To było większe spotkanie na grillu u znajomych. Przybyli wszyscy fajni; osoby siedzące na wysokich stanowiskach w korporacjach, freestylerzy, ludzie reklamy i marketingu, początkujący artyści…. z dziećmi. Młode małżeństwa ze swoimi pociechami jeszcze w pieluchach. Wyluzowani tatusiowie z konikiem na bluzeczce trzymający na rękach dzieci z kolejną metką na ubiorze, wylansowane matki podające butelki i grzechotki do małych rączek. Przepych wózków, leżaczków, chodzików … zabranych tylko na to jedno popołudnie. Lekki zamęt, choć uporządkowany, bo dokładnie widać kto jest z kim, żony chwalą mężów, mężowie żony. Wszyscy mówią o tym jak im się świetnie układa. Przy piwie i dobrym jedzeniu, język im się rozwiązuje; mówią więc o tym gdzie byli, co widzieli, co kupili, jak awansowali, gdzie bywają i w reszcie…jakie cudowne mają dzieci.

Nieprawdopodobne, że ich maleństwo już w wieku czterech miesięcy zaczynało siadać! Innych główkę podnosić nie na kilka sekund , ale na kilkanaście, już mając dwa miesiące …. bo ktoś nawet liczył stoperem. Inni chwalą swoje dzieci, za to że mówią baba, wawa , tata i mama w wieku dziewięciu miesięcy. Natomiast matka jednego z najstarszych brzdąców, przekonywała wszystkich, że dziecko tuż po ukończeniu roczku powinno już dawno chodzić. Usłyszawszy to, ta inna jeszcze z dzieckiem w wózku, mocno przełknęła ślinę, by tylko nic nie powiedzieć …. bo cóż mogła, skoro jej syn skończył już rok i dwa miesiące, ale wciąż tylko raczkuje – „Czy z nim coś jest nie tak?” – zapewne szybko przez głowę przeszła jej taka myśl.

Przekleństwo naszych czasów? Przymus bycia najlepszym?

Mam wrażenie, iż dzisiejsi rodzice o których oczekuje się, iż jako ludzie XXI wieku będą efektywnymi pracownikami pełnymi pasji, aktywnymi z burzą pomysłów w środowisku osób im podobnych, także i zapragną mieć super-dziecko. Tymczasem nasze maluchy nie znają wyścigu szczurów.

 

Ostatnio wpadł mi w ręce świetny artykuł „Przez Dotyk” opublikowany na łamach Zwierciadła, w którym Paweł Zawitkowski , fizjoterapeuta w rozmowie Aliną Gutek wyjaśnia, iż dziecko dla rodziców nie powinno być kolejnym ważnym życiowym projektem. W jakiś sposób dziecko, które jest częścią nas samych już od urodzenia staje się czymś w rodzaju „ulepię Cię jak najlepiej potrafię” i „ozdobię czymś wyjątkowym”. Tymczasem „Dziecko nie jest androidem, tylko istotą społeczną” – czytamy w artykule. Nasz maluch rozwija się we własnym tempie; to co z tego, że nie potrafi chodzić ! Ma na to czas do półtora roku, a umiejętności siadania może posiąść nawet do 10 miesięcy. Więcej; czasem samo nadmierne opiekowanie się dzieckiem i ograniczanie mu ruchu i swobody zakłóca mu rozwój. „Jeśli w okresie niemowlęcym maluch siedzi od rana do wieczora w foteliku albo zasuwa w chodziku, wszyscy na niego chuchają i dmuchają, żeby się przypadkiem nie spocił, nie pobrudził – trudno doskonalić mu czucie ciała, podłoża, reakcje obronne, ocenę przestrzeni i inne niezbędne do harmonijnego rozwoju doświadczenia” Ze względu na specyfikę wychowania, dziecko niekiedy nie ma możliwości trenowania …bo przecież każde upuszczenie zabawki, chowanie smoczka, podnoszenie główki, rączek, nóżek, próba mówienia, mlaskania, klaskania dla małego dziecka jest niesamowitym wysiłkiem. I zakłócenie tychże mechanizmów, trzymania dziecka w najlepszym chodziku świata, najdroższym krzesełku z milionem światełek i przycisków nie umożliwi małemu brzdącowi na zwykłe doznania cielesne. Później posiądzie naukę siadania, bo po co ma się wysilać, skoro ma wygodne oparcie i rączkami wszędzie sięga. I odwrotnie; zbytnie trenowanie dziecka – bo i ten sposób wychowania jest zauważalny, nadmiernie obciąża malucha. Trenujemy na super -malucha, a potem się dziwimy, że nasze dziecko bywa nieznośne i krzyczy. Paweł Zawitkowski, więc wyjaśnia, iż u dziecka granica między akceptacją, a totalnym sprzeciwem jest bardzo cienka. I to, że przez chwilę dziecko, które uczymy chodzić będzie zadowolone z tegoż powodu, za chwilę może mieć po prostu dość. „Jedynym sensownym wspólnym mianownikiem każdej relacji czy pracy z dzieckiem powinny być jego emocjonalne potrzeby”

Bycie spełnionym rodzicem i w najprostszy sposób szczęśliwym dzieckiem nie jest tożsame z byciem najlepszym – tłumaczy Paweł Zawitkowski

Zatem, nie to jak je ubierzemy, jak będziemy trenować, jakie damy do dyspozycji krzesełka, stoliczki, wózeczki, zabaweczki, nie ważne … jak bardzo będziemy chcieli być najlepszymi rodzicami, to i tak nie spowodujemy, że nasze dziecko będzie się rozwijało dokładnie tak jak sobie to zaplanowaliśmy. Dziecko to nie wynik, na którego składają się liczby, współczynnik ryzyka, plany rozwojowe, koszty, dochody. Dziecko to też nie my. Skoro od nas wymagają bycia najlepszymi, bądźmy…ale nasze dziecko traktujmy z miłością, bo ono nie zna wyścigu szczurów. „Gorzej, jeśli zabraknie mu dotyku, czułości, kołysania, rozmów, miłości.”

 

 

Agnieszka