twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy z tagiem: życie codzienne

By dziecko Was nie rozdzieliło

117

Zadzwonił do mnie i tylko wykrzyczał – to pasożyt, je, sika, płacze i jeszcze wiecznie jest głodna. Ja po nocach nie mogę spać, bo się denerwuje, że jeszcze coś jej się stanie. Iga jest już tak zmęczona, ale nie ma wyjścia, bo ja przecież do pracy chodzę. W ciągu dnia musi dawać sobie sama radę!

Moi znajomi, piękni jak z Disneya – jak to ich określiła pewna mała osóbka na facebooku, prowadzili dotąd życie pełne spontanicznych wypadów do knajpek, klubów, galerii. W weekendy często wyjeżdżali raz w góry, raz nad morze, a innym razem zwiedzić kolejne europejskie miasto. Ich życie we dwoje było pełne romantyzmu, które zresztą uwieczniali na swoich zdjęciach rozwieszonych w domu. I tylko jednej jeszcze główki na tychże obrazach brakowało – dziecka. Już od dawna pragnęli mieć maleństwo. Marzyli o tym jakie będzie, jakby je wychowali i jak rozpieszczali. Pragnęli poświęcać mu czas. Wiktor marzył by w przyszłości składać z nim samoloty, grać w piłkę, a Iga patrzeć jak bawi się na placu zabaw. Chodzić z dzieckiem za rączkę i pokazywać świat, uczyć zarówno śmiałości i otwartości, a jednocześnie pokory. Długimi wieczorami często o tym rozmawiali. I wreszcie po wielu próbach, zdecydowali się na invitro. Ta pierwsza się nie udała. Rozpacz i żal, dopadł ich dwójkę. Ponownie wpadli w wir imprez, znajomych, warszawskich knajpek. I kiedy wreszcie uspokoili swoje smutki, po raz drugi spróbowali. Tym razem, Iga była w pewnej ciąży. Ich radość nie miała końca. On codziennie całował ją po brzuszku, rozpieszczał, było wspaniale. Mieli wszystkie nowe markowe ciuchy, wózki, mebelki, tylko odliczali dni do narodzin ich szczęścia. W końcu przyszedł ten dzień, była położna, Wiktor, cała rodzina na korytarzu – jak na filmach, idealnie.

Urodziła się piękna Marysia – tak wspaniała, jak to sobie wyobrazili. Po dwóch dniach, w końcu, przyjechali do domu. Pokoik czekał na malutką. Pierwsza kąpiel miała być nagrywana, ale maleństwo płakało, więc Wiktor odłożył kamerę i szybko z pomocą pobiegł do Igi. W nocy ułożyli Marysię do łóżeczka i sami szczęśliwi położyli się spać. Jeszcze nie zasnęli, a mała już się przebudziła na karmienie, więc mamusia nakarmiła. Po 30 minutach wróciła do sypialni, ale mała nie dała jej pospać dłużej nić 1,5 godziny. W nocy też i Wiktor był zaangażowany w zmianę pieluszek. Na drugi dzień niewyspany tata, jeszcze przed pracą szybko przeniósł łóżeczko do sypialni i przewijak. Pokoik maluszka nie wyglądał już tak uroczo.

Gdy Wiktor po całym dniu ciężkiej pracy wrócił do domu, zastał bałagan, nie było tak jak zwykle romantycznej kolacji z lampką dobrego wina, tylko rozhisteryzowana niezbyt atrakcyjna żona. Dostał do rąk płaczące dziecko… a przeciąż był zmęczony, miał odpocząć i obejrzeć mecz, bo to przecież EURO 2012. Tak to życie zaczęło przebiegać dzień po dniu. I któregoś dnia Wiktor zadzwonił, że już nie daje rady.

Niedoświadczeni rodzice tłumaczyli sobie, że za miesiąc od narodzi będzie lepiej, później, że za rok, … ale przecież za rok dziecko będzie chodziło i trzeba będzie jeszcze bardziej pilnować malucha, dosłownie latać za nim w ciągu dnia. Tymczasem noce dalej będą nieprzespane, bo w tym okresie dziecko cały czas jeszcze budzi się np. na picie.

Prawda jest taka, że dzieci zmieniają nasze życie i nie jest ono już takie jak dawniej. I niestety, dzieje się to z dnia na dzień. Nagle pojawia się maluszek, który całkowicie jest od nas uzależniony. I co gorsza, bez nas nie przeżyje. Ta odpowiedzialność za drugiego człowieka często przerasta dzisiejszych dotychczas wiecznie imprezujących i zapracowanych ludzi. Jednym przychodzi łatwiej pogodzenie się z tą zmianą, ale innym dużo trudniej. Na przykład moi znajomi niestety się rozwiedli. Kiedy Marysia miała prawie dwa latka, Wiktor uciekł od żony, do innej atrakcyjnej młodej brunetki … ale przecież ona też będzie chciała mieć dziecko i koszmar powróci.

To prawda, że dziecko przewraca do góry nogami całe życie. Sama mam maleństwo w domu, i wiem ile czasu trzeba jemu poświęcać. Czy warto decydować się na dziecko? Czy warto poświęcać się dla tej chwili, gdy dziecko patrzy na ciebie z bezgraniczną miłością i uśmiecha się do Ciebie tylko dlatego, że jesteście przy nim? Moim zdaniem tak. Jednak wówczas życie nie będzie wyglądało tak jak poprzednio. Nowy nawał obowiązków w dotychczas spokojnym domu może przyprawiać o zawrót głowy, rodzice między sobą zaczynają się kłócić, obwiniać się, a nawet ostrzej – popadają w paranoje. Dlatego bardzo ważne jest by dwójka rodziców mogła znaleźć czas wyłącznie dla siebie. Proponuję zaangażować do pomocy rodzinę lub przyjaciół, którzy mogliby zostać dzieckiem godzinę lub dwie. I ten czas wolny, mama z tatą mogą poświęcić na wspólne wyjście chociażby do kina i na chwilkę się oderwać od obowiązków rodzicielskich. Te chwile umacniają więź miedzy kobietą i mężczyzną.

 

Magda i Agnieszka

 

 

Nawet nie wiedziałam, iż wystarczy zwykłe USG, by dowiedzieć się ile milimetrów ma tłuszcz zaraz pod skórą właściwą. Tymczasem to zupełnie proste badanie trwające tylko chwilkę, gdyż wystarczy na 5 sekund przyłożyć głowicę ultrasonograficzną, pokazuje w jakim procencie obrzęki występujące chociażby na rękach, są spowodowane nagromadzonym tłuszczem, a w jakim zebraną wodą. I na całe szczęście są jeszcze lekarze, którzy wykonują takie badanie bez dodatkowych kosztów związanych z wizytą lekarską. Ot, chociażby u endokrynologa, diabetyka, ginekologa. Nie przepisują leków odwadniających jedynie na podstawie wywiadu z pacjentem i ucisków na rzekomo obrzęknięte ciało. Bowiem, same środki odwadniające są bardzo niebezpieczne dla organizmu. Wypłukują bardzo ważne minerały jak chociażby niezbędny potas, który ma wielokierunkowy wpływ na serce. „To już mit : lekki ucisk na partię ciała, by później sprawdzić czy powstaje biały dołek utrzymujący się dłuższą chwilkę oznaczający obrzęk – powiedział wczoraj jeden ze specjalistów z podwarszawskiej prywatnej kliniki – teraz bardzo dużo kobiet choruje na hashimoto, wiele z nich ma obrzęki widoczne gołym okiem, ale inne mają tak jakby opuchnięte nadgarstki spowodowane nagromadzonym tłuszczem, a nie wodą. W tym przypadku przy ucisku również pojawią się dołki. Może być to mylące dla niektórych, a podanie środków odwadniających w tym przypadku bardzo niebezpieczne”

Ten wpis publikuje ku przestrodze. Dziś 10 % populacji choruje na hashimoto. Choroba ta zbiera coraz większe żniwa. Wielu pacjentów skarży się na obrzęki, opuchlizny te długotrwałe i te krótkotrwałe. Mają problemy z przemianą węglowodanów i tłuszczy. I nie rzadko też sięgają po środki odwadniające, niekiedy nawet nie bacząc na konsekwencje, załatwiając recepty od znajomych lekarzy

 

Drifting to tak naprawdę styl życia. To wolność i przede wszystkim dobra zabawa z domieszką adrenaliny. Zawodnicy, potocznie nazywani „drifterami” to specyficzni ludzie z wielkim uśmiechem na twarzy, otwarci na świat. Wszystko to sprawiło, że zakochałam się w tej dyscyplinie i kibicuje jej rozwojowi w naszym kraju.

Prawda jest taka, że dołączyłam do Stowarzyszenia Sprintu Samochodowego na drugiej rundzie w sezonie w którym debiutował Super Drift Cup. Bacznie obserwowałam sposób organizacji zawodów. Dało mi to podstawowy pogląd na to, co jest dobre, a co trzeba by zmienić. Metodami prób i błędów z roku na rok staramy się ulepszać naszą serię. Priorytetem są dla nas zawodnicy i ich zadowolenie.

 Dla driftmania Natalia Zarudzka, o której śmiało możemy powiedzieć, iż jest organizatorem jednych z ważniejszych zawodów w driftingu. 

TM. Skąd u Ciebie Natalio, wzięło się to zamiłowanie do motoryzacji?

Sama nie wiem:) Może wyssane z mlekiem matki (mama pracowała w PIMot’cie:) Zawsze interesowałam się dlaczego samochód jedzie:) Jak to jest zbudowane? Wpadki i źle naprawiane usterki w „różnych” warsztatach frustrowały mnie. Kiedy kupiłam swój pierwszy samochód … wpadłam jak śliwka w kompot. Znam każdą jego śrubę:) rozkręciłam go do zera po czym skręciłam. Tak to prozaicznie się zaczęło. Znajomi się śmieją, że ja nastawiona jestem zawsze na KONIE i te żywe i te mechaniczne. Jest coś w tym:)

TM: Rozumiem, że na co dzień zajmujesz się pracą w stajni?

NZ : Tak, konie te nie-mechaniczne są moją drugą i równie ważną pasją.

TM: Wracając, jednak do motoryzacji…..mam wrażenie, iż przebicie się przez ten wachlarz mężczyzn w tym typowo zarezerwowanym dla nich sporcie, wcale nie musiało być łatwe dla kobiety, czy mam rację?

