twardamatka

Blog dnia codziennego dla kobiet i nie tylko …..

Wpisy z tagiem: życie

Wiosną tego roku pewna sarkastycznie rzecz ujmując – firma, właściciel super nowoczesnego portalu rozpoczął zewnętrzną kampanię reklamową. W większych miastach w Polsce na bilbordach zawisły wielkoformatowe plakaty przedstawiające jedną kobietę przebraną w diabełka, a drugą w aniołka. Na pierwszy rzut oka, wydawało się, iż reklama zachęca do ciekawego serwisu poświęconego fantastyce, a nawet bajką. Szczególnie niektórym dzieciom przypadła do gustu. Panie na plakacie przypominały wróżki z bajek o Barbie. Zarówno więc treść, jak i same rozmiary niedające się nie zauważyć wręcz przykuwały uwagę młodego odbiorcy. Dziecko jadące samochodem, będące przechodniem jest tak samo odbiorcą informacji, co niestety jest często zapominane przez agencje reklamowe kreujące co rusz bardziej śmiałe reklamy.

Na wspomnianym bilbordzie między „lalkami” duże napisy adresu portalu. Dziecko umiejące czytać i pisać bez problemu zapamięta proste słowa, a dziecko już 8-letnie będzie próbowało zajrzeć na stronę podaną na ciekawym dużym plakacie. Zatem w dzisiejszych czasach mając do dyspozycji internet, który stał się głównym nośnikiem informacji i jest obecny niemalże w każdym gospodarstwie domowym, dziecko z ciekawości skorzysta z owego dostępnego połączenia z siecią, wrzuci adres strony i ajjjjjj…..ajjjjjj…..ajjjjjjj PORNOGRAFIA. Owszem pojawia się informacja, iż serwis poświęcony jest dla osób , które ukończyły 18 lat. Lecz cóż z tego, przecież dzieciaki mogą zostać tym bardziej skuszone. Zakazany owoc smakuje lepiej.

I właśnie gdyby to była zwykła lekka pornografia, pokazująca zdjęcia kochających się par heteroseksualnych, to jeszcze dziecku można wytłumaczyć, iż seks jest dla ludzi, iż seks jest miłością i takie tam. Może nawet dałoby nam to pole do obszerniejszego poruszenia tematu. Tymczasem po kliknięciu TAK WCHODZĘ, ukazują się filmiki z obnażającymi się ludźmi, wykonującymi śmiałe praktyki seksualne na polecenie osób im się przyglądających ze swoich komputerów w domach. Osoby te wydają polecenia, ponieważ wcześniej zapłaciły za to wysyłając specjalne smsy lub wykupując w tym serwisie specjalne żetony. Zatem wchodzą tu także korzyści majątkowe.

 

zdjęcie dzięki imageworld.pl

Przez chwilę badałam sprawę. Zajrzałam do kodeksu karnego.

Zgodnie z Art. 202.§: Kto publicznie prezentuje treści pornograficzne w taki sposób, że może to narzucić ich odbiór osobie, która tego sobie nie życzy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. § 2. Kto małoletniemu poniżej lat 15 prezentuje treści pornograficzne lub udostępnia mu przedmioty mające taki charakter albo rozpowszechnia treści pornograficzne w sposób umożliwiający takiemu małoletniemu zapoznanie się z nimi, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Biorąc pod uwagę i wizualizację plakatu zachęcającą dzieci, na nim napis adresu strony pornograficznej, bez żadnej zamieszczonej informacji o tym, iż jest to serwis tylko dla dorosłych, mogłabym zarzucić, iż w tym przypadku został naruszony art. 202 kk. Tymczasem okazuje, iż nie. Sam bilbord i to co przedstawia plakat nie jest treścią pornograficzną. Podobnie rzecz ma się z innymi reklamami pornograficznymi, chociażby w licznych gazetkach, w telewizji. Żadna z nich nie jest typową treścią pornograficzną. To tak jakbyśmy poszli z dzieckiem do kiosku kupić jedynie dziennik lub gumę do żucia i gdzieś z brzegu zauważylibyśmy okładkę pisma pornograficznego. I wówczas też, ni jak ma się art. 202 kk. Ni jak ma się? Może jednak ma się, tylko nie jest przestrzegany? Pytanie co jest treścią pornograficzną i jakie są drogi, techniki zachęcające do oglądania treści pornograficznych. Mamy zatem prawo, które jest prawem dowolnie interpretowanym? Lub też prawem nie chroniącym w dostateczny sposób naszych dzieci. Są nałożone restrykcje odnośnie reklam alkoholu i papierosów, ale jeśli chodzi o pornografię…. sądzę, że mamy lukę w prawie. Czyżby w przyszłości mielibyśmy mieć społeczeństwo wolne seksualnie? Już przecież „galerianki” i „świnki” są. I czy my dorośli za to nie odpowiadamy?

 

 

 

Agnieszka

Wyścig szczurów w pieluchach

0

To było większe spotkanie na grillu u znajomych. Przybyli wszyscy fajni; osoby siedzące na wysokich stanowiskach w korporacjach, freestylerzy, ludzie reklamy i marketingu, początkujący artyści…. z dziećmi. Młode małżeństwa ze swoimi pociechami jeszcze w pieluchach. Wyluzowani tatusiowie z konikiem na bluzeczce trzymający na rękach dzieci z kolejną metką na ubiorze, wylansowane matki podające butelki i grzechotki do małych rączek. Przepych wózków, leżaczków, chodzików … zabranych tylko na to jedno popołudnie. Lekki zamęt, choć uporządkowany, bo dokładnie widać kto jest z kim, żony chwalą mężów, mężowie żony. Wszyscy mówią o tym jak im się świetnie układa. Przy piwie i dobrym jedzeniu, język im się rozwiązuje; mówią więc o tym gdzie byli, co widzieli, co kupili, jak awansowali, gdzie bywają i w reszcie…jakie cudowne mają dzieci.

Nieprawdopodobne, że ich maleństwo już w wieku czterech miesięcy zaczynało siadać! Innych główkę podnosić nie na kilka sekund , ale na kilkanaście, już mając dwa miesiące …. bo ktoś nawet liczył stoperem. Inni chwalą swoje dzieci, za to że mówią baba, wawa , tata i mama w wieku dziewięciu miesięcy. Natomiast matka jednego z najstarszych brzdąców, przekonywała wszystkich, że dziecko tuż po ukończeniu roczku powinno już dawno chodzić. Usłyszawszy to, ta inna jeszcze z dzieckiem w wózku, mocno przełknęła ślinę, by tylko nic nie powiedzieć …. bo cóż mogła, skoro jej syn skończył już rok i dwa miesiące, ale wciąż tylko raczkuje – „Czy z nim coś jest nie tak?” – zapewne szybko przez głowę przeszła jej taka myśl.

Przekleństwo naszych czasów? Przymus bycia najlepszym?

Mam wrażenie, iż dzisiejsi rodzice o których oczekuje się, iż jako ludzie XXI wieku będą efektywnymi pracownikami pełnymi pasji, aktywnymi z burzą pomysłów w środowisku osób im podobnych, także i zapragną mieć super-dziecko. Tymczasem nasze maluchy nie znają wyścigu szczurów.

 

Ostatnio wpadł mi w ręce świetny artykuł „Przez Dotyk” opublikowany na łamach Zwierciadła, w którym Paweł Zawitkowski , fizjoterapeuta w rozmowie Aliną Gutek wyjaśnia, iż dziecko dla rodziców nie powinno być kolejnym ważnym życiowym projektem. W jakiś sposób dziecko, które jest częścią nas samych już od urodzenia staje się czymś w rodzaju „ulepię Cię jak najlepiej potrafię” i „ozdobię czymś wyjątkowym”. Tymczasem „Dziecko nie jest androidem, tylko istotą społeczną” – czytamy w artykule. Nasz maluch rozwija się we własnym tempie; to co z tego, że nie potrafi chodzić ! Ma na to czas do półtora roku, a umiejętności siadania może posiąść nawet do 10 miesięcy. Więcej; czasem samo nadmierne opiekowanie się dzieckiem i ograniczanie mu ruchu i swobody zakłóca mu rozwój. „Jeśli w okresie niemowlęcym maluch siedzi od rana do wieczora w foteliku albo zasuwa w chodziku, wszyscy na niego chuchają i dmuchają, żeby się przypadkiem nie spocił, nie pobrudził – trudno doskonalić mu czucie ciała, podłoża, reakcje obronne, ocenę przestrzeni i inne niezbędne do harmonijnego rozwoju doświadczenia” Ze względu na specyfikę wychowania, dziecko niekiedy nie ma możliwości trenowania …bo przecież każde upuszczenie zabawki, chowanie smoczka, podnoszenie główki, rączek, nóżek, próba mówienia, mlaskania, klaskania dla małego dziecka jest niesamowitym wysiłkiem. I zakłócenie tychże mechanizmów, trzymania dziecka w najlepszym chodziku świata, najdroższym krzesełku z milionem światełek i przycisków nie umożliwi małemu brzdącowi na zwykłe doznania cielesne. Później posiądzie naukę siadania, bo po co ma się wysilać, skoro ma wygodne oparcie i rączkami wszędzie sięga. I odwrotnie; zbytnie trenowanie dziecka – bo i ten sposób wychowania jest zauważalny, nadmiernie obciąża malucha. Trenujemy na super -malucha, a potem się dziwimy, że nasze dziecko bywa nieznośne i krzyczy. Paweł Zawitkowski, więc wyjaśnia, iż u dziecka granica między akceptacją, a totalnym sprzeciwem jest bardzo cienka. I to, że przez chwilę dziecko, które uczymy chodzić będzie zadowolone z tegoż powodu, za chwilę może mieć po prostu dość. „Jedynym sensownym wspólnym mianownikiem każdej relacji czy pracy z dzieckiem powinny być jego emocjonalne potrzeby”

