobaczysz matki pchające wózek z dzieckiem, biegające dwulatki z opiekunką lub babcią, starców mieszkających nieopodal, a nawet kury wybiegające zza płotu małej działki jeszcze pamiętającej lata 70’ ubiegłego wieku. To taki inny świat, a odległy zaledwie kilkadziesiąt metrów od jednej z ważniejszych ulic w tym rejonie Warszawy. Część owej ścieżki, mniej więcej na tyłach kampusu wyższej uczelni, przechodzi przez kawałek lasu. Pamiętam jeszcze, że jak byliśmy dziećmi biegaliśmy tam bawiąc się w rowerowe podchody. Często podzieleni w dwie grupki zastawialiśmy się przeszkodami, nawzajem wyznaczaliśmy sobie zadania. Wyprawa do lasu usłana wręcz była tajemniczością, a celem nierzadko znalezienie skarbu. Mając dziesięć lat i zgraną paczkę podwórkową, osiedle i najbliższa okolica stają się siatką, planem na mapie jeszcze nieodkrytych terytoriów, w które można zapuszczać się dalej i jeszcze dalej. I podczas jednej z takich wypraw, mając bagaż przytwierdzony z tyłu do mojego „Pelikana”, wyruszyliśmy na podbój jaszczurkom. Nasza ekipa, tuż za rozłożystymi krzakami, w odległości około stu metrów od ścieżki, rozbiła swoją bazę, a następnie szperała w ściółce, liściach, korach drzew, by znaleźć choć jednego gada, gdy nagle usłyszeliśmy warkot silników. Zauważyliśmy, że w naszą stronę zbliża się około dziesięciu motocyklistów. Poczuliśmy strach. Z naszej kryjówki obserwowaliśmy: jak się zatrzymali, krzyczeli, przeklinali. Byli młodzi, ubrani zupełnie na czarno, w skórzane kurtki z jakimiś srebrnymi szpikulcami, a na szyjach u niektórych widoczna była dziwnie zaciśnięta obręcz. Ich niecodzienny strój i zachowanie, wprawiały nas w narastający niepokój, który apogeum osiągnął, kiedy owi młodzi ustawili się w krąg i zaczęli mówić jakimś dziwnym językiem. Później, gdy tylko usłyszeliśmy satan, nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże. Nigdy później nie pedałowałam tak szybko jak tego dnia. Sataniści próbowali nas przegonić, z tyłu słyszałam, jak krzyczeli, że nie wolno nam się samym pałętać po lesie. I coś jeszcze, że im przeszkodziliśmy w jakimś obrzędzie.

Później, już ze swoim dzieckiem, ilekroć przechodziłam tą drogą, uciekałam się do retrospekcji. Słyszałam w sobie ciche „uważaj”. I mimo, że tak naprawdę nigdy mi nic nie groziło, nawet ze strony tamtych motocyklistów, bo przecież tylko krzyczeli; a krzyczała także często i sąsiadka Malicka, to jednak emocje, które powstały tego dnia, w tym lesie, wiele lat temu, głęboko zakorzeniły się w mojej świadomości. Bo do owego wiosennego niedzielnego popołudnia, zagrożenia- jeśli już miałam upatrywać się w ludziach, to tylko w tych odbiegających od norm społecznych. Jakkolwiek inaczej ubrana postać, niezwyczajne zachowanie, inny wyraz twarzy, glany i skóra, podbite oko ; chwytałam mocniej córkę by ustrzec ją przed ewentualnym niebezpieczeństwem. I sama z uwagą, ostrożnością przechodziłam obok tych „dziwnych”.

Heurystyka jest to reguła myślenia, uproszczona i często służąca do rozwiązywania jakiegoś problemu. Na przykład: jeśli kupię produkt w sklepie ze zdrową żywnością, wówczas z pewnością będzie on dobry dla mnie. Jeśli widzę schludnie ubranych,spokojnych ludzi, jestem przekonana, że nic mi nie grozi w ich towarzystwie.