NZ: Czynnie działam w Stowarzyszeniu Sprintu Samochodowego organizując serię driftingową SSSuper Drift Cup. Na naszych imprezach rzeczywiście zdecydowaną większość stanowią mężczyźni. Kobiety najczęściej przychodzą jako osoby towarzyszące. Na pewno są wśród nich te, które podzielają pasje motoryzacyjną, ale nie mają siły przebicia. Utarło się, że mechanika pojazdowa to sprawa męska, bo to brudne, często wymagające dużej siły zajęcie. Mało kobiet chce być utożsamiane z tym zawodem, gdyż kojarzą to z utratą swojej kobiecości. Tylko te silne i pewne siebie w pełni rywalizują na tej płaszczyźnie z mężczyznami. I niestety, prawda jest taka, że w tym sporcie kobieta zawsze powinna wiedzieć dużo więcej niż mężczyzna. Jest dla nas stawiana dużo wyżej poprzeczka, bo przecież baba nie może znać się na samochodach. Często kobiety poniżane, degradowane, ośmieszane poddają się w walce o swoją pasję związaną z motoryzacją. I nadal są nowością w warsztatach, często przenosząc im renomę – bo jak często kobieta mężczyźnie wymienia olej w silniku?:)

Dziewczyny walczcie o swoje pasje, poszerzajcie swoją wiedzę i nie dajcie się przeciwnością. Nigdzie nie jest napisane, że mechanik musi mieć „jabłko adama”.
Natalia Zarudzka

TM Przyznam się, iż ja również byłam mocno zaskoczona, gdy pierwszy raz Cię zobaczyłam. Siedziałam i czekałam na odbiór swojego auta, kiedy przyjechałaś. Z pewnością zaczęłaś coś majstrować pod maską swojego samochodu, mówiłaś językiem motoryzacji, poruszałaś się w około tych wszystkich sprzętów niczym ja w kuchni przy pieczeniu ciasta. Ojej, co za porównanie ( śmiech ) !

NZ ( śmiech ) I dlatego chciałaś zrobić ten wywiad. Sama widzisz, że nawet na kobietę robi wrażenie druga kobieta mająca wiedzę z zakresu mechaniki samochodowej.

TM Myślę, że jakby było więcej kobiet w warsztatach, miałybyśmy do nich większe zaufanie. Kobiet zmotoryzowanych przybywa i nie rzadko jest tak, iż to właśnie my same musimy zadbać o serwis naszego auta. Tylko mam wrażenie, że przedstawicielki naszej płci bywają jednak traktowane jak „typowe blondynki”. Mechanicy wciskają im przysłowiowy kit, wyciągają pieniądze.

NZ : Szczerze mam ogromną nadzieję, że czasy naciągania kobiet w warsztatach samochodowych minęły bezpowrotnie. Duża konkurencja na tym rynku wręcz wymusza dobrą i rzetelną obsługę klienta. Raz oszukany/naciągnięty klient nigdy już do takiego miejsca nie wróci, a wraz z nim rzesza jego znajomych. Jednak aby ustrzec się przed takimi sytuacjami przede wszystkim należy zawsze kierować się do sprawdzonych/polecanych warsztatów. Po drugie: Należy zadawać pytania! To podstawa.

Należy zadawać pytania ! To podstawa. Przed jakąkolwiek wymianą mechanik, właściciel warsztatu powinien poinformować nas o swoich zamiarach, uzasadnić potrzebę wymiany oraz określić przybliżone koszty naprawy ( podając osobno cenę części wymiennej i   robocizny ) Należy także zapytać co by było gdybyśmy nie wymieniły danej części. To pytanie bardzo łatwo weryfikuje zasadność wymiany.

Przed jakąkolwiek wymianą mechanik, właściciel warsztatu powinni poinformować nas o swoich zamiarach, uzasadnić potrzebę wymiany oraz określić przybliżone koszty naprawy (podając osobno cenę części wymiennej oraz robocizny). Należy zapytać się wówczas co by było, gdybyśmy nie wymieniły danej części. To pytanie bardzo łatwo weryfikuje zasadność wymiany:)

TM:  W takim razie doradź nam, jak powinien wyglądać przegląd samochodowy…taki, w którym wymienia się olej, filtry, inne płyny? Czy na przeglądzie powinny być jeszcze inne części sprawdzone, jeśli tak, to które? I w jaki sposób kobieta, sama może sprawdzić, czy rzeczywiście przegląd przebiegł prawidłowo?

NZ: Minimum raz do roku powinnyśmy taki przegląd naszemu autu zafundować. Podczas niego mechanik ma obowiązek sprawdzić:

1. Stan ogumienia – czy jest odpowiednia wysokość bieżnika i czy jest równomiernie ścierany. Co na to przepisy ruchu drogowego: 1,6mm wysokości bieżnika jest minimalną wartością dopuszczalną do użytkowania na drodze. Z doświadczenia śmiało stwierdzam, że jeżeli bieżnik spada poniżej 4 mm, należy opony wymienić na nowe. Wydłuża się bowiem droga hamowania, zmienia przyczepność oraz efektywność odprowadzania wody. Jak sprawdzić wysokość bieżnika? Można to zrobić monetą 2 groszową. Wkładamy ją w rowek opony koroną do dołu. Jeżeli widzimy CAŁĄ koronę, oponę należy wymienić na nową.

2. Klocki hamulcowe oraz tarcze – podczas tego badania mechanik sprawdza grubość i stopień zużycia tarcz hamulcowych oraz grubość okładziny na klocku hamulcowym.W przypadku tarcz hamulcowych wentylowanych ich minimalna grubość waha się 18-20mm, przy tarczach niewentylowanych jednolitych 10-11 mm. Co ile wymieniamy tarcze? To zależy do naszego sposobu jazdy. Przyjmuje się, że tarcze wymieniamy (zawsze OBIE) po 2-3 wymianach klocków hamulcowych (60 000 – 100 000 km). Tarcze mogą ulec tzw. zwichrowaniu jak po ostrym i długim hamowaniu nagle wjedziemy w kałuże. Skąd mam wiedzieć, że tarcze są zwichrowane? Podczas delikatnego hamowania czujemy drgania na kierownicy. Klocki hamulcowe są dużo tańsze w wymianie. Warto wymieniać je regularnie, gdyż zużyty klocek hamulcowy niszczy tarcze. Ciężko jest określić co ile tysięcy kilometrów podlegają wymianie. To w głównej mierze zależy od stylu jazdy kierowcy. Ci bardziej dynamiczni, ostro hamujący wymieniają nawet co 10 000 km! A przeciętnemu kierowcy starczą na 100 000 km. Warto zawsze do nich zajrzeć np. podczas sezonowej wymiany opon jak i przy każdej okazji zdjęcia koła. Nowoczesne samochody same dają nam informacje, że najwyższa pora wymienić klocki hamulcowe:) Pamiętajmy! Nowe tarcze to też nowe klocki! Nie wolno zakładać starych klocków do nowych tarcz! Jeżeli klocki nagle zaczną piszczeć podczas hamowania (a tak na prawdę piszczą blaszki przy nich) to dobry sygnał, że najwyższa pora je wymienić:) Mechanik powinien zajrzeć również do zbiorniczka z płynem hamulcowym i ocenić jego stan. Płyn powinien być przeźroczysty, żółty i mieć odpowiedni poziom w zbiorniczku. WAŻNE: Po wymianie klocków mechanik powinien „ułożyć” klocki hamulcowe – czyli odpowiednio nimi zahamować, aby sprawdzić czy dobrze „łapią”. Najczęściej polega to na rozpędzeniu auta do 30 km/h a następnie ciągłe hamowanie (delikatne) do 15 km/h. Próbę powtarza się 3-4 razy aby klocki się „ułożyły”. W przypadku tarcz hamulcowych ich docieranie trwa trochę dłużej i polega na spokojnej jeździe bez gwałtownego hamowania. Może to potrwać nawet 100 km.

3. Wymiana oleju silnikowego wraz z filtrem oleju  W przypadku rodzinnego auta raz do roku lub raz na 10 – 15 000 km należy wymienić olej w silniku. Zaznaczyłam zastosowanie auta, gdyż w samochodach sportowych olej wymienia się nawet co 5 000 km. Uwarunkowane jest to zakresem pracy silnika oraz jego „żyłowaniem”. Po tym czasie olej traci swoje właściwości, przepala się zmieniając swoją barwę oraz konsystencje. Jeżeli zapomnimy o wymianie oleju możemy narazić się na duże koszty związane z remontem silnika. Powinnyśmy często sprawdzać poziom oleju oraz jego barwę. Na pewno trzeba to zrobić przed planowaną dłuższą podróżą. Jak to zrobić? Należy zaopatrzyć się w chusteczkę higieniczną, wyją bagnet oraz wytrzeć go do sucha. Następnie włożyć bagnet z powrotem na swoje miejsce i znowu wyciągnąć ale NIE odwracać go do góry nogami! Wyciągamy go i w tej samej pozycji jak był włożony patrzymy na jakiej wysokości kończy się olej na bagnecie. Na każdym bagnecie są wycięte kreski – minimum/medium/full. Należy pilnować, aby poziom oleju nie przekroczył stanu FULL jak i również nie spadł poniżej minimum. Obie nieprawidłowości niekorzystnie wpływają na warunki pracy silnika. Na bagnecie możemy też ocenić kolor oleju – żółty/brązowy/czarny. Czarny to zdecydowanie zły kolor:)

4. Sprawdzenie układu kierowniczego wraz z płynem wspomagania W przypadku płynu wspomagania (jeżeli nasze auto jest w to dobrodziejstwo wyposażone) należy pilnować poziom w zbiorniczku wspomagania. Płyn ten nie powinien być ciemny. Brak płynu spowoduje brak wspomagania:) O ile nie jest to groźne jak się stanie na parkingu – tylko więcej siły będziemy musiały włożyć w kręcenie kierownicą – tyle może nas nieźle zaskoczyć podczas jazdy.

5. Sprawdzenie układu chłodniczego wraz z płynami Silnik lubi temperaturę optymalną dla swojej pracy:) Nie lubi za niskiej temperatury ani tej za wysokiej. Przede wszystkim należy pamiętać, że temperatura w jakiej pracuje silnik jest bardzo ważna dla oleju silnikowego i to właśnie on ma swoje „ulubione” warunki pracy. Je zapewnia i gwarantuje sprawny układ chłodzenia którego sercem jest pompa wody, a płucami chłodnica. Jeżeli dostrzeżemy ubytki płynu chłodniczego w zbiorniczku wyrównawczym należy zgłosić się do warsztatu samochodowego. Może to oznaczać nieszczelność układu chłodzenia jak i niesprawność pompy wody czy termostatu (czujnika kontrolującego temperaturę). Na pewno nie należy czekać, aż wskaźnik w desce rozdzielczej odpowiedzialny za wysokość temperatury powędruje na czerwone pole. Regularne sprawdzanie poziomu płynu chłodzącego w zbiorniczku wyrównawczym powinno uchronić nas przed niespodziankami.  WAŻNE: nie należy uzupełniać braku płynu WODĄ – owszem jest to najtańszy sposób, ale powoduje rdzewienie elementów stalowych w układzie chłodzenia a w zimę… no cóż – woda moje panie zamarza:) Warto mieć w bagażniku chociaż litr borygo:) W awaryjnych sytuacjach lejemy wody a następnie szybko udajemy się do warsztatu aby naprawić usterkę oraz wymienić płyn.

 6. Wymiana filtra powietrza, filtra kabinowego Wymiana filtra powietrza powinna być połączona zawsze z wymiana oleju – raz do roku to minimum. Filtr powietrza zapewnia silnikowi dopływ czystego powietrza, bez drobinek kurzu. Silnik bardzo nie lubi ciał obcych. Zanieczyszczony filtr powietrza daje czasami o sobie znać poprzez „skakanie” obrotów silnika. Filtr kabinowy wymienia się rzadziej. Jeżeli parują Ci szyby i nie jesteś w stanie się tego pozbyć – to jasny przekaz: wymień filtr kabinowy:)

7. Sprawdzenie gum zawieszenia oraz amortyzatorów Tutaj przyda się też informacja jeżeli coś Wam stuka i puka. Warto o tym wspomnieć mechanikowi podczas przeglądu. Jego obowiązkiem jest sprawdzić wszystkie gumy oraz łączniki, gdyż jak każdy element podlegają zużyciu. Bardzo istotne jest to, że jak sypie się jedno to nienaprawione będzie wpływało na resztę zawieszenia i lawinowo będą się psuły kolejne elementy. Np. zwichrowane tarcze które powodują drgania na kierownicy bardzo szybko zniszczą drążki kierownicze, które nie wymienione zniszczą maglownicę. Ciągnie to za sobą duże koszty.