Bycie spełnionym rodzicem i w najprostszy sposób szczęśliwym dzieckiem nie jest tożsame z byciem najlepszym – tłumaczy Paweł Zawitkowski

Zatem, nie to jak je ubierzemy, jak będziemy trenować, jakie damy do dyspozycji krzesełka, stoliczki, wózeczki, zabaweczki, nie ważne … jak bardzo będziemy chcieli być najlepszymi rodzicami, to i tak nie spowodujemy, że nasze dziecko będzie się rozwijało dokładnie tak jak sobie to zaplanowaliśmy. Dziecko to nie wynik, na którego składają się liczby, współczynnik ryzyka, plany rozwojowe, koszty, dochody. Dziecko to też nie my. Skoro od nas wymagają bycia najlepszymi, bądźmy…ale nasze dziecko traktujmy z miłością, bo ono nie zna wyścigu szczurów. „Gorzej, jeśli zabraknie mu dotyku, czułości, kołysania, rozmów, miłości.”

 

 

Agnieszka

 

Nawet nie wiedziałam, iż wystarczy zwykłe USG, by dowiedzieć się ile milimetrów ma tłuszcz zaraz pod skórą właściwą. Tymczasem to zupełnie proste badanie trwające tylko chwilkę, gdyż wystarczy na 5 sekund przyłożyć głowicę ultrasonograficzną, pokazuje w jakim procencie obrzęki występujące chociażby na rękach, są spowodowane nagromadzonym tłuszczem, a w jakim zebraną wodą. I na całe szczęście są jeszcze lekarze, którzy wykonują takie badanie bez dodatkowych kosztów związanych z wizytą lekarską. Ot, chociażby u endokrynologa, diabetyka, ginekologa. Nie przepisują leków odwadniających jedynie na podstawie wywiadu z pacjentem i ucisków na rzekomo obrzęknięte ciało. Bowiem, same środki odwadniające są bardzo niebezpieczne dla organizmu. Wypłukują bardzo ważne minerały jak chociażby niezbędny potas, który ma wielokierunkowy wpływ na serce. „To już mit : lekki ucisk na partię ciała, by później sprawdzić czy powstaje biały dołek utrzymujący się dłuższą chwilkę oznaczający obrzęk – powiedział wczoraj jeden ze specjalistów z podwarszawskiej prywatnej kliniki – teraz bardzo dużo kobiet choruje na hashimoto, wiele z nich ma obrzęki widoczne gołym okiem, ale inne mają tak jakby opuchnięte nadgarstki spowodowane nagromadzonym tłuszczem, a nie wodą. W tym przypadku przy ucisku również pojawią się dołki. Może być to mylące dla niektórych, a podanie środków odwadniających w tym przypadku bardzo niebezpieczne”

Ten wpis publikuje ku przestrodze. Dziś 10 % populacji choruje na hashimoto. Choroba ta zbiera coraz większe żniwa. Wielu pacjentów skarży się na obrzęki, opuchlizny te długotrwałe i te krótkotrwałe. Mają problemy z przemianą węglowodanów i tłuszczy. I nie rzadko też sięgają po środki odwadniające, niekiedy nawet nie bacząc na konsekwencje, załatwiając recepty od znajomych lekarzy

Moje heurystyki oceniania – anegdota

39

„(… )nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże.”

„ Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche mama.”

To było ciepłe niedzielne popołudnie. Wiosna już w pełnej krasie, powiew zielonych pęków, drzew i ta świeżość, otaczająca atmosferę. Idealna pora na spacer. Wydeptaną ścieżką prowadzącą z ulicy Sikorskiego w Warszawie, aż do Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie zobaczysz matki pchające wózek z dzieckiem, biegające dwulatki z opiekunką lub babcią, starców mieszkających nieopodal, a nawet kury wybiegające zza płotu małej działki jeszcze pamiętającej lata 70’ ubiegłego wieku. To taki inny świat, a odległy zaledwie kilkadziesiąt metrów od jednej z ważniejszych ulic w tym rejonie Warszawy. Część owej ścieżki, mniej więcej na tyłach kampusu wyższej uczelni, przechodzi przez kawałek lasu. Pamiętam jeszcze, że jak byliśmy dziećmi biegaliśmy tam bawiąc się w rowerowe podchody. Często podzieleni w dwie grupki zastawialiśmy się przeszkodami, nawzajem wyznaczaliśmy sobie zadania. Wyprawa do lasu usłana wręcz była tajemniczością, a celem nierzadko znalezienie skarbu. Mając dziesięć lat i zgraną paczkę podwórkową, osiedle i najbliższa okolica stają się siatką, planem na mapie jeszcze nieodkrytych terytoriów, w które można zapuszczać się dalej i jeszcze dalej. I podczas jednej z takich wypraw, mając bagaż przytwierdzony z tyłu do mojego „Pelikana”, wyruszyliśmy na podbój jaszczurkom. Nasza ekipa, tuż za rozłożystymi krzakami, w odległości około stu metrów od ścieżki, rozbiła swoją bazę, a następnie szperała w ściółce, liściach, korach drzew, by znaleźć choć jednego gada, gdy nagle usłyszeliśmy warkot silników. Zauważyliśmy, że w naszą stronę zbliża się około dziesięciu motocyklistów. Poczuliśmy strach. Z naszej kryjówki obserwowaliśmy: jak się zatrzymali, krzyczeli, przeklinali. Byli młodzi, ubrani zupełnie na czarno, w skórzane kurtki z jakimiś srebrnymi szpikulcami, a na szyjach u niektórych widoczna była dziwnie zaciśnięta obręcz. Ich niecodzienny strój i zachowanie, wprawiały nas w narastający niepokój, który apogeum osiągnął, kiedy owi młodzi ustawili się w krąg i zaczęli mówić jakimś dziwnym językiem. Później, gdy tylko usłyszeliśmy satan, nie pamiętam czy pierwszy Arek czy może Wojtek – równo wyskoczył, a my za nim … na rowery i uciekaliśmy, nie zważając na pozostawione bagaże. Nigdy później nie pedałowałam tak szybko jak tego dnia. Sataniści próbowali nas przegonić, z tyłu słyszałam, jak krzyczeli, że nie wolno nam się samym pałętać po lesie. I coś jeszcze, że im przeszkodziliśmy w jakimś obrzędzie.

Później, już ze swoim dzieckiem, ilekroć przechodziłam tą drogą, uciekałam się do retrospekcji. Słyszałam w sobie ciche „uważaj”. I mimo, że tak naprawdę nigdy mi nic nie groziło, nawet ze strony tamtych motocyklistów, bo przecież tylko krzyczeli; a krzyczała także często i sąsiadka Malicka, to jednak emocje, które powstały tego dnia, w tym lesie, wiele lat temu, głęboko zakorzeniły się w mojej świadomości. Bo do owego wiosennego niedzielnego popołudnia, zagrożenia- jeśli już miałam upatrywać się w ludziach, to tylko w tych odbiegających od norm społecznych. Jakkolwiek inaczej ubrana postać, niezwyczajne zachowanie, inny wyraz twarzy, glany i skóra, podbite oko ; chwytałam mocniej córkę by ustrzec ją przed ewentualnym niebezpieczeństwem. I sama z uwagą, ostrożnością przechodziłam obok tych „dziwnych”.