I właśnie ścieżką mych doświadczeń lat dzieciństwa, tego wiosennego dnia, z 4-letnią córką i małym szczeniakiem rasy seter irlandzki, wracałyśmy do domu. Dookoła, nie widziałam żadnego zagrożenia, żadnych niezwyczajnych postaci. Ba, więcej…dało się usłyszeć z pobliskiego kościoła dzwon bijący na koniec mszy. To od razu wzbudziło we mnie jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa; mogłam więc beztrosko poddać się niedzielnej aurze, wtopić się w tłum tych zwyczajnych i nie myśleć o żadnym zagrożeniu. Po drodze śpiewałyśmy piosenki, zbierałyśmy bazie, prowadziłyśmy naszego szczeniaka na smyczy, mijałyśmy innych: również z pieskami, rodziny z dziećmi, pary starsze i młodsze, wnuków z dziadkami.

Jak widać z moich dwóch historii, wierząc swoim utartym przekonaniom, w życiu można się bardzo zdziwić.

W którymś momencie zauważyłam wyłaniającą się zza horyzontu, podążającą z na przeciwka starszą, bo mniej więcej po sześćdziesiątce parę. Oboje poruszali się wolnym i spokojnym spacerowym krokiem. Kobieta w strojnym kapeluszu i eleganckim płaszczu oraz mężczyzna siwy, szczupły o pociągłej twarzy, dobrze wyglądający, również dostojnie ubrany. Szli blisko siebie, kobieta pod rękę trzymała mężczyznę. Pamiętam, iż patrząc na nich z daleka, pomyślałam, że z pewnością są małżeństwem z długim stażem i najprawdopodobniej wyszli właśnie z kościoła. Z córką śpiewałyśmy wtedy „Stokrotka rosła polna…” i byłyśmy rozkosznie zabawne, całkowicie nie spodziewałyśmy się żadnego zagrożenia, które miało zajść za niecałą minutę. Wcale nie złapałam swojej córki mocno za rękę, by ją wcześniej ustrzec, wcale nie byłam czujna, w głowie nie brzęczało mi ciche „uważaj”, bo dookoła najzwyczajniej nie widziałam żadnego niebezpieczeństwa. Dopiero wtedy, gdy się mijaliśmy…mężczyzna bardzo władczo i stanowczo powiedział –Zabieraj tego psa. – Nie wiedziałam o jakiego psa mu chodzi, o tego mojego małego Artesa, idącego grzecznie na smyczy? Nie ważne, i tak nie miałam nawet chwili do namysłu, bo mężczyzna wyjął nagle coś z kieszeni i zaczął pryskać. Opryskał mnie, córkę i psa. Od razu upadłyśmy, obie.Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche „mama”. Po paru sekundach uświadomiłam sobie, że facet, bo mężczyzną nazwać go nie można, dosłownie potraktował nas gazem obezwładniającym. Ile sił mogłam, chwyciłam córkę na ręce i z trudem, naprawdę z trudem wygrzebałam się z tego miejsca. Chciałam byśmy oddaliły się od tego punktu, gdzie został puszczony gaz. I gdy tylko to zrobiłyśmy, kazałam córce wdychać głęboko czyste powietrze. Obie byłyśmy bardzo roztrzęsione. Nasz Artes schował się w krzakach i ledwo dyszał. Odciągnęłam go również. I wtedy spojrzałam przed siebie, ci ludzie, wolnym krokiem szli dalej, jakby nigdy nic. Nie mogłam w to uwierzyć. To był normalny atak z ich strony, widzieli, że obie przez chwilę leżałyśmy, a oni nic….dalej szli swoim wolnym krokiem. Jedynie z całych sił wykrzyczałam „wy skur……..”. Nie myślałam o wzywaniu policji, a o nas. By jak najszybciej dotrzeć do domu, zdjąć ubrania, porządnie zmyć z siebie opary i umyć psa, który ledwo dyszał mając w sierści szkodliwą substancję.

Jak widać czasem heurystyka oceniania potrafi bardzo zmylić

 

 

Agnieszka

 