 8. Sprawdzenie szczelności układu wydechowego. Mechanik mając auto na podnośniku przy okazji np. spuszczania oleju może spojrzeć na układ wydechowy i zlokalizować ewentualne nieszczelności. Każda nieszczelność w układzie wydechowym to dodatkowe decybele:) A tych na jezdni nie powinno być więcej niż 94:) Inaczej Pan policjant może odebrać nam dowód rejestracyjny albo samochód może nie przejść okresowego badania technicznego.

TM : Natalio, bardzo dziękuję Ci, że podzieliłaś się z nami swoją cenną wiedzą.  Naprawdę doceniamy to, że znalazłaś czas, by nam to wszystko wyjaśnić. Są wśród nas miłośniczki motoryzacji, którym pokazałaś, że jednak można iść w tym kierunku za swoją pasją i się rozwijać, dodałaś im nadziei i otuchy. Są również wśród nas kobiety, które jednak mimo, iż są zmotoryzowane, zupełnie nie wiedzą jak radzić sobie z serwisem. Na tym blogu podzieliłaś się z nami fantastyczną wiedzą, dodałaś kilka wspaniałych rad i wskazówek, które sama zresztą wyłapałam i podkreśliłam. Dla mnie na przykład zupełną nowością było sprawdzenie ogumienia za pomocą 2groszówki. Jesteś dla nas kobiet – inspiracją.

NZ: Bardzo się cieszę, że mogłam pomóc

 

Z Natalią Zarudzką rozmawiała Agnieszka

 

 

 

 

 

 

Moje heurystyki oceniania – anegdota

39

„(… )nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże.”

„ Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche mama.”

To było ciepłe niedzielne popołudnie. Wiosna już w pełnej krasie, powiew zielonych pęków, drzew i ta świeżość, otaczająca atmosferę. Idealna pora na spacer. Wydeptaną ścieżką prowadzącą z ulicy Sikorskiego w Warszawie, aż do Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie zobaczysz matki pchające wózek z dzieckiem, biegające dwulatki z opiekunką lub babcią, starców mieszkających nieopodal, a nawet kury wybiegające zza płotu małej działki jeszcze pamiętającej lata 70’ ubiegłego wieku. To taki inny świat, a odległy zaledwie kilkadziesiąt metrów od jednej z ważniejszych ulic w tym rejonie Warszawy. Część owej ścieżki, mniej więcej na tyłach kampusu wyższej uczelni, przechodzi przez kawałek lasu. Pamiętam jeszcze, że jak byliśmy dziećmi biegaliśmy tam bawiąc się w rowerowe podchody. Często podzieleni w dwie grupki zastawialiśmy się przeszkodami, nawzajem wyznaczaliśmy sobie zadania. Wyprawa do lasu usłana wręcz była tajemniczością, a celem nierzadko znalezienie skarbu. Mając dziesięć lat i zgraną paczkę podwórkową, osiedle i najbliższa okolica stają się siatką, planem na mapie jeszcze nieodkrytych terytoriów, w które można zapuszczać się dalej i jeszcze dalej. I podczas jednej z takich wypraw, mając bagaż przytwierdzony z tyłu do mojego „Pelikana”, wyruszyliśmy na podbój jaszczurkom. Nasza ekipa, tuż za rozłożystymi krzakami, w odległości około stu metrów od ścieżki, rozbiła swoją bazę, a następnie szperała w ściółce, liściach, korach drzew, by znaleźć choć jednego gada, gdy nagle usłyszeliśmy warkot silników. Zauważyliśmy, że w naszą stronę zbliża się około dziesięciu motocyklistów. Poczuliśmy strach. Z naszej kryjówki obserwowaliśmy: jak się zatrzymali, krzyczeli, przeklinali. Byli młodzi, ubrani zupełnie na czarno, w skórzane kurtki z jakimiś srebrnymi szpikulcami, a na szyjach u niektórych widoczna była dziwnie zaciśnięta obręcz. Ich niecodzienny strój i zachowanie, wprawiały nas w narastający niepokój, który apogeum osiągnął, kiedy owi młodzi ustawili się w krąg i zaczęli mówić jakimś dziwnym językiem. Później, gdy tylko usłyszeliśmy satan, nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże. Nigdy później nie pedałowałam tak szybko jak tego dnia. Sataniści próbowali nas przegonić, z tyłu słyszałam, jak krzyczeli, że nie wolno nam się samym pałętać po lesie. I coś jeszcze, że im przeszkodziliśmy w jakimś obrzędzie.

Później, już ze swoim dzieckiem, ilekroć przechodziłam tą drogą, uciekałam się do retrospekcji. Słyszałam w sobie ciche „uważaj”. I mimo, że tak naprawdę nigdy mi nic nie groziło, nawet ze strony tamtych motocyklistów, bo przecież tylko krzyczeli; a krzyczała także często i sąsiadka Malicka, to jednak emocje, które powstały tego dnia, w tym lesie, wiele lat temu, głęboko zakorzeniły się w mojej świadomości. Bo do owego wiosennego niedzielnego popołudnia, zagrożenia- jeśli już miałam upatrywać się w ludziach, to tylko w tych odbiegających od norm społecznych. Jakkolwiek inaczej ubrana postać, niezwyczajne zachowanie, inny wyraz twarzy, glany i skóra, podbite oko ; chwytałam mocniej córkę by ustrzec ją przed ewentualnym niebezpieczeństwem. I sama z uwagą, ostrożnością przechodziłam obok tych „dziwnych”.

Heurystyka jest to reguła myślenia, uproszczona i często służąca do rozwiązywania jakiegoś problemu. Na przykład: jeśli kupię produkt w sklepie ze zdrową żywnością, wówczas z pewnością będzie on dobry dla mnie. Jeśli widzę schludnie ubranych,spokojnych ludzi, jestem przekonana, że nic mi nie grozi w ich towarzystwie.

I właśnie ścieżką mych doświadczeń lat dzieciństwa, tego wiosennego dnia, z 4-letnią córką i małym szczeniakiem rasy seter irlandzki, wracałyśmy do domu. Dookoła, nie widziałam żadnego zagrożenia, żadnych niezwyczajnych postaci. Ba, więcej…dało się usłyszeć z pobliskiego kościoła dzwon bijący na koniec mszy. To od razu wzbudziło we mnie jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa; mogłam więc beztrosko poddać się niedzielnej aurze, wtopić się w tłum tych zwyczajnych i nie myśleć o żadnym zagrożeniu. Po drodze śpiewałyśmy piosenki, zbierałyśmy bazie, prowadziłyśmy naszego szczeniaka na smyczy, mijałyśmy innych: również z pieskami, rodziny z dziećmi, pary starsze i młodsze, wnuków z dziadkami.

Jak widać z moich dwóch historii, wierząc swoim utartym przekonaniom, w życiu można się bardzo zdziwić.

W którymś momencie zauważyłam wyłaniającą się zza horyzontu, podążającą z na przeciwka starszą, bo mniej więcej po sześćdziesiątce parę. Oboje poruszali się wolnym i spokojnym spacerowym krokiem. Kobieta w strojnym kapeluszu i eleganckim płaszczu oraz mężczyzna siwy, szczupły o pociągłej twarzy, dobrze wyglądający, również dostojnie ubrany. Szli blisko siebie, kobieta pod rękę trzymała mężczyznę. Pamiętam, iż patrząc na nich z daleka, pomyślałam, że z pewnością są małżeństwem z długim stażem i najprawdopodobniej wyszli właśnie z kościoła. Z córką śpiewałyśmy wtedy „Stokrotka rosła polna…” i byłyśmy rozkosznie zabawne, całkowicie nie spodziewałyśmy się żadnego zagrożenia, które miało zajść za niecałą minutę. Wcale nie złapałam swojej córki mocno za rękę, by ją wcześniej ustrzec, wcale nie byłam czujna, w głowie nie brzęczało mi ciche „uważaj”, bo dookoła najzwyczajniej nie widziałam żadnego niebezpieczeństwa. Dopiero wtedy, gdy się mijaliśmy…mężczyzna bardzo władczo i stanowczo powiedział –Zabieraj tego psa. – Nie wiedziałam o jakiego psa mu chodzi, o tego mojego małego Artesa, idącego grzecznie na smyczy? Nie ważne, i tak nie miałam nawet chwili do namysłu, bo mężczyzna wyjął nagle coś z kieszeni i zaczął pryskać. Opryskał mnie, córkę i psa. Od razu upadłyśmy, obie.Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche „mama”. Po paru sekundach uświadomiłam sobie, że facet, bo mężczyzną nazwać go nie można, dosłownie potraktował nas gazem obezwładniającym. Ile sił mogłam, chwyciłam córkę na ręce i z trudem, naprawdę z trudem wygrzebałam się z tego miejsca. Chciałam byśmy oddaliły się od tego punktu, gdzie został puszczony gaz. I gdy tylko to zrobiłyśmy, kazałam córce wdychać głęboko czyste powietrze. Obie byłyśmy bardzo roztrzęsione. Nasz Artes schował się w krzakach i ledwo dyszał. Odciągnęłam go również. I wtedy spojrzałam przed siebie, ci ludzie, wolnym krokiem szli dalej, jakby nigdy nic. Nie mogłam w to uwierzyć. To był normalny atak z ich strony, widzieli, że obie przez chwilę leżałyśmy, a oni nic….dalej szli swoim wolnym krokiem. Jedynie z całych sił wykrzyczałam „wy skur……..”. Nie myślałam o wzywaniu policji, a o nas. By jak najszybciej dotrzeć do domu, zdjąć ubrania, porządnie zmyć z siebie opary i umyć psa, który ledwo dyszał mając w sierści szkodliwą substancję.

Jak widać czasem heurystyka oceniania potrafi bardzo zmylić

 

 

Agnieszka

 

Przez ostatnie lata mocno zauważalne staje się zainteresowanie pedagogiką i rodzicielstwem Pojawiają się nowe opracowania odnośnie wychowywania, kształcenia, ukierunkowania młodych obywateli. Pedagodzy nieustannie mają szkolenia, rozpieczętowywane są nowe poglądy na temat wszelakich zespołów zaburzeń emocjonalnych i tych uchodzących za chorobowe. Głośno stało się na temat ADHD, modny stał się Asperger, wykrywa się liczne problemy integracji sensorycznej. Znani psychologowie, pediatrzy oraz profesorowie stawiają nowe tezy na temat wychowania. Do głosu dochodzą rodzice, stacje telewizyjne, sieć, radio. Powstają liczne ruchy rodzicielskie ukierunkowane w konkretnym celu, prowadzone są publiczne dyskusje odnośnie podstaw programowych lub chociażby zasadności szczepienia na niektóre choroby. Innymi słowy, dziś społeczeństwo skupia się głównie na naszych dzieciach i ich problemach. Bynajmniej, nie chcę głosić, iż tak być nie powinno. Wręcz, przeciwnie; cieszy fakt, iż staranie przykładamy się do kształcenia naszych obywateli. Obywateli, którzy już za dziesięć, dwadzieścia lat będą stanowili o naszym kraju, naszej przyrodzie, naszym społeczeństwie. To oni wykształceni, zdiagnozowani od dzieciństwa, ukierunkowani zasiądą na stanowiskach, będą lekarzami, informatykami, nauczycielami, artystami. .. No właśnie, będą.