Heurystyka jest to reguła myślenia, uproszczona i często służąca do rozwiązywania jakiegoś problemu. Na przykład: jeśli kupię produkt w sklepie ze zdrową żywnością, wówczas z pewnością będzie on dobry dla mnie. Jeśli widzę schludnie ubranych,spokojnych ludzi, jestem przekonana, że nic mi nie grozi w ich towarzystwie.

I właśnie ścieżką mych doświadczeń lat dzieciństwa, tego wiosennego dnia, z 4-letnią córką i małym szczeniakiem rasy seter irlandzki, wracałyśmy do domu. Dookoła, nie widziałam żadnego zagrożenia, żadnych niezwyczajnych postaci. Ba, więcej…dało się usłyszeć z pobliskiego kościoła dzwon bijący na koniec mszy. To od razu wzbudziło we mnie jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa; mogłam więc beztrosko poddać się niedzielnej aurze, wtopić się w tłum tych zwyczajnych i nie myśleć o żadnym zagrożeniu. Po drodze śpiewałyśmy piosenki, zbierałyśmy bazie, prowadziłyśmy naszego szczeniaka na smyczy, mijałyśmy innych: również z pieskami, rodziny z dziećmi, pary starsze i młodsze, wnuków z dziadkami.

Jak widać z moich dwóch historii, wierząc swoim utartym przekonaniom, w życiu można się bardzo zdziwić.

W którymś momencie zauważyłam wyłaniającą się zza horyzontu, podążającą z na przeciwka starszą, bo mniej więcej po sześćdziesiątce parę. Oboje poruszali się wolnym i spokojnym spacerowym krokiem. Kobieta w strojnym kapeluszu i eleganckim płaszczu oraz mężczyzna siwy, szczupły o pociągłej twarzy, dobrze wyglądający, również dostojnie ubrany. Szli blisko siebie, kobieta pod rękę trzymała mężczyznę. Pamiętam, iż patrząc na nich z daleka, pomyślałam, że z pewnością są małżeństwem z długim stażem i najprawdopodobniej wyszli właśnie z kościoła. Z córką śpiewałyśmy wtedy „Stokrotka rosła polna…” i byłyśmy rozkosznie zabawne, całkowicie nie spodziewałyśmy się żadnego zagrożenia, które miało zajść za niecałą minutę. Wcale nie złapałam swojej córki mocno za rękę, by ją wcześniej ustrzec, wcale nie byłam czujna, w głowie nie brzęczało mi ciche „uważaj”, bo dookoła najzwyczajniej nie widziałam żadnego niebezpieczeństwa. Dopiero wtedy, gdy się mijaliśmy…mężczyzna bardzo władczo i stanowczo powiedział –Zabieraj tego psa. – Nie wiedziałam o jakiego psa mu chodzi, o tego mojego małego Artesa, idącego grzecznie na smyczy? Nie ważne, i tak nie miałam nawet chwili do namysłu, bo mężczyzna wyjął nagle coś z kieszeni i zaczął pryskać. Opryskał mnie, córkę i psa. Od razu upadłyśmy, obie.Wszystko stanęło jakby zza mgłą. Nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam co się dzieje…usłyszałam tylko skomlenie i ciche „mama”. Po paru sekundach uświadomiłam sobie, że facet, bo mężczyzną nazwać go nie można, dosłownie potraktował nas gazem obezwładniającym. Ile sił mogłam, chwyciłam córkę na ręce i z trudem, naprawdę z trudem wygrzebałam się z tego miejsca. Chciałam byśmy oddaliły się od tego punktu, gdzie został puszczony gaz. I gdy tylko to zrobiłyśmy, kazałam córce wdychać głęboko czyste powietrze. Obie byłyśmy bardzo roztrzęsione. Nasz Artes schował się w krzakach i ledwo dyszał. Odciągnęłam go również. I wtedy spojrzałam przed siebie, ci ludzie, wolnym krokiem szli dalej, jakby nigdy nic. Nie mogłam w to uwierzyć. To był normalny atak z ich strony, widzieli, że obie przez chwilę leżałyśmy, a oni nic….dalej szli swoim wolnym krokiem. Jedynie z całych sił wykrzyczałam „wy skur……..”. Nie myślałam o wzywaniu policji, a o nas. By jak najszybciej dotrzeć do domu, zdjąć ubrania, porządnie zmyć z siebie opary i umyć psa, który ledwo dyszał mając w sierści szkodliwą substancję.

Jak widać czasem heurystyka oceniania potrafi bardzo zmylić

 

 

Agnieszka

 

Przez ostatnie lata mocno zauważalne staje się zainteresowanie pedagogiką i rodzicielstwem Pojawiają się nowe opracowania odnośnie wychowywania, kształcenia, ukierunkowania młodych obywateli. Pedagodzy nieustannie mają szkolenia, rozpieczętowywane są nowe poglądy na temat wszelakich zespołów zaburzeń emocjonalnych i tych uchodzących za chorobowe. Głośno stało się na temat ADHD, modny stał się Asperger, wykrywa się liczne problemy integracji sensorycznej. Znani psychologowie, pediatrzy oraz profesorowie stawiają nowe tezy na temat wychowania. Do głosu dochodzą rodzice, stacje telewizyjne, sieć, radio. Powstają liczne ruchy rodzicielskie ukierunkowane w konkretnym celu, prowadzone są publiczne dyskusje odnośnie podstaw programowych lub chociażby zasadności szczepienia na niektóre choroby. Innymi słowy, dziś społeczeństwo skupia się głównie na naszych dzieciach i ich problemach. Bynajmniej, nie chcę głosić, iż tak być nie powinno. Wręcz, przeciwnie; cieszy fakt, iż staranie przykładamy się do kształcenia naszych obywateli. Obywateli, którzy już za dziesięć, dwadzieścia lat będą stanowili o naszym kraju, naszej przyrodzie, naszym społeczeństwie. To oni wykształceni, zdiagnozowani od dzieciństwa, ukierunkowani zasiądą na stanowiskach, będą lekarzami, informatykami, nauczycielami, artystami. .. No właśnie, będą.

Lekarz Endokrynolog z prywatnej warszawskiej kliniki : Wiem, że niektórzy traktują osoby po 65 r. życia, tak jak na odstrzał. Przepisują różne leki i nawet nie tłumaczą jakie są konsekwencje ich zażywania.

A co dzisiaj? Odnoszę wrażenie, że idąc mocnym zainteresowaniem młodym pokoleniem jednocześnie zapominamy o innych. Na siłę próbujemy kreować młodych, skupiamy się na sobie i naszych potrzebach. I im bardziej brniemy w tę stronę, tym mniejsze jest nasze zaangażowanie się w niesieniu pomocy ludziom starszym. Odważnie, śmiem stwierdzić, iż w owym dzisiejszym chaosie dnia codziennego zapominamy o ich potrzebach, niekiedy przechodzimy zupełnie obojętni widząc, chociażby jak starsza pani na ulicy ma problem przy wejściu do klatki po schodach. Ile czasu media poświęcają tematyce dotyczącej potrzebom tych najstarszych, naszych dziadków i babć, ludziach, którzy tworzyli nasze państwo, nasze społeczeństwo. Pokazali kierunek, uczyli nas, kształcili i wychowywali przez lata. Jak my się im teraz odwdzięczamy?

Byłem u sąsiada z matką, to był Uniewski. Miał sklep u nas we wsi. Matka załatwiała tam swoje sprawunki, kiedy ja podszedłem do Uniewskiego. Siedział ze słuchawkami przypiętymi do takiej długiej sztycy, po której szedł kabel od dołu do góry. Pamiętam, że był bardzo przejęty. I do dziś, nie zapomnę; podał mi na chwilę te słuchawki. Usłyszałem transmisję z pogrzebu Piłsudskiego. Tak, to był dobry gospodarz. Tak mówili moi rodzice i cała wieś. Trzymał mocno Polskę.