TM : Pozwól, że na początek przytoczę wypowiedź jednego z forumowiczów nto.pl. Użytkownik kryjący się pod pseudonimem Benon w wątku” Tusk wyciąga ręce po sześciolatki” tak oto – dla mnie zaskakująco – wyjaśnia :  Tuskowy rząd – w szczególności sam premier i minister oświaty Krystyna Szumilas – chce wysłać dzieci do szkoły o jeden rok wcześniej. Jeden rok to dla sześciolatka aż jedna szósta jego życia. Premier Donald Tusk ma ukończone 56 lat, minister Krystyna Szumilas – 57 lat. Jedna szósta ich wieku to przeszło dziewięć lat. Można zatem powiedzieć, że 1 rok życia sześciolatka odpowiada przeszło 9-ciu latom życia osoby w wieku Pana Premiera czy Pani Minister. Czy Donald Tusk i Krystyna Szumilas chcieliby na przykład już dzisiaj być w takiej kondycji psychofizycznej w jakiej będą za 9 lat, czyli w wieku 65-ciu czy 66-ciu lat? Inne są możliwości 65-latka i inne – 55-latka, tak jak odmienne są możliwości sześciolatka i siedmiolatka. Dlatego wymagania stawiane człowiekowi muszą być adekwatne do okresu rozwojowego, w którym się on znajduje.

PD i TM : ( śmiech )

TM: Myślę, iż forumowicz dobrze to zobrazował.

PD : Bo ma rację; dziecko na tym etapie rozwoju nie jest jeszcze gotowe do pracy w pierwszej klasie. Są fenomeny, zdarzają się dzieci, które są już rozwinięte emocjonalnie, społecznie i intelektualnie i wyprzedzają swoich rówieśników, jednak są to tylko przypadki. By móc to zrozumieć, należy wiedzieć, że wszystkie teorie rozwojowe mówią o rozwoju skokowym, a nie liniowym. Różnice pojawiają się nagle i są to różnice jakościowe, nie ilościowe. Tak jest od samego początku. Warto to pokazać na kilku przykładach z różnych okresów rozwoju, żeby dobrze zrozumieć na czym polega problem.

Faza w której noworodek nie widzi otoczenia, nie koncentruje wzroku na obiektach różni się od fazy w której on zaczyna to robić. To jest skok dosłownie z dnia na dzień. To nie jest po prostu więcej tego samego co wcześniej, tylko inny poziom. Wcześniej dla noworodka obiektów nie było, teraz są -inny świat. I dalej też tak jest. Manipulowanie przedmiotami to inna epoka niż ta wcześniejsza, kiedy tylko się na nie patrzyło. Faza samodzielnej lokomocji różni się od fazy, w której dziecko jest zdane na to, że inni będą je przemieszczać. Zresztą wcześniej też mamy taki skok, bo do pewnego momentu matka jest dla dziecka tym samym co pierś, a od pewnej chwili staje się całą osobą. To odkrycie nie do przecenienia, ale ono następuje niemal w jednej chwili.

Jest na przykład taki czas, kiedy dziecko nie potrafi zachować w umyśle obrazu opiekuna, jeśli on nie jest fizycznie obecny. Opiekun znika, to znika na zawsze. Później ta zdolność się pojawia i z tygodnia na tydzień znikanie opiekuna staje się zdarzeniem zupełnie innego rodzaju. Różnica skokowa.

Podobnie z jest wtedy, kiedy dziecko nie ma jeszcze w głowie obrazu siebie i swojego ciała jako całości, a później np. widzi siebie w lustrze. Mówi się o fazie lustra, bo uświadomienie sobie siebie, to odkrycie, pomyślenie „ja jestem, to właśnie ja”. Szympans nigdy tego nie osiąga, a dla samego dziecka świat przed i po tym odkryciu, to zupełnie coś innego. I znów – to nie jest różnica osiągana stopniowo, tylko pewien skok. To się dzieje bardzo szybko, ale każde dziecko przeżywa to w swoim momencie. Ponieważ jesteśmy w internecie, można sobie tę fazę lustra obejrzeć na filmie. https://www.youtube.com/watch?v=8DW-pyip7Yo

” (…) Oczywiście można dziecko wytresować, żeby posługiwało się liczbami na lekcji, nawet jak ma pięć lat, ale jemu na tym etapie rozwoju nie jest to potrzebne, gdyż nie myśli abstrakcjami.To jak chodzik do chodzenia. W niczym nie przyspiesza rozwoju, tylko kręci dorosłych -popatrzcie, jak zasuwa. Bez sensu. (…)”

Piaget – jeden z bardziej znanych teoretyków rozwoju poznawczego – mówi o czterech fazach rozwoju dziecka.

1 faza – [0 do 2 roku życia] sensoryczno – motoryczna – dzieci uczą się przez zmysły.