Lekarz Endokrynolog z prywatnej warszawskiej kliniki : Wiem, że niektórzy traktują osoby po 65 r. życia, tak jak na odstrzał. Przepisują różne leki i nawet nie tłumaczą jakie są konsekwencje ich zażywania.

A co dzisiaj? Odnoszę wrażenie, że idąc mocnym zainteresowaniem młodym pokoleniem jednocześnie zapominamy o innych. Na siłę próbujemy kreować młodych, skupiamy się na sobie i naszych potrzebach. I im bardziej brniemy w tę stronę, tym mniejsze jest nasze zaangażowanie się w niesieniu pomocy ludziom starszym. Odważnie, śmiem stwierdzić, iż w owym dzisiejszym chaosie dnia codziennego zapominamy o ich potrzebach, niekiedy przechodzimy zupełnie obojętni widząc, chociażby jak starsza pani na ulicy ma problem przy wejściu do klatki po schodach. Ile czasu media poświęcają tematyce dotyczącej potrzebom tych najstarszych, naszych dziadków i babć, ludziach, którzy tworzyli nasze państwo, nasze społeczeństwo. Pokazali kierunek, uczyli nas, kształcili i wychowywali przez lata. Jak my się im teraz odwdzięczamy?

Byłem u sąsiada z matką, to był Uniewski. Miał sklep u nas we wsi. Matka załatwiała tam swoje sprawunki, kiedy ja podszedłem do Uniewskiego. Siedział ze słuchawkami przypiętymi do takiej długiej sztycy, po której szedł kabel od dołu do góry. Pamiętam, że był bardzo przejęty. I do dziś, nie zapomnę; podał mi na chwilę te słuchawki. Usłyszałem transmisję z pogrzebu Piłsudskiego. Tak, to był dobry gospodarz. Tak mówili moi rodzice i cała wieś. Trzymał mocno Polskę.

Tato zmarł, kiedy byłem mały. Wojna szła i wieści, że do Buga mają iść Niemcy, a zza Buga Ruscy. Tato się bardzo denerwował. I coś źle zaczął się czuć. I jak w piątek się położył w 1939, to za tydzień w niedzielę zmarł. Zostali my sami z matką. Ja najstarszy, potem mój brat i trzy siostry. Miałem 9 lat, a mój brat 6, kiedy zaczęli my pracować na gospodarstwie. Najsamprzód matka wzięła parobka, który nas uczył, a potem już my sami wszystko robili. Tak, Agnieszko…nie to co dziś. ( śmiech ) , że dzieci siedzą przed telewizorem i się im jeszcze podaje. My o 4.00 rano przy krowach już byli, a na 7.00 w szkole. Po szkole obiad matka dawała i znowu się pracowało na gospodarstwie. A jak, wojsko przyszło, to ja uciekł z pięcioma krowami w pole i las. I tam dwa tygodnie siedziałem. Tylko brat donosił mi chleba. A no, uciekł…bo wojsko w ten czas zabierało wszystko z gospodarstw. I jakby te krowy zabrali, to źle byłoby dla nas. Później, jeszcze Niemcy u nas sobie obóz rozbili. Bo to tak było, że jak szli, to wynajdywali sobie gospodarstwo i jakiś czas mieli tam swoją tak jakby kwaterę. Jeden pokój matki wzięli. My wszyscy spali w kuchni. Pewnie, żem się bali. Tylko bardziej Ruskich.

Żydzi? Byli, wioskę dalej, mieszkało ich dużo. Wywieźli, opustoszało. Tylko pamiętam jednego dzieciaka, znałem ja go ze szkoły. Chyba się został, bo przychodził od czasu do czasu. Jakm go widział, to pajdę chleba mu dawałem. A, co ty byś nie dała? A, no pewno, że dałabyś. Dzieciak, ledwo chodził. Biedny był bardzo.

W 1946 roku, zaraz po wojnie, kiedy miałam 16 lat siostra mojej matki, wzięła mnie do Warszawy. Pamiętam jak dziś, na Wileńskim byli tacy mali chłopcy i krzyczeli „Na Wilsona”, „Na Wilsona”. Powozili. Ja później też furmaniłem, 8 lat. Ciotka miała taką firmę, zakupiła konia z wozem. Ja na nim jeździłem, a później zarobili my pieniądze na drugiego konia z wozem i wreszcie też na trzeciego konia z wozem. Odgruzowywałem Warszawę, śpiewałem piosenki, budowałem, poznałem babcię, ściągnąłem brata do pracy. Najsamprzód Stasiek furmanił, ale później kupił przedwojenną Dekawkę ( śmiech ), myślał, że będzie więcej zarabiał, ale wiecznie ją remontował.

Później kupiłem plac przy ulicy Tuszyńskiej, dokładnie na Agrafki 44. Postawiłem dom i stajnie. W tej stajni później było moje wesele z babcią. Niedużo osób było, tylko rodzina …no może czterdzieści parę. I za jakiś czas z tej stajni zrobiłem drugi dom, w którym już zamieszkaliśmy. Tam na świat przyszły nasze córki.

Później dom z babcią wybudowałem na Sadybie. Do dziś tam mieszkamy. To piękny dom. I wiesz, nas stać było na ten dom, na samochód i na kupienie mieszkania jednej z córek. Ja pracowałem tyle lat i nigdy nie miałem takiego problemu z pracą, jak teraz się słyszy. Bo ja wiedziałem, że jak odejdę z jednej roboty, to zaraz pójdę do drugiej. Nie tak jak teraz porobili, że trzeba gdzieś dzwonić, umawiać się, coś wysyłać, czekać miesiące, aż się odezwą. Tak, tak… praca kiedyś była. I wbrew temu co dziś gadają, w tamtych czasach było nam lepiej żyć. Bo Agnieszko, ja mam żal. Bo teraz z takiej pracy jak my kiedyś mieli, nikt domu nie postawi. I żal, bo wszystko wyprzedali. Zobacz, elektrownie, fabryki, tereny … toż wszystko com odgruzowywali, budowali, sprzątali … wszystko, co przynosiło olbrzymie pieniądze, dziś się nie opłaca. Im się nie opłaca! Tym, co na tych stołkach siedzą! Im się nie opłaca!!! W takim razie ja się pytam : czy nam się opłacało odbudowywać kraj?

Do głosu żalu dochodzi jeszcze ten jeden „czy nas ludzi starszych jeszcze słyszycie?”

Ludmiła lat 78: Od wielu lat mam problemy z nogą. Trudno mi się chodzi. I kiedy chcę przejść przez jezdnię,długo muszę stać. U nas nie ma świateł, a żaden nie chce się zatrzymać

Waldemar lat 80: Nie mogłem wypełnić tego druczku. Była kolejka i nikt mi nie pomógł. Nie widziałem dobrze tych małych literek, zresztą nie na moją głowę. Wprowadzają jakieś rzeczy, a ja tego nie rozumiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy w gąszczu tych wszystkich naszych sprawunków, zniknęła nasza wrażliwość na ludzi, którzy przeżyli dużo więcej niż my? Dlaczego zapominamy? Przecież oni mają nam do opowiedzenia piękne historie i jest dosłownie jeszcze chwilka czasu, by to usłyszeć. Za zasłoną zmarszczek, niekiedy wolniejszych ruchów, brakiem refleksu kryją się ludzie, którzy w swoich głowach czują się tak jak Wy teraz. Ile jest zorganizowanych klubów seniora, ile prowadzonych badań związanych z opieką nad nimi, ile wątków poruszanych publicznie, ile nowych kierunków otwieranych na uczelniach związanych z tematyką osób starszych? Czy wiemy, jak się czują dziś? Na pytanie, jak się czuje moje dziecko w danej chwili, w danym momencie, potrafimy wypowiedzieć się poruszając różne sfery, tymczasem jak się czuje Twoja babcia, Twój dziadek? Potrafisz odpowiedzieć? Wiesz, o czym marzy? Czego żałuje, czego potrzebuje? Jak wygląda ich dzień, czy się nudzą, co ich interesuje? Opowiedzieli Ci już swoją historię? Pokazywali Ci swoje zdjęcia, opowiadali o obyczajach tamtych lat? Mówili o radościach? Ile razy ich odwiedzasz, ile razy im pomagasz? Jak społeczeństwo wspiera tę najstarszą grupę?

Dziś ucząc naszych maluchów i poświęcając im ogrom czasu, w jakiś sposób ich rozpieszczamy. I dzieci to czują , wyraźnie słyszą od nas: „tak wy, jesteście dla nas bardzo ważni”. Wcale nie neguję tego, tylko czy nasze dzieci słyszą także inny przekaz „wasi pradzidkowie i dziadkowie są również dla nas bardzo ważni i należy o nich pamiętać ”? Ten ostatni jest słabo słyszalny. Istnieje, wiec obawa, iż rzeczywiście wychowamy doskonałych obywateli, którzy będą tymi lekarzami, informatykami, nauczycielami, artystami, prawnikami i innymi specjalistami wyedukowanymi w różnych dziedzinach życia, ale bez wpojonego przekazu, by pomagać ludziom starszym…. czyli w przyszłości także nam. To trochę tak, jakbyśmy sami sobie wbijali gola.

 

Piszę o tym, gdyż twardamatka to nie tylko matka, ale także wnuczka.

 

 

Agnieszka

 

 

 

 

Jechałam wtedy samochodem, byłam gdzieś w okolicach podwarszawskiej Magdalenki. Wracałam do domu z Walendowa, kiedy zadzwoniła Agata. Powiedziała – Marta nie żyje. Pogrzeb w przyszłym tygodniu, w środę. – To za niecały tydzień – pomyślałam. – Co ja będę robiła w środę? Czy mam jakieś plany? – Szybko kalkulowałam w głowie, wszystkie spotkania na następny tydzień, zastanawiałam się co włożyć na siebie, kto będzie na pogrzebie? Czy będzie cała nasza szkoła? Tych ludzi nie widziałam całe wieki, czy ja chcę się im pokazywać? W mętliku i pośpiechu myśli, nie zauważyłam auta jadącego z naprzeciwka, który wyprzedzał. W ostatniej sekundzie zjechałam na pobocze. – skurczybyk ! – krzyknęłam. Wyłączyłam silnik. Wyszłam z auta. Z daleka widziałam, stojące i uśmiechnięte tirówki. –Nawet te ku… się tu pałętają – powiedziałam do siebie. Obeszłam swoje Volvo ze trzy razy, aż w końcu uderzyłam mocno o karoserię. Wsiadłam, trzasnęłam drzwiami i odjechałam.

Nie parzyłam kawy, jak zwykle. Tylko usiadłam i włączyłam Madame Butterfly w wykonaniu Marii Callas. Nalałam sobie jaśka. Wróciłam do przeszłości.