Tato zmarł, kiedy byłem mały. Wojna szła i wieści, że do Buga mają iść Niemcy, a zza Buga Ruscy. Tato się bardzo denerwował. I coś źle zaczął się czuć. I jak w piątek się położył w 1939, to za tydzień w niedzielę zmarł. Zostali my sami z matką. Ja najstarszy, potem mój brat i trzy siostry. Miałem 9 lat, a mój brat 6, kiedy zaczęli my pracować na gospodarstwie. Najsamprzód matka wzięła parobka, który nas uczył, a potem już my sami wszystko robili. Tak, Agnieszko…nie to co dziś. ( śmiech ) , że dzieci siedzą przed telewizorem i się im jeszcze podaje. My o 4.00 rano przy krowach już byli, a na 7.00 w szkole. Po szkole obiad matka dawała i znowu się pracowało na gospodarstwie. A jak, wojsko przyszło, to ja uciekł z pięcioma krowami w pole i las. I tam dwa tygodnie siedziałem. Tylko brat donosił mi chleba. A no, uciekł…bo wojsko w ten czas zabierało wszystko z gospodarstw. I jakby te krowy zabrali, to źle byłoby dla nas. Później, jeszcze Niemcy u nas sobie obóz rozbili. Bo to tak było, że jak szli, to wynajdywali sobie gospodarstwo i jakiś czas mieli tam swoją tak jakby kwaterę. Jeden pokój matki wzięli. My wszyscy spali w kuchni. Pewnie, żem się bali. Tylko bardziej Ruskich.

Żydzi? Byli, wioskę dalej, mieszkało ich dużo. Wywieźli, opustoszało. Tylko pamiętam jednego dzieciaka, znałem ja go ze szkoły. Chyba się został, bo przychodził od czasu do czasu. Jakm go widział, to pajdę chleba mu dawałem. A, co ty byś nie dała? A, no pewno, że dałabyś. Dzieciak, ledwo chodził. Biedny był bardzo.

W 1946 roku, zaraz po wojnie, kiedy miałam 16 lat siostra mojej matki, wzięła mnie do Warszawy. Pamiętam jak dziś, na Wileńskim byli tacy mali chłopcy i krzyczeli „Na Wilsona”, „Na Wilsona”. Powozili. Ja później też furmaniłem, 8 lat. Ciotka miała taką firmę, zakupiła konia z wozem. Ja na nim jeździłem, a później zarobili my pieniądze na drugiego konia z wozem i wreszcie też na trzeciego konia z wozem. Odgruzowywałem Warszawę, śpiewałem piosenki, budowałem, poznałem babcię, ściągnąłem brata do pracy. Najsamprzód Stasiek furmanił, ale później kupił przedwojenną Dekawkę ( śmiech ), myślał, że będzie więcej zarabiał, ale wiecznie ją remontował.

Później kupiłem plac przy ulicy Tuszyńskiej, dokładnie na Agrafki 44. Postawiłem dom i stajnie. W tej stajni później było moje wesele z babcią. Niedużo osób było, tylko rodzina …no może czterdzieści parę. I za jakiś czas z tej stajni zrobiłem drugi dom, w którym już zamieszkaliśmy. Tam na świat przyszły nasze córki.

Później dom z babcią wybudowałem na Sadybie. Do dziś tam mieszkamy. To piękny dom. I wiesz, nas stać było na ten dom, na samochód i na kupienie mieszkania jednej z córek. Ja pracowałem tyle lat i nigdy nie miałem takiego problemu z pracą, jak teraz się słyszy. Bo ja wiedziałem, że jak odejdę z jednej roboty, to zaraz pójdę do drugiej. Nie tak jak teraz porobili, że trzeba gdzieś dzwonić, umawiać się, coś wysyłać, czekać miesiące, aż się odezwą. Tak, tak… praca kiedyś była. I wbrew temu co dziś gadają, w tamtych czasach było nam lepiej żyć. Bo Agnieszko, ja mam żal. Bo teraz z takiej pracy jak my kiedyś mieli, nikt domu nie postawi. I żal, bo wszystko wyprzedali. Zobacz, elektrownie, fabryki, tereny … toż wszystko com odgruzowywali, budowali, sprzątali … wszystko, co przynosiło olbrzymie pieniądze, dziś się nie opłaca. Im się nie opłaca! Tym, co na tych stołkach siedzą! Im się nie opłaca!!! W takim razie ja się pytam : czy nam się opłacało odbudowywać kraj?

Do głosu żalu dochodzi jeszcze ten jeden „czy nas ludzi starszych jeszcze słyszycie?”

Ludmiła lat 78: Od wielu lat mam problemy z nogą. Trudno mi się chodzi. I kiedy chcę przejść przez jezdnię,długo muszę stać. U nas nie ma świateł, a żaden nie chce się zatrzymać

Waldemar lat 80: Nie mogłem wypełnić tego druczku. Była kolejka i nikt mi nie pomógł. Nie widziałem dobrze tych małych literek, zresztą nie na moją głowę. Wprowadzają jakieś rzeczy, a ja tego nie rozumiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy w gąszczu tych wszystkich naszych sprawunków, zniknęła nasza wrażliwość na ludzi, którzy przeżyli dużo więcej niż my? Dlaczego zapominamy? Przecież oni mają nam do opowiedzenia piękne historie i jest dosłownie jeszcze chwilka czasu, by to usłyszeć. Za zasłoną zmarszczek, niekiedy wolniejszych ruchów, brakiem refleksu kryją się ludzie, którzy w swoich głowach czują się tak jak Wy teraz. Ile jest zorganizowanych klubów seniora, ile prowadzonych badań związanych z opieką nad nimi, ile wątków poruszanych publicznie, ile nowych kierunków otwieranych na uczelniach związanych z tematyką osób starszych? Czy wiemy, jak się czują dziś? Na pytanie, jak się czuje moje dziecko w danej chwili, w danym momencie, potrafimy wypowiedzieć się poruszając różne sfery, tymczasem jak się czuje Twoja babcia, Twój dziadek? Potrafisz odpowiedzieć? Wiesz, o czym marzy? Czego żałuje, czego potrzebuje? Jak wygląda ich dzień, czy się nudzą, co ich interesuje? Opowiedzieli Ci już swoją historię? Pokazywali Ci swoje zdjęcia, opowiadali o obyczajach tamtych lat? Mówili o radościach? Ile razy ich odwiedzasz, ile razy im pomagasz? Jak społeczeństwo wspiera tę najstarszą grupę?

Dziś ucząc naszych maluchów i poświęcając im ogrom czasu, w jakiś sposób ich rozpieszczamy. I dzieci to czują , wyraźnie słyszą od nas: „tak wy, jesteście dla nas bardzo ważni”. Wcale nie neguję tego, tylko czy nasze dzieci słyszą także inny przekaz „wasi pradzidkowie i dziadkowie są również dla nas bardzo ważni i należy o nich pamiętać ”? Ten ostatni jest słabo słyszalny. Istnieje, wiec obawa, iż rzeczywiście wychowamy doskonałych obywateli, którzy będą tymi lekarzami, informatykami, nauczycielami, artystami, prawnikami i innymi specjalistami wyedukowanymi w różnych dziedzinach życia, ale bez wpojonego przekazu, by pomagać ludziom starszym…. czyli w przyszłości także nam. To trochę tak, jakbyśmy sami sobie wbijali gola.

 

Piszę o tym, gdyż twardamatka to nie tylko matka, ale także wnuczka.

 

 

Agnieszka

 

 

 

 

Jechałam wtedy samochodem, byłam gdzieś w okolicach podwarszawskiej Magdalenki. Wracałam do domu z Walendowa, kiedy zadzwoniła Agata. Powiedziała – Marta nie żyje. Pogrzeb w przyszłym tygodniu, w środę. – To za niecały tydzień – pomyślałam. – Co ja będę robiła w środę? Czy mam jakieś plany? – Szybko kalkulowałam w głowie, wszystkie spotkania na następny tydzień, zastanawiałam się co włożyć na siebie, kto będzie na pogrzebie? Czy będzie cała nasza szkoła? Tych ludzi nie widziałam całe wieki, czy ja chcę się im pokazywać? W mętliku i pośpiechu myśli, nie zauważyłam auta jadącego z naprzeciwka, który wyprzedzał. W ostatniej sekundzie zjechałam na pobocze. – skurczybyk ! – krzyknęłam. Wyłączyłam silnik. Wyszłam z auta. Z daleka widziałam, stojące i uśmiechnięte tirówki. –Nawet te ku… się tu pałętają – powiedziałam do siebie. Obeszłam swoje Volvo ze trzy razy, aż w końcu uderzyłam mocno o karoserię. Wsiadłam, trzasnęłam drzwiami i odjechałam.

Nie parzyłam kawy, jak zwykle. Tylko usiadłam i włączyłam Madame Butterfly w wykonaniu Marii Callas. Nalałam sobie jaśka. Wróciłam do przeszłości.