2 faza – [2 do 7 roku życia] – przedoperacyjna – dzieci starają się uaktywnić swoją wyobraźnię; mają bardzo egocentryczne spojrzenie na świat (egocentryzm oznacza niemożność zrozumienia punktu widzenia innych ludzi).

3 faza – [7-11 lat] faza operacji konkretnej – stosowanie logiki i alternatywnych perspektyw (rozumienie perspektywy innej osoby), pomaga dziecku pojąć związki przyczynowo skutkowe; dzieci mają problem z pojęciami abstrakcyjnymi.

4 faza – [ od 12 roku życia] – dzieci zaczynają myśleć abstrakcyjnie pozwala ona przekroczyć granicę czasu i przestrzeni.

I teraz najważniejsza sprawa – przejścia do kolejnej fazy nie da się wywołać sztucznie. Na przykład: jeśli dziecko nie chodzi, to w niczym nie przyśpieszysz jego chodzenia kupując mu chodzik. Dopóki nie siada, w niczym go nie pośpieszysz sadzając na siłę. Każdy człowiek ma swój rytm i właściwy dla siebie moment, kiedy to się samo uruchomi. Jeśli chodzi o młodsze dzieci w tych pierwszych dwóch latach z teorii Piageta (faza sensoryczno – motoryczna) to polecam publikacje Pawła Zawitkowskiego, gdzie on to bardzo dobrze tłumaczy i m.in. wyjaśnia, czemu naciskanie na zbyt szybki rozwój może więcej zepsuć niż naprawić.

TM: Poruszyłam ten problem w artykule „Wyścig szczurów w pieluchach” . Jednak, w dalszym ciągu nie bardzo rozumiem, jak te skoki rozwojowe mają się do dzieci 6 i 7 –letnich.

PD: W późniejszym wieku jest podobnie. Siedem lat, to nie jest przypadkowy wiek. Dużo dzieje się właśnie w tym czasie i dlatego Piaget mówi o tym przejściu – zyskiwaniu nowej perspektywy – właśnie wtedy. I znowu – skoro to jest internet, proponuję obejrzeć filmy, bo obrazem można więcej i szybciej przekazać. https://www.youtube.com/watch?v=gnArvcWaH6I , https://www.youtube.com/watch?v=GLj0IZFLKvg , https://www.youtube.com/watch?v=gA04ew6Oi9

Niestety na youtube są filmy z eksperymentami Piageta jedynie po angielsku. O co tu chodzi? Dziecko przed osiągnięciem tzw. etapu operacji konkretnej, nie posługuje się pojęciem ilości. Dostaje na przykład dwa równe rządki po pięć monet i owszem, liczy je, ale w swoim intuicyjnym myśleniu. Gdyż w oglądzie świata, który stosuje- naturalnie nie posługuje się liczbą. Zatem, kiedy jeden z rządków zostaje rozstawiony szerzej i staje się optycznie dłuższy, dziecko mówi, że to właśnie tam jest więcej monet – bo widzi dłuższy szereg. Oczywiście ono może już umieć zrobić „raz, dwa, trzy, cztery, pięć” i tak dalej, ale nie używa liczby do rozumienia świata, jeśli nie zostanie do tego zmuszone. Oczywiście można dziecko wytresować, żeby posługiwało się liczbami na lekcji nawet, jak ma pięć lat, ale jemu na tym etapie rozwoju nie jest to potrzebne, gdyż nie myśli abstrakcjami. To jak chodzik do chodzenia. W niczym nie przyśpiesza rozwoju, tylko kręci dorosłych. Popatrzcie, jak zasuwa. – Bez sensu.

To co widać na filmach nie ma nic wspólnego z ilorazem inteligencji. Po prostu pewne rodzaje operacji myślowych są dziecku w pewnym wieku niedostępne. Tak jest na przykład z argumentowaniem. Do pewnego wieku dzieci spierają się po prostu przekrzykując się opiniami. Na przykład:

- mój tata jest najsilniejszy

- a nie, bo mój

- nie, bo mój

A w pewnym momencie pojawia się nowy poziom:

– mój tata jest silniejszy, bo jest wyższy

To skok rozwojowy, bo mamy tezę, ale mamy też argument za tezą. Tego się nie przyśpieszy, ani nie wyuczy na pamięć. To po prostu trzeba osiągnąć samemu, wraz z uzyskaniem nowego poziomu rozwoju, dokładnie tak jak w pewnym momencie dziecko wstaje na nogi, albo zaczyna siadać.