Marta była jedną z najładniejszych dziewczyn w szkole. W wieku kilkunastu lat regularnie odwiedzała solarium, kosmetyczki, manikiurzystki. Jej rodzice fundowali najlepsze ciuchy, w które wpasowywała swoje krągłe biodra, wydatne piersi, zgrabne i długie nogi. Dbali, by córka zawsze miała ułożone włosy, dobrany makijaż. Błyszczała. Była popularna. Flirtowała, uwodziła. Owszem, była koleżeńska. Chętnie opowiadała o chłopcach, kosmetykach. I jak tak mówię o niej, to od razu wydaje się być taką szkolną blondynką. Nie, nie była nią. W naszej szkole inna pełniła tę funkcję, taka Ewka. Marta była cwana, idealnie torowała sobie drogę do celu. Pewnego razu spodobał jej się Marcin, chłopak z ostatniej klasy liceum. I wymyśliła. Kupiła mi bilet do teatru, … pamiętam to były „Siostry” w Powszechnym, sztukę polecam. Poszłyśmy razem. Było mi bardzo miło, naprawdę. Chwaliła mnie, mówiła, że inni mnie lubią, że dziwią się, czemu ja się trzymam od nich z dala. Wtedy, nawet nie wiedziałam, że trzymam się z dala. Wiedziałam, że nie chcę trzymać się tak blisko. Ci ludzie i tak mnie przecież nie zrozumieją. W każdym razie, po spektaklu zaproponowała bym u niej została na noc. Oczywiście pojechałam do niej, ale na noc nie zostałam. Przez następne dni, była przemiła, wydzwaniała do mnie, starała się trzymać blisko. I w końcu, kiedy rozmawiałam z Marcinem, którego już dawno zdążyłam poznać, a nawet bywać z nim na różnych imprezach towarzyskich, Marta podbiegła do mnie, głupio się uśmiechając i udając wspaniałą przyjaciółkę. Od razu nawiązała do sztuki teatralnej. W ten sposób zyskała znajomość, a nawet i więcej. Ja straciłam znajomość.

Innym razem, kiedy siedziałam w domu i nie miałam z kim wyjść do klubu, nagle zadzwoniła do mnie i powiedziała, że wpadnie mnie odwiedzić. Przyjechała o dziewiątej wieczorem, moi rodzice, a szczególnie tata nie był zadowolony. Według niego, goście nie powinni zjawiać się o tak późnej porze. Pamiętam, że zebrałam wtedy niezły opierdziel. Myślałam tylko, że będzie mi weselej w piątkowy wieczór, kiedy ona się zjawi. Myliłam się. – Hej Aga, To Madzia, pamiętasz ją. Wpadłyśmy, bo wiesz chciałabym pożyczyć od ciebie ten długi płaszcz. – powiedziała, niestety po tym jak już przekroczyła próg mego domu. Płaszcz był rzeczywiście świetny, w tamtych czasach nie było takich centrów handlowych jak teraz, ciuchy były o wiele gorsze. To też, dziewczyny często wymieniały się ubraniami. Cholera, pożyczyłam jej. Dlaczego? Ofiara losu ze mnie. Pojechały do klubu, ale beze mnie.

Dzwoniła do mnie z Grecji, kiedy była z Marcinem na Rodos. On pływał na desce, ona się opalała. Ich pobyt okazał się klapą. Dzwoniła do mnie, skarżyła się. Opowiadała, jaki to Marcin jest bezduszny i nie zwraca na nią uwagi. Słuchałam jej. Prosiła bym skontaktowała się z nim i dowiedziała się, dlaczego on ją tak źle traktuje. W zasadzie usłyszałam od niego : Marta jest głupia. Tego jej nie powtórzyłam.

Był spektakl w szkole. Zawsze marzyłam o tym by grać. Udawać kogoś innego. Chciałam zagrać sprzątaczkę, taką trzecio-planową rolę. Nie wiem, jak to się stało, ale Marta po rozmowie z nauczycielem dostała tę rolę. Mnie obiecano inną, ponoć taką, w której jest więcej dialogu. I nawet się ucieszyłam. Lecz roli nie dostałam. To była rola chłopięca.

Ku…, a teraz nie żyje. I kto by pomyślał – powiedziałam znowu do siebie.

Nie była wcale taka zła. Nie tłumaczę jej. Manipulowała. Tak, nie bójmy się tych słów – ona manipulowała ludźmi. Pamiętam to jak dziś. Któregoś dnia jechałam do domu, byłam już mężatką. Dzwonię do Pawła , mówiąc mu, że za jakąś godzinę będę w domu, a on … że Marta przyjechała. Jak to przyjechała Marta? Gdzie? – pytałam rozdrażniona. – Do domu, do nas, siedzimy i przyrządzamy pesto. Marta przywiozła wszystkie produkty do pesto. Myślała, że będziesz w domu. – odpowiedział. Cholera, ale mnie nie ma w domu – wykrzyczałam. – No dobra, nie przeżywaj, ona poczeka na Ciebie- zirytował się wiecznie wyluzowany Paweł. Gdy przyjechałam ,jej nie było. Chryste Panie, ona nawet nie zadzwoniła, nie uprzedziła. Wpadła do mojego domu, mojego terytorium. Siedziała z moim mężem. Czy coś się wydarzyło w tym czasie? Nie wiem. I tak po dwóch latach się rozwiodłam.

I ja mam jej żałować? Żałować jej życia? Bo przez ostatnie lata ponoć się zmieniła? Tylko co się zmieniło? Co ją zmieniło? No dobrze, wiem. Chorowała ciężko. Kilka lat temu, po tym jak już się rozwiodłam i zapomniałam o tym całym incydencie, skontaktowałam się z nią. Miałam wtedy złe dni, leczyłam się ze swoich jakiś tam lęków. Zadzwoniłam do niej, gdyż koleżanka wystawiła mnie do wiatru i pomyślałam, że w sumie z Martą mogłabym się zobaczyć. Co jak co, ale imprezowała zawsze nieźle. A mnie wtedy potrzebna była jakaś mocna odskocznia. W słuchawce telefonu jednak usłyszałam – Jestem chora, właśnie czekam na operację. Wytną mi pierś. Mam raka. – westchnęłam i odparłam – Gdybyś czegoś potrzebowała, mogłabym Cię odwiedzić, pomóc Ci.

W pierwszej sekundzie, pomyślałam, że to jakieś jaja. Że kolejny raz robi sobie ze mnie jaja. Zadzwoniłam szybko do naszych wspólnych znajomych. Upewniłam się, to była prawda. Nic nie myślałam, zaczęłam się wtedy trząść. Nie wiem, czy to z powodu tych moich lęków, czy też z jej powodu. Owszem zrobiło mi się dziwnie. Przecież nie była mi obca, a z kolei żadna bliska mi osoba nigdy nie chorowała na raka.

I poprosiła o pomoc. Chciała bym porozmawiała z jej chłopakiem, którego również dobrze znałam i dowiedziała się o ich relacje, które podobno już wtedy nie były najlepsze. Czy ja miałam wtedy siły na takie zagrywki? Przypomniał mi się od razu Marcin i ta sytuacja. Nie zadzwoniłam do jej chłopaka, nie odwiedziłam jej ; więcej, nawet przestałam odbierać jej telefony. Pewnie pomyślała sobie o mnie najgorsze rzeczy. Ja i tak się tym nie przejęłam.

Później tylko dowiadywałam się o niej i o jej stanie. Rak atakował. Martę kawałek po kawałku wycinali od wewnątrz. Było tak, że raz wychodziła na prostą. Wtedy pracowała, udzielała się towarzysko, choć już w o wiele mniejszym stopniu. I już nie błyszczała. Nie miała ku temu walorów i siły. Widywałam ją czasem w sklepie, czy na poczcie. Przytyła, nie wyróżniała się już.

Ku…, jak to możliwe? Gdy słyszysz o tym, jak choroba zmienia człowieka, to owszem dociera do ciebie, ale puszczasz to dalej, nie obcujesz z tym. Gdy jednak widzisz to na własne oczy, nagle stajesz i nie możesz zrozumieć. Pytałam siebie : dlaczego? Dlaczego ta Marta zupełnie nie przypomina tamtej Marty? Boże , co tu jest grane – krzyczałam w duchu. Miałam do niej podejść. Nie zrobiłam tego. Niby co, miałam jej powiedzieć? Tłumaczyć się, dlaczego nie dzwoniłam kilka lat temu? Zresztą wyglądałam ładnie, nie tak jak w szkole. Jako kobieta, stałam się atrakcyjna, nosiłam się gustownie i potrafiłam zadbać o makijaż. Gdyby mnie zobaczyła? Czy nie zrobiłoby się jej przykro?

Gdy tak siedziałyśmy na szkolnym korytarzu, nigdy w życiu nie pomyślałabym, że to właśnie ona z nas wszystkich pierwsza odejdzie. Marta naprawdę miała ikrę, potrafiła walczyć o siebie, o swój wizerunek, reputację. Umiejętnie dążyła do wyznaczonego celu. Żyła. Była lubiana, znana. I co? Jej życie w sumie skończyło się w trzy lata po zakończeniu szkoły. Później już tylko chorowała. Podczas, gdy ja zdążyłam już dawno mieć suknię z welonem, urodzić dziecko, patrzeć jak rośnie, założyć i zamknąć firmę, rozwieść się, wejść w drugi związek, zaznawać rozkoszy seksualnych, zwiedzić świat, smakować wykwintnych dań, bywać w operze, ona była wycinana. Ja pier…., jak to brzmi : była wycinana.

Umarła. Już jej nie ma.

To właśnie, tak miało być? I dlatego w liceum doznała, tych rzeczy, do których mi wtedy było daleko? Dlatego, że ktoś tam na górze dał jej tylko 30 lat życia? I miała jego namiastkę podczas tych kilu lat w liceum? Do jasnej cholery, czy mamy przyjść na ten świat, odwalić już z góry zaplanowaną robotę i odejść? Czy też może mamy sobie zasłużyć na to odejście…, jeśli tak, to czym Marta sobie zasłużyła?

Gdyby nie zachorowała? Jaką osobą byłaby? Czy po trupach dążyłaby do wygodnego życia? Czy może wykazałby się pracowitością i dobrocią, zrozumiałaby, że wcześniej potrafiła krzywdzić innych. Wiem, że nie tylko mnie krzywdziła. Kilka osób przyznało się, że również byli podobnie traktowani, jednak kwitowali to słowami „ wiesz, jaka była Marta” . Wiem, dobrze wiem.

Zadzwoniłam do Agaty.

- Hej, wiesz, nie będę myśleć o pogrzebie.

- Bo ?- spytała

- Bo nie pójdę na niego

- Ja też się nie wybieram – wyznała Agata.

 

Agnieszka

 

Opowiadanie to napisałam dwa lata temu, kiedy dowiedziałam się o chorobie Aldony, mojej niedoszłej przyjaciółki obok której mieszkałam kilka lat. Z wielką siłą i wolą walki powiedziała mi o swoim nowotworze. Umierała rok. Marta i narratorka w opowiadaniu są odbiciem sprzecznych emocji, lustrem przejaskrawionym, pokazującym złość, żal, smutek. Marta powstała na skutek trzech zupełnie niezależnych historii, ale inspiracją były słowa, przede wszystkim złość na tę wstrętną chorobę poszerzającą swoje kręgi.