Marta była jedną z najładniejszych dziewczyn w szkole. W wieku kilkunastu lat regularnie odwiedzała solarium, kosmetyczki, manikiurzystki. Jej rodzice fundowali najlepsze ciuchy, w które wpasowywała swoje krągłe biodra, wydatne piersi, zgrabne i długie nogi. Dbali, by córka zawsze miała ułożone włosy, dobrany makijaż. Błyszczała. Była popularna. Flirtowała, uwodziła. Owszem, była koleżeńska. Chętnie opowiadała o chłopcach, kosmetykach. I jak tak mówię o niej, to od razu wydaje się być taką szkolną blondynką. Nie, nie była nią. W naszej szkole inna pełniła tę funkcję, taka Ewka. Marta była cwana, idealnie torowała sobie drogę do celu. Pewnego razu spodobał jej się Marcin, chłopak z ostatniej klasy liceum. I wymyśliła. Kupiła mi bilet do teatru, … pamiętam to były „Siostry” w Powszechnym, sztukę polecam. Poszłyśmy razem. Było mi bardzo miło, naprawdę. Chwaliła mnie, mówiła, że inni mnie lubią, że dziwią się, czemu ja się trzymam od nich z dala. Wtedy, nawet nie wiedziałam, że trzymam się z dala. Wiedziałam, że nie chcę trzymać się tak blisko. Ci ludzie i tak mnie przecież nie zrozumieją. W każdym razie, po spektaklu zaproponowała bym u niej została na noc. Oczywiście pojechałam do niej, ale na noc nie zostałam. Przez następne dni, była przemiła, wydzwaniała do mnie, starała się trzymać blisko. I w końcu, kiedy rozmawiałam z Marcinem, którego już dawno zdążyłam poznać, a nawet bywać z nim na różnych imprezach towarzyskich, Marta podbiegła do mnie, głupio się uśmiechając i udając wspaniałą przyjaciółkę. Od razu nawiązała do sztuki teatralnej. W ten sposób zyskała znajomość, a nawet i więcej. Ja straciłam znajomość.

Innym razem, kiedy siedziałam w domu i nie miałam z kim wyjść do klubu, nagle zadzwoniła do mnie i powiedziała, że wpadnie mnie odwiedzić. Przyjechała o dziewiątej wieczorem, moi rodzice, a szczególnie tata nie był zadowolony. Według niego, goście nie powinni zjawiać się o tak późnej porze. Pamiętam, że zebrałam wtedy niezły opierdziel. Myślałam tylko, że będzie mi weselej w piątkowy wieczór, kiedy ona się zjawi. Myliłam się. – Hej Aga, To Madzia, pamiętasz ją. Wpadłyśmy, bo wiesz chciałabym pożyczyć od ciebie ten długi płaszcz. – powiedziała, niestety po tym jak już przekroczyła próg mego domu. Płaszcz był rzeczywiście świetny, w tamtych czasach nie było takich centrów handlowych jak teraz, ciuchy były o wiele gorsze. To też, dziewczyny często wymieniały się ubraniami. Cholera, pożyczyłam jej. Dlaczego? Ofiara losu ze mnie. Pojechały do klubu, ale beze mnie.

Dzwoniła do mnie z Grecji, kiedy była z Marcinem na Rodos. On pływał na desce, ona się opalała. Ich pobyt okazał się klapą. Dzwoniła do mnie, skarżyła się. Opowiadała, jaki to Marcin jest bezduszny i nie zwraca na nią uwagi. Słuchałam jej. Prosiła bym skontaktowała się z nim i dowiedziała się, dlaczego on ją tak źle traktuje. W zasadzie usłyszałam od niego : Marta jest głupia. Tego jej nie powtórzyłam.

Był spektakl w szkole. Zawsze marzyłam o tym by grać. Udawać kogoś innego. Chciałam zagrać sprzątaczkę, taką trzecio-planową rolę. Nie wiem, jak to się stało, ale Marta po rozmowie z nauczycielem dostała tę rolę. Mnie obiecano inną, ponoć taką, w której jest więcej dialogu. I nawet się ucieszyłam. Lecz roli nie dostałam. To była rola chłopięca.

Ku…, a teraz nie żyje. I kto by pomyślał – powiedziałam znowu do siebie.

Nie była wcale taka zła. Nie tłumaczę jej. Manipulowała. Tak, nie bójmy się tych słów – ona manipulowała ludźmi. Pamiętam to jak dziś. Któregoś dnia jechałam do domu, byłam już mężatką. Dzwonię do Pawła , mówiąc mu, że za jakąś godzinę będę w domu, a on … że Marta przyjechała. Jak to przyjechała Marta? Gdzie? – pytałam rozdrażniona. – Do domu, do nas, siedzimy i przyrządzamy pesto. Marta przywiozła wszystkie produkty do pesto. Myślała, że będziesz w domu. – odpowiedział. Cholera, ale mnie nie ma w domu – wykrzyczałam. – No dobra, nie przeżywaj, ona poczeka na Ciebie- zirytował się wiecznie wyluzowany Paweł. Gdy przyjechałam ,jej nie było. Chryste Panie, ona nawet nie zadzwoniła, nie uprzedziła. Wpadła do mojego domu, mojego terytorium. Siedziała z moim mężem. Czy coś się wydarzyło w tym czasie? Nie wiem. I tak po dwóch latach się rozwiodłam.

I ja mam jej żałować? Żałować jej życia? Bo przez ostatnie lata ponoć się zmieniła? Tylko co się zmieniło? Co ją zmieniło? No dobrze, wiem. Chorowała ciężko. Kilka lat temu, po tym jak już się rozwiodłam i zapomniałam o tym całym incydencie, skontaktowałam się z nią. Miałam wtedy złe dni, leczyłam się ze swoich jakiś tam lęków. Zadzwoniłam do niej, gdyż koleżanka wystawiła mnie do wiatru i pomyślałam, że w sumie z Martą mogłabym się zobaczyć. Co jak co, ale imprezowała zawsze nieźle. A mnie wtedy potrzebna była jakaś mocna odskocznia. W słuchawce telefonu jednak usłyszałam – Jestem chora, właśnie czekam na operację. Wytną mi pierś. Mam raka. – westchnęłam i odparłam – Gdybyś czegoś potrzebowała, mogłabym Cię odwiedzić, pomóc Ci.

W pierwszej sekundzie, pomyślałam, że to jakieś jaja. Że kolejny raz robi sobie ze mnie jaja. Zadzwoniłam szybko do naszych wspólnych znajomych. Upewniłam się, to była prawda. Nic nie myślałam, zaczęłam się wtedy trząść. Nie wiem, czy to z powodu tych moich lęków, czy też z jej powodu. Owszem zrobiło mi się dziwnie. Przecież nie była mi obca, a z kolei żadna bliska mi osoba nigdy nie chorowała na raka.

I poprosiła o pomoc. Chciała bym porozmawiała z jej chłopakiem, którego również dobrze znałam i dowiedziała się o ich relacje, które podobno już wtedy nie były najlepsze. Czy ja miałam wtedy siły na takie zagrywki? Przypomniał mi się od razu Marcin i ta sytuacja. Nie zadzwoniłam do jej chłopaka, nie odwiedziłam jej ; więcej, nawet przestałam odbierać jej telefony. Pewnie pomyślała sobie o mnie najgorsze rzeczy. Ja i tak się tym nie przejęłam.

Później tylko dowiadywałam się o niej i o jej stanie. Rak atakował. Martę kawałek po kawałku wycinali od wewnątrz. Było tak, że raz wychodziła na prostą. Wtedy pracowała, udzielała się towarzysko, choć już w o wiele mniejszym stopniu. I już nie błyszczała. Nie miała ku temu walorów i siły. Widywałam ją czasem w sklepie, czy na poczcie. Przytyła, nie wyróżniała się już.

Ku…, jak to możliwe? Gdy słyszysz o tym, jak choroba zmienia człowieka, to owszem dociera do ciebie, ale puszczasz to dalej, nie obcujesz z tym. Gdy jednak widzisz to na własne oczy, nagle stajesz i nie możesz zrozumieć. Pytałam siebie : dlaczego? Dlaczego ta Marta zupełnie nie przypomina tamtej Marty? Boże , co tu jest grane – krzyczałam w duchu. Miałam do niej podejść. Nie zrobiłam tego. Niby co, miałam jej powiedzieć? Tłumaczyć się, dlaczego nie dzwoniłam kilka lat temu? Zresztą wyglądałam ładnie, nie tak jak w szkole. Jako kobieta, stałam się atrakcyjna, nosiłam się gustownie i potrafiłam zadbać o makijaż. Gdyby mnie zobaczyła? Czy nie zrobiłoby się jej przykro?