” (…)W szkole problemem nie jest materiał tylko specyficzne traktowanie. Stawianie zadań i rozliczanie ich, pozostawanie nieruchomo, zakaz swobodnego kontaktowania się dzieci między sobą, kiedy tego chcą oraz rytm, inny rozkład sal, brak zabawek … Wiele sześciolatków radzi sobie z rozwiązywaniem pewnych zadań matematycznych, ale robią to przez dwie, trzy minuty. Co się stanie, jak to będzie czas wielokrotnie dłuższy? (…) „

TM: Idąc tropem twoich rozważań … wyczytałam, iż zdaniem pracowników Instytutu Gesella decyzja o rozpoczęciu nauki w szkole powinna być poprzedzona dojrzałością dziecka, nie zaś wieku biologicznego. Tylko widzisz, z jednej strony zgadzam się, iż testy oraz badania mogą nam pomóc w analizie rozwoju dziecka, z drugiej strony jednak mam obawę, że w pewnym momencie sami zapędzilibyśmy się w kozi róg, uznając iż dziecko dopiero 8-letnie jest gotowe do pójścia do pierwszej klasy, bo tak właśnie wyszły testy.

PD: W dzisiejszych czasach, w polskiej szkole – nierealne, więc nie powinnaś mieć żadnych obaw. Jak widać tendencja jest w drugą stronę. Teoretycznie można sobie wyobrazić taką sytuację, że drogą porządnych wieloletnich badań, eksperymentów, studiów, analiz, prób pilotażowych trwających wiele lat i kosztem naprawdę wielkich pieniędzy stworzono by taki program, metodykę i miejsca, gdzie dzieci 6 albo nawet 5-letnie otrzymywałyby porządny zastrzyk rozwojowy dobrze skrojony pod ich możliwości. I, że przygotowano by taką kadrę, która byłaby właśnie do tego i umiałaby wykonywać swoją pracę. Być może w niektórych krajach, gdzie dzieci uczy się wcześniej i my o tym słyszymy pod hasłem, że „przecież tam już nawet pięciolatki są w szkołach podstawowych i nie ma żadnego problemu” tak się właśnie dzieje. Ale szkoła szkole nierówna.

TM: No właśnie, pewna mama , która posłała swoje dziecko w wieku 6 lat do szkoły powiedziała, że drugi raz tego by nie zrobiła. Ma syna. I bynajmniej nie chodzi tu o to, że nie dawał sobie rady w nauce, bo w tej kwestii jest nawet b. dobrze…. tylko o jego ruchliwość na tym etapie rozwoju. To nie był jeszcze moment, by jej dziecko potrafiło skupić się, wyciszyć na dłuższą chwilę. Tymczasem – jak twierdzi owa mama- problem polegał na tym, iż nauczyciele nie byli przygotowani. Traktowali 6-latków na równo z 7-latkami ( mimo, iż klasy były oddzielnie tworzone dla tych dwóch grup ). Jej zdaniem zabrakło przeszkolenia nauczycieli, by ich podejście do 6-latków było troszkę inne jak do 7-latków.

PD : Głownie to jest problem koncentrowania się. Różne dzieci dochodzą do tego w różnych latach i przede wszystkim – nie mylmy rozwoju intelektualnego ze zdolnością bycia w szkole. To, że dziecko liczy i samo czyta nie oznacza, że poradzi sobie w szkole. W szkole problemem nie jest materiał, tylko specyficzne traktowanie. Stawianie zadań i rozliczanie ich, pozostawanie nieruchomo, zakaz swobodnego kontaktowania się dzieci między sobą kiedy chcą, rytm, inny rozkład sali, brak zabawek.. Wiele sześciolatków radzi sobie z rozwiązywaniem pewnych zadań matematycznych, ale robią to przez dwie, trzy minuty. Co się stanie, jak to będzie czas wielokrotnie dłuższy?

Warto też wspomnieć, że jest ogromna różnica między chłopcem a dziewczynką. Dziewczynki statystycznie rzecz biorąc o wiele łatwiej dostosują się do pozostawania nieruchomo w takim wieku. Chłopcy będą mieć kłopot. I to nie jest kwestia choroby (w krajach gdzie mówienie o różnicach płci nie uchodzi, takich chłopców się diagnozuje medycznie) tylko naszej biologii. Chłopcy generalnie (nie wszyscy oczywiście) biegają i szaleją więcej. Dlatego ten system premiuje dziewczynki i demotywuje chłopców.