List Matki do Córki

7

Dziś natknęłam się na przepiękny tekst, który Małgorzata Kalicińska zamieściła na facebooku. Powieściopisarka rodzinnej sagi „Dom nad rozlewiskiem” przetłumaczyła z włoskiego LETTERA DI UNA MADRE A SUA FIGLIA. Podczas dzisiejszej korespondencji z Panią Małgorzatą, otrzymałam oficjalne pozwolenie na opublikowanie niniejszego tłumaczenia. Muszę, wam drodzy Czytelnicy, powiedzieć iż list ten, napisany tak lekko i prosto w sposób zupełnie oczywisty, wyraża bardzo głębokie emocje, które mam nadzieję i Was poruszą.

 

 

Jeśli pewnego dnia zobaczysz, że jestem stara, że się brudzę przy jedzeniu, że nie potrafię się ubrać, miej cierpliwość….

Przypomnij sobie czas, który przeznaczyłam na nauczenie Cię tego wszystkiego, jak byłaś mała.

Jeśli ciągle powtarzam te same rzeczy, nie przerywaj mi, posłuchaj…..Kiedy byłaś mała, musiałam wysłuchiwać w kółko tej samej historii dopóki nie zasnęłaś.

Jeśli czasem nie mam ochoty się umyć, nie potępiaj mnie I nie zawstydzaj.…

Przypomnij sobie ile razy musiałam biegać za Tobą, wymyślając różne argumenty, bo nie chciałaś się kąpać.

Jeśli widzisz, ze nie nadążam za nowinkami technicznymi, daj mi czas na poznanie ich I nie patrz na mnie z tym ironicznym uśmiechem.…

Ja miałam dużo cierpliwości, kiedy uczyłam Cię alfabetu I pomagałam w odrabianiu lekcji.

Jeśli czegoś nie pamiętam, albo gubię wątek w rozmowie, daj mi czas na przypomnienie sobie, a jeśli nie jestem w stanie sobie przypomnieć, nie denerwuj się, najważniejsze dla mnie nie jest to, co mówię, ale potrzeba Twojej bliskości, potrzeba pewności, że jesteś obok i mnie słuchasz…

Jeśli moje stare nogi nie dotrzymują Ci kroku, nie traktuj mnie jak ciężar…Podejdź do mnie wyciągając swoje ręce w moją stronę w taki sam sposób jak robiłam to ja, kiedy stawiałaś swoje pierwsze kroki…

Jeśli mówię, ze chciałabym umrzeć, nie irytuj się…

Pewnego dnia zrozumiesz, co mnie zmusza do tego, żeby tak mówić I spróbuj zrozumieć, ze w moim wieku już się nie żyje a egzystuje..

Pewnego dnia zrozumiesz, że mimo błędów, które popełniłam, zawsze chciałam dla Ciebie jak najlepiej, że próbowałam przetrzeć Ci drogę.

Poświęć mi troszkę swojego czasu, odrobinę swojej cierpliwości, daj mi swoje ramię, na którym mogę się wesprzeć tak, jak ja dawałam Ci zawsze swoje..

Kocham Cię córeńko I modlę się za Ciebie nawet wtedy jak mnie nie dostrzegasz.

 

 

Oryginalny wpis : https://www.facebook.com/photo.php?fbid=671849456166183&set=a.153264904691310.29688.153035914714209&type=1&theater

 

Pani Małgorzato, bardzo dziękuję.

 

Agnieszka

 

 

 

 

TM : Pozwól, że na początek przytoczę wypowiedź jednego z forumowiczów nto.pl. Użytkownik kryjący się pod pseudonimem Benon w wątku” Tusk wyciąga ręce po sześciolatki” tak oto – dla mnie zaskakująco – wyjaśnia :  Tuskowy rząd – w szczególności sam premier i minister oświaty Krystyna Szumilas – chce wysłać dzieci do szkoły o jeden rok wcześniej. Jeden rok to dla sześciolatka aż jedna szósta jego życia. Premier Donald Tusk ma ukończone 56 lat, minister Krystyna Szumilas – 57 lat. Jedna szósta ich wieku to przeszło dziewięć lat. Można zatem powiedzieć, że 1 rok życia sześciolatka odpowiada przeszło 9-ciu latom życia osoby w wieku Pana Premiera czy Pani Minister. Czy Donald Tusk i Krystyna Szumilas chcieliby na przykład już dzisiaj być w takiej kondycji psychofizycznej w jakiej będą za 9 lat, czyli w wieku 65-ciu czy 66-ciu lat? Inne są możliwości 65-latka i inne – 55-latka, tak jak odmienne są możliwości sześciolatka i siedmiolatka. Dlatego wymagania stawiane człowiekowi muszą być adekwatne do okresu rozwojowego, w którym się on znajduje.

PD i TM : ( śmiech )

TM: Myślę, iż forumowicz dobrze to zobrazował.

PD : Bo ma rację; dziecko na tym etapie rozwoju nie jest jeszcze gotowe do pracy w pierwszej klasie. Są fenomeny, zdarzają się dzieci, które są już rozwinięte emocjonalnie, społecznie i intelektualnie i wyprzedzają swoich rówieśników, jednak są to tylko przypadki. By móc to zrozumieć, należy wiedzieć, że wszystkie teorie rozwojowe mówią o rozwoju skokowym, a nie liniowym. Różnice pojawiają się nagle i są to różnice jakościowe, nie ilościowe. Tak jest od samego początku. Warto to pokazać na kilku przykładach z różnych okresów rozwoju, żeby dobrze zrozumieć na czym polega problem.

Faza w której noworodek nie widzi otoczenia, nie koncentruje wzroku na obiektach różni się od fazy w której on zaczyna to robić. To jest skok dosłownie z dnia na dzień. To nie jest po prostu więcej tego samego co wcześniej, tylko inny poziom. Wcześniej dla noworodka obiektów nie było, teraz są -inny świat. I dalej też tak jest. Manipulowanie przedmiotami to inna epoka niż ta wcześniejsza, kiedy tylko się na nie patrzyło. Faza samodzielnej lokomocji różni się od fazy, w której dziecko jest zdane na to, że inni będą je przemieszczać. Zresztą wcześniej też mamy taki skok, bo do pewnego momentu matka jest dla dziecka tym samym co pierś, a od pewnej chwili staje się całą osobą. To odkrycie nie do przecenienia, ale ono następuje niemal w jednej chwili.

Jest na przykład taki czas, kiedy dziecko nie potrafi zachować w umyśle obrazu opiekuna, jeśli on nie jest fizycznie obecny. Opiekun znika, to znika na zawsze. Później ta zdolność się pojawia i z tygodnia na tydzień znikanie opiekuna staje się zdarzeniem zupełnie innego rodzaju. Różnica skokowa.

Podobnie z jest wtedy, kiedy dziecko nie ma jeszcze w głowie obrazu siebie i swojego ciała jako całości, a później np. widzi siebie w lustrze. Mówi się o fazie lustra, bo uświadomienie sobie siebie, to odkrycie, pomyślenie „ja jestem, to właśnie ja”. Szympans nigdy tego nie osiąga, a dla samego dziecka świat przed i po tym odkryciu, to zupełnie coś innego. I znów – to nie jest różnica osiągana stopniowo, tylko pewien skok. To się dzieje bardzo szybko, ale każde dziecko przeżywa to w swoim momencie. Ponieważ jesteśmy w internecie, można sobie tę fazę lustra obejrzeć na filmie. https://www.youtube.com/watch?v=8DW-pyip7Yo

” (…) Oczywiście można dziecko wytresować, żeby posługiwało się liczbami na lekcji, nawet jak ma pięć lat, ale jemu na tym etapie rozwoju nie jest to potrzebne, gdyż nie myśli abstrakcjami.To jak chodzik do chodzenia. W niczym nie przyspiesza rozwoju, tylko kręci dorosłych -popatrzcie, jak zasuwa. Bez sensu. (…)”

Piaget – jeden z bardziej znanych teoretyków rozwoju poznawczego – mówi o czterech fazach rozwoju dziecka.

1 faza – [0 do 2 roku życia] sensoryczno – motoryczna – dzieci uczą się przez zmysły.

2 faza – [2 do 7 roku życia] – przedoperacyjna – dzieci starają się uaktywnić swoją wyobraźnię; mają bardzo egocentryczne spojrzenie na świat (egocentryzm oznacza niemożność zrozumienia punktu widzenia innych ludzi).

3 faza – [7-11 lat] faza operacji konkretnej – stosowanie logiki i alternatywnych perspektyw (rozumienie perspektywy innej osoby), pomaga dziecku pojąć związki przyczynowo skutkowe; dzieci mają problem z pojęciami abstrakcyjnymi.

4 faza – [ od 12 roku życia] – dzieci zaczynają myśleć abstrakcyjnie pozwala ona przekroczyć granicę czasu i przestrzeni.

I teraz najważniejsza sprawa – przejścia do kolejnej fazy nie da się wywołać sztucznie. Na przykład: jeśli dziecko nie chodzi, to w niczym nie przyśpieszysz jego chodzenia kupując mu chodzik. Dopóki nie siada, w niczym go nie pośpieszysz sadzając na siłę. Każdy człowiek ma swój rytm i właściwy dla siebie moment, kiedy to się samo uruchomi. Jeśli chodzi o młodsze dzieci w tych pierwszych dwóch latach z teorii Piageta (faza sensoryczno – motoryczna) to polecam publikacje Pawła Zawitkowskiego, gdzie on to bardzo dobrze tłumaczy i m.in. wyjaśnia, czemu naciskanie na zbyt szybki rozwój może więcej zepsuć niż naprawić.

TM: Poruszyłam ten problem w artykule „Wyścig szczurów w pieluchach” . Jednak, w dalszym ciągu nie bardzo rozumiem, jak te skoki rozwojowe mają się do dzieci 6 i 7 –letnich.

PD: W późniejszym wieku jest podobnie. Siedem lat, to nie jest przypadkowy wiek. Dużo dzieje się właśnie w tym czasie i dlatego Piaget mówi o tym przejściu – zyskiwaniu nowej perspektywy – właśnie wtedy. I znowu – skoro to jest internet, proponuję obejrzeć filmy, bo obrazem można więcej i szybciej przekazać. https://www.youtube.com/watch?v=gnArvcWaH6I , https://www.youtube.com/watch?v=GLj0IZFLKvg , https://www.youtube.com/watch?v=gA04ew6Oi9

Niestety na youtube są filmy z eksperymentami Piageta jedynie po angielsku. O co tu chodzi? Dziecko przed osiągnięciem tzw. etapu operacji konkretnej, nie posługuje się pojęciem ilości. Dostaje na przykład dwa równe rządki po pięć monet i owszem, liczy je, ale w swoim intuicyjnym myśleniu. Gdyż w oglądzie świata, który stosuje- naturalnie nie posługuje się liczbą. Zatem, kiedy jeden z rządków zostaje rozstawiony szerzej i staje się optycznie dłuższy, dziecko mówi, że to właśnie tam jest więcej monet – bo widzi dłuższy szereg. Oczywiście ono może już umieć zrobić „raz, dwa, trzy, cztery, pięć” i tak dalej, ale nie używa liczby do rozumienia świata, jeśli nie zostanie do tego zmuszone. Oczywiście można dziecko wytresować, żeby posługiwało się liczbami na lekcji nawet, jak ma pięć lat, ale jemu na tym etapie rozwoju nie jest to potrzebne, gdyż nie myśli abstrakcjami. To jak chodzik do chodzenia. W niczym nie przyśpiesza rozwoju, tylko kręci dorosłych. Popatrzcie, jak zasuwa. – Bez sensu.