Gdy tak siedziałyśmy na szkolnym korytarzu, nigdy w życiu nie pomyślałabym, że to właśnie ona z nas wszystkich pierwsza odejdzie. Marta naprawdę miała ikrę, potrafiła walczyć o siebie, o swój wizerunek, reputację. Umiejętnie dążyła do wyznaczonego celu. Żyła. Była lubiana, znana. I co? Jej życie w sumie skończyło się w trzy lata po zakończeniu szkoły. Później już tylko chorowała. Podczas, gdy ja zdążyłam już dawno mieć suknię z welonem, urodzić dziecko, patrzeć jak rośnie, założyć i zamknąć firmę, rozwieść się, wejść w drugi związek, zaznawać rozkoszy seksualnych, zwiedzić świat, smakować wykwintnych dań, bywać w operze, ona była wycinana. Ja pier…., jak to brzmi : była wycinana.

Umarła. Już jej nie ma.

To właśnie, tak miało być? I dlatego w liceum doznała, tych rzeczy, do których mi wtedy było daleko? Dlatego, że ktoś tam na górze dał jej tylko 30 lat życia? I miała jego namiastkę podczas tych kilu lat w liceum? Do jasnej cholery, czy mamy przyjść na ten świat, odwalić już z góry zaplanowaną robotę i odejść? Czy też może mamy sobie zasłużyć na to odejście…, jeśli tak, to czym Marta sobie zasłużyła?

Gdyby nie zachorowała? Jaką osobą byłaby? Czy po trupach dążyłaby do wygodnego życia? Czy może wykazałby się pracowitością i dobrocią, zrozumiałaby, że wcześniej potrafiła krzywdzić innych. Wiem, że nie tylko mnie krzywdziła. Kilka osób przyznało się, że również byli podobnie traktowani, jednak kwitowali to słowami „ wiesz, jaka była Marta” . Wiem, dobrze wiem.

Zadzwoniłam do Agaty.

- Hej, wiesz, nie będę myśleć o pogrzebie.

- Bo ?- spytała

- Bo nie pójdę na niego

- Ja też się nie wybieram – wyznała Agata.

 

Agnieszka

 

Opowiadanie to napisałam dwa lata temu, kiedy dowiedziałam się o chorobie Aldony, mojej niedoszłej przyjaciółki obok której mieszkałam kilka lat. Z wielką siłą i wolą walki powiedziała mi o swoim nowotworze. Umierała rok. Marta i narratorka w opowiadaniu są odbiciem sprzecznych emocji, lustrem przejaskrawionym, pokazującym złość, żal, smutek. Marta powstała na skutek trzech zupełnie niezależnych historii, ale inspiracją były słowa, przede wszystkim złość na tę wstrętną chorobę poszerzającą swoje kręgi.

Bo w pięć minut możemy sprawić, iż nasz związek zacznie chylić się ku końcowi. Wystarczy coś powiedzieć, jakoś zachować się nieodpowiednio, dać coś do zrozumienia i już cała piękna atmosfera przeinacza się w milczące nieporozumienia dążące powoli ku przepaści. Owszem, rzadko bywa tak, że po dosłownych pięciu minutach, facet powie nam : słuchaj, ale jak chcesz to możemy zostać przyjaciółmi. Mnie raczej chodzi o te pięć minut, które jest początkiem końca-do tej pory dobrze funkcjonującego związku lub dobrze zapowiadającej się znajomości. Tylko tym razem, nie będę nagabywać mężczyzn, ich niewierności, pijaństwa, braku zainteresowania dziećmi, wiecznym przebywaniem w pracy i tak dalej. Tym razem pragnę skupić, drogie Panie, Waszą uwagę na postępowanie wobec męża czy życiowego partnera. Gdyż my kobiety, często nie pozostajemy bez winy i też wiele od nas samych zależy to, na jaki tor przerzucimy nasz związek, jak bardzo nasza druga połówka będzie chciała wracać do domu, tulić nas i rozpieszczać słowami.

Od tego jakiego mężczyznę będziemy mieć u boku i jaki będzie nasz związek, wiele zależy od nas samych. Bo czasem wystarczy 5 minut, by podbudować relację między partnerami i odwrotnie – by je zniszczyć, doprowadzając do serii niepowodzeń chylących związek ku upadkowi.

Na pomysł napisania tego artykułu wpadłam po tym jak ostatnio siedząc w kawiarni na Starym Mieście  byłam świadkiem rozmowy dwóch atrakcyjnych kobiet. Właściwie powinnam powiedzieć:  ich narzekania.  Jedna przez drugą biadoliły: o kłótniach z teściową, o problemach małżeńskich na tle finansów, o sprawach łóżkowych, albo nawet o tym, że ich mężowie nie robią im spontanicznych niespodzianek … i tak dalej. Od razu się lekko zmieszałam. Wyrażały się dość głośno o swoich intymnych sprawach.  Wyglądało to dość groteskowo, gdyż koło mnie naprawdę siedziały laski, które na pierwszy rzut, wydawało się, iż mogą mieć każdego faceta bez żadnego problemu i z żadnym problemem. Tymczasem moje rozczarowanie sięgnęło zenitu, kiedy do kawiarni weszła fajna parka i zajęła stolik dalej. Rzeczywiście dziewczyna mocno odbiegająca urodą od tych dwóch biadolących i bardzo przystojny mężczyzna. Jednak między tą parą widać było wielką namiętność i czułość. Cały czas zajęci byli sobą, rozmawiali, śmiali się.  On wpatrzony w nią niemalże jak w obrazek, mimo iż te dwie zaczęły nagle dziwnie prężyć się i poprawiać kosmyki swoich włosów. Usilnie próbowały zwrócić  jego uwagę na siebie. I nagle usłyszałam tekst jednej z nich – Co taki facet, robi z taką dziewuchą?

Nie minęło piętnaście minut, kiedy do stolika tychże obcesowych dwóch dam doszli obgadani już ich mężowie. I od razu  zostali zaatakowani pytaniami, gdzie tak długo byli, co robili, czy coś pili, po co tyle wydali…- jak się nie podoba to do mamusi. Na szczęście cała czwórka szybko opuściła kawiarnię pozostawiając pusty stolik na spojrzeniu, którego utkwiły moje przemyślenia.

Nie powiem, bym ja była święta i nigdy w życiu nie zastanawiała się co ta inna ma, czego ja nie mam, że on woli ją. Czemu niektóre kobiety wiecznie przytakują swoim mężom np. Tak Krzysztof, oczywiście, masz rację. I odwrotnie; czemu są też takie sytuacje, jak ta w kawiarni?  Ja też jestem po rozwodzie i byłam już w trzech związkach nim trafiłam na mojego obecnego partnera, z którym jestem naprawdę szczęśliwa. Nie mam co biadolić na niego! Czy tu chodzi o dojrzałość moją lub jego? Czy może o to, że wreszcie poczytałam troszkę książek na temat związków i wzięłam sobie do serca rady kobiet z poprzedniej dekady? Moja mama, ciotka, babka i wiele starszych, z którymi zetknęłam się zawodowo lub na licznych bankietach zawsze powtarzały te same zasady, jakimi powinna kierować się kobieta. I dopiero niedawno naprawdę uwierzyłam w nie :
• Nie wolno poniżać faceta przy innych
• Trzeba często do mężczyzny mówić : jestem z Ciebie kochanie dumna
• Nie wolno się kłócić z facetem przy ludziach
• Pod żadnym pozorem nawet w żartach nie wolno negować jego przyrodzenia
• Częściej się uśmiechać
• Dać chwile samotności facetowi – nie stać mu non stop nad głową
• Nie powinno się negować jego kochanej mamusi
• Pozwolić facetowi myśleć, że to on tu rządzi 
• Dać ,mu do zrozumienia, ze bez niego jesteśmy słabe i bezbronne

Jest kilka zasad, którymi powinnyśmy się kierować w związku. Tych zasad nauczyły nas nasze matki i babki. Nauczmy się nie negować swoich mężów i partnerów przy innych osobach, nie obrażajmy ich mam, uśmiechajmy się częściej.