TM: Może istnieje tu jakaś analogia, gdyż rozmawiając z rodzicami, zauważyłam, iż najczęściej właśnie Ci mający córki byli pozytywnej myśli co do pójścia 6-latków do pierwszej klasy. Na moje pytanie – dlaczego tak uważają? – Jedna z mam stanowczo mi odpowiedziała – Bo tak i już. Sama jestem po pedagogice i wiem.

PD: Być może jej córka się nadaje i mama wie co robi. W końcu zna swoje dziecko najlepiej. Statystyka nie mówi nam nic o jednostkach. Jest mnóstwo dzieci, które bez problemu poradzą sobie w szkole nawet w wieku pięciu lat. Mówmy jednak o całej Polsce.

TM: W takim razie, co powinien zrobić rodzic, jeśli jednak posłał swoje dziecko do klasy pierwszej, a teraz tego żałuje? Czy myślisz, że powtarzanie klasy byłoby dobrym rozwiązaniem?

PD: Nic nie da się powiedzieć, nie widząc konkretnego dziecka. Pamiętaj, że czytają nas różne osoby i mogą być one w całkiem różnych sytuacjach. Generalnie ja nie posyłałbym dziecka do szkoły, jeśli na początku miałbym jakiekolwiek wątpliwości, czy to nie za wcześnie. Natomiast jeśli już się to zrobiło i coś nie idzie, to najważniejsze jest znaleźć odpowiedź na pytanie gdzie jest problem. Czy dziecko nie radzi sobie z materiałem, czy z dłuższym koncentrowaniem się, czy z pozostawaniem dłużej nieruchomo, czy z rówieśnikami, czy z rozłąką..? A może sami mamy jakąś szkolną traumę i rzutujemy ją na dziecko? Dobrze zrozumieć istotę problemu, to więcej, niż połowa rozwiązania.

TM: Jeszcze do końca września, możemy zawrócić takie dziecko do klasy O. Także, jest jeszcze chwilka, by zaradzić ewentualnym problemom. No właśnie, tylko że na tę sugestię, jedno z rodziców wyraźnie stwierdziło, że to mogłoby być uderzeniem w policzek dla dziecka. Otóż, dziecko mogłoby poczuć się gorzej, że gdzieś spada, że nie daje rady. Dziecko mogłoby zamknąć się w sobie. Pomyśleć: „jak, to byłem w pierwszej klasie, a teraz jestem w zerówce?”

PD : No to jest jedna z tysiąca możliwości. Pewnie wiele zależy od tego jak się dziecku tę sytuację przedstawi i w jaki sposób rozmawia się o niej z innymi dorosłymi w czasie, kiedy dziecko siedzi obok, słyszy, a my, jak to dorośli, przekonani jesteśmy, że skoro nie mówimy do niego, to ono nie słyszy.

TM: Wiesz, ja sama zauważyłam, że niektóre szkoły dziś są zupełnie nieprzygotowane na przyjęcie 5 i 6- latków. Szkoły są przepełnione, brakuje sal do zajęć i organizacji. Dzieci pozostawione same na świetlicy rano w tym chaosie, nie radzą sobie z własnymi uczuciami. Początek września mnie uderzył. Był trudny także dla mojego syna, który poszedł do klasy 0.