To co widać na filmach nie ma nic wspólnego z ilorazem inteligencji. Po prostu pewne rodzaje operacji myślowych są dziecku w pewnym wieku niedostępne. Tak jest na przykład z argumentowaniem. Do pewnego wieku dzieci spierają się po prostu przekrzykując się opiniami. Na przykład:

- mój tata jest najsilniejszy

- a nie, bo mój

- nie, bo mój

A w pewnym momencie pojawia się nowy poziom:

– mój tata jest silniejszy, bo jest wyższy

To skok rozwojowy, bo mamy tezę, ale mamy też argument za tezą. Tego się nie przyśpieszy, ani nie wyuczy na pamięć. To po prostu trzeba osiągnąć samemu, wraz z uzyskaniem nowego poziomu rozwoju, dokładnie tak jak w pewnym momencie dziecko wstaje na nogi, albo zaczyna siadać.

” (…)W szkole problemem nie jest materiał tylko specyficzne traktowanie. Stawianie zadań i rozliczanie ich, pozostawanie nieruchomo, zakaz swobodnego kontaktowania się dzieci między sobą, kiedy tego chcą oraz rytm, inny rozkład sal, brak zabawek … Wiele sześciolatków radzi sobie z rozwiązywaniem pewnych zadań matematycznych, ale robią to przez dwie, trzy minuty. Co się stanie, jak to będzie czas wielokrotnie dłuższy? (…) „

TM: Idąc tropem twoich rozważań … wyczytałam, iż zdaniem pracowników Instytutu Gesella decyzja o rozpoczęciu nauki w szkole powinna być poprzedzona dojrzałością dziecka, nie zaś wieku biologicznego. Tylko widzisz, z jednej strony zgadzam się, iż testy oraz badania mogą nam pomóc w analizie rozwoju dziecka, z drugiej strony jednak mam obawę, że w pewnym momencie sami zapędzilibyśmy się w kozi róg, uznając iż dziecko dopiero 8-letnie jest gotowe do pójścia do pierwszej klasy, bo tak właśnie wyszły testy.

PD: W dzisiejszych czasach, w polskiej szkole – nierealne, więc nie powinnaś mieć żadnych obaw. Jak widać tendencja jest w drugą stronę. Teoretycznie można sobie wyobrazić taką sytuację, że drogą porządnych wieloletnich badań, eksperymentów, studiów, analiz, prób pilotażowych trwających wiele lat i kosztem naprawdę wielkich pieniędzy stworzono by taki program, metodykę i miejsca, gdzie dzieci 6 albo nawet 5-letnie otrzymywałyby porządny zastrzyk rozwojowy dobrze skrojony pod ich możliwości. I, że przygotowano by taką kadrę, która byłaby właśnie do tego i umiałaby wykonywać swoją pracę. Być może w niektórych krajach, gdzie dzieci uczy się wcześniej i my o tym słyszymy pod hasłem, że „przecież tam już nawet pięciolatki są w szkołach podstawowych i nie ma żadnego problemu” tak się właśnie dzieje. Ale szkoła szkole nierówna.

TM: No właśnie, pewna mama , która posłała swoje dziecko w wieku 6 lat do szkoły powiedziała, że drugi raz tego by nie zrobiła. Ma syna. I bynajmniej nie chodzi tu o to, że nie dawał sobie rady w nauce, bo w tej kwestii jest nawet b. dobrze…. tylko o jego ruchliwość na tym etapie rozwoju. To nie był jeszcze moment, by jej dziecko potrafiło skupić się, wyciszyć na dłuższą chwilę. Tymczasem – jak twierdzi owa mama- problem polegał na tym, iż nauczyciele nie byli przygotowani. Traktowali 6-latków na równo z 7-latkami ( mimo, iż klasy były oddzielnie tworzone dla tych dwóch grup ). Jej zdaniem zabrakło przeszkolenia nauczycieli, by ich podejście do 6-latków było troszkę inne jak do 7-latków.

PD : Głownie to jest problem koncentrowania się. Różne dzieci dochodzą do tego w różnych latach i przede wszystkim – nie mylmy rozwoju intelektualnego ze zdolnością bycia w szkole. To, że dziecko liczy i samo czyta nie oznacza, że poradzi sobie w szkole. W szkole problemem nie jest materiał, tylko specyficzne traktowanie. Stawianie zadań i rozliczanie ich, pozostawanie nieruchomo, zakaz swobodnego kontaktowania się dzieci między sobą kiedy chcą, rytm, inny rozkład sali, brak zabawek.. Wiele sześciolatków radzi sobie z rozwiązywaniem pewnych zadań matematycznych, ale robią to przez dwie, trzy minuty. Co się stanie, jak to będzie czas wielokrotnie dłuższy?

Warto też wspomnieć, że jest ogromna różnica między chłopcem a dziewczynką. Dziewczynki statystycznie rzecz biorąc o wiele łatwiej dostosują się do pozostawania nieruchomo w takim wieku. Chłopcy będą mieć kłopot. I to nie jest kwestia choroby (w krajach gdzie mówienie o różnicach płci nie uchodzi, takich chłopców się diagnozuje medycznie) tylko naszej biologii. Chłopcy generalnie (nie wszyscy oczywiście) biegają i szaleją więcej. Dlatego ten system premiuje dziewczynki i demotywuje chłopców.

TM: Może istnieje tu jakaś analogia, gdyż rozmawiając z rodzicami, zauważyłam, iż najczęściej właśnie Ci mający córki byli pozytywnej myśli co do pójścia 6-latków do pierwszej klasy. Na moje pytanie – dlaczego tak uważają? – Jedna z mam stanowczo mi odpowiedziała – Bo tak i już. Sama jestem po pedagogice i wiem.

PD: Być może jej córka się nadaje i mama wie co robi. W końcu zna swoje dziecko najlepiej. Statystyka nie mówi nam nic o jednostkach. Jest mnóstwo dzieci, które bez problemu poradzą sobie w szkole nawet w wieku pięciu lat. Mówmy jednak o całej Polsce.

TM: W takim razie, co powinien zrobić rodzic, jeśli jednak posłał swoje dziecko do klasy pierwszej, a teraz tego żałuje? Czy myślisz, że powtarzanie klasy byłoby dobrym rozwiązaniem?

PD: Nic nie da się powiedzieć, nie widząc konkretnego dziecka. Pamiętaj, że czytają nas różne osoby i mogą być one w całkiem różnych sytuacjach. Generalnie ja nie posyłałbym dziecka do szkoły, jeśli na początku miałbym jakiekolwiek wątpliwości, czy to nie za wcześnie. Natomiast jeśli już się to zrobiło i coś nie idzie, to najważniejsze jest znaleźć odpowiedź na pytanie gdzie jest problem. Czy dziecko nie radzi sobie z materiałem, czy z dłuższym koncentrowaniem się, czy z pozostawaniem dłużej nieruchomo, czy z rówieśnikami, czy z rozłąką..? A może sami mamy jakąś szkolną traumę i rzutujemy ją na dziecko? Dobrze zrozumieć istotę problemu, to więcej, niż połowa rozwiązania.

TM: Jeszcze do końca września, możemy zawrócić takie dziecko do klasy O. Także, jest jeszcze chwilka, by zaradzić ewentualnym problemom. No właśnie, tylko że na tę sugestię, jedno z rodziców wyraźnie stwierdziło, że to mogłoby być uderzeniem w policzek dla dziecka. Otóż, dziecko mogłoby poczuć się gorzej, że gdzieś spada, że nie daje rady. Dziecko mogłoby zamknąć się w sobie. Pomyśleć: „jak, to byłem w pierwszej klasie, a teraz jestem w zerówce?”

PD : No to jest jedna z tysiąca możliwości. Pewnie wiele zależy od tego jak się dziecku tę sytuację przedstawi i w jaki sposób rozmawia się o niej z innymi dorosłymi w czasie, kiedy dziecko siedzi obok, słyszy, a my, jak to dorośli, przekonani jesteśmy, że skoro nie mówimy do niego, to ono nie słyszy.

TM: Wiesz, ja sama zauważyłam, że niektóre szkoły dziś są zupełnie nieprzygotowane na przyjęcie 5 i 6- latków. Szkoły są przepełnione, brakuje sal do zajęć i organizacji. Dzieci pozostawione same na świetlicy rano w tym chaosie, nie radzą sobie z własnymi uczuciami. Początek września mnie uderzył. Był trudny także dla mojego syna, który poszedł do klasy 0.

PD: Przede wszystkim to niczemu nie służy. Z tego, że ośmio, albo dziewięciolatki będą lepiej wypadały w międzynarodowych testach, niż dotychczas – nie wynika, że dorośli będą wiedzieć więcej niż dziś wiedzą. Są międzynarodowe testy pokazujące wiedzę dorosłych o świecie. Robiono je w wielu krajach. I miejsce kraju w teście nie ma żadnego związku z tym, w jakim wieku rozpoczyna się naukę szkolną w tym kraju. Rzecz nie w tym : nie kiedy i jak wiele wiedzy wtłacza się dzieciom, tylko w tym, ile z tej wiedzy pozostanie i na jak długo. A o tym się w Polsce w ogóle nie rozmawia, bo gdyby zacząć, to byłoby bardzo niewesoło. Kiedy się pyta polityków o szkolną wiedzę (dziennikarze często robią takie prowokacje), oni zwykle odpowiadają coś w rodzaju „maturę zdałem dawno temu, więc nie odpowiem” i nikogo to nie szokuje. A to przecież przyznanie, że system poniósł totalną porażkę. Jeśli taka odpowiedź nikogo nie dziwi, to znaczy, że wszyscy godzimy się na uczestniczenie w jakiejś maskaradzie. Ludzie w Polsce po siedemnastu latach edukacji nie są w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytania. Czy rozgrzane powietrze wznosi się, czy opada? Jak zmierzyć wysokość drzewa nie wchodząc na nie? Czy kula ołowiana spada szybciej niż aluminiowa tej samej wielkości, czy wolniej? Jakich naukowców możesz wymienić oprócz Kopernika i Curie Skłodowskiej? I jest kiepsko z tymi odpowiedziami. Rok wcześniej zaczną, to będzie lepiej? Nie sądzę.

TM: Z pewnością powinno dać nam to wiele do myślenia. Myślę, że tym akcentem możemy spokojnie zakończyć. Paweł, bardzo dziękuję Ci za obszerną wypowiedź, za wywiad i poświęcony czas dla Twardej Matki. Mam nadzieję wkrótce spotkać się z Tobą ponownie i tym razem porozmawiać o relacjach w związku między kobietą, a mężczyzną.

PD: Z przyjemnością. Tylko wówczas zarezerwuj sobie więcej czasu ( śmiech ) Pozdrawiam czytelników .