Obie atrakcyjne kobiety absolutnie złamały ten zasadowy kod. I nie chodzi bynajmniej, o to że zrobiły to w tej kawiarni, lecz najprawdopodobniej robiły to na co dzień. Ich mężowie więc, czuli się zaszczuci, wiecznie dźwigający jakiś ciężar, negowani i obrażani. Mówiono o nich jak o mami-synkach w obrączce, a ich kobiety – żony w jakiś dziwny sposób zdawały sobie sprawę ze swojej siły, ze względu na urodę. I ową urodą mogły szantażować swoich mężów. Nie, nie mówiły o niej wprost. Po prostu wiecznie podkreślały swoje walory i dawały do zrozumienia, że sobie poradzą bez nich. I co śmieszniej; takie kobiety nawet po rozwodzie znajdując kolejnego mężczyznę i nie stosując się do wyżej wymienionych zasad, ponownie skręcają na ten sam tor na którym był ich poprzedni związek. I nie chodzi tu tylko o kobiety atrakcyjne. To był jedynie przykład. Mam na myśli  nas wszystkie. Są wśród nas takie, które posiadają inne walory niż uroda, dzięki którym czują się równie mocno oraz takie, które bezustannie mają kompleksy na różnych punktach i tym samym negują innych, w tym przypadku swoich mężów lub partnerów. Natomiast mężczyzna w związku, w którym będzie czuł się doceniony, silny, męski, spełniający oczekiwania, wychwalany, będzie oddawał to samo kobiecie okazując swoje zainteresowanie, troskę i czułość. Niestety, mężczyzna to taki typ, którego im dłużej gotujemy, doprawiamy, tym lepiej oddaje swoje walory smakowe.Tutaj też można pokusić się o stwierdzenie, iż nie stosowanie się do zasad może wywołać kompleksy u mężczyzn, którzy za wszelką cenę szukając dowartościowania będą się pocieszać i dopieszczać w ramionach innej. Bo przecież ta inna z początku będzie niezwykle adorować swojego kochanka lub faceta, którego najzwyklej będzie próbowała odbić.

Z początku przeważnie każdy związek zaczyna się od adoracji, uśmiechów, wielkiej namiętności….lecz później wszystko przechodzi w falę normalności i rzeczywistości. Partnerzy zaczynają się docierać, przekomarzać, ustawiać. I to jest jak najbardziej normalnym zjawiskiem, tylko my kobiety w tej fazie związku również pamiętajmy o naszych zasadach. Bo jeśli choć raz coś wspomniemy o seksie z innym i jego przyrodzeniu, nasz ukochany może już mieć duże wątpliwości co do swojej atrakcyjności seksualnej. Jeśli będziemy mówić i negować jego zachowanie przy innych osobach, nie będzie nam już ufał. Jeśli będziemy wiecznie narzekać i się nie uśmiechać, on będzie robił to samo. Jeśli będziemy wiecznie stać u jego boku, nie dając mu chwili wytchnienia, w końcu odejdzie.

I czasem wystarczy właśnie pięć minut, kiedy złamiemy zasady jedną po drugiej, a nasz mężczyzna już będzie miał wątpliwości co do nas i co do siebie.

Agnieszka i Magda

Kolorowe kredki i rzecz o mym komuniźmie

0

 

Kolejki ciągnęły się po kilkadziesiąt metrów, a każda z nas stała tam mniej więcej po dwie godziny. Każda, bo na jedną osobę przypadała paczka kawy i cukru. Mama ustawiała nas niczym klocki, tylko po to by móc zaopatrzyć się na kilka następnych nie – wiadomo jak długich tygodni…niekiedy miesięcy. Nie pamiętam byśmy w tamtych czasach nadmiernie marudziły lub narzekały, raczej grałyśmy swoje role i potulnie stałyśmy wśród reszty szaroburych klocków. To było nasze życie. Ta wszechogarniająca szarość, jedynie czasem ożywiona nocą po przez neony SUPERSAM, KINO MOSKWA, DOMY TOWAROWE, PEWEX oraz sygnalizację świetlną mieniącą się kolorami zieleni, pomarańczy i czerwieni. Owe zmieniające się światła dużo gęściej i częściej oznaczały, iż jesteśmy w samym sercu Warszawy, wtedy jeszcze dalekie od Ursynowa –osiedli mieszkaniowych położonych w polach. Na kilkanaście takich bloków mieszkaniowych przypadał jeden warzywniak, w którym kupowałyśmy pyszną oranżadę w butelce i lizaki. I tylko ten jeden o zaledwie dwudziestu metrach kwadratowych powierzchni sklepik pamiętam zaopatrzonego w towar świeżych warzyw wprost ze wsi. Kilka lat później jeszcze przyszła moda na hubbę bubbę i gumy z Kaczorem Donaldem. Dlatego jeszcze chętniej latałyśmy do warzywniaka. I także później poznałam smak banana, tak miękki na podniebieniu, nie słodki i nie gorzki. I tylko wtedy mogłam cieszyć się jego wyjątkowością, bo później aż do dziś nie poczułam go już nigdy więcej. Soczyste pomarańcze i rozpływająca się w ustach czekolada przesyłana z USA najczęściej na Boże Narodzenie była namiastką późniejszego mego życia, o czym miałam się przekonać dziesięć lat później. Sięgając jeszcze wcześniej i patrząc oczami trzy, cztero- latka widzę pełno żołnierzy poustawianych niczym mumie na ulicach. Podchodziłam do nich i za ręce lub nogi łapałam, pragnęłam tylko sprowokować, być choć okiem mrugnęli, poruszyli swoimi karabinami, by wreszcie coś z siebie wydusili. Lecz mumie stały nieruchomo, mimo mojego pokaźnego języka.

Szarość nabierała barw majem, kilkanaście przeplatających się odcieni zieleni, żółty, fiolet i czerwień. Zapach był inny, taki orzeźwiający, naturalny. Mlecze połyskiwały przy warszawskich ulicach. Bzy świeciły swoim jasnym blaskiem odbijając świetliste promienie słoneczne.

Był rok 1987 mój tata po raz pierwszy przyjechał zagranicznym samochodem, marki Nissan także w odcieniach szarości, tak jakby sam samochód nie mógłby być soczystej czerwieni lub wiśni. Skoro był zagraniczny, musiał być szary? Oczywiście według mojego taty, to wcale nie był szary kolor, ale grafit. I tak należało mówić : Nissan jest w kolorze grafitu. Tata swój nowy nabytek parkował pod blokiem i był bardzo zdruzgotany, kiedy z szóstego piętra nijaki Godlewski zrzucał jajka. Rozbijały się na masce i w szczególny sposób rysowały karoserię. W następstwie w szarości połyskiwały srebrzyste wiązki nitek na widok, których mój tata dostawał barwnego szału. Było to w odległości kilkuset metrów, jedyne takie auto i oczywiście według niektórych sąsiadów nie mogło błyszczeć swoim jednolitym grafitem. Dziś oglądając te stare filmy, śmieję się widząc jak wszyscy z podwórka podbiegają zobaczyć nowy zagraniczny samochód. Do dziś ten obraz mam w głowie i pewnie pozostanie do końca mych dni.

I tym samym posrebrzonym Nissanem wyjechaliśmy w pierwszą daleką podróż. Wtedy też miałam przekonać się, iż na mapie świata nie istnieje tylko Polska i „zagranica”, ale Polska i cała masa innych kolorowych flag, kultur, tradycji oraz powyginanych języków. W tę podróż ciągnąc za sobą małą białą przyczepkę wybraliśmy się całą rodziną. My z siostrą na tylnej kanapie, mama prawie zawsze dobrze pilotująca i tata świetny kierowca swojego wspaniałego samochodu, który jak się później okazało, w obliczu innych szalonych barw wyglądał dość smutno w swym graficie. Sama „zagranica”, tuż za granicą nie miała innych drzew i innych ludzi, więc nie wtedy dowiedziałam się o tym drugim świecie. Było to w pierwszym większym mieście w Austrii , w którym zatrzymaliśmy się na przysłowiowe lody. Moje oczy nigdy nie widziały tylu smaków kulek: cytrynowe, bananowe, malinowe, wiśniowe, pistacjowe, orzechowe i inne. Ślinka ciekła z kącików ust . Lody były tak piękne i jednocześnie dostępne, że szkoda było wybrać jedynie trzy kulki i pozostawić resztę nie spróbowawszy ich nawet. Każdy z nas zatem wybrał inną kulkę. Próbując nawzajem tych wszystkich smakowych larytasów, podniecając się nowymi odczuciami na podniebieniu, nie dało się nie zauważyć lekko kolorowo ubranych ludzi i piękne witryny sklepowe. Wypełnione po brzegi różnościami, jakich nawet nigdy nie widziałam. Aż do tej pory były mi znane tylko trzy rodzaje kubków i talerzy. Na przykład u jednej ciotki był ten pierwszy rodzaj, u dziadków ten drugi, u nas znowu ten pierwszy, a u wujka ten trzeci i tak dalej. Tymczasem tego dnia dostałam oczopląsu, widząc tylko zza witryny na raz kilka zestawów zastawy stołowej. W następnych witrynach : ręczniki, skórzane portfele, zegarki i antyki, jeszcze dalej pończochy i inna bielizna, garnitury, maskotki i zabawki. Zabawki ! Szybko wyrwałam się swoim rodzicom i pobiegłam do sklepu. I dech stanął w mym sercu, gdy tylko przekroczyłam próg. Nigdy w życiu nie widziałam tylu kolorów na trzech ścianach, z góry na dół – podobnie jak witryny, a nawet bardziej – wypełnionymi czymś co wówczas było dla mnie jak dla mojego taty ten posrebrzany grafitowy Nissan. Stanęłam po środku i tylko głową kręciłam w każdą stronę. Potem jak zaczarowana szłam i delikatnie dotykałam owych zabawek, aż w końcu w moje ręce dostał się mały dzidziuś, który w dotyku był tak miękki, jak prawdziwe dziecko. Podeszłam do zdyszanego taty, który szukał mnie w tym czasie i w tej samej chwili wpadł cały roztrzęsiony. Spojrzałam na niego i zapytałam, czy może mi kupić tę lalę. Po wielu latach dowiedziałam się, iż kosztowała bardzo dużo, a moi rodzice wówczas mieli mocno ograniczony budżet, ze względu na poczynione inwestycje w nową firmę. Z wielkim żalem rozstałam się z lalą, której każdy centymetr pamiętam do dziś. To była lala mojego życia. Łzy ciekły mi po policzkach, a ja jedynie wydusiłam z siebie: Dlaczego u nas nie ma takich sklepów? Dlaczego u nas jest inny świat?