PD: Przede wszystkim to niczemu nie służy. Z tego, że ośmio, albo dziewięciolatki będą lepiej wypadały w międzynarodowych testach, niż dotychczas – nie wynika, że dorośli będą wiedzieć więcej niż dziś wiedzą. Są międzynarodowe testy pokazujące wiedzę dorosłych o świecie. Robiono je w wielu krajach. I miejsce kraju w teście nie ma żadnego związku z tym, w jakim wieku rozpoczyna się naukę szkolną w tym kraju. Rzecz nie w tym : nie kiedy i jak wiele wiedzy wtłacza się dzieciom, tylko w tym, ile z tej wiedzy pozostanie i na jak długo. A o tym się w Polsce w ogóle nie rozmawia, bo gdyby zacząć, to byłoby bardzo niewesoło. Kiedy się pyta polityków o szkolną wiedzę (dziennikarze często robią takie prowokacje), oni zwykle odpowiadają coś w rodzaju „maturę zdałem dawno temu, więc nie odpowiem” i nikogo to nie szokuje. A to przecież przyznanie, że system poniósł totalną porażkę. Jeśli taka odpowiedź nikogo nie dziwi, to znaczy, że wszyscy godzimy się na uczestniczenie w jakiejś maskaradzie. Ludzie w Polsce po siedemnastu latach edukacji nie są w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytania. Czy rozgrzane powietrze wznosi się, czy opada? Jak zmierzyć wysokość drzewa nie wchodząc na nie? Czy kula ołowiana spada szybciej niż aluminiowa tej samej wielkości, czy wolniej? Jakich naukowców możesz wymienić oprócz Kopernika i Curie Skłodowskiej? I jest kiepsko z tymi odpowiedziami. Rok wcześniej zaczną, to będzie lepiej? Nie sądzę.

TM: Z pewnością powinno dać nam to wiele do myślenia. Myślę, że tym akcentem możemy spokojnie zakończyć. Paweł, bardzo dziękuję Ci za obszerną wypowiedź, za wywiad i poświęcony czas dla Twardej Matki. Mam nadzieję wkrótce spotkać się z Tobą ponownie i tym razem porozmawiać o relacjach w związku między kobietą, a mężczyzną.

PD: Z przyjemnością. Tylko wówczas zarezerwuj sobie więcej czasu ( śmiech ) Pozdrawiam czytelników .

 

Paweł Droździak – psycholog, psychoterapeuta, mediator rodzinny. Pracuje z osobami mającymi trudności w kontrolowaniu zachowań impulsywnych. Prowadzi psychoterapię osób uwikłanych w związki, w których występuje element uzależnienia emocjonalnego. Jest współautorem książek: „Zawsze bezpieczna – psychologiczne aspekty samoobrony kobiet”, „Blisko, nie za blisko” i autorem serii artykułów psychologicznych pisanych dla portalu Republika Kobiet. Występuje jako ekspert w programach radiowych i telewizyjnych.”

TVN24

http://skuteczna-psychoterapia.pl/ -autorska strona Pawła Droździaka

 

 

Rozmawiała : Agnieszka

 

W najbliższy weekend 20-22 września w Warszawie żadna rodzina nudzić się nie powinna. W tych dniach portal zwalcznude.pl, m.st. Warszawa oraz firma Boiron zorganizowali już drugą edycję Warszawskich Dni Rodzinnych. Dla rodziców i dzieci otworzy się szereg bardzo ciekawych wydarzeń. Nie tylko będzie można pobawić się na pikniku rodzinnym, gdzie przygotowano ponad 20 atrakcji, w tym możliwość malowania z artystą światowej sławy, ale również skorzystać z licznych warsztatów wspomagających i doszkalających dzieci i ich rodziców. Otworzą się przyjazne rodzinom punkty z szeroką ofertą gier, zabaw i innych bardzo ciekawych atrakcji: jak choćby nauką pływania czy jazdy konnej pod okiem wykwalifikowanych instruktorów. Dzieci będą miały możliwość zagrać w paintball, skorzystać z gier video, kina, nauczyć się gotować lub wykonywać pachnące mydłka i świece.

W Warszawskie Dni Rodzinne zaangażowane zostały liczne instytucje, kluby, kafejki i inne firmy, których spis znajdziecie na stronie www.warszawskiednirodzinne.pl Tam też zamieszczony jest cały 3-dniowy harmonogram. Uwaga; na zajęcia i warsztaty są zapisy. Dlatego już teraz zerknijcie na stronę Warszawskich Dni Rodzinnych i wybierzecie wraz ze swoją pociechą interesującą dla was pozycję. Zapiszcie się i skorzystajcie !  To nic nie kosztuje !  Są jeszcze wolne miejsca !

Warszawskie Dni Rodzinne nie tylko dla Warszawiaków ! Stolica w najbliższy weekend chętnie przywita przyjezdnych z pobliskich okolic i gości z daleka.

A już za tydzień 27, 28, 29 września spotykamy się na Gdyńskich Dniach Rodzinnych. Formuła jest analogiczna i już teraz można zacząć zapisywać nasze dzieci na zajęcia lub warsztaty.

 

Agnieszka