 

Paweł Droździak – psycholog, psychoterapeuta, mediator rodzinny. Pracuje z osobami mającymi trudności w kontrolowaniu zachowań impulsywnych. Prowadzi psychoterapię osób uwikłanych w związki, w których występuje element uzależnienia emocjonalnego. Jest współautorem książek: „Zawsze bezpieczna – psychologiczne aspekty samoobrony kobiet”, „Blisko, nie za blisko” i autorem serii artykułów psychologicznych pisanych dla portalu Republika Kobiet. Występuje jako ekspert w programach radiowych i telewizyjnych.”

TVN24

http://skuteczna-psychoterapia.pl/ -autorska strona Pawła Droździaka

 

 

Rozmawiała : Agnieszka

 

Kolorowe kredki i rzecz o mym komuniźmie

0

 

Kolejki ciągnęły się po kilkadziesiąt metrów, a każda z nas stała tam mniej więcej po dwie godziny. Każda, bo na jedną osobę przypadała paczka kawy i cukru. Mama ustawiała nas niczym klocki, tylko po to by móc zaopatrzyć się na kilka następnych nie – wiadomo jak długich tygodni…niekiedy miesięcy. Nie pamiętam byśmy w tamtych czasach nadmiernie marudziły lub narzekały, raczej grałyśmy swoje role i potulnie stałyśmy wśród reszty szaroburych klocków. To było nasze życie. Ta wszechogarniająca szarość, jedynie czasem ożywiona nocą po przez neony SUPERSAM, KINO MOSKWA, DOMY TOWAROWE, PEWEX oraz sygnalizację świetlną mieniącą się kolorami zieleni, pomarańczy i czerwieni. Owe zmieniające się światła dużo gęściej i częściej oznaczały, iż jesteśmy w samym sercu Warszawy, wtedy jeszcze dalekie od Ursynowa –osiedli mieszkaniowych położonych w polach. Na kilkanaście takich bloków mieszkaniowych przypadał jeden warzywniak, w którym kupowałyśmy pyszną oranżadę w butelce i lizaki. I tylko ten jeden o zaledwie dwudziestu metrach kwadratowych powierzchni sklepik pamiętam zaopatrzonego w towar świeżych warzyw wprost ze wsi. Kilka lat później jeszcze przyszła moda na hubbę bubbę i gumy z Kaczorem Donaldem. Dlatego jeszcze chętniej latałyśmy do warzywniaka. I także później poznałam smak banana, tak miękki na podniebieniu, nie słodki i nie gorzki. I tylko wtedy mogłam cieszyć się jego wyjątkowością, bo później aż do dziś nie poczułam go już nigdy więcej. Soczyste pomarańcze i rozpływająca się w ustach czekolada przesyłana z USA najczęściej na Boże Narodzenie była namiastką późniejszego mego życia, o czym miałam się przekonać dziesięć lat później. Sięgając jeszcze wcześniej i patrząc oczami trzy, cztero- latka widzę pełno żołnierzy poustawianych niczym mumie na ulicach. Podchodziłam do nich i za ręce lub nogi łapałam, pragnęłam tylko sprowokować, być choć okiem mrugnęli, poruszyli swoimi karabinami, by wreszcie coś z siebie wydusili. Lecz mumie stały nieruchomo, mimo mojego pokaźnego języka.

Szarość nabierała barw majem, kilkanaście przeplatających się odcieni zieleni, żółty, fiolet i czerwień. Zapach był inny, taki orzeźwiający, naturalny. Mlecze połyskiwały przy warszawskich ulicach. Bzy świeciły swoim jasnym blaskiem odbijając świetliste promienie słoneczne.

Był rok 1987 mój tata po raz pierwszy przyjechał zagranicznym samochodem, marki Nissan także w odcieniach szarości, tak jakby sam samochód nie mógłby być soczystej czerwieni lub wiśni. Skoro był zagraniczny, musiał być szary? Oczywiście według mojego taty, to wcale nie był szary kolor, ale grafit. I tak należało mówić : Nissan jest w kolorze grafitu. Tata swój nowy nabytek parkował pod blokiem i był bardzo zdruzgotany, kiedy z szóstego piętra nijaki Godlewski zrzucał jajka. Rozbijały się na masce i w szczególny sposób rysowały karoserię. W następstwie w szarości połyskiwały srebrzyste wiązki nitek na widok, których mój tata dostawał barwnego szału. Było to w odległości kilkuset metrów, jedyne takie auto i oczywiście według niektórych sąsiadów nie mogło błyszczeć swoim jednolitym grafitem. Dziś oglądając te stare filmy, śmieję się widząc jak wszyscy z podwórka podbiegają zobaczyć nowy zagraniczny samochód. Do dziś ten obraz mam w głowie i pewnie pozostanie do końca mych dni.

I tym samym posrebrzonym Nissanem wyjechaliśmy w pierwszą daleką podróż. Wtedy też miałam przekonać się, iż na mapie świata nie istnieje tylko Polska i „zagranica”, ale Polska i cała masa innych kolorowych flag, kultur, tradycji oraz powyginanych języków. W tę podróż ciągnąc za sobą małą białą przyczepkę wybraliśmy się całą rodziną. My z siostrą na tylnej kanapie, mama prawie zawsze dobrze pilotująca i tata świetny kierowca swojego wspaniałego samochodu, który jak się później okazało, w obliczu innych szalonych barw wyglądał dość smutno w swym graficie. Sama „zagranica”, tuż za granicą nie miała innych drzew i innych ludzi, więc nie wtedy dowiedziałam się o tym drugim świecie. Było to w pierwszym większym mieście w Austrii , w którym zatrzymaliśmy się na przysłowiowe lody. Moje oczy nigdy nie widziały tylu smaków kulek: cytrynowe, bananowe, malinowe, wiśniowe, pistacjowe, orzechowe i inne. Ślinka ciekła z kącików ust . Lody były tak piękne i jednocześnie dostępne, że szkoda było wybrać jedynie trzy kulki i pozostawić resztę nie spróbowawszy ich nawet. Każdy z nas zatem wybrał inną kulkę. Próbując nawzajem tych wszystkich smakowych larytasów, podniecając się nowymi odczuciami na podniebieniu, nie dało się nie zauważyć lekko kolorowo ubranych ludzi i piękne witryny sklepowe. Wypełnione po brzegi różnościami, jakich nawet nigdy nie widziałam. Aż do tej pory były mi znane tylko trzy rodzaje kubków i talerzy. Na przykład u jednej ciotki był ten pierwszy rodzaj, u dziadków ten drugi, u nas znowu ten pierwszy, a u wujka ten trzeci i tak dalej. Tymczasem tego dnia dostałam oczopląsu, widząc tylko zza witryny na raz kilka zestawów zastawy stołowej. W następnych witrynach : ręczniki, skórzane portfele, zegarki i antyki, jeszcze dalej pończochy i inna bielizna, garnitury, maskotki i zabawki. Zabawki ! Szybko wyrwałam się swoim rodzicom i pobiegłam do sklepu. I dech stanął w mym sercu, gdy tylko przekroczyłam próg. Nigdy w życiu nie widziałam tylu kolorów na trzech ścianach, z góry na dół – podobnie jak witryny, a nawet bardziej – wypełnionymi czymś co wówczas było dla mnie jak dla mojego taty ten posrebrzany grafitowy Nissan. Stanęłam po środku i tylko głową kręciłam w każdą stronę. Potem jak zaczarowana szłam i delikatnie dotykałam owych zabawek, aż w końcu w moje ręce dostał się mały dzidziuś, który w dotyku był tak miękki, jak prawdziwe dziecko. Podeszłam do zdyszanego taty, który szukał mnie w tym czasie i w tej samej chwili wpadł cały roztrzęsiony. Spojrzałam na niego i zapytałam, czy może mi kupić tę lalę. Po wielu latach dowiedziałam się, iż kosztowała bardzo dużo, a moi rodzice wówczas mieli mocno ograniczony budżet, ze względu na poczynione inwestycje w nową firmę. Z wielkim żalem rozstałam się z lalą, której każdy centymetr pamiętam do dziś. To była lala mojego życia. Łzy ciekły mi po policzkach, a ja jedynie wydusiłam z siebie: Dlaczego u nas nie ma takich sklepów? Dlaczego u nas jest inny świat?

Po powrocie, mój brat cioteczny zapytał się mnie jaka jest „zagranica”. Powiedziałam, że u nas jest komunizm, a u nich jest demokracja. – A co to jest komunizm – pytał dalej – o jej … zobacz – energicznym ruchem wyrwałam kartki z bloku i dałam mu jedną z nich. – U mnie jest komuna, a u ciebie nie. A teraz będziemy rysować domek. Każdy z nas ma po cztery kredki brązową, zieloną, czarną i niebieską. Pozostałe kredki czerwone, błękitne, różowe, granatowe będą leżały tu, na oddzielnej kupce, widzisz?

- Tak – uważnie patrząc na mnie, przytaknął

- Tylko ja nie mogę z tej kupki brać więcej kredek , a ty możesz – szybko rzekłam

-Dlaczego? – obruszył się

- Nie wiem…bo tak jest i koniec. I teraz rysujemy domki tymi kredkami.

Nie wiadomo, czy wtedy mój brat cioteczny zrozumiał istotę naszego ówczesnego systemu, ale z pewnością poczuł jakiś smutek i niesprawiedliwość, kiedy ujrzał, że mój domek jest o wiele brzydszy od jego kolorowego. Wtedy już przez długi czas wyobrażał sobie Polskę, której podarowano więcej kredek.

 

Agnieszka

W najbliższy weekend 20-22 września w Warszawie żadna rodzina nudzić się nie powinna. W tych dniach portal zwalcznude.pl, m.st. Warszawa oraz firma Boiron zorganizowali już drugą edycję Warszawskich Dni Rodzinnych. Dla rodziców i dzieci otworzy się szereg bardzo ciekawych wydarzeń. Nie tylko będzie można pobawić się na pikniku rodzinnym, gdzie przygotowano ponad 20 atrakcji, w tym możliwość malowania z artystą światowej sławy, ale również skorzystać z licznych warsztatów wspomagających i doszkalających dzieci i ich rodziców. Otworzą się przyjazne rodzinom punkty z szeroką ofertą gier, zabaw i innych bardzo ciekawych atrakcji: jak choćby nauką pływania czy jazdy konnej pod okiem wykwalifikowanych instruktorów. Dzieci będą miały możliwość zagrać w paintball, skorzystać z gier video, kina, nauczyć się gotować lub wykonywać pachnące mydłka i świece.

W Warszawskie Dni Rodzinne zaangażowane zostały liczne instytucje, kluby, kafejki i inne firmy, których spis znajdziecie na stronie www.warszawskiednirodzinne.pl Tam też zamieszczony jest cały 3-dniowy harmonogram. Uwaga; na zajęcia i warsztaty są zapisy. Dlatego już teraz zerknijcie na stronę Warszawskich Dni Rodzinnych i wybierzecie wraz ze swoją pociechą interesującą dla was pozycję. Zapiszcie się i skorzystajcie !  To nic nie kosztuje !  Są jeszcze wolne miejsca !

Warszawskie Dni Rodzinne nie tylko dla Warszawiaków ! Stolica w najbliższy weekend chętnie przywita przyjezdnych z pobliskich okolic i gości z daleka.

A już za tydzień 27, 28, 29 września spotykamy się na Gdyńskich Dniach Rodzinnych. Formuła jest analogiczna i już teraz można zacząć zapisywać nasze dzieci na zajęcia lub warsztaty.

 

Agnieszka