Po powrocie, mój brat cioteczny zapytał się mnie jaka jest „zagranica”. Powiedziałam, że u nas jest komunizm, a u nich jest demokracja. – A co to jest komunizm – pytał dalej – o jej … zobacz – energicznym ruchem wyrwałam kartki z bloku i dałam mu jedną z nich. – U mnie jest komuna, a u ciebie nie. A teraz będziemy rysować domek. Każdy z nas ma po cztery kredki brązową, zieloną, czarną i niebieską. Pozostałe kredki czerwone, błękitne, różowe, granatowe będą leżały tu, na oddzielnej kupce, widzisz?

- Tak – uważnie patrząc na mnie, przytaknął

- Tylko ja nie mogę z tej kupki brać więcej kredek , a ty możesz – szybko rzekłam

-Dlaczego? – obruszył się

- Nie wiem…bo tak jest i koniec. I teraz rysujemy domki tymi kredkami.

Nie wiadomo, czy wtedy mój brat cioteczny zrozumiał istotę naszego ówczesnego systemu, ale z pewnością poczuł jakiś smutek i niesprawiedliwość, kiedy ujrzał, że mój domek jest o wiele brzydszy od jego kolorowego. Wtedy już przez długi czas wyobrażał sobie Polskę, której podarowano więcej kredek.

 

Agnieszka

On jest niezwykle czarujący i przystojny. Taki inteligent z klasą. Aktor wszechstronny. Gra zarówno na deskach teatru, jak i w filmie. I jeśli podejmuje się roli, to tylko w tych produkcjach, które to później odnoszą sukces i zostają na długo zapamiętane przez widza. Jego role budzą wiele sympatii, wciela się zarówno w amantów i nieszczęśliwych kochanków, po postacie historyczne, problematyczne, oraz te, w których możemy podziwiać jego zgryźliwość i upartość. Dziś nie tylko utalentowany aktor, ale również świetnie prosperujący przedsiębiorca. Mężczyzna już po czterdziestce, ojciec i mąż.

Ta krótka historia, którą tutaj przytoczę miała miejsce kilka lat temu. Wtedy to bohater owej anegdoty już wyganiany za namiętnościami, „spoliczkowany”, wytańczony w klubach, wybawiony singielskim życiem faceta tuż po trzydziestce, zapracowany, wylansowany zapragnął wreszcie miłości. Tej prawdziwej i szczerej. Szukał kobiety, która mogłaby stanąć u jego boku i dzielić z nim życie. Pragnął założyć rodzinę. I nie wiem z jakich przyczyn, ale najprawdopodobniej nie szukał tej jedynej wśród koleżanek po fachu. Bo gdyby tak było, prasa zaraz wówczas coś by wywęszyła i próbowała łączyć jego nazwisko z innymi kobietami. Tymczasem niczego takiego w eterze nie było.

Nasz bohater, więc skorzystał z porad pewnej kobiety znanej „wróżki”, która nie tyle co miała mu wywróżyć , co po prostu z czystej i zupełnie nieprzymuszonej woli sama zaproponować randkę w ciemno ze swoją klientką. Ową klientką zaś była piękna samotna kobieta, która od wielu lat nie mogła sobie ułożyć życia. Mądra, zadbana i obyta szukała także mężczyzny inteligentnego i ogarniętego. W związku z tym chętnie przystała na propozycję owej „wróżki”, która rzeczywiście wyobraziła sobie ich dwójkę jako parę zupełnie pasującą do siebie.

On miał przyjechać po nią do domu i wspólnie mieli wybrać się … na kolację, do kina, teatru, na spacer – nie wiem. I tak mogłoby się stać, gdyby nie czas, który płata figle lub gdyby nie pomyłka „wróżki”, albo wstydliwość pięknej damy.

Dzięki www.freepik.com

Przyczyn nie znam, wiem jednak, iż godzina spotkania musiała zostać pomylona o jedną. Naszego bohatera, kobieta oczekiwała zakładam o 20.00.Tymczasem On zjawił się przed drzwiami pięknej nieznajomej już o 19.00. Tylko, że o 19.00 kobieta szykując się, ubierając, malując, wyczekując na niesamowite spotkanie, przeżywając w środku burzę emocjonalną na myśl o randce z tym przystojnym aktorem… nagle usłyszała dzwonek. W pośpiechu myśląc, iż to sąsiadka znajoma czegoś potrzebuje, szeroko otworzyła drzwi stojąc w samej bieliźnie i pończochach. Ujrzała Jego, znanego aktora, celebrytę, który przybył by ją zabrać.

Nie wiem, co było dalej. Z opowieści wiem tylko, że Ona tego dnia już się z nim nie spotkała, być może uznała, że po takim falstarcie, cała magia spotkania gdzieś się ulotniła. On jednak podobno nalegał i bardzo chciał się z nią zobaczyć. Ona wręcz jeszcze bardziej go zaintrygowała. Zresztą jaki mężczyzna to musiałby być gdyby napięcie obrażony odwrócił się zobaczywszy po raz pierwszy piękną kobietę tak skąpo ubraną , z którą miałby zaraz iść na randkę? W moim skromnym mniemaniu – żaden. Czy to wina jego sławy? Czy to przed nią swoje ciało chciała skryć piękna kobieta? Czy też może chodziło o zwykłe zdenerwowanie? Nie wiem i nie wiem też, czy do dziś owa kobieta znalazła już swoją drugą połówkę, czy ma mężczyznę u boku? Czy nie żałuje czytając gazety, o tym jak X…. wziął ślub, o jego kolejnych sukcesach zawodowych, o tym że urodziło mu się dziecko? Czy nie żałuje piękna kobieta, iż nawet nie spróbowała?

 

Agnieszka

Nasz sposób na gryzące komary :)

32

Próbowałyśmy ostatnio już wszystkich specyfików, tych najlepiej zachwalanych i tych z babcinych kalendarzy. Wydałyśmy sporo pieniędzy na te wszystkie próby. I co ? NIC !!!! Komary dalej gryzły !!!

W końcu, na pewnej imprezie, nasi znajomi z Florydy nagle wyjęli olejek waniliowy. Taki zwykły aromatyczny olejek, który dodajemy do ciast. Niewielką ilość skropili na ręce, a  następnie delikatnie posmarowali swoje nogi, ręce oraz twarz – odkryte części ciała. Zapach wanilii unosił się w powietrzu, a w okół nich nie było żadnego komara. Znajomi potwierdzili, iż dziś na Florydzie w pobliżu Miami, wszyscy walczą nie tylko z inwazją czerwonych maleńkich mrówek, ale i z komarami, które w jakiś dziwny sposób uczulają, gdyż ich  ugryzienia są wyraźniej odczuwalne.

Metodę na olejek wypróbowałyśmy przy innej okazji. Siedząc na tarasie przy stole na mazurach poprosiłyśmy wszystkich naszych znajomych, by  posmarowali się zapachem wanilii. Skutek: rewelacja!!! W okół stolika, nie było przez najbliższe dwie godziny żadnego komara.

 

Magda i Agnieszka